audio: 1

Janina Pietrasiak, urodzona w 1934 r.

Jestem jedną ze szczęśliwych

Wspomnienie czyta Alina Świdowska

Jest to historia jednego istnienia ludzkiego wśród tak wielu, mniej lub bardziej dotkniętych przez wojnę.

Zdaję sobie sprawę z tego, że życie swe (i części mej rodziny) zawdzięczam łańcuszkowi ludzi dobrej woli. Bez ich ogromnego poświęcenia, bohaterstwa i niezwykłej odwagi dawno nie było­ by mnie na świecie.

Rodzice moi to Józef i Rozalia Feldman (z d. Zwanziger). Ojciec pocho­dził z Tarnopola, matka – z Przemyśla. Kończyli studia farmaceutyczne na UJ w Krakowie. Swą pierwszą praktykę w aptece odbywali w Krakowie. Później wynajęli aptekę w Grodźcu na Górnym Śląsku, z czteropokojowym mieszkaniem mieszczącym się nad apteką.

Prowadzili tę aptekę wspólnie, pracując na zmianę przez całą dobę. Leczyli również ludność miejscową; w małych miejscowościach farmaceuci mieli takie uprawnienia.

Moja siostra Ewa i ja urodziłyśmy się na Górnym Śląsku – Ewa w Chorzowie (1932), ja w Królewskiej Hucie (1934). W Grodźcu upłynęły moje najcudowniejsze lata dzieciństwa. Duże piękne mieszkanie, służba, liczny personel pomocniczy w aptece, częste cudowne wyjazdy w góry – Żegie­stów, Zawoja, Zakopane, wieś podgórska.

Ja, jako ta najmłodsza, przez wszystkich byłam hołubiona i kochana. Pokój dziecinny, białe mebelki, pięk­ne zabawki, lalki, codzienne zabawy z sąsiadującymi dziećmi, częste wizyty w aptece, gdzie było tyle skarbów do zabawy.

Przyszła wojna, miałam 5 lat. Niemcy wypędzili nas z domu. Trzeba by­ło wszystko zostawić. Wojna zastała mnie z marną i siostrą na wsi podgór­skiej, skąd już do Grodźca nie wróciłyśmy. Pojechałyśmy do Krakowa. Tak więc, cały ten mój dobry i serdeczny świat się zawalił.

W Krakowie za­mieszkaliśmy tymczasowo na ul. Sebastiana 11b, u mego dziadka – ojca mego taty. Stąd też wszyscy zostaliśmy zabrani do getta, zaraz po jego utworzeniu w Krakowie. Nastały ogromnie ciężkie czasy. Ojciec pracował tam jako sanitariusz, a matka była wożona codziennie do pracy, do fabryki szczotek (stale miała pokaleczone ręce od ciężkiej pracy).

Po dwuletniej wegetacji w getcie krakowskim bezpośrednio przed jego likwidacją mój ojciec wraz z grupą innych mężczyzn zamurowali nas we trzy wraz z grupą ludzi, w tym matek z dzieć­mi i staruszków. Ojciec uważał, że w ten sposób uda się nas uratować.

Po­mieszczenie, w którym przebywaliśmy, było ciasne, ciemne, brak tam było jakichkolwiek urządzeń sanitarnych, brakowało wody, panował wielki chłód i głód (ostra zima). Ponadto obowiązywała kompletna cisza, by Niemcy nas nie usłyszeli.

Rozgrywały się tam dantejskie sceny. Jedno z małych dzieci za­częło płakać, matka nakryła mu głowę poduszką (dla wyciszenia) i dziecko się udusiło. Niektórzy starzy ludzie tracili zmysły. Jeden ze staruszków umarł i pozostawał z żywymi.

Mój tatuś z kilkoma mężczyznami odmurował nas w ostatniej chwili przed likwidacją getta. Zaczęto wówczas wywozić już mężczyzn do obozów zagłady. Tatę spotkał ten sam los – został wywieziony jednym z ostatnich transportów do Oświęcimia i w ciągu paru miesięcy zgładzony w ramach zbiorowej odpowiedzialności za jednego zbiega. Zdążył jednak nas uwolnić!

