audio: 1

Seweryn, urodzony w 1931 r.

Matka kazałam mi uciekać

Wspomnienie czyta Sławomir Holland

Urodziłem się w Warszawie, według dokumentów w 1934 roku. Jest to nieprawidłowa data, gdyż w roku 1938 poszedłem do pierwszej klasy, w 1939 roku byłem w drugiej klasie, czyli: muszę być z roku 1931.

Rodzina moja była średnio zamożna. Mieliśmy służącą i cztery pokoje. Matka nie pracowała. Ojciec pracował w przedsiębiorstwie naftowym. Skąd to wiem? Byłem raz u niego w pracy z matką. Był to niewielki biały budyneczek za miastem. Obok znajdowały się szyny kolejowe, na których stały potężne cysterny z paliwem. Były tam wielkie psy i dwa rewolwery schowane dla nocnych stróżów.

Myśmy mieszkali w trzech pokojach, czwarty zajmowała nauczycielka biologii czy zoologii. Miała kościotrupa w kącie pokoju. Ja się go trochę bałem, ale nie bardzo. Żyliśmy normalnie. W niedzielę kajak na Wiśle. Żadnych specjalnych wrażeń. Byłem jedynakiem.

W pamiętnym roku 1939, gdy mężczyźni wyszli z Warszawy na rozkaz prezydenta, zostałem z matką. Wojna, bombardowanie… Po czym, nie wiem w jaki sposób, wyjechaliśmy z matką w kierunku wschodnim. Dwa razy przekraczaliśmy granicę niemiecko-rosyjską i dwa razy Rosjanie oddawali nas Niemcom. Dopiero za trzecim razem przejechaliśmy granicę na jakiejś łódce. Udało się. Szliśmy po polu zaoranym, gdzie ziemia czepiała się do obcasów i obcasy „zarastały”, przeszkadzając chodzić. Matka miała brązowy piękny szal, a ja powiedziałem:–„mamo rzuciłaś go tak, że widać, w którym kierunku myśmy szli.” Ale dotarliśmy do chłopskiej chaty. Potem rano na pociąg i do Lwowa.

We Lwowie spotkaliśmy się z ojcem. Miałem wtedy iść do drugiej klasy, ale Rosjanie cofnęli nas o rok. Dwa razy chodziłem do pierwszej klasy. Ze Lwowa wyjeżdżaliśmy pod Lwów do wsi Kamieniopol, gdzie mój dziadek miał cztery konie i dwie krowy. Woził mleko z folwarku do Lwowa, (czternaście kilometrów w jedną stronę, codziennie). Konie były wielkie. Piękne. I miałem ulubionego konia Kasztana, któremu pętałem nogi; zakładałem uzdę. On patrzył na mnie dobrodusznym spojrzeniem I pozwalał robić ze sobą, co chciałem. Raz stanął mi przypadkowo na nogę. Krzyknąłem. Momentalnie podniósł nogę.

Tak życie płynęło do 1941 roku. Lato 1941 roku: czerwiec. Wojna z Niemcami. Niemcy przychodzą do Lwowa. Ojciec gdzieś pracuje jako szklarz. Zebrali nas chyba z piętnaście osób w jednym mieszkaniu. Na ulicach obławy (czyli akcje). A mieszkałem wtedy na rogu Janowskiej i Grodeckiej, we Lwowie, blisko kościoła św. Anny. Tamtędy szły kolumny ludzi w kierunku Janowskiego cmentarza i obozu Janowskiego. Zapach krematorium (z obozu Janowskiego) pamiętam do dzisiejszego dnia. Od razu przypominają mi się tamte czasy.

Podczas jednej z wielkich akcji nas, Żydów, przechowywali u siebie Niemcy z Luftwaffe. Na ulicy Grodeckiej, między Grodecką a Janowską, były koszary. I tam była jednostka Luftwaffe, gdzieś na trzecim piętrze. Nas (ukrytych) było dużo. Ktoś zakapował na Gestapo. I wtedy Niemcy wyprowadzili nas (całą grupę). I pod bagnetami wyprowadzali. Zapowiadali, że w razie czego będą mówić: złapaliśmy grupkę Żydów, prowadzimy. W ten sposób udało się uciec, ratować.

Zaczęło się organizować getto. Nie chcieliśmy do niego pójść. Ojciec dostał się do obozu pracy w Winnikach, a ja z matką do tamtejszego obozu dla kobiet i dzieci. Tam byliśmy gdzieś do późnej jesieni 1942 roku. Już wtedy słyszało się słowo Stalingrad.

