zdjęcia: 5

Joasia, urodzona w 1925 r.

Nie przyjęli do wiadomości

Halina Szostkiewicz – Od paru lat namawiałam Joasię, żeby spisała swoje wojenne wspomnienia. Nie chciała. Mówiła, że niczego szczególnego nie ma do opowiadania… Wreszcie, gdy zaproponowałam, że ja sama napiszę to, co ona mi opowie, ustąpiła. Joasia jest osobą piszącą, ale najpewniej – tak jak wielu z nas – nie miała chęci zagłębiania się w wojenne przeżycia.

Oto opowieść Joasi:
Wojna zastała Joasię w Jadwisinie, małej miejscowości w okolicach Serocka. Tam mieszkała cała rodzina w domu zakupionym przez ojca, wybitnego chemika. Ojciec nazwał ten dom „Joasinym dworkiem”…

Pierwszego dnia wojny lotnictwo niemieckie zbombardowało pobliskie Zegrze, gdzie był garnizon, stacjonowały tam jednostki łączności. Wobec tego zapadła decyzja o przeniesieniu się rodziny do Warszawy. Samochodem, użyczonym przez znajomego dyrektora banku, cala rodzina pojechała do Warszawy. Zatrzymali się na Saskiej Kępie u wujostwa, ale nie na długo.

Wydawało się, że Niemcy zbombardują mosty. Obawiając się odcięcia od centrum miasta, całą rodziną przeszli do znajomych mieszkających na ul. Wspólnej. Ale wtedy już zaczęły się bombardowania Warszawy na większą skalę i w dom na Wspólnej trafiła bomba. Rozbiła marmurowe schody. Znaleźli schronienie na ul. Piusa, gdzie było już wiele osób i panowały warunki prawdziwie wojenne. Po kapitulacji Warszawy wszyscy wrócili na Saską Kępę, gdzie dom wujostwa okazał się już zrujnowany, ale jakoś w nim zamieszkali.

Powrót do Jadwisina odbył się dzięki pewnemu zbiegowi okoliczności. Starszy brat Joasi, powołany do wojska, dostał się do niewoli. Gdy w drodze do obozu jenieckiego znalazł się w Serocku, przesłał do Jadwisina kartkę, nie mając oczywiście pojęcia, że nikogo z rodziny tam nie ma. Był tam natomiast niemiecki oficer, na którym okazały dom, wyposażony w laboratorium chemiczne, a zwłaszcza literatura niemiecka, w tym roczniki niemieckiego towarzystwa chemicznego, zrobiły widocznie duże wrażenie. Oficer przejął kartkę, postarał się o uwolnienie jeńca i sprowadził go do Jadwisina.

Bratu udało się wysłać do Warszawy furmankę, która przywiozła rodzinę do domu.Był to początek października, ale już prószył śnieg. Dom w Jadwisinie był wprawdzie zdewastowany, ale dało się w nim mieszkać względnie normalnie. Niania piekła chleb. Joasia z młodszym bratem jeździła raz w tygodniu do dyrektora szkoły w Serocku na prywatne lekcje. W tym czasie zapanowało w okolicy wyraźne napięcie. W Serocku umarł niemiecki żołnierz i niemieckie władze ogłosiły, że został on otruty przez Żydów.

Wypędzenie Żydów z Serocka do Nasielska nastąpiło w połowie grudnia 1939 r. Matka Joasi, pochodząca z żydowskiej rodziny, wyjechała do Warszawy. Zatrzymała się na Saskiej Kępie u swojej siostry, której się bardzo przydała jako osoba praktyczna. Siostra w sytuacji braku służby była bezradna. Nigdy nie „zajmowała się domem”, pracowała zawodowo i naukowo. Była lekarzem pediatrą.

Jeszcze przed 11 listopada Niemcy, na dość krótko, aresztowali ojca i stryja, który także miał dom i mieszkał w Jadwisinie. W tym okresie władze niemieckie ustalały granice między tworzonym Generalnym Gubernatorstwem a Prusami Wschodnimi. Prawdopodobnie w związku z tym wysiedlili rodzinę Radziwiłłów z ich pałacu w Jadwisinie, pozwalając jednak zamieszkać im w domu stryja Joasi.