Usiłowałyśmy z mamą uciec na aryjską stronę na własną rękę tak jak zresztą i inni ludzie, którzy razem z nami wyszli z kryjówki. Przebiegłyśmy kilkanaście metrów pod obstrzałem, przy nas zabito matkę, która biegła z małym dzieckiem na ręku (dziecko przeżyło).

Nam udało się ukryć w drew­nianym wychodku, gdzie moja siostra z mamą trzymały haczyk, a ja przesie­działam w kucki– trwało to dwie doby – pozorowałyśmy, że wychodek jest pusty. Gdy w końcu mama przez szparę zauważyła żołnierza Wehrmachtu, który nie strzelał do ludzi, puściłyśmy się pędem, dała mu garść złota (całą biżuterię, złote koronki zębowe i wszystko, co miała) i wtedy pozwolił nam przejść na aryjską stronę.

Udało nam się cudem dostać na ul. Sebastiana 11b do domu mego dziadka, gdzie był dozorca bardzo zaangażowany w pracę konspiracyjną i akcję pomocy Żydom „Żegota”, nadzorowaną przez znaną pisarkę – historyka Zofię Kossak–Szczucką, pseudonim – Weronika.

Wero­nika kierowała „Ochronką”, czyli komórką dla ludzi potrzebujących natych­miastowej pomocy. Zabiegała o fundusze dla uciekinierów zza murów. Nę­kała w tej sprawie rodziny ziemiańskie i inteligenckie. Miała kontakty ze śro­dowiskiem przedwojennych wojskowych, a znajomi księża pomagali jej w wyrabianiu fałszywych dokumentów i świadectw chrztu,jak również w u­mieszczaniu dzieci w domach prowadzonych przez siostry zakonne.

Tak więc Weronika pomogła zaopat­rzyć i nas w fałszywe dokumenty na nazwisko Kwiatkowskie, po czym ja z mamą pod opieką łączniczki pani Aleksandry Mianowskiej, pseudonim – Krysta (obecnie doktor nauk medycznych), zostałyśmy przewiezione pociągiem do Warszawy i umieszczone – dzięki osobistej interwencji Zofii Kossak – w rodzinie inteligenckiej państwa Janiny i Henryka Jętkiewiczów.

Pan Henryk Jętkiewicz – inżynier budowy dróg, ukończył studia w Petersburgu, znał dobrze kilka języków; przed wojną pracował w Polskim Komitecie Normalizacyjnym, był blisko spokrewniony ze znaną rodziną Józefa Birken­mayera – literata; syn to znany obecnie profesor Krzysztof Birkenmayer – geofizyk, polarnik, wykładowca na UJ. Była to bardzo zaprzyjaźniona rodzi­ na Weroniki, współpracująca z nią dla potrzeb Polski podziemnej, delegatury rządu i organizacji„ Żegota”. Mieszkali przy ul. Twardej 11 (w obrębie byłego getta).

Moja siostra Ewa, ze względu na bardzo poważne odmrożenie stóp III stopnia nabyte podczas ukrywania się przez dwie doby w drewnianym wychodku, musiała pozostać w Krakowie w szpitalu. Dobrze, że lekarze zdołali uratować Ewie stopy, gdyż objęte już były gangreną. Amputowano tylko 3 palce oraz część stopy od spodu. Odmrożenie moich stóp było lżej­sze, II stopnia.

Zaopatrzone w „dobre” dokumenty ja i mama dotarłyśmy do Warszawy. Kryście pomagał pan Aleksander Kamiński z Krakowa, który przekazał nas na dworcu w Warszawie w ręce Weroniki. Okazało się dużo później (ja się dowiedziałam o tym w styczniu 1997 roku), że pan Aleksander Kamiński ogromnie pomógł również mojej siostrze w Krakowie – dożywiał ją podczas pobytu w szpitalu oraz po wyjściu ze szpitala, pomagał transportować ją do­rożką przed podróżą do Warszawy, jaką odbyła z łączniczką Krystą, pomógł również załatwić fałszywe dokumenty dla Ewy i pieniądze.

Ze względu na bardzo semickie rysy moja siostra Ewa wieziona była z zabandażowaną twarzą, jako rzekomo chore zakaźnie dziecko. W ten też sposób dotarła bez­piecznie do Warszawy. Na dworcu odebrała ją oczywiście Weronika.

