zdjęcia: 8

Jadwiga (Klara Gross), urodzona 1940

Najgorszy człowiek na świecie

Rozmowa z Jadwigą, Warszawa

Całe życie czułam się sama. I gorsza od innych. To uczucie nadal we mnie tkwi, choć potrafię już je zracjonalizować.

Ale takie rzeczy zostają. Nie da się ich po prostu wyrzucić. Te fotografie rodzinne, które pani widzi, to są całe lata zbierania. Skrawek po skrawku. Najpierw nie miałam nic i nic o sobie nie wiedziałam.

Na pierwszy ślad mojej historii natrafiłam w 1995 roku. Miałam pięćdziesiąt pięć lat, gdy wróciłam do miejsca, w którym mnie znaleziono, do domu, w którym mieszkałam w czasie okupacji. A gdy skończyłam siedemdziesiąt dwa lata, poznałam datę swoich urodzin. 17 września 1940 roku.

Znajomy mojej przyjaciółki opowiadał na jakimś spotkaniu o wycieczce do korzeni, którą niedawno odbył. Powiedziałam mu, że mnie też by się to przydało. Przyjaciółka i znajomy wsadzili mnie więc w samochód i pojechaliśmy. W pamięci utkwił mi kościół, całe życie miałam w głowie obraz wieży kościelnej.

Gdy dotarliśmy do Bogucic, zapytałam o nią pierwszych przechodniów. Wskazali drogę. Kościół był już zamknięty. Przy nim stał dom. Spytałam, czy mieszka tu ktoś z rodziny Urbanów. Okazało się, że mieszkają dokładnie naprzeciwko. Weszłam na podwórze, wyszedł do mnie mężczyzna.

Gdy zaczęłam mu opowiadać, że zostałam tu znaleziona, on odparł: „To pani jest ta mała Jadzia?”. Marian, ów mężczyzna, który tam mieszkał z żoną, był bratem mojego przybranego ojca. Powiedzieli mi, że ojciec umarł kilka miesięcy przed moim przyjazdem, do końca życia miał sprawny umysł. Pewnie mnóstwa rzeczy bym się mogła od niego dowiedzieć.

Usłyszałam też, że od wielu lat poszukiwała mnie rodzina z Izraela, przysyłali listy. Ktoś nawet przyjechał w jej imieniu. Niestety, nikt nie potrafił wskazać im mojego adresu. Przybrana matka wywiozła mnie stąd zaraz po wojnie, wiele razy się ze mną przeprowadzała i zmieniała mi nazwisko.

Co pani pamięta z najwcześniejszego dzieciństwa?

Nic. Mogłam mieć dwa lata, kiedy mnie znaleziono. Mój przybrany ojciec zabrał mnie z drogi – pojechaliśmy z Marianem w miejsce, w którym wtedy stałam i podobno w kółko powtarzałam: „Mama płakała. Ciocia płakała”. Opisywałam tymi słowami jakąś scenę pożegnania. Podobno jako maleńkie dziecko przez długi czas wypowiadałam tylko te dwa krótkie zdania.

Marian dał mi zdjęcia – pierwsze do mojej kolekcji, jestem na nich z przybranymi rodzicami – i pokierował mnie do syna mojego przybranego ojca, Ryszarda, który wtedy mieszkał w Kołobrzegu.

Przez całe życie takie spotkanie w moim umyśle znajdowało się w przegródce: ,,nieosiągalne”. Nie wierzyłam, że mogę trafić na jakikolwiek ślad. Często myślałam, że powinnam szukać, marzyłam o tym, że coś znajduję, ale w realnym życiu nie było na to czasu.

Prowadziłam dom, wychowywałam dzieci, pracowałam. Byłam samotną matką, nie miałam nikogo z rodziny do pomocy. Pojechałam do Bogucic dopiero na emeryturze. Za późno. Przybranego ojca już nie było. Gdybym przyjechała wcześniej, wszystko by mogło być zupełnie inaczej.

