zdjęcia: 5

Jerzy Ślęzak, urodzony w 1933 r.

Z matki Żydówki…

Urodziłem się 9 listopada 1933 roku w Częstochowie z małżeństwa mieszanego.Ojciec mój był Polakiem. Matka, z domu Estera Landau, żyje nadal.

Historia moich rodziców we wczesnych latach trzydziestych ubiegłego wieku była głośna w całej Częstochowie i zasługuje, moim zdaniem, na dokładniejsze jej opisanie.

Oto ona – mój przyszły ojciec był robotnikiem w fabryczce swego przyszłego teścia. Należał do wyróżniających się pracowników. Zdobył dzięki temu całkowite zaufanie swojego chlebodawcy. Dlatego do jego obowiązków (poza zawodowymi) należało często odprowadzanie i przyprowadzanie mojej przyszłej matki do szkoły i ze szkoły. Miał zapewnić jej bezpieczeństwo w drodze (ojciec był starszy od matki o 7 lat).

Fabryczka, w której pracował ojciec w charakterze szlifierza, znajdowała się w tym samym podwórku, w którym mieszkała matka z rodzicami i rodzeństwem. Z okien swojego pokoju matka widziała przy maszynie swojego przyszłego męża. Wiem z ich opowiadań, że często wymieniali nieobojętne spojrzenia.

Po kilku latach takiej znajomości matka w całkowitej tajemnicy opuściła dom rodzinny i znalazła schronienie w Klasztorze Jasnogórskim. Tam siostry zakonne przygotowały ją do chrztu i pierwszej Komunii. Tam też (w wielkiej tajemnicy) rodzice zawarli związek małżeński w 1932 roku.

Ucieczka matki była wielką tragedią dla jej rodziców i całej rodziny (o tym dowiedziałem się w szczegółach wiele, wiele lat później). Mając dobre kontakty z policją, ojciec matki bardzo intensywnie jej poszukiwał.

Po ślubie rodzice zamieszkali u rodziców mojego ojca, którzy ten związek całkowicie zaakceptowali. Mój ojciec stracił pracę. Mało tego, ojciec matki postarał się o to, by nigdzie nie mógł jej znaleść. Było im bardzo ciężko, wynajęli własny kąt (bardzo skromny) i tak wegetowali.

Rodzice matki nigdy jej nie wybaczyli. Przestała dla nich istnieć. Zginęli ptem w Treblince wraz z trzema siostrami mojej matki. Przeżył tylko brat matki.

Ojciec mój znalazł wreszcie pracę w zakładach lniarskich Stradom w Częstochowie i wtedy ich i mój byt nieco się poprawił. Pomimo bardzo skromnych warunków i wielu przeciwności rodzice moi do końca (ojciec zmarł w 1988 roku) byli ze sobą bardzo szczęśliwi i należeli do najbardziej kochających się małżonków, jakich znałem.

W 1939 roku urodziła się moja siostra. Mieszkaliśmy w dzielnicy robotniczej Stradom. Przed wybuchem wojny w trosce o bezpieczeństwo rodziny ojciec wynajął jednoizbowe mieszkanie w drewnianym domku na obrzeżach Częstochowy przy ulicy, której nie było jeszcze na planie miasta.

Rodzina, która nas przyjęła w czasie wojny, doskonale zdawała sobie sprawę z tego, co jej grozi za ukrywanie nas. Nie byliśmy zameldowani. Matka nie miała Kennkarty. Nie mieliśmy kartek żywnościowych. Zameldowany był tylko ojciec, który nadal pracował w Stradomiu i miał kartkę żywnościową. O naszym istnieniu wiedziała nie tylko ulica, ale i okolice.

Chciałbym jednoznacznie podkreślić, że przeżyliśmy okupację dzięki wspaniałym sąsiadom, którzy nas zawsze ostrzegali, jeżeli w pobliżu była jakaś łapanka. Schodziliśmy wówczas do zamaskowanej piwnicy. Zaznaczam, że mieszkaliśmy blisko granicy Generalnej Guberni i Rzeszy, w niedalekiej odległości od koszar, gdzie stacjonowali Niemcy, którzy często odbywali ćwiczenia w pobliżu.

Zaczynał się rok szkolny 1940/41 i rodzice nie bardzo wiedzieli, co ze mną zrobić. Czy posłać mnie do szkoły, czy też nie? Jak już wspomniałem, o naszym istnieniu wiedziało wiele osób. Decyzja była trudna. I tak źle, i tak niedobrze. Po długich wahaniach rodzice zdecydowali, że pójdę do szkoły. Grono nauczycielskie, jak i większość kolegów, wiedziało o moim pochodzeniu.

