audio: 1

Czesław W., urodzony w 1928 r.

Jestem Żydem

Wspomnienie czyta Tomasz Kocuj

Czesław W. – Nazywałem się przed wojną Maksymilian Ścisłocki. Urodziłem się w 1928 r. Mieszkałem w Warszawie, w dzielnicy żydowskiej przy ulicy Miłej 9.

Ojciec mój był przedstawicielem firmy Singer na Warszawę. Mama natomiast nie pracowała. Miałem brata młodszego o dziesięć lat. Nazywał się Marek Ścisłocki. Przed wojną chodziłem do szkoły przy ulicy Nowolipki 29. Byłem w trzeciej klasie.

Katarzyna Meloch – Jaki był wasz dom rodzinny?

Pochodziliśmy z rodziny inteligenckiej. Zasymilowanej. Moi krewni to doktor Zygmunt Ścisłocki; Redakcja Piąta Rano – Ścisłocki; apteka w Śródborowie, przy ulicy Żeromskiego 24. Miałem dziadków w Otwocku, mieszkali przy ulicy Przeworskiej 8. Dziadkowie to byli religijni Żydzi. Dziadek miał brodę, babcia nosiła perukę. Zawsze letnią porą, w okresie wakacji bywałem u babci. I była tam jeszcze moja ciocia, która nazywała się Dora Segał, miała dziewczynkę, która się nazywała… Nie pamiętam już… Nie wiem… Moje zdjęcie wisi w Muzeum w Otwocku, zdjęcie sprzed wojny, z 38 roku.

Był rok 39, piękna pogoda, lato. Wszyscy byli zdenerwowani, ponieważ sprawy polityczne między Niemcami a Polską były na ostrzu noża. I tak się złożyło, że była mobilizacja, Odprowadziłem mojego ojca – oficera do wojska, bo ojciec był po wyższych studiach. Przypominam sobie, że mamusia ugotowała dwadzieścia jeden porcji jedzenia dla żołnierzy. No cóż… Przyszło bombardowanie i nie wiedzieliśmy, gdzie się podziać, ani w jedną ani w drugą stronę. Nie wiadomo co. Naloty. Pożar. Myśleliśmy, że to ćwiczenia, a okazało się, że prawdziwa wojna.

Jak przetrwaliście okres bombardowania w 39 roku?

Nie chowaliśmy się w piwnicy, byliśmy w naszym domu na Miłej 9. Tam były dwa podwórka. Na Miłej 11 był skład apteczny. Na Miłej 15 później – podobno – był bunkier Anielewicza. Nasz dom – potem – należał do getta. Jak już mur stał, ja prześlizgiwałem się przez rynsztoki na aryjską stronę.

To znaczy…

Były mury i pod nimi rynsztok; taka mała skrytka, że główka (dziecka) się mieściła. Był to właściwie prześwit pod murem nad rynsztokiem. Ja byłem szczupły i mieściłem się tam. Wychodziłem z getta codziennie, przeważnie grasowałem po aryjskiej stronie. Byłem przy ulicy Lisowskiej, przy Szregera na Bielanach… Pod okupacją nie chodziłem już do szkoły.

Przynosiłeś z aryjskiej strony coś do jedzenia?

Przynosiłem marchew, ziemniaki…

Jak je zdobywałeś?

Chodziłem po prośbie – po prostu. Ponieważ nie miałem wyglądu Żyda, nie żydłaczyłem, coś dostawałem. I to trwało kilka ładnych miesięcy. Chodziłem nie codziennie, co drugi dzień. Nocowałem na Bielanach, w kręgach od studni. Znali mnie tam wszyscy, dawali ubrania i inne rzeczy. Przynosiłem je do domu. Ojciec w tym czasie chorował i zmarł na zapalenie płuc i zapalenie opon mózgowych. Cośmy mieli, tośmy sprzedawali, a byliśmy średnio zamożni.

A matka?

Mama żyła, miała maszynę do szycia, to zaczęła szyć. Coś uszyła, żeby dostać trochę zupy. Pamiętam, że jak przynosiłem ziemniaki, to mama nawet obierki gotowała. Nie mogę mówić… (Płacz).

Wyszedłeś w przeddzień Powstania w getcie?

