audio: 1
zdjęcia: 3

Andrzej Czajkowski, urodzony w 1935 r.

Szafa świętej Moniki

Wspomnienie czyta Andrzej Szeremeta

Jak długo siedziałem w tej szafie? Siedem tygodni, dwa lata? Miałem zamiar liczyć dni, ale zapomniałem.

Tak czy owak, w szafie nie było żadnych dni ani godzin, zawsze panowała tam całkowita ciemność. Nocnik w rogu znajdowałem dotykiem, po omacku. Musiałem się tego uczyć, to znaczy – odszukiwać go po cichu. Z początku było to trudne i któregoś razu niechcący trąciłem nocnik, a ten wywrócił się i część zawartości znalazła się na podłodze.

Monikę to rozłościło. Czy nie mogę uważać? – krzyczała – To, że brudy po mnie sprząta – trudno, ale co by się stało, gdyby sąsiad czy ktoś obcy był w pokoju? Czy chcę, żeby Gestapo wykończyło ich wszystkich? A może wolę siedzieć w piwnicy, gdzie szczury by mnie zżarły? Nie chcę? Więc lepiej, żebym uważał i był cicho. Na Boga, chyba nie za wiele ode mnie wymaga? Po prostu, nie ruszaj się! – krzyczała – Nie rób hałasu – to wszystko. I sraj tam, gdzie ci kazano! Psa tego łatwiej nauczyć, niż ciebie, ty cudowne dziecko!

Po tym, co się stało, skruszony siedziałem cicho. Z czasem drętwiało nie tylko moje ciało, na szczęście i umysł drętwiał. Prócz nocnika w szafie nie było nic, tylko ciemność i ja. Kola mówił mi, że Eskimosi nie widzą dziennego światła przez pół roku. Czy byłem tu już pół roku? I czy ciemność zmieni mnie w Eskimosa? Czy Eskimosi także obgryzali paznokcie? Chyba nie. Przecież mieli swoje ważne zajęcia: łowienie ryb, budowanie igloo, tresowanie fok do cyrków…

Czasami na niebie widzieli zorzę polarną, ale to zdarzało się tylko dwa razy do roku, kiedy byli szczególnie dobrzy i Bóg chciał ich wynagrodzić. Ale światła znów gasły, gdy popełniali pierwszy grzech. Zrozumiałem wreszcie, dlaczego nigdy nie widzę aureoli nad głową świętej Moniki – mogli ją zobaczyć ci tylko, którzy na to zasłużyli.

Jednak nawet i bez aureoli, dowód świętości Moniki był dla mnie wystarczająco mocny! Oczywisty cud zdarzył się w tych skromnych progach. Wkrótce św. Monika miała być pobłogosławiona dzieckiem, a mężatką nie była. Tajemnica Niepokalanego Poczęcia dopiero niedawno została mi wyjaśniona. Potrzebowałem nieco czasu, by zrozumieć, że Bóg znów obdarzył kogoś wyjątkowym dotąd przywilejem i że Jego wybranką była, tym razem, córka mojej gospodyni.

Z całym szacunkiem dla tego objawienia, padłem na kolana i po cichu modliłem się do nowej Najświętszej Panienki. Dziękowałem również Bogu, że uczyni mnie świadkiem przyjścia na świat drugiego Zbawiciela. Uznałem bowiem cud ten za niewątpliwy, gdyż oznaki cudu były z dnia na dzień bardziej widoczne. Słowo powtórnie stało się Ciałem – ciałem św. Moniki.

Kiedy tego wieczoru otworzyła drzwi szafy, zaśpiewałem dla niej fragment modlitwy, który wydał mi się najbardziej odpowiedni do szczególnie podniosłej sytuacji – „Błogosławionaś Ty między niewiastami i błogosławion owoc żywota Twojego…” – śpiewałem, stojąc przed św. Moniką z oczami uniesionymi ku niebu. Toteż nagły policzek zaskoczył mnie. Św. Monika biła mnie teraz z rosnącą furią gdzie popadło, lecz ja – dając świadectwo wiary – nie przestawałem śpiewać.

Odpowiedzią była – skierowana bezpośrednio do mnie – inna litania, litania znacznie głośniejsza od mojej i bardziej gwałtowna: – Kpisz ze mnie, durny gówniarzu?! – krzyczała Monika – Powinni byli przyciąć ci twój długi jęzor zamiast siusiaka, ty żydowski śmierdziuchu! Nauczę cię ja wtykać twój krzywy nos w nie twoje sprawy! Nauczę cię szpiegować i podsłuchiwać ludzi, których paznokieć u nogi wart jest więcej niż twój głupi łeb!