W domu ciągle przypominano mi, że nie wolno mi się z nikim bić, być niegrzecznym, zawsze musiałem każdemu ustępować i schodzić z drogi. Uczyłem się bardzo dobrze. Prosto ze szkoły czy kościoła musiałem wracać do domu. Dla siedmioletniego chłopca było to trudne, ale w pełni zdawałem sobie sprawę, że tak muszę postępować, jeżeli chcę wraz ze swoją kochaną rodziną przeżyć, byłem tego świadom.

Raz jednak nie „zdzierżyłem” i wracając z kościoła obok koszar posprzeczałem się z kolegą, doszło do przepychania i wymiany ciosów, po czym szliśmy obok siebie w milczeniu. Kiedy byliśmy bardzo blisko niemieckiego wartownika, kolega złapał mnie za rękę, krzycząc: „Hier! Hier Jude!” Niemiec słysząc to, nie zareagował.

Wróciłem do domu. O wszystkim opowiedziałem rodzicom. Spotkała mnie kara, a ojciec wybrał się do rodziców tego chłopaka, żeby o tym powiedzieć. Spotykam go do dzisiaj i mówimy sobie „cześć” (tylko). Ze zrozumiałych względów po przyjściu ze szkoły, jeżeli już uzyskałem zgodę rodziców, by wyjść na ulicę, nie wolno mi było oddalać się od domu. Byłem pod stałą kontrolą rodziców.

Strach i głód, to były te czynniki, które nie opuszczały mnie i mojej rodziny przez całą okupację. Ojciec pracując dostawał w pracy miskę zupy, a do tego kawałek chleba, który przynosił do domu. Nie mógł, jak inni, podkradać z zakładu atrakcyjnej przędzy lnianej, nici czy tkaniny, bo gdyby został złapany, skazałby nas tym samym na śmierć.

Jak już wspomniałem, mieszkaliśmy niedaleko granicy z Rzeszą i moi nieco starsi koledzy przechodzili zieloną granicę, szwarcując stamtąd mąkę, masło, mięso, cukier. Ja oczywiście nie mogłem brać w tym udziału. W czasie jednej z takich wypraw jeden z jej uczestników został złapany i zamknięty w piwnicy punktu granicznego. Jego matce dał ktoś o tym znać i ona (nasza sąsiadka) poszła do komendanta posterunku i powiedziała mu, że w za-mian za uwolnienie jej syna podaje adres, gdzie mieszka żydowska rodzina.

Traf chciał, że tenże komendant zaglądał czasami do innych naszych sąsiadów i kazał przekazać nam, że ma takie doniesienie. Jeżeli on nie zrobi z tego użytku, ta kobieta zawiadomi gestapo i wyślą go na front wschodni, co dla niego byłoby wyrokiem śmierci. Musimy uciekać.

Kiedy nas o tym powiadomiono, padł na nas blady strach. Co mieliśmy robić? Gdzie uciekać? Kto nas przyjmie? Rodzice postanowili pozostać. Co ma być – niech będzie. Po raz drugi Niemiec okazał się człowiekiem. Byłem wtedy w III klasie.

W międzyczasie szkołę naszą przeniesiono do innej dzielnicy Częstochowy. Klasa nasza uczyła się w niskim budyneczku jednoklasowym, tzw. ruderze (strop podparty był drewnianymi słupami i stał na tyłach głównego budynku szkoły). Na jednej lekcji pani zwróciła się do mnie, mówiąc: „Jurek, idź do kancelarii (w odległości około 30 m) po kredę”.

Wychodząc z klasy zobaczyłem samochód i żołnierzy w czarnych mundurach. Pomyślałem sobie: „przyjechali po mnie”. Spotkałem po drodze znajomą dziewczynkę i mówię jej: „Tereniu, powiedz moim rodzicom, że zostałem zabrany”. Wtedy nie pomyślałem, że przecież to samo czeka moją całą rodzinę.

Wchodzę do kancelarii i widzę, że siedzi dwóch oprawców. Mówię, że pani przysłała mnie po kredę. Pani sekretarka pyta mnie, dlaczego jestem taki blady, powiedziałem, że od rana jest mi niedobrze. Z kredą wróciłem do klasy. Okazało się, że wizyta Niemców w szkole była spowodowana domniemaniem, iż na terenie szkoły jest ukrywany przedwojenny sztandar (co było prawdą), ale go nie znaleziono.

Jak już wspominałem, w tych strasznych czasach mojego dzieciństwa musiałem żyć i chodzić zgodnie z poleceniami rodziców: dom, szkoła – kościół, dom. Nigdzie się nie zatrzymywać, nie wchodzić do żadnego z kolegów itp. Wychodząc raz w niedzielę z kościoła (w tej samej dzielnicy), zostałem zatrzymany przez nieznajomą mi panią. „Chodź ze mną” – powiedziała. Zbladłem, myślałem o najgorszym.