Miałem wielkie szczęście, bo gdybym nie wyszedł, już ze mną byłby koniec. Nie miałem się gdzie podziać. Przenocowałem na Dworcu Wschodnim. Żandarm wszystkich legitymował, a mnie nie. Nie miałem może wyglądu typowego Żyda. A czułem się jak Żyd z krwi i kości. Przyjechałem do dziadków do Otwocka na Przeworską 8. Ciotka miała przed wojną złote zęby, teraz już tych zębów nie miała, widocznie musiała sprzedać… Bo taki był okres, nie mieli z czego żyć. Wujek całe życie skórki obrzynał z chleba, to miał ich kilka worków i z tego żyli.

Pożegnałem się z nimi i poszedłem do kuzyna mego ojca, miał aptekę w Śródborowie przy ulicy Żeromskiego 24. Zresztą już nie pamiętam dokładnie. No i dała mi ciotka 200 złotych. Pamiętam, że ona nie miała włosów, spaliła je, kiedy zrobiła wieczną ondulację. Ona dała mi 200 złotych i pojechałem do Kołbieli, pociągiem czy autobusem… już nie pamiętam. Pytałem się, czy nie ma gdzieś jakiejś pracy dla mnie. Nie wyglądałem jak Żyd i nie „żydłaczyłem”.

Spotkałem ludzi, którzy powiedzieli, żebym poszedł do pobliskiej wsi. Tam jest szlachetna rodzina Wielgołaskich. Wielgołaski mnie przyjął. Miałem legitymację szkolną na nie swoje nazwisko, wykradłem ją komuś, zanim przyjął mnie Wielgołaski. Całe lato pasłem krowy za ćwiartkę żyta, ćwiartkę kartofli i dwie lniane koszule. Czasami Niemcy przyjeżdżali, to ja się modliłem… Nie znałem polskiego pacierza, ale się modliłem i to jakoś podtrzymywało mnie na duchu. Przyzwyczaiłem do tego życia i chodziłem czasami na wesela. Znałem chłopską mentalność. Orałem, chodziłem do miasta. Nie miałem strachu. Może nie spotykałem ludzi, którzy byli przeciwko Żydom.

Pracowałeś u gospodarza, potrafiłeś być wzorowym parobkiem, ale pewnie pragnąłeś jakiejś stabilizacji, żebyś nie był ciągle zagrożony…

Chodziłem do kościoła, nauczyłem się pacierza, musiałem się nauczyć. Nawet był w okolicy wróg Żydów, być może wydawał Żydów, a mnie kupił garnitur. Dla mnie był to dobry, zupełnie obcy człowiek.
Zdarzył się dziwny zbieg okoliczności: gospodarze poszli do kościoła, a ja mimochodem wszedłem po drabinie na górę nad oborą. Tam, gdzie leżało siano, znalazłem setki metryk, w stosach i wybrałem metrykę z tym nazwiskiem, które mam obecnie.

Wiek się zgadzał?

Wiek się zgadzał, tylko się nie zgadzało imię ojca i inne rzeczy. Był 26 stycznia, zmiana parobków, chłopców do świń, do krów, no i od razu poszedłem na inną wieś, na Władzin. Jeszcze chciałem nawiązać do tego, że jak znalazłem tę metrykę, to już później, w kolejnej wsi tak się nazywałem, jak obecnie.

I poszedłeś po kenkartę?

Poszedłem po kenkartę, nie miałem stracha, nie wiem dlaczego. Nie czułem niebezpieczeństwa, bo nie miałem wrogów, nie byłem konfliktowy, pracowałem po prostu za grosze i za jedzenie. We Władzinie przyjęła mnie wdowa, która miała córkę i wnuczkę. Miały jedną krowę i jednego cielaka.

Ile miałeś wtedy lat?

Nie mogę określić… Żyłem na wsi, spałem w stodole, ale nie dało się spać w tej stodole. W stodole był pies i owce, i jałówkę miała gospodyni. Dobrze mi jeść dawała, zimową porą mieszkałem u niej w kuchni Nie byłem konfliktowy, co trzeba robiłem. Drzewo pocięte było, to drzewo rąbałem, kiedyś uciąłem sobie część palca… No cóż… Dużo jeszcze byłoby do opowiadania. Ale nie pamiętam. Bo pracowałem i we dworze, jako świniarz i karmiłem świnie. Od tej gospodyni we dworze też dobrze jeść dostawałem. Syn jej, nazywał się Wojciechowski, jeździł na koniu i podobno Żydów wydawał, ale nie wiem dokładnie. Dziwny zbieg okoiczności; spałem nad winiarnią… A jeszcze przed tym…