Tu Monika zawahała się przez chwilę i z nagłym uśmiechem dodała: – Kto wie? Może twój głupi łeb jest coś wart, ale w żywej gotówce i naprawdę się jeszcze przyda? – W tej samej chwili, ku mojemu zmieszaniu, zaczęła płakać: – Boże, Boże – szlochała – co ja zrobiłam, co zrobiłam, że to wszystko mnie musiało spotkać? Nawet ten mały szczur się teraz ze mnie śmieje… Szczur. Szczur – powtarzała płacząc.

Wreszcie zrozumiałem, co przeżywa św. Monika. Nie wierzy, że Bóg właśnie ją wybrał i uczynił Naczyniem Łaski, nie wierzy, że zasłużyła na to, co się stało. Pełna chrześcijańskiej pokory, jak tylko świętym to jest dane, po- czuła się Bożą Wolą przytłoczona. Zrozumiałem, że trzeba jej pomóc, dodać otuchy.– „Osusz swe łzy Gwiazdo Morza” – zaintonowałem. – „Gdybyś na to nie zasłużyła, nie byłoby się to stało. Wiesz o tym równie dobrze, jak ja… Oj!”

Musiałem wrzasnąć, bo św. Monika szarpała mnie za włosy, jakby chciała mi je wyrwać razem z głową, ale rozumiałem jej gniew. Po chwili puściła mnie i wybiegła z pokoju. Wróciła niosąc w rękach syfon z wodą sodową. Ostry strumień uderzył mnie w twarz. Upadłem na bok, w kąt szafy. Na szczęście nie potrąciłem nocnika. Św. Monika trzasnęła drzwiami i zamknęła szafę na klucz.

Wtedy byłem już przyzwyczajony do spania w szafie. Dawniej Monika wypuszczała mnie późnym wieczorem, kiedy już nikt nie mógł przyjść i ścieliła posłanie we frontowym pokoju, na kanapie. Kanapa była wprawdzie za krótka, by ktoś dorosły mógł na niej spać, ale tak wygodna, że każdy miał ochotę na niej usiąść.

Monika i jej kaleka matka często powtarzały, że moje spanie w pokoju może się śle skończyć.Pewnego wieczoru nieoczekiwanie odwiedziła je sąsiadka. Ledwo wystarczyło czasu, bym się schował pod poduszki i by Monika zdążyła zarzucić na nie kapę. W pierwszej chwili nie docierało do mnie to, co się dzieje w pokoju, ale sąsiadka najwyraźniej odmówiła zajęcia fotela, bo poczułem, jak ciężko siada na kanapie tuż koło moich stóp. Niezdolny do poruszania się i bez mała oddychania, skupiłem się na rozmowie. Dwie przerażone kobiety robiły wszystko, by brzmiała swobodnie. – Czy jest pani pewna, że nie będzie pani wygodniej na bujanym fotelu? – O nie, dzięki, wiecie, jak lubię waszą kanapę… W pewnej chwili zemdlałem.

Po tym incydencie moje opiekunki zdecydowały, że to zbyt ryzykowne wypuszczać mnie do pokoju. Wyjątkiem były cotygodniowe odwiedziny mojej Babci. Monika stała wtedy na czatach przy oknie, podczas gdy jej matka nasłuchiwała kroków przed drzwiami wejściowymi. Na jej znak miałem wskoczyć do szafy, a wszystkie ślady mojej obecności powinny być zatarte.

Gość, wycierając buty, na progu już mógł usłyszeć przenikliwy głos Moniki recytującej francuskie czasowniki nieregularne i głos Babci, która poprawiała ją tak, by brzmiało to wiarygodnie. Sąsiedzi byli pod wrażeniem językowej biegłości, którą prezentowała nauczycielka francuskiego odwiedzająca Monikę.

Babcia miała się zjawić następnego dnia po moim objawieniu. Nigdy nie przyszło mi do głowy, by zapytać, gdzie mieszka, jak często musi zmieniać kryjówki, czy też jak często znajdować je dla mnie; nie pytałem też, skąd bierze pieniądze na własne utrzymanie i na to, aby płacić za mnie. Przyjmowałem za pewnik, że pojawi się wyznaczonego dnia i tak też zawsze było. Moje gospodynie wyglądały jej wizyt jak ja – z wielką niecierpliwością. Przynosiła im pieniądze, a mnie – miłość.