W 1997 roku zwrócono się do mnie z Instytutu Yad Vashem w Jerozolimie z prośbą o potwierdzenie udziału pana Aleksandra Kamińskiego w rato­ waniu naszej rodziny, gdyż łączniczka Krysta wystąpiła o odznaczenie go pośmiertnie medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata. Bardzo mocno podkreślałam jego zasługi oraz zasadność przyznania mu tego medalu w mo­jej odpowiedzi kierowanej do Instytutu Yad Vashem.

Po przyjeździe do Warszawy z inicjatywy Zofii Kossak moja siostra Ewa została umieszczona u państwa pułkownikostwa Ignacego i Anny Lubicz-Sadowskich w majątku Góry (wieś Góry nad Pilicą, poczta Promna, pow. Białobrzegi Radomskie), gdzie przebywała razem z wieloma ukrywa­jącymi się tam ludźmi (wielu ludzi zostało ocalonych przez to wspaniałe małżeństwo). Siostra moja pozostała tam przez dłuższy czas.

Pan pułkownik Ignacy Lubicz-Sadowski był wcześniej podkomendnym męża Zofii Kossak – pułkownika Zygmunta Szatkowskiego,stąd przyjaźń i współdziałanie na rzecz zagrożonych. Ewa pozostawała w majątku do wyzwolenia. Ciężka choroba pana pułkownika Sadowskiego i brak szkoły na wsi sprawił, że pani Anna Sadowska umieściła ją w Żydowskim Domu Dziecka w Śródborowie, by „ wróciła do korzeni”. Ewa tęskniła jednak do Gór i po śmierci pułkowni­ka Sadowskiego wróciła do majątku.

Zofia Kossak wykorzystywała wszelkie swe znajomości dla ratowania
„tych zza murów”. Ta wspaniała osoba została aresztowana przez Niemców (1943 roku), więziona na Pawiaku, a następnie wywieziona do Oświęcimia. Udało się jednak organizacji podziemnej wykupić ją za ogromną sumę zeb­raną na ten cel, zanim Niemcy zorientowali się, kogo mają w ręku.

Stale wys­tępowała pod różnymi fałszywymi nazwiskami i dlatego nie została przez Niemców rozpoznana. Byłaby natychmiast zgładzona. Trzeba podkreślić, że to właśnie pierwsze decyzje, załatwienie spraw najważniejszych i najtrud­niejszych, tak wielu ludzi zawdzięcza Zofii Kossak; to jej zawdzięcza się w pierwszej kolejności ocalenie, a następnie całemu łańcuszkowi ludzi dob­rej woli – pomoc. Tacy ludzie angażowali się, narażając siebie i swoje rodzi­ ny, aby ratować Żydów – często całkiem bezinteresownie. Moja rodzina była tego przykładem.

Moje dalsze losy potoczyły się dość podobnie do losów wielu uratowa­nych dzieci – miałam przybraną rodzinę. Dość szybko po moim przybyciu z mamą do rodziny Jętkiewiczów okazało się, że mama jest bardzo chora – po obustronnym zapaleniu płuc zachorowała na gruźlicę (wycieńczony i wygło­dzony organizm) i trzeba ją było gdzieś umieścić w lepszym klimacie.

Mama gorączkowała i słabła. Pani Jętkiewiczowa wystarała się o miejsce u pani Ulanowskiej w Milanówku na ul. Podleśnej, gdzie mogła wypoczywać w ogrodzie. Tam woziłyśmy jej z moją opiekunką pożywienie. Mama chciała jednak, żebym ja przyjechała i zaopiekowała się nią. Widocznie czuła, że dłu­go nie pożyje.Tak też się stało.

Niestety, zaraziłam się od niej gruźlicą. Mamę umieszczono w Szpitalu Ujazdowskim w Warszawie, gdyż nastąpiły już ga­lopujące suchoty i była coraz słabsza. Pani Jętkiewiczowa odwiedzała ją w szpitalu. Pewnego dnia mama bardzo prosiła o przyprowadzenie mnie do szpitala. Pani Jętkiewiczowa ładnie mnie ubrała i zaprowadziła. Okazało się, że łóżko było puste – mama już nie żyła. Byłam w tak wielkim szoku, że nawet nie chciałam mamy zobaczyć w kostnicy. Bardzo tego żałuję przez całe życie.