Razu pewnego budzimy się rano, otoczeni przez policję. Każą nam się zbierać. Formują trójki i prowadzą w kierunku Lwowa. Wiedzieliśmy, że idziemy albo do getta, albo na cmentarz Janowski, do obozu. Trójki szły, ja byłem czwarty w tej trójce koło Matki. Matka mi kazała uciekać. Nie mogłem, nie chciałem. I bałem się… Matka cały czas mówiła: – „uciekaj, uciekaj…”.

Nie było jak uciekać. W pewnym momencie zobaczyłem, że na drodze, w kierunku naszego marszu stoi wóz zaprzężony w dwa konie. Wtedy się zdecydowałem, ponieważ nie bałem się konia. Bo u dziadka koło koni umiałem chodzić. Poszedłem, niby za własną potrzebą. Stanąłem za końmi, udając, że się załatwiam. Kolumna szła do przodu, a ja pomalutku przesuwałem się za tymi końmi i za wozem do tyłu. Jeszcze woźnica, który wiózł niemieckich oficerów bryczką, odwrócił się; popatrzył; słowa nie powiedział. Człowiek, który siedział na wozie też słowa nie powiedział.

Kolumna przeszła. Ślad po niej zaginął i po mojej matce – również. Ja zostałem na drodze. Zima. To już był listopad 1942 r. Obcy wóz, obce konie, obcy człowiek. Zawrócił konie w kierunku Winnik. Ja czepiłem się wozu z tylu i tak jechałem. Jak dojeżdżaliśmy do miasta, zeskoczyłem. Żeby nikt nie mógł mieć do woźnicy pretensji, że on wiezie Żyda.

W Winnikach znałem kobietę, której raz zawieźliśmy narąbane drzewo. Ona nas wtedy nakarmiła. Poszedłem do niej. Dopiero teraz ja sobie wyobrażam, jaka ona była przerażona widząc żydowskie dziecko. Ale nie wygnała mnie. Udało jej się skontaktować z moim ojcem, który był w obozie męskim. I którego, jak wielu innych wożono co dzień do Lwowa na cmentarz Janowski. Tam Żydzi rozbijali macewy, z których była budowana droga.

Byłem u tej kobiety kilka dni, nie pamiętam: pięć, sześć. Ale zaszedł tam wypadek, który utkwił mi w pamięci do dzisiejszego dnia. Miałem wtedy jedenaście lat. Córka gospodyni, dziewczyna może szesnastoletnia, wybierała się do kina. Ja też bym tam chciał pójść, ale wiedziałem, że nie wolno mi się pokazać na ulicy. I tak sobie popłakuję, a dziewczyna mówi:–„ znudził mi się ten smarkacz tym swoim „chrykaniem”. Bardzo mnie to zabolało, ale później gotów bym jej postawić pomnik za złota. Ona mnie zamurowała na dobre pięćdziesiąt lat. Nauczyła żyć. „Zaciśnij zęby”. „Nie pokazuj”. „Dobrze ci, też się nie chwal zanadto”.

Przeszło kilka dni. Pewnego dnia wyprowadzono mnie na ulicę. Rano! Auto z robotnikami żydowskimi jadącymi do Lwowa zatrzymało się i pojechaliśmy z moim ojcem do Lwowa. Zajechaliśmy na cmentarz żydowski we Lwowie. Był tam stróż nocny, Żyd, u którego robotnicy zostawiali swoje młoty, łomy i inne narzędzia. Tam przeżyłem kilka dni.

W tym czasie ojciec skontaktował się z jedną z moich ciotek, która miała amerykańskie papiery i była na wolności. I ona znalazła ojca znajomego, który tak jak on pracował przed wojną w nafcie. Nazywał się Józef Rybicki. On wziął mnie do siebie. Pewnego wieczoru wyprowadzono mnie na ulicę. Obcy mężczyzna wziął mnie za rękę. Poszliśmy do tramwaju. Stanął tak, żeby zakryć moją twarz. Pojechałem do jego mieszania. (Mieszkał we Lwowie, na ulicy Jasnej mieszkał). Tam przebyłem od 1 grudnia 42 roku do 27 lipca 44 roku, kiedy Rosjanie weszli do miasta.