Przynosiła też niezmiennie kłębek waty i fiolkę wody utlenionej. Rozjaśniała moje włosy na wypadek, gdyby Gestapo odkryło mnie w szafie, bowiem w takiej chwili nie powinienem przypominać Żyda (absurdalność sytuacji, w której aryjskie dziecko mieszka w szafie, nigdy nie przychodziła jej na myśl).
Zabiegi kosmetyczne dokonywane na mojej osobie miały i tę dobrą stronę, że umożliwiały Babci zachowanie biegłości w zawodzie, zamierzała bowiem, natychmiast po zakończeniu wojny, otworzyć nowoczesny gabinet kosmetyczny.

Teraz jednak najwyraźniej traciła formę – czasami używała zbyt dużo wody utlenionej i robiła ze mnie albinosa, raz zaś spaliła mi włosy i zostawiła z łysiną na czubku głowy. To upodobniło mnie, jak zauważyła Monika, do świętego, którym zresztą, we własnym odczuciu, rzeczywiście byłem. Najbardziej jednak nienawidziłem farbowania brwi i rzęs. Mocno zamykałem oczy, lecz piekąca ciecz zawsze przenikała przez powieki oślepiając mnie – świat stawał się wówczas szafą.

Po zakończeniu kosmetycznych zabiegów Babcia poddawała mnie egzaminowi. Kazała recytować Ojcze Nasz i Zdrowaś Mario. Zadawała też wyrywkowe pytania z zasad religii rzymsko-katolickiej. Było to łatwiejsze dla mnie niż dla niej, najwyraźniej bowiem sama nie znała tych zasad zbyt dobrze i rzadko mogła wykryć błędy.

Potem musiałem wymieniać wszystkie szczegóły mojej ostatniej tożsamości: nazwisko, miejsce urodzenia, imiona rodziców i gdzie się wychowywałem. Był to test znacznie trudniejszy, bowiem Babcia uważała, że bezpieczniej jest zmieniać co pewien czas dokumenty. Często więc musiałem zapamiętywać, przetrawiać i przyswajać zestaw najnowszych danych z mego życiorysu. Zazwyczaj nieźle dawałem sobie radę, ale zwykle wiedziałem znacznie więcej o życiu Jezusa niż o moim własnym, a poza tym życie Jezusa wydawało mi się zawsze bardziej rzeczywiste.

Czasem nauka katechizmu połączona była z próbą przyłapanie mnie na błędzie, na przykład:
– Gdzie się urodził Jezus Chrystus? – pytała Babcia.

– W Betlejem.

– A ty?

– W Pińsku.

– Idioto! To było poprzednim razem. Nie umiesz czytać?

– W Białymstoku.

– Już lepiej. Jak się nazywa twój ojciec?

– Adam Jaworski.

– A mąż Najświętszej Panny?

– Święty Józef.

– Kto dokonał rzezi niewiniątek?

– Herod.

– A kto to robi teraz?

– Żydzi. Krzyżują chrześcijańskie dzieci i wypijają ich krew.

Ta ostatnia odpowiedź zawsze wywoływała uśmiech moich gospodyń.

W nocy przed pamiętną wizytą Babci powtarzanie wyuczonych odpowiedzi przychodziło mi trudniej niż zwykle. Nieuchronność powtórnego przyjścia Zbawiciela powodowała, że cała moja wiedza związana z pierwszym Zbawicielem wydawała mi się nudna i jakby już niemodna. A co do wiadomości o mnie samym, to cud, który miał się zdarzyć, czynił moją osobę zbyt mało ważną, by zasługiwała na uwagę.

Poza tym byłem głodny: Monika zapomniała o moim obiedzie. A może miałem pościć, przygotowując się do powtórnego Adwentu? Pustelnicy żywili się szarańczą na pustyni. W szafie nie było szarańczy, tylko mnóstwo wszy; Babcia pilnowała, żeby nie zalęgły się we włosach, ale były w moim ubraniu. Nie miałem jednak ochoty, by zjadać wszy. Jeszcze nie.

Rano milcząca i surowa Monika otworzyła drzwi i wskazała na pokój. Zapach jedzenia był dla mnie znacznie ważniejszy niż wizyta Babci. Podczas gdy jadłem, matka Moniki wygłosiła swój zwykły, wyczerpujący komentarz na temat ryzyka i zbyt silnych wrażeń, na które nieustannie narażała je moja obecność. Babcia wysłuchała go ze spokojem i oznakami pełnego skruchy współczucia, czekała cierpliwie, aż matka św. Moniki przejdzie do rzeczy.