Odwiedziłam Ryszarda w Kołobrzegu. I wie pani, co się okazało? Pokażę pani… Ryszard miał kopertę z listu z Izraela za? adresowaną do mojego przybranego ojca. Nie zniszczył jej przez tyle lat. Zachował dla mnie, choć nie mógł wiedzieć, czy uda mu się mnie kiedykolwiek odnaleźć. Moja rodzina z Izraela dokładnie wiedziała, kto zajął się dzieckiem, czyli mną.

Dostałam też od Ryszarda sporo zdjęć. Lecz, co najważniejsze, dał mi kopię listu wysłanego do Czerwonego Krzyża przez kogoś w imieniu mojego przybranego ojca. To jedna z najważniejszych rzeczy, jakie mnie w życiu spotkały. Niech pani zobaczy, pisany w 1985 roku: ,,Zwracam się do was z prośbą w imieniu starego, chorego człowieka zamieszkałego w Bogucicach[ … ] o udzielenie mu pomocy w odnalezieniu jego przybranej córki Jadwigi Wróbel [nazwisko mojej przybranej matki po rozwodzie z panem Urbanem].

Właściwi rodzice Jadwigi, właściwe imię: Klara; to Siegbert, urodzony w Gdańsku, i Regina Gross, z domu Rozenberg, córka Natana Rozenberga, zamieszkałego w Pińczowie. W okresie pogromu Żydów w Pińczowie, w czasie okupacji niemieckiej państwo Zdzisław i Bronisława Urban uchronili małą Klarę od zagłady.

Wychowywała się więc Jadwiga, bo takie dano jej imię, u swoich opiekunów jako ich córka. Pani Bronisława odeszła od męża, zabierając ze sobą dziecko, które od tej pory nazywało się Jadwiga Wróbel. – Czyli byłam nie do odnalezienia. – Przybrana matka początkowo mieszkała w Trzebnicy, a potem często zmieniała miejsca zamieszkania. Ojciec nadaremnie szukał dziecka. Minęły lata, a on jej nie odnalazł. Pozostaje tylko nadzieja w waszej pomocy, może będziecie w stanie udzielić panu Urbanowi informacji o miejscu zamieszkania Jadwigi Wróbel, która być może, wychodząc za mąż, zmieniła nazwisko. Pan Urban żyje sam, ma siedemdziesiąt dwa lata, posiada w Bogucicach własny domek, który chciałby przekazać swojej córce Jadwidze”.

Musiała pani być poruszona…

Od tego się zaczęło. Tak dowiedziałam się, kim byłam. To był szok. Ale przede wszystkim dowiedziałam się, że mój przybrany ojciec szukał mnie całymi latami. Myślałam, że mu na mnie nie zależało. Tymczasem on nie przestał o mnie myśleć. I rodzina z Izraela też o mnie pamiętała. Ryszard mówi o mnie: „moja siostra”. Zapraszają mnie do Berlina, gdzie teraz mieszkają. Poznałam jego żonę, dzieci i wnuki. On twierdzi, że rodzina ojca bardzo przeżywała to, że zostawili mnie w rękach przybranej matki.

Po co ona panią wywiozła?

Może z zazdrości, bo ojciec z wojskiem trafił do Wielkiej Brytanii i tam poznał swoją drugą żonę, mamę Ryśka. A może z chęci zysku. Nie wiem. To dla mnie bardzo trudne i raczej staram się do tego nie wracać. Nie chciałabym jej tylko oskarżać. Ludzie mówią: ,,Ona cię wychowała„ . Nie chcę być niewdzięczna.

Czuje pani do niej wdzięczność

Nie, nie czuję do niej nic pozytywnego. Nie pamiętam niczego dobrego. Tkwi we mnie tylko to, co było złe. Ale czy tylko to ma po niej pozostać? Dopiero niedawno przestała mi się śnić. Przez poprzednie lata miałam senne koszmary, że mnie odnalazła. Budziłam się z ogromnym niepokojem, strachem – i ulgą, że to był tylko sen. Okropne. Przez lata tak bardzo się jej bałam.

Znęcała się nad panią?