Mama przed śmiercią napisała list do swego brata w Ameryce, błagając, aby nas z siostrą ratował i zajął się nami. List ten przywiozłam do wujka dopiero w 1961 roku (wysławszy do niego uprzednio przepisaną kopię). Po śmierci mamy, która złożyła mój los w ręce Jętkiewiczów, stało się tak, jakby przypieczętowała dalsze moje życie.

Mimo bardzo niebezpieczniej dla nich sytuacji, gdyż była u nich kuźnia pracy konspiracyjnej, miejsce tajnej nauki dla żołnierzy AK (kilkakrotnie widziałam, jak młodym ludziom wypadła broń z kieszeni) oraz punkt kontaktowy dla Delegatury Rządu, rodzina Jętkiewiczów zdecydowała się mnie przygarnąć na dobre i złe.

W tym czasie byłam jeszcze „szarpana” przez różne opiekunki z akcji „Żegota”, które chciały zostać moimi „mamusiami”, przed czym się ogromnie broniłam i za nic nie pozwoliłam się wydrzeć od przybranej rodziny. Uważałam, że po ogromie przeżyć jest to najbezpieczniejsza przystań dla mnie.Wiedziałam, że ludzie ci, mimo szalonego dla nich niebezpieczeństwa, ochraniali mnie, żywili, ratowali i to mama moja powierzyła mnie ich serdecznym rękom i dobrym sercom.

Nie wolno mi tylko było nic mówić o sobie w czasie zabaw z dziećmi na podwórzu. Znana byłam przez sąsiadów jako sierota, która przyjechała ze wsi do swych krewnych. Poza tym miałam tzw. dobry wygląd, więc nie było niebezpiecznie bawić się z dziećmi sąsiadów.

W międzyczasie dzieci Zofii Kossak – Witold i Anna Szatkowscy, po uprzednim zapytaniu mnie i rodziny Jętkiewiczów, czy ja chcę być katolicz­ką, i po uzyskaniu pozytywnej odpowiedzi zaczęły mnie uczyć katechizmu. Ja bardzo chciałam się do nich wszystkich upodobnić i nawet o to kilkakrot­nie prosiłam.

Zresztą, mama w czasie wspólnego pobytu u Jętkiewiczów zaczęła mnie uczyć, jak się żegnać, i trochę pacierza. Uważała, podobnie jak ja, że tak jest najbezpieczniej. Tzw. dobry wygląd, który podobno miałyśmy z mamą, i pewna znajomość religii katolickiej ułatwiały nam w dużym stop­niu przeżycie i wyjście obronną ręką z zawieruchy wojennej.

Przeżyć znów było wiele. Z balkonu przy ul. Twardej 11 obserwowaliśmy wspólnie wiele tragicznych wydarzeń: łapanki, egzekucje, niejedno­krotnie leżał ktoś na naszej ulicy skatowany na śmierć. Przyczyniło się to w wielkim stopniu do wzrostu mojej nerwicy, która jeszcze ciągle ogromnie nękała mój organizm po poprzednich przeżyciach.Każde pożywienie na­tychmiast zwracałam, bałam się spać w ciemnym pokoju, na domiar złego, jak wspomniałam, zaraziłam się od mamy gruźlicą.

Dzięki znajomościom Zofii Kossak i Janiny Jętkiewiczowej spędziłam dwa kolejne turnusy w sa­natorium w Otwocku, gdzie zaleczono mi czynną kawernę. Jedzenie tam by­ ło bardzo słabe, głównie soczewica, więc Janina Jętkiewicz owa przywoziła mi często dodatkowe pożywienie, mimo nieustannego braku żywności w tamtych czasach (szczególnie w miastach).

Następne trudne koleje losu to Powstanie Warszawskie – głód, strach, nieprawdopodobne zrządzenia losu, że wyszłam z niego obronną ręką. Czte­rokrotnie udało nam się cudem ujść z życiem wraz z całą rodziną Jętkiewi­czów (pani Jętkiewiczowa była komendantką oddziału sanitariuszek baonu „Odwet” i często była w samym ogniu walki).