Wiedziała, że poza innymi sprawami muszą zostać wspomniane koszty mego utrzymania, i że jej sprawą jest zaoferowanie nowej podwyżki. Tym razem przejście od narzekań do negocjacji przeciągało się ponad miarę. Babcia uznała w końcu, że to ona musi przejąć inicjatywę: – Czy dwudziestoprocentowa podwyżka byłaby wystarczającą? – zapytała matkę Moniki.Ta miała właśnie odpowiedzieć, gdy nieoczekiwanie Monika powstrzymała ją gwałtownym gestem.

– Niech pani posłucha – powiedziała porywczo – miałyśmy właśnie coś zrobić z pani bachorem. Niech pani go zabiera, dobrze? On śmierdzi.

To była prawda. Śmierdziałem. – Dlaczego? Co on takiego zrobił?! –wykrzykiwała Babcia. Odwróciła się w moją stronę, marszcząc brwi i natychmiast – tonem najsurowszym, jaki u niej znałem – mnie zapytała o to samo. Otworzyłem usta, by odpowiedzieć, a wtedy Monika pospiesznie przerwała:

– Już nieważne, co on zrobił! Zachowuje się wstrętnie, wrednie i dość tego! Nie ma o czym mówić! Niech go pani zabiera i idzie. Słyszy pani? Proszę spakować rzeczy i wyjść!

– Teraz? W biały dzień? Gdzie mam go zabrać?

– A co mnie to obchodzi? Myśmy już swoje zrobiły. A teraz pani kolej. Może pani zrobić, co pani chce. Może go pani zabrać na Gestapo. Może pani zażądać nagrody…

– Panno Moniko…

– Na Gestapo! Tam jest jego miejsce. Powinnyśmy były to zrobić dawno temu i zrobimy to, jeśli się pani nie pospieszy…

– Moniko! – powiedziała matka – czyś ty oszalała? Cały dom cię usłyszy!

– Niech słyszą! – wrzasnęła Monika – Niech wszyscy tu przyjdą! Niech na własne oczy zobaczą tego małego robaka. Zawołam ich! Zrobiła krok w kierunku drzwi.

Ale Babcia już tam stała, na rozstawionych nogach, ze skrzyżowanymi ramionami, i patrząc Monice prosto w twarz, powiedziała spokojnie: – Bardzo dobrze, panno Moniko, Gestapo mieści się dwie ulice stąd. Jednak zadadzą nam przecież parę pytań, prawda? Czy nie będą ciekawi, gdzie chłopiec przebywał, kto go ukrywał, opiekował się nim i karmił? To nie w porządku, żeby taka życzliwość pozostała tajemnicą.

– Czy pani nas szantażuje?! W głosie Moniki słyszało się raczej zdumienie niż złość. Obydwie z matką, która kręciła się niespokojnie na wózku inwalidzkim, wpatrywały się w Babcię. – To zmienia postać rzeczy, prawda? Pomyślcie o sobie. Może teraz będziecie wolały jeszcze przetrzymać tego „małego robaka”, jak go nazywacie, – niż go wydawać? Kara za ukrywanie Żyda jest taka sama jak za bycie Żydem. I wiecie, jaka ona jest, prawda? Nawet Aryjczycy są śmiertelni, możecie ich widzieć wiszących na latarniach w całym mieście. Czasami wiszą głową na dół, co trwa znacznie dłużej… Nie wyglądałybyście najlepiej w takiej pozycji. Głos Babci brzmiał spokojnie i cierpliwie, tak jakby poprawiała kolejną francuską koniugację.

Patrzyła wprost na milczącą Monikę i robiła coraz większe przerwy między zdaniami: – Cokolwiek stanie się z chłopcem, przytrafi się i wam, panno Moniko. Dopilnuję, żeby tak się stało. Nie obawiajcie się, nie będzie nadużywał waszej szlachetnej, bezinteresownej gościnności ani chwili dłużej niż to będzie konieczne; ja też chcę go stąd zabrać, dla jego bezpieczeństwa. To tylko kwestia znalezienia nowej kryjówki. Może to potrwać godzinę lub miesiąc – nie wiem, jak długo. Obawiam się jednak, że do tej chwili będziecie musiały go znosić. A zresztą wyglądacie mi na specjalistki od niechcianych dzieci.