Bicie nie było tak straszne jak budzenie mnie w nocy i wyzywanie. To przez nie miałam tak bardzo zachwiane poczucie własnej wartości. Za dnia też mnie wyzywała – najczęściej: „Ty wstrętna Żydówo!”. To moje wspomnienie z dzieciństwa. Słowo „Żyd” słyszałam ciągle odmieniane przez różne przypadki. Nie zastanawiałam się nad nim.

Przy innych też panią wyzywała?

Nie, nigdy. Tylko gdy byłyśmy same. Gdy uważała, że jestem niegrzeczna, pakowała mi tobołek i mówiła: ,,Idź sobie, nikt nie będzie ciebie chciał, bo jesteś „Żydówą”. Aja nie wiedziałam, co to znaczy! Skąd miałam wiedzieć? Uważałam, że „Żydówa” to jakiś najgorszy człowiek na świecie. Był taki moment – mogłam mieć z czternaście lat – gdy wrzeszczała i porwała się na mnie ze szczotą, a ja złapałam za ten kij i powiedziałam: ,,Dosyć tego!” Podobno miałam wtedy takie oczy, że się mnie przestraszyła. Widocznie to był ten moment. Tak ze mną jest. Jestem dosyć cierpliwa, ale gdy ktoś przekracza pewną granicę, idę na całość. Ludzie sobie na to pozwalają. Skoro to znosi, można jeszcze.

Wiedziała pani, że nie jest jej rodzonym dzieckiem?

Miałam dziewięć lat, kiedy doszło do przełomu. Mieszkałyśmy wtedy we Wrocławiu. Podeszłam do niej i zwyczajnie chciałam się przytulić, a ona mnie odepchnęła: ,,Nie przytulaj się do mnie, nie jestem twoją prawdziwą matką”. Wtedy coś we mnie pękło. Bardzo to przeżyłam… Później zawsze gdy mnie krzywdziła, mówiłam do siebie: gdyby moja mama żyła, byłoby inaczej. Myśl, że moja mama byłaby inna, dawała mi siłę.

W końcu pani uciekła…

To, co teraz pani opowiadam, jest dotykaniem czegoś, czego bardzo nie lubię dotykać. Nie chcę żyć przeszłością. Odczuwam radość z każdej kolejnej informacji o swojej żydowskiej rodzinie. A ta przeszłość? Nie znoszę o niej myśleć. Wolałabym zachować różne rzeczy dla siebie i więcej w nich nie grzebać.

Na początku, jeszcze w Trzebnicy, przybrana matka otworzyła sklepik, myślę, że za pieniądze od mojej żydowskiej rodziny, z którymi wyjechała z Bogucic. Poznała wtedy kogoś. To był dobry człowiek, zaopiekował się nią. Póki z nim była, wysyłali mnie na lekcje pianina do Wrocławia, uczyłam się angielskiego. Po latach wyciągnęłyśmy z córką z archiwów sądowych w Trzebnicy jego zeznanie ze sprawy o kolejną zmianę mojego nazwiska. Mówił o mnie: „uzdolnione żydowskie dziecko”. Nie wymienił mojego imienia.

Potem ona go rzuciła, związała się z alkoholikiem, rozpiła się przy nim. Te awantury, które robiła mi w nocy, gdy budziła mnie ze snu i wyzywała, to właśnie po alkoholu. Rozstawali się i wracali do siebie nie wiem ile razy. On pracował w Warszawie na budowie. Przeprowadził się tam.

Po kolejnej awanturze nie wytrzymałam, wyszłam z domu i przyjechałam do niego. Mieszkał w baraku, a ja z nim. Mógł nie pić pół roku, ale jak już zaczynał, to wpadał w ciągi. Sprzedawał wszystko, czego się przez poprzednie miesiące dorobił. Doprowadzał się do takiego stanu, że leżał i robił pod siebie. Jego rodzina mieszkała na Powązkach, naprzeciwko cmentarza, w niedużym jednopiętrowym domu, który był ich własnością.