Byłem tak zwanym dzieckiem z szafy. Jak ktoś wchodził, musiałem być w drugim pokoju. Miałem za szafą schowek, a drugi schowek w stole, który się rozsuwał. Z tego ostatniego nie skorzystałem, ze schowka za szafą – parę razy. Oczywiście musiałem być bardzo cicho. Nie wolno mi było podchodzić do okna. Nikt mnie nie mógł widzieć. Wyobrażam sobie, jakie oni mieli problemy, gdy musieli prać moje dziecinne rzeczy. Nie mogli wieszać z rzeczami starszych ludzi, bo przecież sąsiedzi by zobaczyli od razu. (Dopiero wiele, wiele lat później przyszło mi to do głowy).

Wyzwoliła nas Armia Czerwona. Rosyjski oficer przyszedł do naszego domu. Na klatce schodowej usłyszałem: –„Niemcy jest?” – „Niet” – odpowiedzieli mieszkańcy. Wtedy zrozumiałem, że nareszcie jestem wolnym człowiekiem – mogę spokojnie wyjść na ulicę.

Chcę jeszcze powiedzieć, co było wcześniej. Kiedy byliśmy w obozie w Winnikach, a było to lato 42 roku, zaczęły chodzić komisje niemieckie. Sprawdzały, czy nie za dużo jest kobiet i dzieci w obozach. Wtedy kierownik obozu, Niemiec, kazał wsadzić część kobiet i dzieci na dwa wozy i wywiózł ich do innego obozu, gdzie komisja już była. Spędziliśmy tam kilka dni i nocy. Potem wróciliśmy. Ten Niemiec w jakiś sposób nas uratował. A później rzeczywiście on już nic nie mógł dla nas zrobić…

Innym razem, pamiętam, jeszcze byłem we Lwowie, nastąpiła wielka obława. Mieszkałem na ulicy Janowskiej. Tam była łazienka, za którą znajdował się mały pokoik, zastawiony szafą, za którą chowali się Żydzi. Niemiecki oficer popatrzył, udał, że nic nie widzi… Dopiero ukraiński policjant, jak zobaczył, zawołał swoich kolegów.

Odsunięto szafę (to był biały kredens) i wszystkich ukrywających się Żydów wyprowadził. Więcej myśmy ich nie zobaczyli. Baliśmy się chodzić po ulicy, ale czasami człowiek mniej się bał Niemców niż polskich „granatowych” policjantów, ukraińskich i żydowskich policjantów (z żółtymi opaskami na lewych rękawach).

Okres wojenny, nim trafiłem do obozu pracy, charakteryzował się tym, że słyszało się stukot podbitych butów i słyszało się, że zatrzymuje się gdzieś blisko auto. Słyszało się „chromanie” w drzwi sąsiadów, czy we własne drzwi.To bardziej niszczyło nam nerwy, najmocniej nas przerażało. Prócz tego słyszało się ciągle: ten zniknął, tamtego zabrakło.

Starsi starali się, by dzieci mniej uczestniczyły w takich rozmowach, Ale jak w jednym pokoju było sześć czy osiem osób, to mimo woli wszystko się słyszało. Te wszystkie sprawy wywarły na mnie takie wrażenie, że zamknąłem się w sobie. Zwłaszcza słowa tamtej dziewczyny… Później mnie zahartowały. Gdy w 45 roku poszedłem do piątej klasy może nie byłem najstarszy wiekiem, ale miałem najcięższe przeżycia. Nikomu o tym nie mówiłem.

Miałem dokumenty na nazwisko Juliusza Krawieckiego, syna Antoniego, urodzonego w 32 roku, w Kosowie. (Oryginalna rzymsko-katolicka metryka, którą mam do dzisiejszego dnia). Na tych dokumentach funkcjonowałem do 52 roku.

Skąd miałeś dokumenty?

To się kupowało, dostawało. Trudno mi powiedzieć, w jaki sposób ten dokument się zjawił. Emocjonalnie byłem o wiele starszy od rówieśników, którzy nie przeżyli tego, co ja. (Wychowali się jako dzieci więcej czy mniej obarczone odpowiedzialnością czy ciężarami tej wojny).

Nikomu nie mówiłem o swoich prawdziwych przeżyciach, ponieważ nie mogłem opowiadać, jak dostałem się w radziecką strefę w 39 roku. Miałem taka legendę: w sierpniu 39 roku przyjechaliśmy z matką i ojcem do dziadków pod Lwów, a we wrześniu już nie było po co wracać do Warszawy. Jak mówił Broniewski: Niemcy zbombardowali mój dom we wrześniu.

