Dzieci Holocaustu mówią:
Jerzy Aleksandrowicz
, urodzony w 1936 r.

Odyseja po „aryjskiej stronie”

W dzień przed ostatnim wielkim wysiedleniem z getta krakowskiego zbudował znajomy kominiarz u nas w domu przy ulicy Krakusa 25 piec z wnęką.

Wszystkie części wewnątrz pieca wyjął tak, że można się było tam skryć. Ale tylko ja mogłem się pomieścić z jeszcze jedną osobą, na której kolanach musiałem siedzieć.

Wchodziło się przez górną część pieca przy pomocy drabiny, bo to był bardzo wysoki piec. To było o dwunastej w nocy, ja wszedłem do pieca z mamusią, tak na próbę. Byłem spokojny, o niczym nie wiedziałem. Zdaje się, że przede mną ukrywano, że ma być wysiedlenie. A może sami nie wiedzieli, nie jestem tego pewny.

Mniej więcej o szóstej rano babcia mnie obudziła, żebym się ubierał, bo leżałem chory na grypę. Babcia mówiła, że już mogę wstać, bo choroba mi przeszła. Wstałem, a mamusia przyszła z drugiej części mieszkania, gdzie tatuś ordynował.

Mieliśmy iść na „Ordnungsdienst”. To była jakby wyspa,kto tam się dostał,już był uratowany. A po drodze bardzo aresztowano. U naszego gospodarza była rewizja, jakiś niemiecki pułkow­nik czy też generał rewidował i obstawił nasz dom żołnierzami tak, że nie mogliśmy uciec na „Ordnungsdienst” . Ale ten pułkownik do nas odnosił się dobrze, dał mi czekoladę i nami się nie zajmował, tylko przeprowadzał dokładną rewizję.

Ordnungsdienst – tzw.OD – żydowska służba porządkowa na terenie getta.

I wtedy tatuś przechodząc obok mnie powiedział mi, że ma być wysiedlenie. Nie nastraszyłem się w ogóle, bo nie zdawałem sobie po prostu sprawy z tego, co nas czeka.Tatuś zrobił w kuchni już dawno jedną skrytkę, w której mogło się pomieścić pięć osób, ale w pozycji leżącej. Nas było razem w rodzinie osiem osób. Ale oprócz tego były jeszcze dwie osoby, matka z córką, które miały się w tej skrytce też pomieścić. A więc uplanowano od początku, że dwie osoby skryją się w piwnicy, a jedna na strychu. W czasie rewizji zniwelowano piec i straciliśmy możność ukrywa­nia się tam.

W piwnicy była już ukryta ciotka Minka i babcia Zosia. Wtedy gdy pułkownik przeprowadzający rewizję zszedł do piwnicy, mamusia mnie podała klucze, i ja zrzuciłem je dozorczyni, która otworzyła babci Zosi i ciotce Mince drzwi i wyprowadziła je na ulicę. Gdy wszedł pułkownik do piwnicy, już nie zastał tam nikogo.

Po skończeniu rewizji ja z mamusią poszliśmy na „Ordnungsdienst”, bo wszystkie skrytki zawiodły. Dostaliś­my się tam tylko dzięki uprzejmości jednego znajomego „Ordnungsdiens­ta”, przyjaciela tatusia z lat dziecinnych. Potem przyszedł tatuś i dopiero wtedy przypomniał sobie, że z pieca, który naprędce po rewizji wyremontował i umieścił tam dziadzia Józia, nie odstawił drabiny i że na strychu, gdzie umieścił ciocię Minkę i babcię Zosię z pradziadkami, zostawił otwartą flaszkę z parującym cyjankali tak, że mogli się wszyscy potruć.

Wtedy tatuś chciał tam biec, ale mamusia nie pozwoliła na to i zatrzymała tatusia na „Ordnungsdiensie”. Jednakże babcia Zosia flaszkę zakorkowała, ale trochę za późno, bo pradziadzio i ciotka Minka byli w stadium zatrucia.

Tymczasem wysiedlenie już się skończyło. Po powrocie do domu tatuś zabrał się do badania tych wszystkich, którzy byli na strychu. Okazało się, że wszyscy mimo osłabienia byli zdrowi. Teraz dużo rzeczy nie pamiętam aż do zupełnego zlikwidowania getta.

W tym dniu, nie wiedząc, co mamy ze sobą robić, wyszliśmy na ulicę z mamusią i tatusiem i zobaczyliśmy, jak ludzie uciekają kanałem. Wtedy też wskoczyliśmy do kanału. Szliśmy głównym korytarzem po wąskich chodniczkach. Tatuś, mający reflektorek prowadził grupę. Szliśmy w kie­ runku Wisły, z prądem zlewu. Po kolei odchodzili od nas wyjściami różni ludzie, tak, że zostaliśmy sami i jeszcze jeden człowiek.

Wydarzenia te opisał ojciec autora dr Julian Aleksandrowicz w książce Kartki z dziennika doktora Twardego, wyd. II, Kraków-Wrocław 1983, rozdział pt. Kanał, s. 49-53.

