Barbara Asendrych, urodzona w 19(??) r.

Kim właściwie jestem?

Ewa Kośmińska-FrejlakW jaki sposób dowiedziała się pani o swoim żydowskim pochodzeniu?

Barbara Asendrych – Należy zacząć od tego, że po śmierci mojego ojca mama się bardzo uaktywniła. Nawiązała korespondencję z zagranicą, zaczęły przychodzić paczki (nigdy nie dowiedziałam się, od kogo i dlaczego).

Te paczki bardzo mi pomogły, dostawałyśmy w nich jakieś odżywki – a ja byłam po operacji onkologicznej. Potem, kiedy mama już zamieszkała u mnie, zaczęło mnie to trochę niepokoić. Mama codziennie czekała na listy, wyjeżdżała gdzieś po nie, ale nic na ten temat nie chciała mówić. W rezultacie dostała wylewu.

Widzi pani związek między jej chorobą a tą korespondencją?

Oczywiście. Po wylewie mama zachowywała się dziwnie. Odebrało jej mowę, ale od czasu do czasu coś mówiła, często zagadkowe rzeczy, na przykład – „ja chyba też jestem twoją mamusią…”. Składałam to wszystko na karb choroby. Po pięciu i pół tygodniach umarła. Musiałam uporządkować sprawy. Nie miałam jednak zwyczaju zaglądać do jej korespondencji. Nawet po jej śmierci miałam takie odczucie, że nie wolno mi tego ruszać…

Ile wtedy pani miała lat?

Czterdzieści trzy. Musiałam zawiadomić ludzi, że mama nie żyje. Już po pogrzebie wzięłam jej kalendarzyk i – czy znałam daną osobę, czy nie – wysyłałam listy o jednakowej treści, że moja mama, Leokadia Pieniążek, zmarła dnia tego a tego.

W Sylwestra odebrałam pierwszy telefon, ze Szwecji. Dzwoniła koleżanka mamy, starsza pani, w tej chwili ma dziewięćdziesiąt cztery lata. Powiedziała mi: „Ty mnie nie znasz, ale ja ciebie znam. Jesteś Żydówką, Lodzia (moja mama) nie chciała ci o tym powiedzieć, twój ojciec był lekarzem…” Przestraszyła się, że może mi się coś stać i zakończyła rozmowę obietnicą, że napisze list.

To było jak obuchem w głowę. W osiem dni później dostałam od niej list. Przeprosiła za tamtą telefoniczną rozmowę i opisała wszystko, co wie. W kilka dni później przyszedł drugi list – z Belgii. Znów, że jestem Żydówką, nawet podali nazwiska moich rodziców. To był dla mnie szok. Owszem, miałam koleżankę Żydówkę, miałam też znajomą, ale ja? W ogóle nic na temat Żydów nie wiedziałam. Wydawało mi się jedynie, że każda Żydówka musi być czarna, z kręconymi włosami. Ja taka nie byłam. Byłam ciemna, ale czarna nie. Skąd to się wszystko wzięło, jak to pozbierać?

Listy przychodziły coraz częściej. Próbowałam to jakoś przetrawić. Musiałam na nie odpowiadać. Zadawałam w tych listach mnóstwo głupich pytań. Pytałam: co ja teraz mam z tym zrobić? Oni nie wiedzieli. Wierzyłam w to wszystko i jednocześnie wątpiłam – może ktoś się pomylił, a może to nie jest tak. Zastanawiałam się, jak ja będę teraz żyła? Właściwie kim jestem? Nie miałam żadnej rodziny ani ze strony żydowskiej, ani z polskiej, bo mama krewnych nie miała, wszyscy zginęli w czasie wojny. Czułam się z tym wszystkim strasznie samotna. Czekałam z utęsknieniem na listy. Ale dla nich wszystko było oczywiste: jestem Żydówką, bo oni od dawna o tym wiedzą. To z nimi mama korespondowała…

A kim byli ci „oni”, skąd wiedzieli o pani?