Rodziny zaprzyjaźniły się. Wiąże się z tym warty odnotowania szczegół obyczajowy, a nawet światopoglądowy. Otóż Joasia z braku możliwości normalnej nauki, bo już było niebezpiecznie jeździć do Serocka na lekcje, uczyła się francuskiego u Francuzki przebywającej u Radziwiłłów. Z Radziwiłłami mieszkała ciocia –„rezydentka”, pani Jelska. Postanowiła ona kształcić Joasię w dobrych manierach. Dała jej też do przeczytania powieść Romana Dmowskiego, pod tytułem „Dziedzictwo”, pełną antysemickich treści. Powieść ta, jak się nieco później okazało, była popularna wśród ziemian. Wuj Joasi, gdy jakiś czas w późniejszych latach wojny przebywał z córką w kieleckim, dostał tę samą powieść od ukrywającego się tam księdza – jezuity!

Roman Dmowski w 1931 roku wydał dwie powieści pod nazwiskiem Kazimierz Wybranowski pt. „Dziedzictwo” i „W połowie drogi”.

Pierwsza wojenna zima była sroga, ale rodzina Joasi przetrwała ją w dobrych warunkach. Matka była z wujostwem, ojciec często jeździł do Warszawy. W marcu 1940 r. Niemcy deportowali rodzinę Radziwiłłów na teren Generalnego Gubernatorstwa, przeprawiając ich przez niebezpieczną rzekę, na której pękała już kra. Radziwiłła Niemcy rozstrzelali pod koniec wojny, pani Radziwiłłowa i trzech synów przeżyli wojnę. Po wojnie pani Radziwiłłowa pracowała w Naczelnej Organizacji Technicznej, w Pałacu Kultury. Spotykając się tam z Joasią, okazywała jej zawsze dużo przyjaźni i serdeczności.

W 1940 roku, w kwietniu, Niemcy aresztowali ojca Joasi. Najpierw był w obozie koncentracyjnym w Działdowie, potem w Dachau. Na szczęście udało się go po czterech miesiącach wyciągnąć z obozu. Mąż najmłodszej siostry ojca Joasi był z pochodzenia Niemcem. Był też dyrektorem banku i miał liczne kontakty z różnymi ludźmi. Między innymi miał kontakt z pewnym Volksdeutchem, który za łapówki załatwiał zwolnienia z obozów i więzień. I tak ojciec Joasi po czterech miesiącach odzyskał wolność.

Ojciec przebywał w Warszawie, ale dzieci pozostawały w Jadwisininie, poza granicami Generalnego Gubernatorstwa. W jakiś sposób, po różnych staraniach udało się je sprowadzić do Warszawy.
Powstał jednak problem z nianią, która nie tylko była potrzebna do pomocy, ale była pełnoprawnym członkiem rodziny. Niemcy nie chcieli jej wypuścić z terenu Rzeszy, mimo tłumaczenia, że w Gubernatorstwie jest jej matka i chce do niej jechać. Była bowiem z pochodzenia Niemką i żądano od niej podpisania volkslisty, czego niania uczynić nie chciała. Wreszcie po naradach i perswazjach listę tę podpisała. Odwiedziła matkę, ale była u niej bardzo krótko, bo zobaczyła na ścianie portret Hitlera. „Tego czorta”, jak potem opowiadała.

Babcia Joasi była już w warszawskim getcie… Rodzina Joasi mieszkała z wujostwem na Saskiej Kępie. Młodzież – Joasia i jej młodszy brat Andrzej – uczyła się na tajnych kompletach, uczestniczyli też w pracy konspiracyjnej. Ale wkrótce polska policja (tzw. granatowa) zabrała ciotkę, wuja i ich córkę do getta. Wyposażenie domu zostało zarekwirowane i wywiezione. Wcześniej bezpardonowo wyrzucono wuja, uczonego o światowej sławie z Państwowego Zakładu Higieny, którego był kierownikiem naukowym. Nie pomogły starania o uwolnienie z getta czynione przez Radę Główną Opiekuńczą.

