Maria Kamińska, urodzona w 1935 r.

Ukradziono mi imię i… życie

Urodziłam się i mieszkałam przed wojną we Lwowie. Nazywałam się Ruta Linder. Moi rodzice to Sara i Sender Linder. Rodzice byli farmaceu­tami.

Kilka lat przed wojną zamieszkali w Pomorzanach, gdzie pracowali w swojej aptece. W 1939 r. ojciec mój jako oficer został zmobilizowany, walczył między innymi w obronie Lwowa i cudem uniknął Katynia. Pomógł mu, przynosząc cywilne ubranie, jeden z jego żołnierzy. Po jakimś czasie wrócił szczęśliwie do domu.

W 1940 r. odebrano nam aptekę i przenieśliśmy się do Brzeżan, gdzie rodzice mogli jeszcze pracować w aptece. W 1941 r. znaleźliśmy się w getcie. Po trzech miesiącach mama zadecydowała, że musimy się z getta wydostać. Nie wiem, jak to zrobili, ale znaleźliśmy się na wolności.

Aby przeżyć, rodzice musieli mnie oddać jakiejś polskiej rodzinie, gdyż często chorowałam i swoim kaszlem mogłam nas wydać. Przedostaliśmy się do Pomorzan. Tu rodzice oddali mnie do znajomej rodziny polskiej – niestety, uciekłam stamtąd do rodziców.

Drugi raz znajomy ksiądz Kostołowski umieścił mnie u swojej znajomej pani Malwiny Lipińskiej we wsi Urlów, w województwie tarnopolskim. Tam przestałam być Rutą Linder, a zaczęłam życie jako Maria Kamińska. Stało się to w ten sposób, że pani Lipińska czytała listę rozstrzelanych, a ja zapamiętałam właśnie to imię i nazwisko. Dostałam fałszywe świadectwo chrztu, musiałam nauczyć się modlitw, innych niż uczyła mnie mama, i przestałam być dzieckiem.

Odtąd towarzyszył mi wieczny strach, żeby ktoś mnie nie rozpoznał. Żyłam jak inne wiejskie dzieci. Pasłam krowy, karmiłam kury, indyki. Tęskniłam tak bardzo za rodzicami, że usiłowałam się zabić waląc głową o ścianę, ale udało mi się jedynie potłuc głowę, a nie zabić.

Żyliśmy na wsi ukraińskiej i zaczęli nas niepokoić banderowcy. Aby ocalić życie, musiałyśmy się wydostać z tej wsi. Pomogli pani Lipińskiej, o dziwo, Niemcy. Mieszkali u nas na kwaterze oficerowie niemieccy (Austriacy). Dali nam ciężarówkę i przewieźli z dobytkiem do Czchowa nad Dunajcem, województwo krakowskie.

Zamieszkałyśmy u siostry pani Lipińskiej – pani Marii Barącz. Ja byłam tam jako krewna. Mówiłam do obu pań „ciociu”, i wszyscy wiedzieli, że moi rodzice zginęli w czasie bombardowania. Pani Barącz miała bardzo ładny dom, w którym była też apteka.

Frontowe pokoje zajęli Niemcy na swoją kwaterę. W domu była straszna ciasnota, gdyż pod skrzydła pani Barącz zjechała się cała rodzina. Pamiętam, że przez cały czas spałam w małym łóżeczku dziecinnym. Za domem, w drewutni, pod drzewem na opał ukrywał się Żyd. Dziewczęta z tej rodziny należały do AK. To była bohaterska rodzina i bardzo szlachetna.

Niestety, obie siostry już nie żyją. Z ich córkami i wnuczkami jestem w stałym kontakcie. Kiedyś chciałam się wystarać dla nich o medal „Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata”. W odpowiedzi usłyszałam:
„Wiesz, Marysiu, to zupełnie zbyteczne. Dla mnie największą nagrodą jest to, że żyjesz”.