Podobno z relacji mamy. Maria Wiltgren (ta, która pierwsza zadzwoniła) musiała wyjechać po ’68 roku z Polski. Zanim opuściła Polskę, odsiedziała dziewięć miesięcy. Oskarżono ją o to, że namawia dzieci polskie do wyjazdu do Izraela. Maria z moją mamą znały się od bardzo dawna. Spotykały się u mojej ciotki. Maria nawet podobno, patrząc na mnie, mówiła im często, że jestem chyba żydowskim dzieckiem, co wywoływało ogromne oburzenie.

Przed wyjazdem jednak moja mama (ta, która mnie wychowała) powiedziała jej wszystko: że jestem córką doktora Zajdlera, że wzięła mnie, jak była młodą dziewczyną. Mamie zależało, żeby Maria odszukała moją rodzinę, może w Izraelu, może gdzieś. Maria dawała ogłoszenia, ale nikt się nie zgłosił, niemniej tym sposobem dowiedzieli się o mnie inni.

Mama zobowiązała wszystkich, żeby broń Boże mi o niczym nie mówili. Myślę, że z jednej strony – chciała, żeby ktoś z rodziny się znalazł, bo może byłoby mi lepiej, może jej by było lepiej. Z drugiej strony – nie chciała, żeby mnie tak całkiem zabrali. Nie wiem, skąd ten strach, bo kiedy ona zaczęła poszukiwania, ja już byłam od dziesięciu lat mężatką, więc nikt zabrać mnie nie mógł. Może po prostu bała się odrzucenia…

Z Izraela przysłano mi fotokopię listu (tego, który mama napisała, żeby wyjaśnić poszukiwania), w którym dokładnie opowiada, jak do niej trafiłam. Ona sama miała urodzić dziecko, które zmarło i dlatego dali jej mnie. To nie jest prawda. Mama nie miała nigdy żadnego dziecka. Leczyła się, była bezpłodna. Wiem to, bo chociaż wszystkie karty informacyjne o podejmowanym przez nią leczeniu zginęły – mama dużo się leczyła – została karta wypisowa ze szpitala na Płockiej, gdzie leczyła się na bezpłodność.

Odnalazła ją pani już po śmierci mamy w papierach…

Tak. Nigdy nie mogła mieć dzieci – tak brzmiała diagnoza – więc nie mogła urodzić ani mnie, ani żadnego innego dziecka. Wzięła mnie. Zrobiła to bardzo sprytnie. Nie wiedzieli o tym ani jej rodzona matka, ani ojciec. Gdy miałam parę miesięcy, zostawiła mnie babci, a sama gdzieś pojechała, miała jakieś interesy…

Który to był rok?

Nie wiem. Różnymi drogami szukałam informacji o swojej żydowskiej rodzinie, a los mi sprzyjał. Wiedziałam, że mam chrzestną w Żelechowie. W pewnym momencie, właściwie przez przypadek, trafiłam tam. Wybrałam się zobaczyć, jak przebiegają prace nad budową ogrodzenia cmentarza w Łaskarzewie, którego fundatorem był zaprzyjaźniony ze mną pan Zygmunt Warszawer, rzeźnik z koszernej jatki. Uważał, że zapewne pochodzimy z tych samych stron, bo moja matka była z domu Szapiro, tak jak jego wujek.

Pojechaliśmy razem do Łaskarzewa, a potem do Żelechowa. Trafiliśmy tam do zamożnej willi, gdzie czekano na pana Zygmunta z uroczystym przyjęciem. Już przy stole zapytałam gospodynię, czy zna może panią Pleskot, która była ponoć moją chrzestną. Okazało się, że to była matka jej nauczycielki, do której od razu zadzwoniła. Pyta: czy wie pani, kto u mnie jest? A ona odpowiada: chyba Basia z Warszawy. Jaka intuicja szalona! Przecież mnie nie znała, nigdy nie widziała! Okazało się, że chrzestna już nie żyje, ale jej córka – ta nauczycielka – z mężem mieszkają naprzeciwko. Po piętnastu minutach byłam u nich.

Gienia Pleskotówna była tylko o rok młodsza od mojej mamy. Uznała, że to niemożliwe, bym się urodziła w 1943 roku. Pamiętała moje chrzciny. Podobno najpierw przyjechał Nejman (przyjaciel mamy z czasów okupacji), który pochodził z Żelechowa, a potem mama z dzieckiem (czyli mną) na ręku. Chrzciny były nietypowe, zwykle przecież jest i mężczyzna, i kobieta, a tutaj była tylko mama, pani Pleskot i nikogo więcej.