Pierwszy raz, na Twardej 11, gdy podczas bombardowania zawaliła się połowa domu mieszcząca piwnicę, w której zwykle się chroniłam podczas bombardowań; tego dnia, gdy tam zbiegłam, wszystkie miejsca siedzące były już zajęte. Poszłam więc do dru­giego skrzydła tej piwnicy. Wszyscy ludzie siedzący w „moim” piwnicznym skrzydle zginęli, gdy spadła bomba, aja dzięki brakowi miejsc ocalałam.

Po raz drugi – przy przechodzeniu na czworakach przez Aleje Jerozolimskie, gdy Niemcy „prali” w barykady zbudowane z worków z piaskiem, obok których czołgaliśmy się na czworakach. Wielu ludzi zginęło – myśmy ocale­li. Również na ul. Sienkiewicza 4, gdzie przebywaliśmy w piwnicy i wiele osób z nami tam się schroniło (niektóre wyglądały już na niezupełnie normal­ne – biegały z butelką wody i mokrą szmatą, przykładając ją do ust w razie dużej ilości pyłu przy bombardowaniu). Upadły na ten dom 3 bomby i wszystkie – niewypały. Jeszcze raz udało nam się przeżyć.

A po raz czwarty – na ul. Wspólnej, gdzie przenieśliśmy się do mieszkania prof. Aleksandra Janowskiego, byłego Prezesa Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego. Wyszłam na podwórze, aby stanąć w kolejce po wodę do picia. Stało tam ok. 80 osób. Gdy na podwórze wpadła tzw. gruba berta, większość ludzi stoją­cych ze mną po wodę – zginęła. To był okropny widok – części ciał ludzkich porozrzucane! Nie wiem, jak ja ocalałam – znalazłam się w jakimś leju (dole) na podwórzu.

Po wyjściu z Powstania Warszawskiego, dzięki pomocy Niemców, któ­rzy wskazali nam drogę, udało się całej rodzinie Jętkiewiczów wraz ze mną uniknąć obozu w Pruszkowie. Po długiej, wyczerpującej pieszej wędrówce udało się nam dotrzeć do Głowna pod Łowiczem, skąd zostaliśmy (w odpo­wiedniej kolejności za innymi uchodźcami z płonącej Warszawy) skierowani i zakwaterowani we wsi Antoniew (koło Głowna), gdzie przez dość długi czas koczowaliśmy w bardzo trudnych warunkach, śpiąc na słomie w kojcu z surowych desek (jak dla świń).

Było zimno, brakowało ubrania i pożywie ­nia (wychodziłam do lasu zbierać chrust na podpałkę z gołymi nogami po śniegu, bo brak było pończoch). Wszyscy mieliśmy wrzody z awitaminozy i byliśmy zawszeni. Wreszcie po długiej korespondencji pani Jętkiewiczowa
uprosiła swego brata Mieczysława Markiewicza zamieszkującego w Płocku, aby zgodził się przyjąć całą rodzinę wraz ze mną do swego mieszkania.

Choć współpracował on bardzo blisko z Niemcami – prowadził dla nich sklep z artykułami przemysłowymi, zgodził się na nasz przyjazd. Tak więc przedostawaliśmy się przez „zieloną granicę” – ja z fałszywymi dokumenta­mi i listem mamy do wujka w Ameryce, zaszytym w klapie palta, oni z za­szytą dużą ilością biżuterii należącej do brata Janiny Jętkiewiczowej, po­zostawionej u nich na przechowanie. Była to przeprawa ogromnie niebez­pieczna, lecz, o dziwo, została uwieńczona powodzeniem.

W Płocku zamieszkaliśmy wszyscy w maleńkim mieszkaniu Mieczysła­wa Markiewicza, gdzie już przebywało 7 osób i było bardzo ciasno. Poza tym było to jakby wejście prosto w paszczę lwa. Moc Niemców. Tam też zastało nas wyzwolenie. Otrzymaliśmy przydział mieszkania po Niemcu Neymanie, który musiał należeć do morderców dużej liczby Żydów, gdyż były tam zło­żone ogromne ilości religijnych szat…

Chciałabym dodać, że przez cały ten okres wojny, jak również po wyzwoleniu, mój wuj – David Zwanziger – czynił starania o sprowadzenie całej mojej rodziny, a potem nas dwu ocalałych z siostrą, do USA. Mam te wszystkie dokumenty. Wydał moc pieniędzy i stracił wiele nerwów, aby to załatwić. Niestety starania te nie przyniosły pozytywnego rezultatu.