Tam były cztery mieszkania. Trzy z nich zajmowali jego rodzice, siostra z mężem oraz córka siostry z mężem i dziećmi. Sprzątałam u nich, gotowałam, prałam. Czwarte mieszkanie na dole wynajmowała pani Zosia, którą bardzo dobrze wspominam. Przychodziłam do niej na rozmowy. Była moim dużym wsparciem.

Przybrana matka jakoś się dowiedziała, że u nich jestem. Przyjechała i chciała mnie zabrać. Mówiła, że mnie kocha. Tak potwornie się jej bałam, a jednak się postawiłam: „Prędzej umrę, niż z tobą wrócę!”. I zostałam.

Z Zosią?

Ona uświadomiła mi, że mogę mieć w życiu coś więcej. Zawsze była bardzo kulturalna, pracowała w Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych. Mówiła: „Pani Jadziu, słyszałam, że jest na Nowogrodzkiej organizacja żydowska. Może pani pomogą”. Dała mi adres TSKŻ-etu. Pojechałam tam, spotkałam się z ówczesnym przewodniczącym, opowiedziałam swoją historię. Wysłuchali mnie, mimo że nie miałam żadnych dokumentów. Dali mi pracę w żydowskiej spółdzielni, zabrali z Powązek i ulokowali przy żydowskiej rodzinie, której płacili za moje utrzymanie.

Towarzystwo Społeczno-Kulturalne Żydów w Polsce (TSKŻ) – świecka organizacja żydowska powstała w 1950 roku.

Zamieszkałam w maciupeńkim pokoiku, poszłam do szkoły, od której miałam sześcioletnią przerwę, bo gdy skończyłam siedem klas, przybrana matka mnie zabrała i wywiozła w kolejne miejsce. W liceum wieczorowym poznałam swojego przyszłego męża. Zakończyłam naukę na maturze, a w wieku dwudziestu dziewięciu lat zostałam samotną matką z dwójką małych dzieci.

Z rodziną z Powązek miałam kontakt. Byłam im bardzo wdzięczna za to, że wyzwolili mnie ze strasznej relacji z przybraną matką i zabrali od pijaka. Ona podobno do nich pisała, chciała się dowiedzieć, gdzie jestem. Prosiłam ich, żeby jej tego nie mówili, i na szczęście już nigdy mnie nie znalazła. Wracała tylko w strasznych snach, z których budziłam się przerażona. Przez lata żyłam, nie wracając do przeszłości. Aż przeszłam na emeryturę.
I wtedy pojechała pani do Bogucic, dostała zdjęcia, kontakt do Ryszarda, a od niego kopertę listu z Izraela?

Poszłam z nią do ŻIH-u. Wtedy żyła jeszcze wspaniała pani Małgosia Bonikowska. Mam łzy w oczach, gdy o niej myślę. Sporo się dla mnie dowiedziała o mojej rodzinie, po czym przekazała sprawę Yale’owi Reisnerowi. Po jakimś czasie dostałam od kogoś innego informację, że z tej rodziny już nikt nie żyje.

Po trzech latach jednak znów poszłam do ŻIH-u, bo ta koperta nie dawała mi spokoju. Wpadłam na Yale’a Reisnera już na korytarzu. On popatrzył na tę kopertę i wykrzyknął: „Przecież ja wyjaśniałem tę sprawę! Chodźmy!”. Wyciągnął z segregatora moje papiery i powiedział, że nadawcy listu wprawdzie nie żyją, ale w Izraelu mieszka ich córka, moja kuzynka Sonia.

Sonia nie mówi po polsku, ja nie mówię po hebrajsku, skontaktowałyśmy się telefonicznie i dogadałyśmy się po angielsku. Poprosiła o moje zdjęcie z tamtego czasu, żeby mogła mnie rozpoznać. Na szczęście miałam jedno od Ryszarda. Jeszcze trzy lata wcześniej nie miałabym nic. Wysłałam jej. Okazało się, że oni mają to samo moje zdjęcie. Pewnie dostali je kiedyś od mojego przybranego taty. Sonia była córką jednej z sióstr mojej mamy, ciotki Broni, która mnie poszukiwała i której nie zdążyłam poznać.