Wuj nie chciał skorzystać z zaproszenia do Zurichu ze względu na sytuację rodziny. Bez opieki pozostałaby matka żony oraz rodzina Joasi, której ojciec był w tym czasie jeszcze w obozie koncentracyjnym. Po jego uwolnieniu wuj był skłonny wyjechać. Otrzymał wizy od ambasady Jugosławii, wówczas jeszcze nie podbitej przez państwa sprzymierzone z faszystowskimi Niemcami. Rząd Jugosławii okazywał w ten sposób wdzięczność za udział wuja w zwalczaniu epidemii duru plamistego w czasie I wojny światowej. Wtedy jednak niemieckie władze przestały wydawać pozwolenia na wyjazdy. Z tego też powodu nie przyniosły skutku starania naukowców ze Stanów Zjednoczonych o uwolnienie wuja Joasi, popierane przez amerykański rząd. Był rok 1940.

Rodzina Joasi pozostawała w domu wujostwa, co nie było bezpieczne. Udało się jakoś zafałszować książkę meldunkową, ale bezpiecznie nie było. Starsza siostra Hania pod obcym nazwiskiem mieszkała poza domem.

Był rok 1942. Zbliżała się likwidacja getta. Było ustalone, że ciocia Joasi wyjdzie z getta z grupą ludzi pracujących poza nim. Ale pojawiło się ostrzeżenie, Do domu na Saskiej Kępie przyszło dwóch policjantów dając do zrozumienia, że jego mieszkańcy są pod obserwacją i jest zagrożenie. Wtedy matka Joasi przeniosła się do znajomych. którzy mieszkali w Alejach Jerozolimskich. Po ciocię poszedł pod bramę getta ojciec Joasi. Nieco później wyszedł z getta wuj z córką.

Babcia Joasi, mająca już osiemdziesiąt trzy lata, leżała ze złamaną kością biodrową. Uniknęła wywiezienia i dalszych cierpień zażywając truciznę.

Ciocię i wuja zaopatrzono oczywiście w odpowiednie, „aryjskie” dokumenty, pod fałszywym nazwiskiem. Także matka Joasi miała, oprócz własnej, drugą kenkartę na inne nazwisko.

Do domu na Saskiej Kępie przychodziło cały czas wielu uciekinierów z getta, których trzeba było ratować. Niektórzy pojawiali się zupełnie niespodziewanie, tuż przed godziną policyjną.
Joasia mówi o tym krótko: było ciężko… Zrobiło się łatwiej, gdy latem 1942 r. pojawiła się niania i przejęła od Joasi obowiązki domowe.

Matka Joasi do 42 r. była w domu, później mieszkała u znajomych, wróciła do domu w 1944r. Należała do AK, tak samo jak starsza siostra Hania i młodszy brat Andrzej. Joasia wraz z ojcem mieli „inne zadania”, pomagali ukrywającym się Żydom. Wujostwo po ucieczce z getta pod obcym nazwiskiem ukrywali się w wynajętym mieszkaniu, ale na lato przenosili się poza Warszawę, dzięki temu uniknęli powstania w Warszawie. Stracili córkę, która umarła chora na anoreksję, chorobę w tych okolicznościach trudną do wyleczenia.

Joasia uczyła się na tajnych kompletach, prowadzonych przez nauczycieli z gimnazjum Królowej Jadwigi. Lekcje odbywały się w prywatnych mieszkaniach, między innymi u państwa Gecow, żydowskiego pochodzenia. Wśród uczących się razem dziewcząt było więcej Żydówek. Wszyscy o sobie wiedzieli. Ale o tym nie mówiło się, tak jak o wielu innych sprawach. Było wiele tematów tabu. Tak było bezpieczniej, w środowisku panowała całkowita dyskrecja.

Wszystkie dziewczęta, zaprzyjaźnione ze sobą, były w konspiracji, w AK. Joasia mówi: ja byłam trochę z boku, mieszkałam daleko, jeździ- łam przez niebezpieczny most, gdzie często były łapanki, no i miałam te „inne zadania”. Dopiero powstanie w getcie wywołało poruszenie.

Była lekcja religii. Ksiądz opowiedział: „Niemcy byli u arcybiskupa i mówili o znalezieniu na terenie Rosji grobów polskich oficerów «zabitych przez żydokomunę». Powstanie w getcie też jest wymierzone w Polaków.” Po słowach księdza zapadła cisza, nie było żadnych komentarzy… Nazajutrz ukazały się plakaty obwieszczające o zabiciu polskich oficerów w Katyniu.