Moją ro­dzinę mogłam zobaczyć po raz pierwszy dopiero w 1961 roku, gdy złożyłam prośbę o przyjęcie mnie na studia języka angielskiego dla obcokrajowców w USA (wuj opłacił te studia) i zostałam przyjęta. Uprzednio wielokrotnie odmawiano mi paszportu. Wtedy też dopiero zawiozłam i wręczyłam wujo­wi list pisany przez mamę na skrawku papieru w szpitalu, błagający go o za­ jęcie się mną i siostrą (dwoma sierotami), gdyż mama odchodziła na zawsze, a taty już nie było na świecie. List ten w przedziwny sposób przetrwał całą zawieruchę wojenną.

Było to wielkie przeżycie dla mego wujka – brat czytał list siostry, która od wielu lat nie żyła, pisany tuż przed jej śmiercią. Muszę przyznać, że spotkanie mej prawdziwej rodziny (z krwi i kości) w wieku 24 lat było dla mnie niewiarygodnym przeżyciem. Płakałam przez kilka dni.

W domu mego wujostwa znalazłam wiele pamiątek rodzinnych, fotografii, listów i drobiazgów. Wówczas dopiero dowiedziałam się wielu szczegółów o mojej prawdziwej rodzinie. Dzięki temu byłam w stanie odpowiedzieć na większość pytań w czasie wywiadu do archiwum Stevena Spielberga Survivors of the SHOAH.

Po wielu spotkaniach z dziećmi Holocaustu i wysłuchaniu ich przeżyć
doszłam do wniosku, że jestem jedną ze szczęśliwych osób, gdyż znam swoje korzenie i historię rodzinną, uzyskałam trochę wiadomości o członkach mej rodziny, udało mi się odnaleźć i spędzić jakiś czas z częścią mej rodziny mieszkającą w USA.

Życzyłabym wielu osobom naszego Stowarzyszenia takiego losu. Wiem, że wiele z nich jest ciągle nękanych zagadką:skąd pochodzą, gdzie miesz­kały, jakie były koleje życia ich i ich rodzin, jakie było ich prawdziwe nazwisko… Na pewno nie jest łatwo żyć ze świadomością, że człowiek tak naprawdę nigdy się tego nie dowie.

Znam również osoby cierpiące z powodu strasznego losu, jaki dotknął rodziny polskie, które ich uratowały. Jest to poczucie winy dręczące przez całe życie i trudno się tego pozbyć.

do góry

Strona „Zapis pamięci”
Stowarzyszenia
„Dzieci Holocaustu”
w Polsce.

Zrealizowano
dzięki wsparciu Fundacji
im. Róży Luksemburg
Przedstawicielstwo
w Polsce

ul. Twarda 6
00-105 Warszawa
tel./fax +48 22 620 82 45
dzieciholocaustu.org.pl
chsurv@jewish.org.pl

Koncepcja i rozwiązania
graficzne – Jacek Gałązka ©
ex-press.com.pl

Realizacja
Joanna Sobolewska-Pyz,
Anna Kołacińska-Gałązka,
Jacek Gałązka

Web developer
Marcin Bober
PROJEKTY POWIĄZANE

Wystawa w drodze
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice” moirodzice.org.pl

Wystawa stała
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice”
w Muzeum Walki
i Męcześntwa w Treblince
treblinka-muzeum.eu
Strona „Zapis pamięci”
Stowarzyszenia
„Dzieci Holocaustu”
w Polsce.

Zrealizowano
dzięki wsparciu Fundacji
im. Róży Luksemburg
Przedstawicielstwo
w Polsce
Koncepcja i rozwiązania
graficzne – Jacek Gałązka ©
ex-press.com.pl

Realizacja
Joanna Sobolewska-Pyz,
Anna Kołacińska-Gałązka,
Jacek Gałązka

Web developer
Marcin Bober
PROJEKTY POWIĄZANE

Wystawa w drodze
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice” moirodzice.org.pl

Wystawa stała
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice”
w Muzeum Walki
i Męcześntwa w Treblince
treblinka-muzeum.eu