Gienia bardzo chciała iść na chrzest, bo to miała być atrakcja – z tamtego czasu pamięta getto. To ważne, bo wiadomo że getto w Żelechowie zostało zlikwidowane we wrześniu 1942 roku! Tymczasem ja miałam się urodzić w grudniu 1943 roku – to nie może być moja data urodzenia! Myślę, że mama dała się po prostu ponieść wyobraźni przy wyrabianiu mi metryki. Zresztą metrykę urodzenia miałam sporządzoną dopiero w 1950 roku, kiedy szłam do szkoły. Mama zmieniła wtedy nie tylko moją datę urodzenia, ale także i imię. To już było po ślubie mamy z Pieniążkiem, więc oficjalnie nazywałam się Jadwiga Pieniążek.

W jednej chwili z Basi Burzyńskiej (nazwisko dziadków) stałam się Jadwigą Pieniążek. Nie mogłam do tego przywyknąć, więc jak mnie w szkole wywoływali tym nowym nazwiskiem – nie reagowałam. Godziłam się na wszystkie kłamstwa, nawet te, o których wiedziałam. Odkąd pamiętam, miałam w sobie straszny lęk, że będę wyrzucona z domu, że mnie nie zaakceptują. Bałam się odrzucenia. Cokolwiek mówiła mi mama, zawsze wierzyłam, aż do dnia jej śmierci. Może nie tyle wierzyłam, co udawałam, że wierzę, przyjmowałam za dobrą monetę.

Byłam bardzo grzecznym dzieckiem. Nie chciałam taka być, ale na wszelki wypadek nie dyskutowałam i robiłam, co mi kazali. Zaraz po ślubie wszyscy mieszkaliśmy na Chłodnej 20. To ważne, bo na Chłodnej mieszkali wcześniej moi prawdziwi rodzice. Najpierw na Chłodnej 5/7 – po tym domu nie ma śladu (to był teren getta), a potem na Chłodnej 20. W 1949 roku przeprowadziliśmy się na Górczewską.

Mama mi wmawiała, że Ryszard Pieniążek to mój tatuś. Wprawdzie doskonale wiedziałam, bo o tym się ciągle mówiło w domu, że od 1939 do 1946 Pieniążek był w Stalagu, z mamą w ogóle… Może mama uważała, że jestem trochę głupawa, że nie potrafię tych faktów skojarzyć? Nie komentowałam. Przecież byłam na ich ślubie, doskonale pamiętam, przecież są zdjęcia z tego okresu (na zdjęciach mam spuszczoną głowę).

Tatuś to tatuś – w końcu łożył na moje wychowanie, więc inaczej nie mogłam go nawet nazwać. Raz tylko się wyłamałam. Zaraz po ślubie ojciec siedział i darł kawalerskie zdjęcia (dobrze, że okupacyjnych, z Niemiec, nie porwał, służyły potem jako świadectwo do uzyskania uprawnień kombatanckich). Podeszłam do niego i zapytałam: „A co pan robi?” Awantura na cztery fajerki. Jak w ogóle mogłam powiedzieć „pan” – „jestem twoim tatusiem”! Już wiedziałam na zawsze, że jest tatuś – nie ojciec, nie tata, tylko tatuś.

Miałam mówić o szukaniu tożsamości…Wymyśliłam sobie, że skoro jestem Żydówką, muszę się nauczyć jakiegoś języka. Nie bardzo wiedziałam, gdzie i z kim szukać kontaktu. Bałam się, że gdy pójdę do jakiejś organizacji – nawet nie wiedziałam, jak to wtedy nazwać
– to mnie wyrzucą, nikt ze mną nie będzie chciał rozmawiać. Zadzwoniłam do ŻIH, o którym dowiedziałam się z książki telefonicznej – skoro Żydowski Instytut, to czemu nie zadzwonić?

