Danuta Lis, z domu Schmerler, urodzona w 1930 r.

Rurki z kremem

Piszę dopiero do czwartego tomu wspomnień „Dzieci Holocaustu”, gdyż starałam się nie wracać myślami do swoich przeżyć. Uważam jednak, że powinnam „dać świadectwo”. Należę do tak zwanego pierwszego pokolenia Holocaustu.

Urodziłam się w zamożnej rodzinie. Ojciec mój, z zawodu ekonomista, był współwłaścicielem firmy „Polubior”. Mieszkaliśmy we własnym domu, Nowy Świat 16, który ojciec wybudował w 1938 r. Po wkroczeniu Rosjan do Lwowa zostaliśmy tak zwanymi burżujami. Uniknęliśmy wywózki na Sybir, ukrywając się. Pamiętam słowa mojej matki, która powiedziała: „może będziemy żałowali tego, że nas nie wywieziono”. Te prorocze słowa okazały się słuszne.

Wejście Niemców kojarzy mi się z pogromami. Rodzice moi, wykształceni w okresie Austro-Węgier, znając język niemiecki i Niemców, nie wyobrażali sobie, że naród ten może dokonywać zbrodni. W roku 1941 wraz z bratem, starszym ode mnie, zostajemy wysiedleni do getta. Mając lat jedenaście, zrozumiałam, że zaczęła się dla mnie nowa rzeczywistość. Patrzyłam na to oczyma dziecka. Pamiętnik, który zginął, mógłby przywołać każde z moich odczuć, dziecka rozumieąącego cały tragizm położenia.

Powtarzające się akcje w getcie zmuszają mojego ojca do rozstania się ze mną. Załatwił dla mnie metrykę chrztu na nazwisko Danuty Zakrzewskiej, urodzonej w 1928 roku. Rozstanie z rodzicami było złem koniecznym. Codziennie wieczorem odmawiam modlitwę w nieznanym mi języku hebrajskim, prosząc o uratowanie rodziców.

Pierwszym moim miejscem schronienia był Bank Polski. Tatuś miał w nim znajomych, którzy mnie przyjęli. Po niedługim czasie pobytu u nich, dowiedziałam się o akcji w dzielnicy żydowskiej. Getta jeszcze wtedy nie było. Mieszkaliśmy przy ulicy Słonecznej 3. Poszłam do rodziców, którzy mieli dokument pracy dla Niemców. Akcja ta, w sierpniu, miała na celu wyłapywanie dzieci i starców.

Tatuś, zrozpaczony, gdy mnie zobaczył, umieścił mnie pod stołem i zastawił garnkami. Po niedługim czasie weszli Niemcy. Szukali pod stołem świecąc latarką. Tatuś odwrócił uwagę jednego z nich wyjmując z szafy, która stała tuż obok, przyrząd do gimnastyki mojego brata. Powiedział, że przyrząd ten może się mu przydać. Ocalałam.

Akcja ta trwała trzy tygodnie. W miejscu pracy tatusia zbudowano ściankę z walonków. Za ścianę weszło dziesięć osób wraz ze mną i niemowlęciem jednej z pań. Pomieszczenie nie pozwalało na wyciągnięcie nóg. Słyszeliśmy głosy Niemców szukających ludzi, Żydów czyli podludzi. Dziecko zaczęło płakać. Matka przykryła je poduszką. Zmarło uduszone. Po dziesięciu dniach wyszliśmy stamtąd.

Następnym moim miejscem pobytu był Łyczaków, przy ul. Ostrogskich, u pani Bieńkowskiej. Byłam bardzo wrażliwym i nerwowym dzieckiem, które nie mogło żyć z dala od rodziców. Przysparzałam przez to dużo kłopotów, nie zdając sobie sprawy, jak wielką krzywdę im wyrządzam, opuszczając miejsce pobytu z tak wielkim trudem dla mnie zdobyte. No cóż, ocalałam. Tym przynajmniej uczyniłam zadość ich staraniom o uratowanie mnie.

Nowa rzeczywistość – pani Bieńkowska oraz jej córki, dużo starsze ode mnie, są dla mnie miłe. Mając wygląd aryjski, uchodzę za ich kuzynkę. Nie ma akcji i niebezpieczeństwa. Mając lat niespełna dwanaście, zaczynam czuć się podlotkiem. Koledzy córek pani B., odwiedzający ich dom, czynią różne aluzje do mojej tożsamości. Ukrywałam się w czasie tych wizyt w kącie, za szafą. Zrozumiałam, że mogę być szantażowana. Zaczynam odczuwać upokorzenie, które przez wiele lat we mnie tkwiło. Wstydzę się mojego istnienia.