Chciałem uciekać. Pani, widząc mój strach, uspokoiła mnie mówiąc, że zabiera mnie na obiad, i przytuliła, to mnie uspokoiło. Usiadłem przy stole i wtedy po trzech latach głodu jadłem po raz pierwszy rosół z makaronem i mięsem. Kiedy się już najadłem i podziękowałem, pani ta poczęstowała mnie pysznymi słodkimi bułeczkami. Powiedziałem, że tam w domu jest jeszcze moja mała, głodna siostrzyczka, i ta pani kazała mi zabrać ze sobą dużo bułek.

Kiedy 16 stycznia 1945 roku wyzwolenie było tuż, tuż, przyszła do nas nasza sąsiadka, pani Szewczykowska i nakazała mamusi, by wraz z nami (tato był w pracy) przyjść do ich murowanego domu, bo w naszym drewniaczku każda kula przejdzie na wylot. Kiedy byliśmy tam, mojej kilkuletniej siostrze przypomniało się, że nie zabrała swojej jedynej szmacianej laleczki. Więc ja z nią wróciłem do naszego mieszkania i już idąc z lalką spotkaliśmy uciekającego niemieckiego żołnierza w koszuli, z wycelowanym w nas pistoletem. Nie strzelił. Takich i podobnych zdarzeń było dużo, dużo więcej. Nie sposób ich wszystkich wymienić.

Te lata głodu i strachu, a może strachu i głodu, wlokły się niemiłosiernie długo. Dlatego nigdy nie zapomnę słów nieodżałowanej pamięci Arnolda Mostowicza, który na jednym ze spotkań „Dzieci Holocaustu”, zwracając się do nas powiedział: „Wam nie skradziono pięć, ale pięćset lat waszego dzieciństwa”.

Nigdy nie zapomnę dnia wyzwolenia. Nareszcie bez strachu! Nareszcie wolni! Nadal utrzymywaliśmy się z tego, co zarobił ojciec. Mama nie pracowała. Nie ubiegała się też nigdy o odzyskanie mienia po swoich rodzicach. Uważała, że po tym, co zrobiła, nie ma do tego moralnego prawa.

Z perspektywy czasu uważam, że jednym z bardzo ważnych czynników, które pozwoliły nam przeżyć, był fakt, że żyliśmy w wielkiej biedzie. Chodziliśmy w bardzo zniszczonej, wielokrotnie cerowanej odzieży i łatanym ubraniu. Nie wiem, czy gdyby nam się lepiej powodziło, ktoś by nas nie zdradził.

Kończąc swoje wspomnienia, chcę nadmienić, że trwam w udanym związku małżeńskim od 1953 roku. W 1954 roku urodziła się nam córka, z którą łączą nas cały czas bardzo silne więzy rodzinne. Mamy troje wnucząt i dwoje prawnucząt.

Jedynym moim zmartwieniem (oczywiście poza starością i chorobami) jest brak tolerancji, lęk o przyszłość następnych pokoleń i fakt bagatelizowania odrodzenia się różnych nacjonalizmów, nie mówiąc o coraz większym podziale świata na biednych i bogatych.

Fotografie i pamiątki
do góry

Strona „Zapis pamięci”
Stowarzyszenia
„Dzieci Holocaustu”
w Polsce.

Zrealizowano
dzięki wsparciu Fundacji
im. Róży Luksemburg
Przedstawicielstwo
w Polsce

ul. Twarda 6
00-105 Warszawa
tel./fax +48 22 620 82 45
dzieciholocaustu.org.pl
chsurv@jewish.org.pl

Koncepcja i rozwiązania
graficzne – Jacek Gałązka ©
ex-press.com.pl

Realizacja
Joanna Sobolewska-Pyz,
Anna Kołacińska-Gałązka,
Jacek Gałązka

Web developer
Marcin Bober
PROJEKTY POWIĄZANE

Wystawa w drodze
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice” moirodzice.org.pl

Wystawa stała
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice”
w Muzeum Walki
i Męcześntwa w Treblince
treblinka-muzeum.eu
Strona „Zapis pamięci”
Stowarzyszenia
„Dzieci Holocaustu”
w Polsce.

Zrealizowano
dzięki wsparciu Fundacji
im. Róży Luksemburg
Przedstawicielstwo
w Polsce
Koncepcja i rozwiązania
graficzne – Jacek Gałązka ©
ex-press.com.pl

Realizacja
Joanna Sobolewska-Pyz,
Anna Kołacińska-Gałązka,
Jacek Gałązka

Web developer
Marcin Bober
PROJEKTY POWIĄZANE

Wystawa w drodze
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice” moirodzice.org.pl

Wystawa stała
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice”
w Muzeum Walki
i Męcześntwa w Treblince
treblinka-muzeum.eu