Pojechała pani do niej?

Było Boże Narodzenie, zadzwonił telefon, odebrałam, niczego się nie spodziewając, a w słuchawce najpierw cisza, a po? tem wzruszony głos po polsku: „Klaruniu, ja jestem ciotka Roza z Izraela. Ja cię kocham. Przyjedź”. To był szok. Wcześniej zwlekałam, ale gdy usłyszałam głos rodzonej siostry mojej mamy, natychmiast poleciałam do ambasady po wizę. Był 1999 rok. Zbliżałam się do sześćdziesiątki. Pamiętam, że bardzo przeżyłam chwilę, gdy dotknęłam ciotki Rozy. Chciałam zobaczyć zdjęcia rodziców. Dziwnym trafem w albumie rodzinnym, w którym wcześniej były dwa zdjęcia, zostało tylko puste miejsce.

Po moim powrocie do Polski Sonia wysłała mi zdjęcia: dziadków, braci mojej mamy, sióstr, ale mamy na żadnym z nich nie było. W końcu któregoś roku znalazła jej zdjęcie w książce o Pińczowie. Mama była harcerką, jest na zdjęciu zbiorowym – trzecia od lewej. O, pani mama należała do Haszomer Hacair! To było lewicowe ugrupowanie harcerskie, w czasie wojny zaangażowane w żydowski ruch oporu.
Nawet nie wiedziałam. Mogła mieć wtedy jakieś szesnaście lat. A na tym zdjęciu jest ciotka Halina, druga siostra mamy. Wszyscy mówią, że jestem do niej podobna.Oni wyjechali do Izraela na początku 1940 roku, przez Cypr. Halina też była na tym statku. Płynęło się długo, panował tam głód, ciotka się rozchorowała i zmarła na morzu.

Znalazłam rodzinę mamy, chciałam też zobaczyć tatę. Nie miałam jego fotografii. Od Soni dowiedziałam się, że mój ojciec był prawnikiem w Gdańsku. Yale Reisner z ŻIHu podpowiedział mi, że jest w Gdańsku historyk, który zajmuje się takimi tematami. Skontaktowałam się z nim i on bardzo mi pomógł. Przypadkiem trafił na akta mojego ojca w gdańskim archiwum, skopiował i częściowo przetłumaczył mi je z niemieckiego.

Dowiedziałam się, że ojciec studiował w Berlinie, Heidelbergu i Królewcu. Moja synowa Ewa, która dobrze zna niemiecki, napisała do tych uniwersytetów i proszę sobie wyobrazić, że po kilku dniach przysłano mi – po prostu cud! – zdjęcie taty. Zdjęcie z karty bibliotecznej z Heidelbergu. A tu jest cała ta karta wydana w 1928 roku, oryginał, jak nowa. Teraz wiem, jak wyglądał mój ojciec. Po tylu latach…

Niedawno ukazała się książka o Żydach gdańskich. Córka zapytała, czy mi jej nie kupić. Powiedziałam, że oczywiście, że tak. Kupiła ją, ale najpierw sama zaczęła czytać. Był dzień moich imienin, dzieci miały przyjść na obiad, córka zadzwoniła do drzwi znacznie wcześniej. Ja nieprzygotowana, a ona weszła i powiedziała: „Mama, usiądź”. Obie z córką mamy tę obsesję szukania. Otworzyła książkę i prawie na końcu… mój dziadek! „Herman Gross, Gdańsk – i adres – został wysłany 15 grudnia 1942 roku do Theresienstadt. 25 sierpnia 1953 roku przysłał autorowi książki Samuelowi Echtowi z domu starców w Szwajcarii informację o swoich losach. Miał wtedy osiemdziesiąt sześć lat”.

S. Echt, Dzieje Żydów gdańskich, przeł. W. Łygaś, Gdańsk 2012, s.123.

Przeżył!