Po kilku miesiącach dowiaduję się o likwidacji getta. Nikomu nic nie mówiąc wsiadam do tramwaju i udaję się do miejsca pracy rodziców. Znajdowało się ono poza terenem getta. Robiono w nim walonki z filcu dla Niemców na front.Tatuś, zobaczywszy mnie, powiedział po niemiecku: panienka się pomyliła.

Wróciłam na Łyczaków do pani Bieńkowskiej. Byłam śledzona. Pani Bieńkowska odnajmowała jeden z pokoi dwóm panom z Warszawy. Grali oni w brydża z sąsiadami. Zauważyli, patrząc przez okno, że byłam śledzona. Około godziny dwudziestej trzeciej przyszła po mnie ukraińska policja i Niemcy. Zostałam wyciągnięta z za szafy. Wylegitymowałam się metryką chrztu. Powiedzieli mi, że byłam u ojca, do czego się nie przyznałam. W tym momencie jeden z przyjezdnych z Warszawy mężczyzn wszedł do mieszkania. Policja przeszła do ich pokoju i po niedługim czasie odeszli.

Pan Hans (ten w cywilu) zapytał mnie, czy jestem Żydówką. Powiedział mi, że on jest Żydem ze Śląska i wspólnie ze znajomym Niemcem przewożą za opłatą Żydów ze Lwowa do Warszawy. Zostawił mi swój adres i kazał mi opuścić mieszkanie pani Bieńkowskiej, mówiąc, że będą nas szantażować. Miał przy sobie dolary, które mi dał. Wróciłam do rodziców, którzy nazajutrz, wraz z tą wytwórnią, mieli zostać przeniesieni do obozu Janowskiego razem z pozostałymi przy życiu ludźmi z getta.

Rodzice moi myśleli przez cały czas tylko o uratowaniu mnie i brata. Brat mój wyjechał ze Lwowa na tereny okupowane przez Niemców. Przeżył wojnę w mundurze niemieckim. Jego dzieje i innych opisuje książka wydana w języku niemieckim „Gevonen gegen Hitler”. Był o sześć lat starszy ode mnie. Rodzice byli zrozpaczeni. Wiedzieli, że pójście ze mną do obozu Janowskiego będzie końcem ich starań.

Dosłownie w ostatnim momencie przyszedł wspólnik ojca, pan Baron, który posiadał amerykańskie obywatelstwo. Wraz z żoną i dwojgiem dzieci czekali na wymianę cudzoziemców. Byli oni, wraz z innymi, skoszarowani w hotelu we Lwowie. Powiedział rodzicom, że wiedzą o jednej osobie (nauczycielce), która może wziąć mnie i matkę do siebie. Za opłatą oczywiście. Tatusia może wziąć jej brat. To była szansa.

Ja z mamusią byłam w jej mieszkaniu przez tydzień. Któregoś ranka weszła do naszego pokoju mówiąc, że przyjdą z biura meldunkowego kontrolować ilość mieszkańców. Powiedziała: „Ja wezmę Danusię do szafy w kuchni, a mama wejdzie do szafy w pokoju.Chciałam wejść do szafy razem z mamusią. Mamusia kazała mi być posłuszną. Zarzuciła mi płaszcz na ramiona, bo byłam w koszuli nocnej i kazała mi iść z tą panią. Widziałam ją wtedy po raz ostatni.

Stojąc w szafie w kuchni, słyszałam krzyki wielu osób wyprowadzanych z tego mieszkania. Po krótkim czasie usłyszałam głos brata tej pani. Znałam jego głos, bo przynosił nam listy od tatusia, którego wziął do siebie. Zapytał siostrę, czy u niej już po wszystkim, bo u niego jeszcze nie. Zdałam sobie sprawę, że wydano nas. Pierwszą moją myślą było uprzedzenie tatusia. Może zdążę… Mieszkał w innej dzielnicy Lwowa. Gdy tam dotarłam, sąsiedzi powiedzieli mi, że niedawno wyprowadzono stąd Żyda.

Nie mając dokąd pójść, udałam się do naszego domu na Nowy Świat. Z domu tego wysiedlono nie tylko Żydów. Dom zajęło Gestapo. Spotkała mnie na ulicy nasza dawna dozorczyni, pani Maciopa. Mąż jej był w policji ukraińskiej. Zabrała mnie do ich mieszkania. Nie pamiętam, jak długo tam byłam. Nic do mnie nie docierało. Któregoś dnia usłyszałam głos pana Barona. Przyniósł list od tatusia z obozu Janowskiego.