Był 1987 rok, Małgosia Bonikowska jeszcze tam nie pracowała, bo moje losy na pewno by się inaczej potoczyły. Poprosiłam, żeby mi pomogli odszukać rodziców. Powiedzieli, że wszystko się spaliło, nie będzie śladu. Strasznie się z tym męczyłam, to było okropne. Miałam żal, że mama jednak mi nic nie powiedziała – może byłoby lżej, może by mi pomogła. Zawsze się uważała za mądrzejszą ode mnie…

Po jakimś czasie przyszedł do mnie Zbyszek Targielski, który działał przy gminie. Dowiadywał się, czy może mi pomóc. Nie mógł, ale dzięki temu dowiedziałam się, że jest gmina i TSKŻ. Potem przyszła Grażyna Pawlak.

Chciałam poznać tradycję i religię żydowską. Nie chodziło o to, że muszę w coś wierzyć, czy coś zmienić. Nigdy, poza krótkim okresem, nie byłam bardzo religijna, mimo że mama bardzo chciała, żebym chodziła do kościoła. Pomogła mi Róża Rozmaryn. Zaprowadziła mnie do synagogi, na nabożeństwo sobotnie. Pamiętam, że stałyśmy na babińcu, na górze, patrzyłam, jak się modlą mężczyźni i miałam takie poczucie, że ja to skądś znam. Nie wiem, skąd – nie widziałam tego na żadnym filmie, nie widziałam wtedy „Austerii”. To się stało dla mnie w jakiś sposób bliskie.

Potem były szabasy, które organizował Michael Schudrich – takie pełne ciepła, zrozumienia. Wyjechałam też raz do Rychwałdu z całą swoją rodziną. Biegałam tam na modlitwy, strasznie mi się to podobało. Tylko że ja nie chciałam być nigdy posądzona, że się bawię w żydostwo – bawię się, a potem mi to minie.

Los swoje robi – teraz mieszkam na wsi i boję się, że ktoś się dowie, że jestem Żydówką. Nawet najbliżsi sąsiedzi nie mogą tego wiedzieć, nie miałabym życia. To jest takie przykre, ale co mam zrobić? Jestem już za słaba, żeby z tym walczyć, brakuje mi sił. Nie mogę też już jeździć do Stowarzyszenia, podróż dla mnie jest za ciężka, utrzymuję więc tylko kontakt telefoniczny.

Wracając do porządku chronologicznego – czy już po tym, jak się pani dowiedziała, że miała pani inną – żydowską mamę, to czy z tej perspektywy zaczęła pani zauważać rzeczy, które się nie zgadzały z wcześniejszą wiedzą?

Tak, oczywiście. Począwszy od wyglądu zewnętrznego. Mama była wysoka, przystojna – taka pszeniczna blondyna. Ja malutka, ciemna. Mama miała niebieskie oczy, była pewna siebie. Mówiła zawsze, że jestem do niej podobna, że mamy wszystko jednakowe – jakieś tam znamię na nodze, grupę krwi – wszystko. Nie interesowałam się tym, nie mogłam matki kontrolować, bo zaraz by krzyknęła na mnie. Gdy mama była w szpitalu, ze zdziwieniem odkryłam, że ma grupę krwi „B”, a ja „0”. Więc to nieprawda. Żalu o to do niej nie miałam.

Może bardzo chciała być matką, może nie umiała być? Myślę, że ona po prostu była za młoda – gdy mnie wzięła, miała osiemnaście lat. Nie bardzo umiała wtedy wychowywać dzieci. Zajmowała się mną głównie babcia, która całe życie była koło nas. Bardzo pilnowała, żeby mi się żadna krzywda nie stała, ale to mama była najmądrzejsza, najpiękniejsza. Mnie traktowała jak jakąś niemotę, taką głupiutką, wmawiała mi rzeczy oczywiste. Jak się na mnie zdenerwowała, to zawsze byłam Rojza. Dlaczego Rojza – nie umiem po- wiedzieć, nie kojarzyłam tego wtedy.

Moja babcia po wojnie dorabiała praniem, przyjmowała pranie od ludzi. Dla mnie to była straszna frajda – stało się w balii, prało się na tarze, lubiłam się chlapać. Pomagałam nawet babci wyżymać pranie, a ona mawiała – oj, jakoś tak po żydowsku wykręcasz! Coś, co się robiło inaczej, w naszym domu było po żydowsku. Ja wszystko robiłam po żydowsku. Po żydowsku to po żydowsku, to znaczy, że źle – myślałam. Dopiero potem mi przyszło do głowy, że może wiedziały, co mówią.