W środowisku AK, do którego należały dziewczęta była „wpadka”. Zostały ostrzeżone, że musza się ukrywać. Nie wracały do swoich domów, tułały się, nocowały w różnych miejscach, nie było to łatwe. Wreszcie zmordowane dwie siostry Gecow przyszły na noc do domu. I stało się nieszczęście, wtedy właśnie wpadli Niemcy, zostały aresztowane. I zginęły. Rodzice i młodsza siostra przeżyli wojnę.

Powstanie Warszawskie zastało Joasię u wujostwa w Lipce, niewielkiej wsi między Wołominem a Tłuszczem. Rodzice byli na Saskiej Kępie.

W tym czasie walki armia sowiecka zbliżała się do Wisły. Toczyły się walki. Cała ludność Lipki i okolic znalazła się na linii frontu. Radzieckie oddziały, słabo uzbrojone, przeszły przez Lipkę, ale szybko zostały zbombardowane przez niemieckie lotnictwo. Ucierpiała Lipka, całkowicie spalona. Nadeszły oddziały SS i całej polskiej ludności kazali iść na zachód.

Wszyscy miejscowi schronili się w lesie. Potrzebowali jednak wody, ale studnia była w pobliskiej zagrodzie, gdzie stali Niemcy. Joasia poszła po tę wodę i straciła zegarek. Do leśnego schronienia trafił za nią młody żołnierz niemiecki i po prostu jej ten zegarek zabrał.
Wygnani z Lipki uciekli do następnej wioski i tak kilka nocy spędzili w lesie, w stodołach, oborach. I dobrze się stało, że zdążyli uciec, bo za niedługo w miejscu ich poprzedniego ukrycia rozegrała się bitwa czołgów.

W czasie ucieczki widzieli, jak Niemcy palili zżęte zboże na polach. Ale wkrótce, gdy Niemcy uciekali tymi samymi polami, padali pod strzałami żołnierzy rosyjskich. Był to widok, który sprawiał obserwującym go Polakom gorzką satysfakcję. Kolejny atak radziecki był skuteczny. Nadeszło wyzwolenie. Lipka była spalona, nie było do czego wracać. Wujostwo wraz z Joasią poszli do nieodległej wsi, gdzie przebywali znajomi. Ale nie zatrzymali się tam na długo.

Warszawy praktycznie nie było. Dom na Saskiej Kępie był spalony. Wujek Joasi pieszo powędrował do Lublina, gdzie już były jakieś polskie władze. Natychmiast wziął udział w organizowaniu Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej. Przysłał stamtąd samochód po żonę i wychowanka Jacka.

Joasia w tym czasie zachorowała na żółtaczkę, została na miejscu, a później poszła do przyjaciół, mieszkających na ul. Grochowskiej.
Po niedługim czasie wuj przyjechał po matkę Joasi, była potrzebna do pracy. Przed wojną bowiem była kierowniczką sekretariatu Państwowego Zakładu Higieny.

Joasia dołączyła do matki dopiero w styczniu 1945 r. Siostra Hania również znalazła się w Lublinie. Przyszła pieszo ze Skierniewic, gdzie trafiła po Powstaniu. Przygarnęła ją tam pewna nauczycielka, z którą pozostawały w przyjaźni aż do śmierci.W Lublinie początkowo mieszkały w wynajętym pokoju, który Joasia określiła jako koszmarny. Ale potem znalazły się w lepszych warunkach. Zamieszkały u kuratora szkolnego, który okazał się kolegą ojca ze szkoły.

Tak kończy się opowieść Joasi. Jest rzeczowa. Nie ma w niej ani słowa o strachu, lęku, o niedostatkach ani o zmęczeniu, wyczekiwaniu wyzwolenia… Joasia nie podejmuje tych tematów, bo zapewne uważa, że takie stany ducha były udziałem wszystkich, którzy przeżyli wojnę i nie warto tego wspominać. Tylko raz Joasia mówi, że „było ciężko”, zanim powróciła niania, gdy dom był pełen ludzi, a wszyscy potrzebowali pomocy.