Moja legenda rodzinna funkcjonowała bez zarzutu. Rodzice zginęli. Pytano mnie gdzie, ja mówiłem: „nie wiem”. Poszli, wyszli i zginęli. Mnie przyjęli ich znajomi. Przygarnęli. To była legenda, na której żyłem do 52 roku.

Skończyłem szkołę w 51 roku, w 52 roku wezwano mnie… Mój wujek zaczął szukać naszej rodziny przy pomocy Czerwonego Krzyża. W 52 roku wezwano mnie na milicję i powiedziano, że nie jestem Krawieckim Juliuszem, synem Antoniego a Woloch Sewerynem, synem Pinkusa i że trzeba zmienić dokumenty. Nie chciałem. Ale jak powiedział starszy milicjant: – „Moskwa prikazała a prikaz Moskwy nie absużdajut”

Po ros.: Moskwa dała rozkaz, a rozkazy z Moskwy nie podlegają dyskusji

Rzym powiedział: koniec dyskusji. Ponieważ zawsze byłem pyskaty, kiedy on mi kazał przyjść w ciągu dwudziestu czterech godzin, odpowiedziałem: czterdziestu ośmiu godzin mi trzeba, nie dwudziestu czterech, bo fotografia do dokumentu jest robiona w ciągu czterdziestu ośmiu godzin. Przyszedłem po czterdziestu ośmiu godzinach. Na stole leżał już paszport wypisany, trzeba było tylko wkleić fotografie, przyłożyć pieczątkę. Zapłaciłem 3 ruble.

Wszedłem pod innym nazwiskiem, wyszedłem pod innym. Musiałem potem zmienić bilet wojskowy, świadectwo maturalne, bilet związków zawodowych, bilet komsomolski – cztery dokumenty. Gdzie bym nie poszedł, patrzono na mnie jak na nienormalnego. Był jakiś jeden, zrobił się drugi… Gdy ktoś nie rozumiał, mówiłem: przyszedł prikaz z Moskwy, ja na to nic nie mogę poradzić. To działało…

Bilet – z rosyjskiego: legitymacja

Był problem: jak opowiedzieć o tym wszystkim kolegom. Ale jeden z kolegów do mnie mówi:– „słuchaj, my wszystko wiemy. Ty się nie denerwuj”. On chyba powiedział: nie graj wariata, czy coś w tym rodzaju. – „Skąd wiecie” – spytałem.– „Raz ciebie nie było. Ktoś radził: poczekaj na niego obok jego biurka. On chyba ma tam książki. Popatrzyłem, jakieś papiery leżą…”. Sam by nie „wlazł” do cudzej szuflady, ale papiery leżały na wierzchu. Przeczytał. Powiedział kolegom. Słowa, które pamiętam do dzisiejszego dnia, choć minęło więcej jak pół wieku: „Dla nas byłeś, jesteś i zostaniesz Julkiem”.

Wiedzą, że jestem Seweryn, wołają na mnie Julek, a nawet jeden kolega ze szkoły, jak się spotykamy, woła jeszcze za mną „Krawcuś”. W 53 roku, 2 stycznia zacząłem pracować w lwowskim radiocentrze.
We wrześniu wstąpiłem do technikum. Ponieważ pracowałem na różne zmiany, to mi się udało uzyskać dyplom technika po dwu i pół roku.

Pracowałem z początku jako monter, potem – technik. W 1959 r. ożeniłem się. Niestety, żona umarła po porodzie. Pozostawili w niej kawałek waty. Przemęczyła się dwa i pół miesiąca i umarła. Po trzech latach ożeniłem się po raz drugi. Dziecko z pierwszego małżeństwa się uratowało. Z drugą żoną mam dwoje dzieci. Żyłem, pracowałem.

Od 62 roku współpracowałem we Lwowie z polskim teatrem amatorskim. Wprawdzie był amatorski, ale to nie była amatorszczyzna. Wystawialiśmy sztukę Słowackiego „Fantazy”, wystawialiśmy „Wesele” Wyspiańskiego, do którego nam z Polski przysłano stroje (przez konsulat w Kijowie). Mieliśmy wieczory Szekspira, wieczory poezji Mickiewicza i Słowackiego. Występowałem w „Fantazym”” Słowackiego i w „Karpackich góralach” Józefa Korzeniowskiego.