W Boże Narodzenie było pięciu Niemców, pięciu Niemców, co pilnowało dworu (nie wiem, czy to byli SS-mani czy Wehrmacht). Gospodyni, matka młodego Wojciechowskiego, bardzo mnie lubiła. W Sylwestra piłem u niej likier „Arkadię” z Niemcami. Niezależnie od tego nocowałem nad świniarnią. I któregoś wieczoru był wielki ruch, szum, wyciągają świnie. Widocznie to byli partyzanci, nie wiem jakiego pokroju. W każdym razie wyskoczyłem przez okno na półpiętrze i schowałem się w łubinie. A oni krzyczeli: gdzie on jest! Ja nie wiem, czy to się tyczyło mnie, czy kogoś innego.

Później z powrotem byłem u poprzedniej gospodyni. Zresztą nie pamiętam dokładnie. Pracowałem u Nowakowej i poszedłem do sąsiadów, Bacowie się nazywali. To byli może przedwojenni bandyci, okrążyli cały dom i zabrali nas. Pamiętam: pod rewolwerem prowadzili nas do Mińska Mazowieckiego, do komisariatu. Wśród nas był jeden w moim wieku, nazywał się Krupa, syn gospodarza. Siedzieliśmy dwa dni, gospodarz widocznie wykupił swojego syna i mnie też wypuścili. Miałem szczęście.

Poszedłem z powrotem do roboty na wsi, chyba do Nowakowej. I już wojska radzieckie nadciągały. Były światełka nad całą Warszawą. A ja się już cieszyłem, strasznie się cieszyłem, że będę wyzwolony, że będę prawdziwym człowiekiem, że nie będę poniewierany, że nie będę narażony na śmierć.

Nadchodziło wyzwolenie. Przyjechałem do Kołbieli, poznałem tam Żydów, którzy też się uchronili. Jeden z nich nazywał się Cebula. Całą okupację robił kożuchy u Polaka kuśnierza. Pracował w piwnicy, w nocy. Mówił – chodź, będziemy razem mieszkać, a mieszkał w piwnicy od strony frontowej, na wprost kościoła, w Kołbieli. Mieszkał z żoną, która była w ciąży i z babcią. Oni się jakoś uchronili. Któregoś rana, czy po południu wyszedłem z tym Cebulą, coś załatwić i usłyszałem, jak wróciłem z powrotem, że wpadli jacyś partyzanci, kto to był, czy Narodowe Siły Zbrojne, czy Akowcy – nie mogę tego powiedzieć, nie wiem.

W Kołbieli poznałem też młodego chłopaka, mówił: „jedźmy do Łodzi”. Nie miałem nic do stracenia. Przyjechałem do Łodzi, zacząłem się kręcić. Poszedłem do gminy żydowskiej, zarejestrowałem się. Miałem świadka, który przed wojną pracował u mojego wujka. To pamiętam.

Znalazłeś się w Łodzi, powojennej „stolicy” ocalonych Żydów…

Poznałem jakiegoś wojskowego, chyba też Żyda, był zdemobilizowany i miał pokój w drewniaku. On mi go zostawił i ja tam zamieszkałem. Początkowo chodziłem do gminy żydowskiej na obiady i coś z gminy dostawałem. Poznałem moją przyszłą żonę, która mieszkała obok. Tak żeśmy sprzyjali sobie przez parę lat.

Wiedziała, że jesteś Żydem?

Tak, rozpłakałem się i powiedziałem. Ona mnie z litości kochała. Była moją matką, moją żoną, wszystkim.

Była starsza od Ciebie…

O dwa lata. Pracowała u Scheiblera, nawijała nici. Chodziłem do szkoły powszechnej i do szkoły muzycznej, a później pracowałem jako goniec w Głównym Urzędzie Likwidacyjnym. Zarabiałem drobne pieniądze, ale kupiłem żonie pierwszą sukienkę. Była bardzo zadowolona. Kochała mnie i ja ją kochałem. Byłem zadowolony, jak żona dwa razy okrasiła ziemniaki. Powiedziałem, że dobrze okrasiła.