Tak i proszę posłuchać: „15 grudnia 1942 roku wyjechałem z grupą innych osób z Gdańska do Theresienstadt, nasza grupa liczyła pięćdziesięciu sześciu ludzi. Dwa tygodnie wcześniej do Theresienstadt wyjechał podobny transport. Ludzi tych odprowadziłem na dworzec kolejowy i pożegnałem ich słowami: Dzisiaj my was grzebiemy, kto pogrzebie nas? Po trwających dwa i pół roku cierpieniach trafiliśmy cudownym zrządzeniem losu z grupą tysiąca dwustu ludzi… (Córka sprawdziła w internecie, że to był jedyny transport stamtąd, który udało się uwolnić) … 7 lutego 1945 roku do Szwajcarii. Spośród 120 gdańskich Żydów przeżyłem tylko ja. – Herman.” Gross informuje w dalszej części, że ofiarą nazizmu padli jego syn z żoną i małym dzieckiem. [… ] Herman Gross po wojnie został sam. Dożył dziewięćdziesięciu pięciu lat.

Synowa zaczęła korespondencję z wydawnictwem. Na ich stronie internetowej pojawił się komentarz: „Herman Gross się mylił. Dziecko jego syna przeżyło wojnę. Pani Ewa z Warszawy opowiedziała historię swojej teściowej, która jako niemowlę została podrzucona polskiej rodzinie i przez nią wychowana. O swoich korzeniach dowiedziała się jako osoba dorosła. Nawet potem żyła w przekonaniu, że jej dziadek zginął w Theresienstadt. (Ja akurat w ogóle nie wiedziałam, co się stało z dziadkiem).Tymczasem ktoś sprezentował jej naszą książkę, w której przeczytała list swojego dziadka, pisany po wojnie ze Szwajcarii”.

Synowa napisała do Szwajcarii. Dostała z Archiwum Państwowego i Historycznego dokumenty mojego dziadka i jeszcze coś: „Herman Gross, syn Siegbert Gross, urodzony w Tylży, zamieszkały w Pińczowie, Regina Gross, z domu Rozenberg, i Klara Gross, urodzona w Warszawie 17 września 1940 roku”.

W ten sposób poznała pani datę swoich urodzin…

Kilka lat temu udzieliłam wywiadu „Newsweekowi”. Gdy się ukazał, zadzwonił do mnie jego autor Tomasz Kwaśniewski i powiedział, że napisały do niego osoby, które chciałyby się ze mną skontaktować. „Szanowny Panie Redaktorze, przeczytałam Pana artykuł Żydówa i przeżyłam szok. Znałam doskonale Klarcię i jej rodziców. Mieszkaliśmy w bardzo bliskim sąsiedztwie, przez płot, w Pińczowie. Mam w oczach małą, piękną Klarcię, z czarnymi, kręconymi włoskami, o pięknej, oliwkowej cerze. Śliczna dziewczynka. Pragnę się z nią skontaktować. [… ] Tyle różnych ciekawych rzeczy chciałabym jej powiedzieć” – pisała pani Alina.

Pani ją kojarzyła?

Nie, skąd! Była ode mnie znacznie starsza, miała z siedem lat, a ja z dwa, gdy mnie przekazali. Zdzwoniłyśmy się. Zapytała, czy wiem, że moja mama była malarką. Wiedziałam od Soni. „No to mam coś dla pani” – powiedziała i przesłała mi ksero obrazu namalowanego przez moją mamę.

Pojechaliśmy z dziećmi i wnukiem do Pińczowa. Pani Alina zawiozła nas w miejsce, gdzie mieszkali moi rodzice. Nieopodal młyna, jak na obrazku. Oczywiście dom już nie istnieje, ale byliśmy tam, gdzie stał. Pani Alina pokazała nam, gdzie moja mama siadywała i malowała. Młyna też już nie ma. W internecie córka znalazła jednak jego archiwalne zdjęcia z lat trzydziestych XX wieku.

Oryginał obrazu miał pan, którego ojciec w czasie okupacji prawdopodobnie dawał moim rodzicom jedzenie, a jemu mama w zamian obrazki. Gdy następnym razem byłam w Pińczowie w ramach spotkania ze świadkami historii w Muzeum Regionalnym, ten pan się pojawił i przy wszystkich wręczył mi obrazek, mówiąc: „To się pani należy, to powinien być pani obrazek”.