Kiedyś po wojnie odwiedziła nas niejaka Frania. Przyszłam ze szkoły i ona tam była. (Podobno jakaś Frania miała być moją opiekunką w czasie okupacji, ale jak to możliwe, skoro babcia mnie wychowała? Kogo było stać na jakieś opiekunki?). Ta kobieta była dziwna – dużo starsza od mamy, może po prostu bardziej zniszczona, miała ciemną cerę i czarne włosy, szczupła, niska i jakoś dziwnie na mnie patrzyła.

Mama kazała mi iść do kuchni i wziąć sobie coś do jedzenia. Zamknęła drzwi do nich do pokoju, choć nigdy tego nie robiła –mieliśmy małe mieszkanko, pokój z kuchnią. W pewnym momencie zrobiło mi się słabo, często mdlałam. Zawołałam mamę i wtedy ta pani wyszła. Nie wiem, o czym rozmawiały, ale już jej nigdy więcej nie widziałam.

Innym razem weszłyśmy z mamą do jakiegoś sklepu, mama spotkała znajomą, o której powiedziała mi, że to moja mleczna mama. Ale jak to mleczna mama? Ktoś mnie karmił, nie matka. No nie matka, przecież pokarmu nie miała.

Mama opowiadała mi kiedyś o Gostyninie. Była tam kiedyś. Wspomniałam o tym synowej, na co ona opowiedziała mi coś, o czym nigdy wcześniej nie mówiła. W tym roku, w którym mama umarła, byli – synowa, syn, wnuczka i moja mama – na wczasach. Wracali przez Gostynin. Spod koła wyleciał kamień, który zbił szybę w samochodzie. Mama w tym samochodzie dostała straszliwej histerii. Krzyczała, że wojna, że ktoś ich zastrzeli.

Synowa uspokajała. Podobno mama zaczęła tam opowiadać o jakimś dziecku. Synowa spytała, czy chodzi o mnie, zawsze przecież byłam jedynaczką. – Nie, to nie chodzi o Basię, to jest inne dziecko, ja to dziecko wzięłam. – Ale co z nim zrobiłaś? Nie było odpowiedzi, tylko krzyki, coś okropnego. W końcu znaleźli warsztat i jak wyjechali poza Gostynin, to mama się już uspokoiła, choć dalej mówiła o jakimś dziecku, które wzięła… Mamie nigdy wcześniej nie zdarzył się taki wybuch, zawsze była przytomna.

Zaczął mi więc chodzić po głowie ten Gostynin. Postanowiłam tam pojechać. Napomknęłam o tym Ince Sobolewskiej. Okazało się, że ona ma koleżankę, która urodziła się w Gostyninie, mieszkała tam przed wojną, więc chętnie pojedzie z nami, a przy okazji odwiedzi grób swoich rodziców. Pojechałyśmy. Nie spodziewałam się wiele po tej wizycie, ale było miło. Zgodnie z tym, co mówiła znajoma Inki (ta, która urodziła się w Gostyninie), Niemcy mieli jakieś dziwne plany, jeśli chodzi o Gostynin – sprowadzali Żydów, a wywozili Polaków.
Niby miało być getto, ogrodzono teren, ale oni zamierzali wszystkich żydów ściągnąć tutaj, a Polaków wywieźć. Nic z tego nie wyszło i po jakimś czasie miejscowa ludność zaczęła wracać.

Chodziłyśmy po miasteczku. Poszłyśmy na dawny cmentarz żydowski, na którym teraz stoi osiedle domków jednorodzinnych i są ogródki – ludzie sadzą różne rzeczy, a po cmentarzu nie ma śladu. Pani Krysia nas oprowadzała i w pewnym momencie, gdy szłyśmy takim mostkiem nad jakąś wodą, zaczęłam mieć wrażenie, że byłam tu już kiedyś. – Tutaj były takie wydmy piachu – zaczęłam opowiadać – naprzeciwko, nad tym lasem, było strasznie dużo piachu, takiego pięknego, żółciutkiego. A tam prosto, ten ceglany dom był młynem. Tego mostu nie było, wody też nie. Rzeczywiście, okazało się, że był młyn, tylko go już zlikwidowali, ten piach i las też się zgadzał. Woda jest od niedawna – to po prostu sztuczny zbiornik […]