Do czego zmierzam: w 49 roku przyjechał facet i mówi, że jest potrzebny perkusista do Oficerskiej Szkoły w Jeleniej Górze, perkusista, co czyta nuty. Ja już w szkole muzycznej miałem dobre wyniki. No i pojechałem na miejsce tego chłopca, co się zwolnił. Przyjął mnie kapitan Dańczak i inni. A moja żona znalazła rodziców na ulicy Wiejskiej w Cieplicach. I tak się dziwnie składało, że już żeśmy znaleźli rodzinę.

I mówi kapitan Dańczak: „no idźcie teraz do domu, przyjdziecie jutro, umundurujemy was i będziecie w orkiestrze.” No i byłem w orkiestrze przez rok czasu. I jest długa historia do opowiadania, jak przez śliwki zostałem zwolniony! Po wojsku, w 51 roku zamieszkałem w Jeleniej Górze, na Wiejskiej 4. Mazurkiewicz miał zespół muzyczny „z Europy”. On mnie zaangażował, już zacząłem zarabiać pieniądze. Byłem zdolny, niekonfliktowy, wykonywałem wszystko, co trzeba. Moja żona też coś robiła, w każdym razie było nam nie najgorzej.

Później z Jeleniej Góry dostałem kontrakt do Międzyzdrojów w 52 roku. Najpierw jeszcze, w 51 roku, występowałem w Patrii w Karpaczu. Później w różnych uzdrowiskach. Tak się życie toczyło. W kraju pracowałem, później poza Polską pracowałem, w wielu krajach. Na przykład w Finlandii pracowałem kilka razy. W Austrii, w rewii na lodzie, z cyrkami, w Niemczech Wschodnich, w Niemczech Zachodnich, w Jugosławii, w Grecji. Nie byłem konfliktowy i coś widocznie umiałem.

Ale nikt nie wiedział, że jestem Żydem. Gdyby wiedzieli, to nie wiem, czyby mnie zaangażowali… Czułem, że jestem Żydem, tak szukałem bratniej duszy, ale byłem na aryjskich papierach. Nie chciałem spotkać się z Żydami… bo się bałem. Bałem się „przejść na swoje nazwisko”, ponieważ chodziłem do szkoły na aryjskich papierach i byłem w wojsku na aryjskich papierach i nawet nie wiedzieli, że jestem Żydem. Ani w branży artystycznej.

Czy był taki jakiś moment przełomu, że bardziej się związałeś z Żydami?

Dopiero w 68 roku… jak pojechałem do Bułgarii, pięć miesięcy w Złotych Piaskach byłem. Później przyjechałem i kiedy składałem dokumenty na paszport na cały świat, przyszedł milicjant i mówi – coś z pańskim paszportem jest nie w porządku. Ja się rozpłakałem i powiedziałem prawdę. Poszliśmy do prokuratora. Prokurator napisał, że wszystko jest w porządku. I starałem się o dokument. A jeszcze na stary dokument, który miałem wyrobiony na kenkartę, wyjechałem do Finlandii. Pytali się mnie w urzędzie bezpieczeństwa – czy pan przyjeżdża z powrotem? Odpowiedziałem – dlaczego nie! Później wyrobiłem sobie nowy dokument, znowu na to samo nazwisko.

Mówiłeś kiedyś o śmierci żony, a jeszcze przed tym, że urodził wam się syn…

Syn urodził się w 1952, ja wtedy pracowałem w Karpaczu w Patrii. Syn jest swego rodzaju artystą… Tak, jest artystą estradowym, nie chcę podawać bliższych danych. Znają go wszyscy. Żona umarła w 1999 roku. Żyłem z nią pięćdziesiąt lat, to jest kupa czasu i raczej wszystko dobrze. Miałem wolną rękę, mogłem pojechać wszędzie, nie zabraniała mi, nie kłóciliśmy się, nigdy, wszystko było dobrze, syna wychowała w katolickiej wierze, a ja tak chciałem, żeby on się dowiedział o moim pochodzeniu. Dowiedział się od matki… Czuję się Żydem z krwi i kości. Mieszkam w Łodzi. Często przychodzę do gminy żydowskiej. Z przedwojennej rodziny nie znalazłem nikogo.

Ale opowiadałeś kiedyś o krewnych, którzy mieszkali w Egipcie.