Z początkiem 1945 r. zajechał przed aptekę rosyjski czołg, i wysiadła z niego moja mama. To bardzo smutne, ale nie poznałam jej. Pożegnałam się z piękną, zgrabną, jasną blondynką, a zobaczyłam siwą starszą panią. Mama dostała przepustkę na trzy dni. Pracowała wtedy na terenach zajętych przez Rosjan w Zbarażu i musiała tam wracać.

W lipcu 1945 r. rodzice zostali repatriowani do Bytomia i wtedy odebrali mnie z Czchowa. To było cudowne mieć znów swój dom. Przeżyłam znowu okropny wstrząs. Byłam wychowywana w religii chrześ­cijańskiej, a rodzice usiłowali wytłumaczyć mi, że to nie jest moja religia. Miałam dwie religie, dwie matki. To było straszne.

Minęło już tyle lat, aja ciągle nie umiem sobie z pewnymi problemami poradzić. W Bytomiu ukończyłam szkołę podstawową i liceum ogólno­kształcące. Dostałam się na studia na farmację. Przerwałam studia, gdy postanowiliśmy po raz drugi jechać do Izraela. Pierwszy raz odmówiono nam. Ojciec mój w 1948/49 r. został aresztowany i odpowiadał przed sądem wojskowym na „usiłowanie obalenia rządu polskiego”. Przeżył piekło śledztwa w więzieniu i bardzo podupadł na zdrowiu. W 1958 r. w trakcie załatwiania spraw wyjazdowych ojciec powiedział, że niestety nie ma już siły do wyjazdu, i zostaliśmy w Polsce.

W 1983 r. przeszłam zawał serca. Na skutek przeżyć wojennych chorowałam na serce od dziecka. W latach 1986 i 1988 zmarli, jedno po drugim, moi rodzice i zostałam sama. W czasie wojny Niemcy wymor­dowali całą moją dużą rodzinę.
Ludzie różnie myślą i reagują na przeżycia wojenne. Ja powiedziałam sobie, że nie będę miała dzieci, aby ich nie narazić na to, co sama
przeżyłam. Nie wiem, czy to imię i nazwisko z listy rozstrzelanych przyniosło mi szczęście.

Teraz, gdy jestem już starszą kobietą, coraz częściej mam uczucie, że ktoś ukradł mi moje imię, a z nim całe życie.

Bytom, 10 listopada 1992 r.

do góry

Strona „Zapis pamięci”
Stowarzyszenia
„Dzieci Holocaustu”
w Polsce.

Zrealizowano
dzięki wsparciu Fundacji
im. Róży Luksemburg
Przedstawicielstwo
w Polsce

ul. Twarda 6
00-105 Warszawa
tel./fax +48 22 620 82 45
dzieciholocaustu.org.pl
chsurv@jewish.org.pl

Koncepcja i rozwiązania
graficzne – Jacek Gałązka ©
ex-press.com.pl

Realizacja
Joanna Sobolewska-Pyz,
Anna Kołacińska-Gałązka,
Jacek Gałązka

Web developer
Marcin Bober
PROJEKTY POWIĄZANE

Wystawa w drodze
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice” moirodzice.org.pl

Wystawa stała
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice”
w Muzeum Walki
i Męcześntwa w Treblince
treblinka-muzeum.eu
Strona „Zapis pamięci”
Stowarzyszenia
„Dzieci Holocaustu”
w Polsce.

Zrealizowano
dzięki wsparciu Fundacji
im. Róży Luksemburg
Przedstawicielstwo
w Polsce
Koncepcja i rozwiązania
graficzne – Jacek Gałązka ©
ex-press.com.pl

Realizacja
Joanna Sobolewska-Pyz,
Anna Kołacińska-Gałązka,
Jacek Gałązka

Web developer
Marcin Bober
PROJEKTY POWIĄZANE

Wystawa w drodze
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice” moirodzice.org.pl

Wystawa stała
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice”
w Muzeum Walki
i Męcześntwa w Treblince
treblinka-muzeum.eu