Musiałyśmy się dowiedzieć czegoś więcej. Znajoma Inki podpowiedziała nam, żebyśmy porozmawiały z adwokatem, mecenasem Kujawą, bardzo starszym panem, który może będzie mógł nam coś powiedzieć o historii domu. Przyszłyśmy do niego. Posadził nas w gabinecie. Spytałam o Zajdlerów, czy w ogóle słyszał to nazwisko. Podobno z jakimś Zajdlerem chodził do szkoły, ale całą wojnę przesiedział na Wschodzie, gdzie wyjechał z żoną, żeby przeczekać wojnę, więc właściwie nie wiedział, co się działo w Gostyninie. Ale jak wrócił, nie było już Żydów w miasteczku. Zaraz potem mecenas się przestraszył, że chcę coś odbierać. Przekonywałam go, że nie, że nawet nie wiem, czy moja rodzina cokolwiek miała, że chodzi mi o to nazwisko. Niewiele nam pomógł.

Czy udało się pani dowiedzieć czegoś więcej na temat swojej rodziny?

Za radą Ruty Sakowskiej pojechałam jeszcze do Biblioteki Lekarskiej na Ujazdowie. Okazało się, że śle trafiłam, bo oni porządkowali właśnie kartotekę, i nie doszli jeszcze do „z”. Chciałam się wycofać, zaczęłam się już bać tego wszystkiego, ale ona znalazła ojca. Mówi: – Zajdler, Seweryn, 1898 rok, lekarz, 1934 obronił dyplom, mieszkał Chłodna 20. Tyle wiem – powiedziała, może jeszcze będziemy szukać, pokażę pani jeszcze zdjęcie, zwykle były dołączone do dokumentów.

W parę miesięcy potem dostałam ciężkiego zawału, potem przeszłam operację serca. Długo leżałam, miałam czas na przemyślenia. – Co mi dadzą te poszukiwania – jakieś mgliste wspomnienie, zobaczę twarz – i skończy się drugim zawałem? Bieta Ficowska załatwiła mi psychiatrę, bo uważała, że sobie nie poradzę sama z tym problemem. Ona się mną zajęła, tłumaczyła, że w końcu muszę kiedyś przestać szukać, przecież to nie ma sensu. Wszyscy rodzice odchodzą w swoim czasie. Powinnam przyjąć, że rodzice po prostu odeszli. Staram się, ale jest ciekawość, trzeba coś dzieciom zostawić, przekazać, kim byli rodzice (choć nie wiem, czy one są tak bardzo tego spragnione…).

Czy pani rodzina pomagała w tych poszukiwaniach?

Moja synowa bardzo. Zaczęła od sprawdzenia, jak to było naprawdę z moimi chrzcinami. Zgodnie z tym, co mówiła mama, wszystkie sakramenty przyjmowałam w kościele na Woli u Świętego Wojciecha: tam byłam chrzczona, miałam komunię i ślub (który zresztą też ona mi załatwiła). Zadzwoniłam więc do parafii, czy mają moją metrykę. Okazało się, że mają – z 1953 roku, wystawioną dwa dni przed moją komunią!

Chciałam zobaczyć, dlaczego i co… Opowiedziałam, że jestem żydowskim dzieckiem i chcę wiedzieć, czy byłam tu chrzczona. Za przyzwoleniem księdza proboszcza siostra zakonna pokazała mi tę metrykę. Na metryce widniał podpis aktualnego proboszcza, który jako młodziutki ksiądz udzielił mi ślubu. Jeśli chrzest był w 1943 roku, on z całą pewnością wtedy nie był jeszcze księdzem, był po prostu wtedy za młody.

To mi przypomniało, że przed samą komunią mama się dziwnie zachowywała. Pamiętam moment, kiedy w piątek był ostatni egzamin. Bardzo się ucieszyłam, bo dostałam piątkę z plusem. Mama w tym czasie była w zakrystii. Gdy wróciła, chciałam jej pokazać stopień, że jestem taka wspaniała, ale ona była strasznie zdenerwowana. Poszłyśmy do domu, a ona w ogóle nie chciała ze mną rozmawiać. Pewnie ksiądz nie bardzo chciał wypisać metrykę, zostały tylko dwa dni do komunii… Ale ona chodziła i ja w końcu zdałam egzamin!