Tak minęło dwadzieścia dziewięć lat do 1990 roku. Dzieci rosły. Żona pracowała w szkole, którą ja kończyłem; którą ona kiedyś kończyła; dzieci nasze też ją kończyły. To była szkoła – rodzinna.

W końcu lat dziewięćdziesiątych zacząłem się starać o wyjazd do Polski. (Żona jest Polką). Nie było to takie łatwe, bo nie mieliśmy mieszkania. Dwa lata staraliśmy się, pisaliśmy… Różne urzędy nam odmawiały. I dopiero kiedy kuzyn wykupił nam mieszkanie, wtedy władze polskie pozwoliły nam przenieść się do Polski.

Jestem warszawiakiem, żona urodzona w Busku, a mieszkamy w Bytomiu. Żona dostaje emeryturę, ja tak samo zarobiłem na emeryturę.

Ucieczki, to że byłem dzieckiem „z szafy” (rezultat okupacji), nauczyło mnie ostrożności. Może nawet przesadnej. Nauczyło mnie niestety, że zdradzają tylko swoi. I najlepszym twoim przyjacielem jest ten, kto najmniej o tobie wie. Może to było zbyt pesymistyczne, ale późniejsze lata były rozmaite. Nie to, żebym do wszystkich odnosił się z podejrzeniami, ale jednak nie zawsze, nie przed wszystkimi mogłem się otworzyć. Rzadko się
„otwierałem”. Naprawdę otworzyłem się w Śródborowie między ludźmi, którzy mnie rozumieli.

Żony obie (Polki, nie Żydówki) wiedziały o mnie, ale bardzo pobieżnie. Dzieciom raczej nic specjalnego nie opowiadałem nigdy. Jeśli spytają się, to im powiem. To są rzeczy, które trzeba po prostu przeżyć. Bardzo mnie to zahartowało, ale jednocześnie wyjałowiałem trochę. Jak gdyby słowa tej dziewczyny, że znudził jej się ten stękający smarkacz, spowodowały, że się zamurowałem, że nie chcę pokazywać uczuć.

Nie umiałem się z dziećmi bawić, nawet potem po wojnie. Już byłem ojcem, potrafiłem koło dziecka wszystko zrobić, a nie umiałem się z dzieckiem pobawić. A teraz już mając wnuki, tak samo nie potrafię się z dziećmi bawić…

Byłem „zamurowany”. „Odmurowałem” się w Śródborowie, na psychoterapii i to nie od razu. Zrozumiałem, że są ludzie, którzy mają podobne życiorysy i oni mnie zrozumieją, nie tylko będą kiwać głową i myśleć:„oj Boże, jaki ty nudny”. Ale każdy z nas będzie widział kawałeczek swego życia w mojej historii, tak jak ja widziałem w wielu życiorysach kawałek swego życia.

Rok 2005

Rozmawiała Katarzyna Meloch

do góry

Strona „Zapis pamięci”
Stowarzyszenia
„Dzieci Holocaustu”
w Polsce.

Zrealizowano
dzięki wsparciu Fundacji
im. Róży Luksemburg
Przedstawicielstwo
w Polsce

ul. Twarda 6
00-105 Warszawa
tel./fax +48 22 620 82 45
dzieciholocaustu.org.pl
chsurv@jewish.org.pl

Koncepcja i rozwiązania
graficzne – Jacek Gałązka ©
ex-press.com.pl

Realizacja
Joanna Sobolewska-Pyz,
Anna Kołacińska-Gałązka,
Jacek Gałązka

Web developer
Marcin Bober
PROJEKTY POWIĄZANE

Wystawa w drodze
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice” moirodzice.org.pl

Wystawa stała
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice”
w Muzeum Walki
i Męcześntwa w Treblince
treblinka-muzeum.eu
Strona „Zapis pamięci”
Stowarzyszenia
„Dzieci Holocaustu”
w Polsce.

Zrealizowano
dzięki wsparciu Fundacji
im. Róży Luksemburg
Przedstawicielstwo
w Polsce
Koncepcja i rozwiązania
graficzne – Jacek Gałązka ©
ex-press.com.pl

Realizacja
Joanna Sobolewska-Pyz,
Anna Kołacińska-Gałązka,
Jacek Gałązka

Web developer
Marcin Bober
PROJEKTY POWIĄZANE

Wystawa w drodze
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice” moirodzice.org.pl

Wystawa stała
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice”
w Muzeum Walki
i Męcześntwa w Treblince
treblinka-muzeum.eu