W roku 1926 mój wujek Josek Anuszyński i drugi wujek Anuszyński Maks wyjechali do Egiptu. Byli synami mojego dziadka z ulicy Przeworskiej w Otwocku. Ponieważ byli fotografami, zostali przyjęci jako fotografowie króla Faruka i jeździli z nim wszędzie tam, na wszystkich tych pustyniach i mieliśmy zdjęcia. Jak myśmy robili jakieś zdjęcie, to myśmy im posłali, to oni nam przysyłali, powiększone. No i co… przyszedł Naser… A oni później, jak już Faruk został zdetronizowany, to oni sobie założyli w Aleksandrii studio fotograficzne.

Ja to zapamiętałem. W czasie okupacji cały czas pamiętałem. A jak przyszło wyzwolenie, od razu napisałem do nich list. Oni nam przysłali kilka paczek, ale to nie było ważne, tylko to że miałem z nimi kontakt. Oni przez kilkanaście lat przed wojną przysyłali dziadkom po pięć czy dziesięć funtów. Wyrzucił ich Naser do Izraela, mieli na wyjazd czterdzieści osiem godzin. Zamieszkali w Hajfie. Kiedy zacząłem wyjeżdżać za granicę, nie chciałem powiedzieć, że mam w Izraelu rodzinę. Może miałbym trudności z paszportem, który nota bene zawsze dostawałem bez kłopotów. Kontakt z wujkami się urwał, bo nie pisałem do nich.

Bałeś się?

Naturalnie. Teraz ich poszukuję przez Sohnut i nie mogę znaleźć. Oni widocznie zmienili nazwisko. Chciałbym od nich dostać przedwojenne zdjęcia z Otwocka. Jedno z tych zdjęć otwockich – moje zdjęcie z kuzynką – jest w muzeum w Otwocku (w części z getta otwockiego).

Myślę o chłopcu żydowskim z ulicy Miłej, który wszedł w skórę wiejskiego parobka…

…wchodziłem do warszawskiego getta i wychodziłem z niego, Widziałem trupy przykryte gazetami. Widziałem na własne oczy, ale nie zdawałem sobie sprawy… Bo byłem mały dzieciak. Ojciec umarł w getcie. Zawiozłem ojca w skrzyni z kołami (to był taki wózek). Zawiozłem na cmentarz, na Okopową w Warszawie. Tam jest sto pięćdziesiąt osób w jednym grobie. Tam leży mój ojciec. I nie wiem, czy jest zapisany. Chciałbym mieszkać w Warszawie, nie mam możliwości, chociaż – mógłbym. Syn mój nie chce jechać do Warszawy, woli zostać w Łodzi. Synowi kupiłem mieszkanie w Łodzi. Była propozycja, żeby spisać mój życiorys wcześniej, zaraz po wojnie, ale nie chciałem. Nie chciałem mieć nic wspólnego z Żydami. Bałem się. Nie chciałem, żeby moje pochodzenie wyszło na wierzch.

Śródborów 2006

Rozmawiała Katarzyna Meloch

do góry

Strona „Zapis pamięci”
Stowarzyszenia
„Dzieci Holocaustu”
w Polsce.

Zrealizowano
dzięki wsparciu Fundacji
im. Róży Luksemburg
Przedstawicielstwo
w Polsce

ul. Twarda 6
00-105 Warszawa
tel./fax +48 22 620 82 45
dzieciholocaustu.org.pl
chsurv@jewish.org.pl

Koncepcja i rozwiązania
graficzne – Jacek Gałązka ©
ex-press.com.pl

Realizacja
Joanna Sobolewska-Pyz,
Anna Kołacińska-Gałązka,
Jacek Gałązka

Web developer
Marcin Bober
PROJEKTY POWIĄZANE

Wystawa w drodze
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice” moirodzice.org.pl

Wystawa stała
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice”
w Muzeum Walki
i Męcześntwa w Treblince
treblinka-muzeum.eu
Strona „Zapis pamięci”
Stowarzyszenia
„Dzieci Holocaustu”
w Polsce.

Zrealizowano
dzięki wsparciu Fundacji
im. Róży Luksemburg
Przedstawicielstwo
w Polsce
Koncepcja i rozwiązania
graficzne – Jacek Gałązka ©
ex-press.com.pl

Realizacja
Joanna Sobolewska-Pyz,
Anna Kołacińska-Gałązka,
Jacek Gałązka

Web developer
Marcin Bober
PROJEKTY POWIĄZANE

Wystawa w drodze
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice” moirodzice.org.pl

Wystawa stała
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice”
w Muzeum Walki
i Męcześntwa w Treblince
treblinka-muzeum.eu