Pan Baron poruszał się swobodnie. Nie nosił opaski. Czekał na wymianę cudzoziemców z Niemcami w USA. Mamusia nie żyła już. Tatuś w liście podał mi dwie alternatywy ratunku. Wyjazd do Warszawy z panem Hansem albo wyjazd z panem Baronem. Mogłabym wyjść fikcyjnie za mąż za jego syna, starszego ode mnie o siedem lat. Niestety, wkrótce zostali oni wywiezieni ze Lwowa wraz z wieloma innymi czekającymi na tę wymianę. Wszyscy zostali rozstrzelani. W tej masakrze brał udział pan Maciopa. Wrócił z kolegami, ukraińskimi policjantami, do domu i po pijanemu opowiadał, jak nie mógł strzelać do Baronów. Znał ich sprzed wojny.

Pozostała mi już tylko jedna możliwość, wyjazd do Warszawy. Pan Hans przysłał po mnie Niemca, u którego zamieszkałam jako panna do dziecka. (Parkowa 4). Do Warszawy przyjechałam w maju 1943 roku. Getto stało w płomieniach. Miałam trzynaście i pół roku. Pan Hans miał się mną zaopiekować, tak to sobie wyobrażałam. Niestety, wykorzystał mnie w brzydki sposób. Trudno mi o tym pisać. Zostawiło to ślad w mojej psychice.

Okradł mnie z pieniędzy, które miałam wszyte w ramionach płaszcza, o czym nie wiedziałam. Musiałam zmienić miejsce pobytu. Pan Hans zawiózł mnie do Jeziorny koło Warszawy. Mieszkała tam Zosia Knapczyk wraz z matką Hansa. Osiemnastoletnia wówczas dziewczyna z Krakowa, Polka, zakochana w Hansie. Ratuje jego matkę kradnąc kenkartę swojej matce i ucieka z nim i jego matką do Warszawy.

Zosia daje mi schronienie w Jeziornie. Uchodziła tam za żonę Hansa. Płakałam nocami słysząc Zosię i Hansa. Po niedługim czasie aresztują Hansa w kasynie gry w Warszawie. Wstęp mieli tam tylko Niemcy. Zosia wraz ze mną i jego matką (o bardzo semickim wyglądzie) wraca do Krakowa do swojej matki. Hans przebywa w Krakowie w więzieniu Montelupich. Zosia jakimiś drogami nawiązuje kontakt ze strażnikami więzienia, zaprasza ich do domu matki na poczęstunki, które przeważnie kończyły się pijaństwem. Ja, mając wygląd aryjski, byłam przy tym obecna. Matka Hansa była ukryta w piwnicy.
Któregoś dnia usłyszałam, gdy matka Zosi mówi do niej:„Przez tych twoich Żydów wszyscy zginiemy”. Postanowiłam wrócić do Lwowa.

Hans doczekał końca wojny w więzieniu. Matka jego również przeżyła i wyjechała do córki w Australii. Hans, rozpoznany po wojnie przez jednego z Żydów, od których brał pieniądze za przewóz do Warszawy i potem ich wydawał, skazany został na karę śmierci. Ja odmówiłam składania zeznań w jego sprawie. Zosia nie ułożyła sobie życia po wojnie. Umarła w domu starców w Krakowie. Cześć jej pamięci.

Nie miałam pieniędzy na bilet kolejowy do Lwowa. Ubierając płaszcz wyczułam pod rozprutą podszewką coś twardego. Znalazłam złotą dolarówkę, która prawdopodobnie zsunęła się w dół, gdy mnie okradziono. Sprzedałam ją i poszłam na dworzec.

We Lwowie poszłam do znajomych rodziców. Częstowano mnie herbatą i dawano do zrozumienia, że muszę odejść. Poszłam do parku Stryjskiego, gdzie przenocowałam na ławce. Nazajutrz, wychodząc z parku, zobaczyłam tacę z ciastkami i rurkami z kremem, które bardzo lubiłam. Nie spojrzałam, kto je sprzedawał. Usłyszałam głos: „Dlaczego panienka nie kupi sobie ciastka?” Przemówił do mnie młody chłopak. Opowiedziałam mu o domniemanej ciotce, do której przyjechałam z Warszawy i nie zastałam w domu. Spacerowałam z nim po ulicach Lwowa, nie obawiając się, że ktoś może mnie poznać i wydać. Nie zależało mi na przetrwaniu. Wstydziłam się, że żyję.

Nazajutrz znowu nocowałam w parku Stryjskim. Rano, wychodząc, zobaczyłam tacę z ciastkami. Nie oparłam się pokusie i zjadłam rurkę z kremem. Bajkę o ciotce kontynuowałam. Damian, tak nazywał się sprzedawca ciastek, zaproponował mi mieszkanie u swojej ciotki, która zajmowała się wypiekiem ciastek. Przyjęłam propozycję i przetrwałam u niej aż do wkroczenia Rosjan do Lwowa. Damian zaproponował mi małżeństwo, nie wiedząc, ile naprawdę mam lat. Wiedział o mnie wszystko. Poszliśmy na Nowy Świat, do domu moich rodziców. Zmusił mnie do pokonania wstydu, że żyję. Dom był opustoszały. Zamieszkaliśmy w moim mieszkaniu. Wyrzucili nas Rosjanie, którzy zarekwirowali cały dom. NKWD.