Wyszliśmy w ostatniej chwili, bo tuż za nami niemiecka policja strzelała. Oczyściliśmy się w domku dozorcy fabrycznego w Prokocimiu. Podobno szliśmy trzy godziny, ale nie zdawałem sobie z tego sprawy. Nie mając gdzie się ukryć, na razie poszliśmy spacerem przez wieś. Po drodze zatrzymali nas dwaj Niemcy, ale że nie byli w służbie, nic nam nie zrobili, choć się domyślali, kim jesteśmy.

Tatusiowi przypomniał się jeden pacjent, Polak, przyjaciel dziadzia. Poszliśmy do niego. W drodze zapłaciliśmy sto złotych agarowi, aby nas tam zaprowadził. Ten jednakże się upił i wydał nas Gestapo.

Pacjentem był mistrz ceglarski Józef Suder.

Gospodarz obudził nas, bo dowiedział się, że Niemcy o nas wiedzą. Poszliśmy nocować w pole. Tam spotkaliśmy bandę pijanych agarów, którzy za tysiąc złotych nas przenocowali.

Stamtąd udaliśmy się na Podgórze, na miejsce, gdzie była babcia Rysia i prababcia. To było u jednego Polaka, który już dawno obiecał tatusiowi nas ukryć. Jednakże okazał się on konfidentem Gestapo. Nasłał na nas gestapo[wców]i tatuś w chwili, gdy do nas weszli, zażył truciznę, bo nie chciał się dać wziąć żywcem.

Mamusia również zażyła truciznę i chciała mnie też dać, ale na to gestapowiec chwycił mamusię za rękę i coś rozmawiali po niemiecku, czego nie rozumiałem. O ile sobie przypominam, to po odejściu gestapowców, którzy wzięli od mamusi okup, podawałem tatusiowi flaszeczki z lekarst­wami stojące na kredensie. Między innymi znalazła się tam flaszeczka utlenionej wody. Tatuś już sztywniejącą ręką wskazał na tę flaszeczkę. Wypił jej zawartość i to osłabiło działanie trucizny

I pojechaliśmy karetką pogotowia do szpitala św. Łazarza.Tam tatuś wystąpił pod nazwiskiem Adamski. Parę sióstr go poznało, bo tatuś w tym szpitalu przez kilka lat pracował jeszcze przed wojną. Ale nikt tatusia nie zdradził. Po wypompowaniu żołądka tatuś wrócił do zdrowia.

Po krótkim odpoczynku u profesora Adama Sokołowskiego powędrowaliśmy do kolegi tatusia dr H., który początkowo przyrzekł nas ukrywać, ale w ostatniej chwili nas zawiódł i odmówił dalszej pomocy. Znaleźliśmy się bez dachu nad głową, a dr H. dał nam parogodzinny termin do opuszczenia jego mieszkania.

Wtedy tatuś poszedł na miasto szukać dla nas schronienia i zaszedł do rodziny swego pacjenta, słynnego malarza, pana W[odzinowskiego], którego córka, pani Wicula, serdecznie się nami zajęła. Wyszukała nam na parę dni mieszkanie, a ponieważ nie mogliśmy wychodzić, przynosiła nam jedzenie, a dla mnie ciasteczka. Nie mogliśmy tam długo pozostać, bo nasze mieszkanie mieściło się naprzeciwko Gestapo i udaliśmy się na ulicę Karmelicką.

W następnym dniu pojechaliśmy tramwajem do rodziny polskiej nazwiskiem Armatyz (ulica Starowiślna 55), którzy przechowywali jeszcze przedtem Żydów i tam zamieszkaliśmy przez pewien okres. Było nam tam bardzo dobrze, ustosunkowali się do nas serdecznie. To byli nasi opiekunowie, którzy przez cały czas nam pomagali. Ale obok mieszkała volksdeutscherka, i nie można tam było bez przerwy mieszkać. Musieliśmy mieć drugie mieszkanie i co pewien czas mogliśmy znowu tam wracać. Najwyżej przez parę dni mogliśmy mieszkać na Jana 30 u państwa Adamskich, starych znajomych tatusia.

Z tego też powodu członkowie tajnej Organizacji Pomocy Żydom wystarali się nam o mieszkanie na ulicy Sebastiana 30. Ale było to mieszkanie policjanta Pitery i mamusia bała się tam zostać. Potem okazało się, że policjant polski był jednym z najporządniejszych ludzi, jakich w czasie wojny mamusia spotkała. Prawdopodobnie należał właśnie do Organizacji Pomocy Żydom. Wiedział o nas wszystko i nas nie zdradził.

Przez cały czas szpiegował nas pewien Żyd Ignacy Taubman, który był konfidentem Gestapo i chciał nas wydać. Policjant Pitera umieścił nas na Józefińskiej, ponieważ do niego przychodzili Niemcy, co było dla nas niebezpieczne. Tam znowu widzieliśmy Taubmana, jak myszkował pod naszymi oknami.

W sprawie I.Taubmana Juliana Aleksandrowicz złożył obszerne zeznanie – patrz – Archiwum Żydowskiego Instytutu Historycznego (dalej: ŻIH), sygn. 3202.