Zadziwiające, że ostatnia zagadkowa uwaga zdenerwowała Monikę bardziej niż cokolwiek innego. Rzuciła się ku Babci, a ta chwyciła ją za ręce. – Ty żydowska szumowino! Jak śmiesz? Wiesz, co ryzykujesz? – krzyczała Monika.

– Ćśś… – uciszała ją matka.

– Gdybym nie ryzykowała, panno Moniko – mówiła Babcia, wciąż trzymając ręce Moniki – ani mój chłopiec, ani ja nie bylibyśmy tutaj. Wszystko, co robię, to ryzyko – w każdej minucie każdego dnia. Trzeba czegoś więcej niż pani groźby, żeby mnie przestraszyć. Pamiętajcie: chłopiec zna wasze nazwisko, wasz adres, jest tu od dwóch miesięcy, i wie nawet, że nieraz wzięłyście pieniądze za oszukiwanie niemieckich władz. Jeśli go złapią i nawet on tego nie powie, to ja to zrobię!

Puściła Monikę i podeszła do wózka inwalidzkiego, na którym siedziała jej matka. Tym razem nie było targowania: Babcia po prostu wyjęła nieco pieniędzy z torebki i wcisnęła je tamtej do ręki. Nie wiem, czy kwota została podwyższona. – I to się nazywa wdzięczność! – powiedziała matka. – Powinnyśmy były wiedzieć.
– Taką macie wdzięczność, na jaką zasłużyłyście – odpowiedziała Babcia.

– I nie ma co udawać, nie chcecie wdzięczności: chcecie pieniędzy. Nie udawajcie, że jesteście lepsze niż jesteście.

Pocałowała mnie w czoło i wyszła, nie rozjaśniając nawet moich włosów. Wydawało się, że milczenie będzie trwało wiecznie. Bałem się zrobić najmniejszy ruch, bałem się zwrócić na siebie uwagę. Miałem wrażenie, że mogę zostać ukarany nieuchronnie i okrutnie, za grzechy Babci i wszystkich moich przodków.

Monika usiadła i zaczęła płakać. Miałem wielką ochotę, by ją pocieszyć, ale nie śmiałem. Jakież przeprosiny mogłyby wynagrodzić bluźnierstwa Babci? Jakie zadośćuczynienie przekreślić niewytłumaczalny fakt, że pomimo świętości Moniki, Babci udało się ją pognębić? Nie rozumiałem, jak Pan Bóg mógł na to pozwolić.

Po chwili obie zaczęły rozmawiać o drobiazgach, bez żadnego związku z Babcią ani ze mną. Wydawały się zmęczone. Matka podjechała wózkiem i wzięła ze stołu książkę, Monika wstała i przestawiała jakieś przedmioty w pokoju. Nie było co porządkować, ale Monika zachowywała się tak, jakby sprzątanie było konieczne. W ten sposób natknęła się na mnie. Rzuciła mi długie, milczące spojrzenie, które mnie przeraziło. Zabrakło mi odwagi, by powiedzieć, że całym sercem popieram jej ocenę mojej osoby jako robaka.

Czy wszy wiedzą, że są robakami? Jeśli tak, to muszą być nieszczęśliwe. Nie było we mnie nic oprócz wstydu, brudu i strachu, Monika zaś powoli czytała to z mojej skurczonej twarzy. Wciąż milcząc, wskazała brodą szafę. Wszedłem do środka i usiadłem w moim zwykłym rogu. Szczęknął zamek. Zasnąłem.

Odczułem wielką ulgę, kiedy następnego dnia rugała mnie w swój zwykły gwałtowny sposób. Obawiałem się, że już się do mnie nigdy nie odezwie. Dla- czego ktoś, kto rozmawiał z archaniołem Gabrielem, miałby rozmawiać z kimś takim jak ja?

Z rękopisu angielskiego przełożył Paweł Szczawiński

Publikujemy Pierwszy Rozdział z niewydanej dotąd Autobiografii Andrzeja Czajkowskiego. Rozdziałowi temu nadajemy tytuł Szafa Świętej Moniki (w oryginale angielskim rozdział ten zatytułowany jest: 1942).

Andrzej Czajkowski (Andre Tchaikowsky) – polski pianista i kompozytor – urodził się 1 listopada w 1935 roku w Warszawie. W czasie okupacji, wraz z rodziną, przebywał w getcie warszawskim. Od roku 1942 aż do końca wojny – ukrywał się w stolicy po tzw. aryjskiej stronie.