Byłam chora. Zarażona gruźlicą i nerwowo wyniszczona. Zgodziłam się na propozycję małżeństwa. Przez długi czas ukrywałam przed nim swój wiek. Bałam się go stracić. Nie byłam w stanie zostać sama. Lęk o życie pozostał we mnie, gdy nic mi już nie zagrażało. Lęk połączony ze wstydem. Lekarz poradził mi, bym zaszła w ciążę. Uważał, że poród w tak młodym wieku może spowodować powrót do stabilizacji, wywołując szok. Jego przewidywania się sprawdziły. Mając siedemnaście lat zostałam matką. Zaczęłam normalnie funkcjonować. Zdałam maturę.

Moje małżeństwo nie było udane. Byliśmy z dwu różnych światów. Odczuwałam też uraz do mężczyzn. Były ku temu powody. Nie dawałam szczęścia Dankowi. W roku 1963 rozwiedliśmy się za obopólną zgodą. Zrezygnowałam z pracy w Cepelii i w 1964 roku wyjechałam wraz synem do Izraela.

Po kilku trudnych latach adaptacji wyszłam za mąż za dr Lisa. Były to najszczęśliwsze lata mojego życia. Był ode mnie o osiemnaście lat starszy. Od dziesięciu lat jestem wdową, pozbawioną rodziny. Mój syn mieszka za granicą. Bardzo dotkliwie przeżyłam śmierć mego męża. Postanowiłam przenieść się do Warszawy. Mam w Warszawie wielu przyjaciół.

Mieszkał tam również Damian. Założył rodzinę. Ja poczułam się jak gdyby jej cząstką. Urodziło mu się dwóch synów. Zdecydowałam się na kupienie w Warszawie mieszkania. Mój syn również często bywa w Warszawie. Przyjeżdżam do drugiego domu co roku. Pozostaję w Polsce kilka miesięcy. Należę do Stowarzyszenia „Dzieci Holocaustu”. Poznałam w nim wielu ciekawych ludzi. Bardzo lubię swoje pobyty w Warszawie. Na stały pobyt nie potrafię się jeszcze zdecydować. Decyzja moja nastąpi chyba wtedy, gdy stanę się niedołężna.

Uważam Izrael za swój kraj. Wyzbyłam się w nim kompleksu bycia Żydówką. Wstyd i lęk przed niewiadomym żył we przez wiele lat po wojnie. W Stowarzyszeniu „Dzieci Holocaustu” tworzymy jak gdyby rodzinę. Wszyscy z nas przeżyli koszmar Zagłady. Jestem jedną z nich.

Wiem, że na starość wrócę do Warszawy. Na razie jestem co roku latem.
Damian został uznany za „Sprawiedliwego wśród Narodów Świata”. Zmarł w Warszawie w 2001 roku. Byliśmy ze sobą w przyjaźni aż do jego śmierci.

Herzlija 2010 r.

do góry

Strona „Zapis pamięci”
Stowarzyszenia
„Dzieci Holocaustu”
w Polsce.

Zrealizowano
dzięki wsparciu Fundacji
im. Róży Luksemburg
Przedstawicielstwo
w Polsce

ul. Twarda 6
00-105 Warszawa
tel./fax +48 22 620 82 45
dzieciholocaustu.org.pl
chsurv@jewish.org.pl

Koncepcja i rozwiązania
graficzne – Jacek Gałązka ©
ex-press.com.pl

Realizacja
Joanna Sobolewska-Pyz,
Anna Kołacińska-Gałązka,
Jacek Gałązka

Web developer
Marcin Bober
PROJEKTY POWIĄZANE

Wystawa w drodze
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice” moirodzice.org.pl

Wystawa stała
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice”
w Muzeum Walki
i Męcześntwa w Treblince
treblinka-muzeum.eu
Strona „Zapis pamięci”
Stowarzyszenia
„Dzieci Holocaustu”
w Polsce.

Zrealizowano
dzięki wsparciu Fundacji
im. Róży Luksemburg
Przedstawicielstwo
w Polsce
Koncepcja i rozwiązania
graficzne – Jacek Gałązka ©
ex-press.com.pl

Realizacja
Joanna Sobolewska-Pyz,
Anna Kołacińska-Gałązka,
Jacek Gałązka

Web developer
Marcin Bober
PROJEKTY POWIĄZANE

Wystawa w drodze
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice” moirodzice.org.pl

Wystawa stała
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice”
w Muzeum Walki
i Męcześntwa w Treblince
treblinka-muzeum.eu