Kolega tatusia dr Z.[Ludwik Żurowski?] wystarał się nam o mieszkanie w Wieliczce. Byliśmy tam parę miesięcy, ale rodzice naszej gospodyni, którzy też w tym domu mieszkali, bali się, by nas nie wykryto. Kazali najpierw tatusiowi, a potem nam odejść. Pamiętam, było to w listopadzie, była straszna szaruga na polu, pociągami nie wolno było jechać. Jechali­śmy więc furką chłopską, a trochę szliśmy piechotą. Po drodze baliśmy się bardzo rewizji.

Gdy zwolniło się u Armatyzów, przeprowadziliśmy się do nich. Gdy znowu zaczynało być gorąco, pojechaliśmy pod Wieliczkę do Bogucic. Mieszkaliśmy tam w domku rodzinnym Strengerów.

dr J. Aleksandrowicz twierdził, że jego rodzina była wtedy pod opieką Kazimierza i Haliny Stefaniaków w willi ich teściów Erbanów w Bogucicach, Kartki z dziennika doktora Twardego, s. 63.

Po kilku miesią­cach (sześciu) tatuś poszedł do partyzantki i mieliśmy stracić mieszkanie. Wtedy wstawili się za nami członkowie tajnej organizacji, z którymi tatuś był w kontakcie, i nie pozwolili nas wyrzucić.

Po Powstaniu Warszawskim tatuś wrócił z partyzantki, i byliśmy razem. W czasie gdy Rosjanie wkraczali do Krakowa, siedzieliśmy w schronie. W nas był skierowany największy ogień, bo koło nas stała bateria niemiecka. Tuż obok nas waliły się domy. Niekiedy czuło się duszę na ramieniu, gdy bomba uderzywszy o kilka metrów od domu chwiała domem całym. Przez cały czas byłem stosunkowo spokojny, lecz w pew­nych chwilach bałem się, że bomba uderzy w dom.

Po walce chodziłem po Wieliczce, ale Niemców już wtedy nie było, bo uciekli. Lecz wszystkich wyłapano, bo Wieliczka była jądrem kotła urządzo­nego przez Rosjan jako pułapka. W tym właśnie domu w Bogucicach, gdzie mieszkaliśmy, kwaterował kapitan rosyjski, którzy przeprowadzał śledztwo z jeńcami niemieckimi. Za szopą znaleźliśmy cały skład połamanych karabinów i amunicji niemieckiej.

Po wkroczeniu Rosjan, tj. dnia 18 lutego 1945 r. wróciliśmy do Krakowa jako wolni ludzie.

Tekst opublikowany na podstawie rękopisu ŻIH-u, sygn. 301/2060 (protokół zeznania złożonego przed Wojewódzką Komisją Historyczną w Krakowie 18 grudnia 1946 r. Odbierająca zeznanie: Maria Holender). Uzupełnienia w nawiasach kwadratowych pochodzą z cytowanych wspomnień J. Aleksandrowicza. Relacja Jerzego Aleksandrowicza opublikowana została po raz pierwszy z kilkoma retuszami w 1947 r. Nazwiska osób śpieszący h z pomocą zastąpiono wówczas inicjałami. Zob. Dzieci oskarżają, opr. Maria Hochberg-Mariańska i Noe Griis.s, Kraków-Łódź-Warszawa 1947, s.177-182.

 

 

Cyfrowa wystawa o żydowskich dzieciach uratowanych z Zagłady „Moi żydowscy rodzice, moi polscy rodzice”— moirodzice.org.pl

do góry

Strona „Zapis pamięci”
Stowarzyszenia
„Dzieci Holocaustu”
w Polsce.

Zrealizowano
dzięki wsparciu Fundacji
im. Róży Luksemburg
Przedstawicielstwo
w Polsce

ul. Twarda 6
00-105 Warszawa
tel./fax +48 22 620 82 45
dzieciholocaustu.org.pl
chsurv@jewish.org.pl

Koncepcja i rozwiązania
graficzne – Jacek Gałązka ©
ex-press.com.pl

Realizacja
Joanna Sobolewska-Pyz,
Anna Kołacińska-Gałązka,
Jacek Gałązka

Web developer
Marcin Bober
PROJEKTY POWIĄZANE

Wystawa w drodze
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice” moirodzice.org.pl

Wystawa stała
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice”
w Muzeum Walki
i Męcześntwa w Treblince
treblinka-muzeum.eu
Strona „Zapis pamięci”
Stowarzyszenia
„Dzieci Holocaustu”
w Polsce.

Zrealizowano
dzięki wsparciu Fundacji
im. Róży Luksemburg
Przedstawicielstwo
w Polsce
Koncepcja i rozwiązania
graficzne – Jacek Gałązka ©
ex-press.com.pl

Realizacja
Joanna Sobolewska-Pyz,
Anna Kołacińska-Gałązka,
Jacek Gałązka

Web developer
Marcin Bober
PROJEKTY POWIĄZANE

Wystawa w drodze
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice” moirodzice.org.pl

Wystawa stała
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice”
w Muzeum Walki
i Męcześntwa w Treblince
treblinka-muzeum.eu