Po wojnie, studia z fortepianu odbywał: w Łodzi, u prof. Emmy Altberg (1945–47), w Paryżu, u prof. Lazare Levy’ego (1948–50), w Warszawie, u prof. Stanisława Szpinalskiego (1951–56), a następnie – w Brukseli, u prof. Stefana Askenase (po roku 1956). Kompozycję studiował u prof. Kazimierza Sikorskiego (1951–56), a następnie – krótko, w końcu lat pięćdziesiątych, u prof. Nadii Boulanger w Paryżu.

W 1955 roku był najmłodszym z laureatów Konkursu Chopinowskiego (VIII nagroda), zaś w roku 1956 – laureatem jednego z najtrudniejszych kon- kursów na świecie – Konkursu im. Królowej Elżbiety Belgijskiej (III nagroda). Artur Rubinstein, juror tego Konkursu, pisał o nim wówczas: „Andrzej Czajkowski jest jednym z najlepszych pianistów swojej generacji, a nawet kimś więcej – to cudowny muzyk”.

W 1956 Andrzej Czajkowski na stałe wyemigrował z Polski i – choć uważał się za polskiego pianistę i kompozytora – nigdy już kraju nie odwiedził.
Koncertował na wszystkich kontynentach, z najsławniejszymi orkiestrami świata i najwybitniejszymi dyrygentami – m.in. z Bohmem, Giulinim, Kleckim, Reinerem, Mitropoulosem, Davisem i Doratim. Nagrał 12 płyt, między innymi w tak prestiżowych wytwórniach, jak RCA Victor i Pathee Marconi.

Życiową pasją Andrzeja Czajkowskiego była jednak nie pianistyka, lecz kompozycja. Do ważniejszych jego dzieł należą: opera Kupiec wenecki według Szekspira, dwa koncerty fortepianowe, dwa kwartety smyczkowe, dwa cykle pieśni do słów Szekspira (Siedem sonetów i Ariel), Sonata na klarnet i Inwencje fortepianowe.

Andrzej Czajkowski zmarł 26 czerwca 1982 roku w Oxfordzie w wieku 46 lat.
Bliższe szczegóły z jego życiorysu zawiera opowiadanie Hanny Krall: Hamlet, zamieszczone w zbiorze opowiadań Dowody na istnienie (1995) i w zbiorze: żal (2007), a także książka Anity Janowskiej: …mój diabeł stróż. Listy Andrzeja Czajkowskiego i Haliny Sander (1997) oraz biografia pióra Dawida Ferr∂e The Other Tchaikowsky. A biographical sketch of Andr∂e Tchaikowsky (1991).

Notę biograficzną Andrzeja Czajkowskiego napisała Anita Janowska

Nazwa strony internetowej Andrzeja Czajkowskiego: (przygotowanej przez Davida Ferr∂e – autora biografii Andrzeja Czajkowskiego pt. THE OTHER TCHAIKOWSKY)
http://andretchaikowsky.com

Fotografie i pamiątki
do góry

Strona „Zapis pamięci”
Stowarzyszenia
„Dzieci Holocaustu”
w Polsce.

Zrealizowano
dzięki wsparciu Fundacji
im. Róży Luksemburg
Przedstawicielstwo
w Polsce

ul. Twarda 6
00-105 Warszawa
tel./fax +48 22 620 82 45
dzieciholocaustu.org.pl
chsurv@jewish.org.pl

Koncepcja i rozwiązania
graficzne – Jacek Gałązka ©
ex-press.com.pl

Realizacja
Joanna Sobolewska-Pyz,
Anna Kołacińska-Gałązka,
Jacek Gałązka

Web developer
Marcin Bober
PROJEKTY POWIĄZANE

Wystawa w drodze
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice” moirodzice.org.pl

Wystawa stała
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice”
w Muzeum Walki
i Męcześntwa w Treblince
treblinka-muzeum.eu
Strona „Zapis pamięci”
Stowarzyszenia
„Dzieci Holocaustu”
w Polsce.

Zrealizowano
dzięki wsparciu Fundacji
im. Róży Luksemburg
Przedstawicielstwo
w Polsce
Koncepcja i rozwiązania
graficzne – Jacek Gałązka ©
ex-press.com.pl

Realizacja
Joanna Sobolewska-Pyz,
Anna Kołacińska-Gałązka,
Jacek Gałązka

Web developer
Marcin Bober
PROJEKTY POWIĄZANE

Wystawa w drodze
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice” moirodzice.org.pl

Wystawa stała
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice”
w Muzeum Walki
i Męcześntwa w Treblince
treblinka-muzeum.eu