A co się stało w takim razie ze starą metryką?

Stara metryka w ogóle się nie znalazła.

Czy wcześniej, zanim pani się dowiedziała o swoim żydowskim pochodzeniu, miała pani w ogóle jakieś poglądy na tematy żydowskie?

Nie. W szkole podstawowej miałam koleżankę, która wyjechała. Pisała nawet kilka razy do mnie, ale mama szybko zakończyła korespondencję. Kiedy przyszedł ’68 rok, mój syn ciężko chorował. Wiedziałam, że biją studentów, ale nie mogłam się zdobyć na żaden stosunek do tych spraw, zbyt byłam zajęta chorobą syna. Te wszystkie kłopoty – bardzo rodzinne i bardzo nasze – oddalały mnie od spraw na zewnątrz. Ominęło mnie to, chociaż wiedziałam, co się dzieje. Oczywiście byłam oburzona.

Czy udało się pani odtworzyć okoliczności, w jakich została pani przekazana swojej polskiej mamie?

W liście, o którym wspominałam, mama pisała, że znalazła się w szpitalu – na wszelki wypadek nie pisząc, w jakim mieście – że sama urodziła dziecko, że jej mąż był w partyzantce… Chciała pewnie troszeczkę podretuszować swój życiorys. Nie miała wtedy żadnego męża. Była młodą dziewczyną, w żadnym szpitalu nie leżała, żadnego dziecka nie urodziła.

Wydaje mi się, że skoro razem ze mną dostała zegarek, to pewnie i pieniądze… To ją stawiało w tym czasie na nogi. Stała się dzięki temu może nieco bardziej niezależna, mogła sobie sama organizować życie, nie była skazana na matkę, która też jej wiele pomóc nie mogła, bo zawsze była biedna i zalękniona, nie umiała się w ogóle w świecie obracać. Mama zapewne uważała, że nieładnie pisać o pieniądzach, że wzięła mnie, bo to się opłaciło. A liczyć umiała przez całe życie.

Tekst wydrukowany w „Midraszu” nr 7–8 (99–100), lipiec–sierpień 2005 roku, s. 32–36. Publikujemy za zgodą Stowarzyszenia Midrasz i autorki wywiadu Ewy Kośmińskiej-Frejlak. Skróty pochodzą od B. Asendrych. Tekst autoryzowany.

do góry

Strona „Zapis pamięci”
Stowarzyszenia
„Dzieci Holocaustu”
w Polsce.

Zrealizowano
dzięki wsparciu Fundacji
im. Róży Luksemburg
Przedstawicielstwo
w Polsce

ul. Twarda 6
00-105 Warszawa
tel./fax +48 22 620 82 45
dzieciholocaustu.org.pl
chsurv@jewish.org.pl

Koncepcja i rozwiązania
graficzne – Jacek Gałązka ©
ex-press.com.pl

Realizacja
Joanna Sobolewska-Pyz,
Anna Kołacińska-Gałązka,
Jacek Gałązka

Web developer
Marcin Bober
PROJEKTY POWIĄZANE

Wystawa w drodze
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice” moirodzice.org.pl

Wystawa stała
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice”
w Muzeum Walki
i Męcześntwa w Treblince
treblinka-muzeum.eu
Strona „Zapis pamięci”
Stowarzyszenia
„Dzieci Holocaustu”
w Polsce.

Zrealizowano
dzięki wsparciu Fundacji
im. Róży Luksemburg
Przedstawicielstwo
w Polsce
Koncepcja i rozwiązania
graficzne – Jacek Gałązka ©
ex-press.com.pl

Realizacja
Joanna Sobolewska-Pyz,
Anna Kołacińska-Gałązka,
Jacek Gałązka

Web developer
Marcin Bober
PROJEKTY POWIĄZANE

Wystawa w drodze
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice” moirodzice.org.pl

Wystawa stała
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice”
w Muzeum Walki
i Męcześntwa w Treblince
treblinka-muzeum.eu