Pyta pani o moją mamę. Moja mama to ta, której mam tylko mglisty portret powiększony ze zbiorowego zdjęcia w książce. Nie mam żadnych konkretów. Muszę ją budować z historii dziadków, ze zdjęć, z opowieści o tym, gdzie siedziała i malowała, z maili od ludzi, którzy znają tylko pojedyncze skrawki jej historii. Z dotyku ciotki Rozy. Tylko to.

Kiedy byłam w Izraelu, ukazał się ze mną wywiad w gazecie po hebrajsku. Po jego publikacji do Soni zadzwonił człowiek, poprosił mnie do telefonu i płynnym polskim powiedział: „Pochodzę z Pińczowa, znałem pani mamę. Pamiętam jak dziś, gdy stała z grupą młodzieży”.

Przez to wszystko czuję się bogatsza. To jest coś bardzo ważnego. Nic z tego nie odziedziczyłam, wszystkiego musiałam się dogrzebać sama. A gdy coś wygrzebię, muszę grzebać dalej, bo się pojawiają kolejne ślady. Pani Alina przypominała sobie, że jako dziecko byłam taka zadbana, śliczna, mama ładnie mnie ubierała – swoje jedyne dziecko.

Śliczna dziewczynka z loczkami, tata prawnik, mama malarka, córeczka jedynaczka, rodzice tak dobrze dla niej chcieli… I żal, że to dziecko inaczej by funkcjonowało, gdyby rodzice żyli. Byłoby wykształcone, kochane. Wychuchane, jak mówiła pani Alina. Ciągle noszę w sobie poczucie niespełnienia.

A równocześnie nikt mnie nie uczył rodzicielstwa, tymczasem mam dzieci i wnuki. Wnuk jest podobny do swojego pradziadka – mojego biologicznego taty. W środku nadal czuję się samotna. Już się tego nie pozbędę. Ale teraz mam poczucie, że JESTEM, że miałam rodzinę, że ktoś mnie szukał, że komuś na mnie zależało.

Tekst pochodzi z książki Patrycji Dołowy „Wrócę, gdy będziesz spała, Rozmowy z dziećmi Holocaustu”, str.186-198, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2019

https://czarne.com.pl/katalog/ksiazki/wroce-gdy-bedziesz-spala

Fotografie i pamiątki
do góry

Strona „Zapis pamięci”
Stowarzyszenia
„Dzieci Holocaustu”
w Polsce.

Zrealizowano
dzięki wsparciu Fundacji
im. Róży Luksemburg
Przedstawicielstwo
w Polsce

ul. Twarda 6
00-105 Warszawa
tel./fax +48 22 620 82 45
dzieciholocaustu.org.pl
chsurv@jewish.org.pl

Koncepcja i rozwiązania
graficzne – Jacek Gałązka ©
ex-press.com.pl

Realizacja
Joanna Sobolewska-Pyz,
Anna Kołacińska-Gałązka,
Jacek Gałązka

Web developer
Marcin Bober
PROJEKTY POWIĄZANE

Wystawa w drodze
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice” moirodzice.org.pl

Wystawa stała
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice”
w Muzeum Walki
i Męcześntwa w Treblince
treblinka-muzeum.eu
Strona „Zapis pamięci”
Stowarzyszenia
„Dzieci Holocaustu”
w Polsce.

Zrealizowano
dzięki wsparciu Fundacji
im. Róży Luksemburg
Przedstawicielstwo
w Polsce
Koncepcja i rozwiązania
graficzne – Jacek Gałązka ©
ex-press.com.pl

Realizacja
Joanna Sobolewska-Pyz,
Anna Kołacińska-Gałązka,
Jacek Gałązka

Web developer
Marcin Bober
PROJEKTY POWIĄZANE

Wystawa w drodze
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice” moirodzice.org.pl

Wystawa stała
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice”
w Muzeum Walki
i Męcześntwa w Treblince
treblinka-muzeum.eu