W tonie opowiadania Joasi słyszy się zdumienie: jak to się stało, że rodzina tak przez hitleryzm zagrożona nie poniosła strat. A zagrożenie wynikało z żydowskiego pochodzenia matki i wujostwa, ze statusu wybitnych uczonych polskich, zawzięcie przez Niemców tępionych, wreszcie z licznych kontaktów z różnymi ludźmi, z pracy konspiracyjnej. Rodzice Joasi wprawdzie podejmowali niezbędne środki ostrożności, ale nie chowali się ani nie trzymali dzieci w szafach. Mieszkali w przedwojennym domu wujostwa, byli dobrze znani w sąsiedztwie! Jakim cudem udało się przeżyć?

Cudu zapewne nie było. Było trochę szczęścia. Joasia mówi, że nigdy nie spotkali się ze złą wolą otoczenia, sąsiadów, dalszych znajomych. Joasię tylko raz zaczepił na ulicy szmalcownik, ale sam się wystraszył, gdy Joasia na niego krzyknęła. Powiedział: „przepraszam panią”. Przede wszystkim jednak całą rodziną nie ulegli panice, zachowywali się rozsądnie, ale nie przyjęli do wiadomości, że okupant niemiecki wyznaczył im rolę ofiar. I przetrwali.

Po zakończeniu wojny rodzina Joasi osiadła w Łodzi, gdzie ojciec, wybitny chemik podjął pracę jako profesor na Politechnice i w Akademii Medycznej. Joasia skończyła biologię, pracowała w Instytucie Nenckiego. Jej starszy brat spędził wojnę częściowo w Łodzi, częściowo w Warszawie. Także był chemikiem. Młodszy brat brał udział w Powstaniu Warszawskim, wrócił z niewoli, skończył studia matematyczne. Siostra Hania wyjechała w latach pięćdziesiątych do Izraela i pozostała nadal polską patriotką.

Wuj i ciocia zamieszkali we Wrocławiu. Tam wuj zorganizował wydział lekarski na uniwersytecie, został w nim profesorem mikrobiologii, a ponad to utworzył Instytut Immunologii i Terapii Doświadczalnej.
W 1999 roku Joasia pojechała do Izraela na pogrzeb siostry. Spotkała tam wówczas kilka osób, już wiekowych, uratowanych w czasie wojny przez ojca. Gdy dowiedziały się, że ojciec Joasi nie został uhonorowany żadnym odznaczeniem za swoją działalność okupacyjną, wystąpiły do Yad Vashem. Joasia mówi, że jej ojciec nie życzyłby sobie żadnego odznaczenia, ale okazanie wdzięczności było potrzebne tym, którzy przeżyli wojnę.

Medal „Sprawiedliwy wśród Narodów Świata” przyznano ojcu Joasi pośmiertnie w 2OOO roku.

Rozmawiała Halina Szostkiewicz

Fotografie i pamiątki
do góry

Strona „Zapis pamięci”
Stowarzyszenia
„Dzieci Holocaustu”
w Polsce.

Zrealizowano
dzięki wsparciu Fundacji
im. Róży Luksemburg
Przedstawicielstwo
w Polsce

ul. Twarda 6
00-105 Warszawa
tel./fax +48 22 620 82 45
dzieciholocaustu.org.pl
chsurv@jewish.org.pl

Koncepcja i rozwiązania
graficzne – Jacek Gałązka ©
ex-press.com.pl

Realizacja
Joanna Sobolewska-Pyz,
Anna Kołacińska-Gałązka,
Jacek Gałązka

Web developer
Marcin Bober
PROJEKTY POWIĄZANE

Wystawa w drodze
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice” moirodzice.org.pl

Wystawa stała
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice”
w Muzeum Walki
i Męcześntwa w Treblince
treblinka-muzeum.eu
Strona „Zapis pamięci”
Stowarzyszenia
„Dzieci Holocaustu”
w Polsce.

Zrealizowano
dzięki wsparciu Fundacji
im. Róży Luksemburg
Przedstawicielstwo
w Polsce
Koncepcja i rozwiązania
graficzne – Jacek Gałązka ©
ex-press.com.pl

Realizacja
Joanna Sobolewska-Pyz,
Anna Kołacińska-Gałązka,
Jacek Gałązka

Web developer
Marcin Bober
PROJEKTY POWIĄZANE

Wystawa w drodze
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice” moirodzice.org.pl

Wystawa stała
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice”
w Muzeum Walki
i Męcześntwa w Treblince
treblinka-muzeum.eu