Wilhelm Zienowicz, urodzony w 1938 r.

Moją mamą została siostra Wizytka

Ja, Wilhelm Józef Zienowicz, urodziłem się w Wilnie jako Wilinke Fink, syn Jakuba i Riwke z domu Menkin.

Memu ojcu udało się uciec razem ze mną w nocy z 7 na 8 września 1941 r. z getta w rodzinnym miasteczku Butrymańce na Litwie na kilka godzin przed rozpoczęciem tam akcji likwidacyjnej.

Uratowała nas obu razem z czteroosobową rodziną doktora Abla Gabaja przebywająca chwilowo w tamtych stronach Wilnianka mgr Janina Zienowiczówna (obecnie po mężu Zagałowa, zamieszkała w Warszawie).

Początkowo wszyscy ukrywaliśmy się w kry­jówce w puszczy Rudnickiej. Po trzech dniach trójkę dzieci: mnie, pięcioletnią Renanę (zwaną odtąd Danusią) i dziesięciomiesięcznego Beniamina (zdrobniale Mimusia) Zofia Kukolewska przywiozła do Wilna do domu państwa Zienowiczów.

Odtąd przez całą okupację hitlerowską opiekowała się nami Helena Zienowiczówna (1906-1985), zakonnica ze Zgromadzenia Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny w Wilnie przy ulicy Rossa (potocznie zwana Wizytką). Mimusia i jego siostrzyczkę odebrał po wojnie ich ojciec dr Gabaj, który następnie wyjechał wraz z dziećmi w 1959 r. z Wilna przez Warszawę do Izraela.

Nade mną Matczyną opiekę sprawowała Helena Zienowiczówna przez całych osiemnaście lat, aż do mej „repatriacji do Polski”. A nie były to bynajmniej lata łatwe… W dodatku, kiedy trafiliśmy do jej domu, nie znaliśmy w ogóle polskiego, a mieliśmy uchodzić za jej bratanków lub w innych sytuacjach – za jej własne dzieci.

Byłem wtedy gadatliwym i towarzyskim czterolatkiem posługującym się wyłącznie słownictwem żydowsko-litewskim. Mama obu tych języków w ogóle nie znała, a my z Renaną nie rozumieliśmy po polsku. Ja miałem skłonność do spontanicznego witania wszystkich gości i demonstrowania im nowonauczonych polskich zdań wymawianych z akcentem żydowskim.

Szczególnie trudno było mi nauczyć się dźwięcznego polskiego „r”. Ponieważ miałem od dzieciństwa bardzo słaby wzrok, nie widziałem układu warg i języka osoby mówiącej do mnie. Mama, zdesperowana moją wymową, grożącą całemu otoczeniu śmiertelnym niebezpieczeństwem, wkładała mi łyżeczkę do ust kierując nią mój język we właściwym kierunku. Jaki byłem szczęśliwy, kiedy nareszcie udało mi się poprawnie wymawiać! Bardzo mnie wtedy chwaliła i uczyła nas polskich piosenek i wierszyków, do czego byłem już bardziej pojętny.

W tym palącym problemie naszej adaptacji do środowiska sprzyjały Mamie jeszcze inne wtajemniczone życzliwe osoby, a szczególnie jej siostra Janina, która nas w ogóle ulokowała u Mamy i była główną organizatorką całej akcji pomagania nam, naszym rodzicom i innym jeszcze Żydom. Częstym gościem w naszym domu był dr filozofii Jerzy Orda, s. Teresa Bzowska (Wizytka), znakomity pedagog, która opowiadała o biednych Murzynkach w Afryce, a serce okazywała nam trojgu.

Nieraz zostawała z nami Zofia Wielochowa, matka paromiesięcznej Krysi. Kiedyś przyszła szlochając, że jej męża, wybitnego działacza AK (w ich domu bywałem z opiekunkami i zepsułem mu któregoś razu piecyk huśtając się na bujaku) zabrano do więzienia i męczą na badaniach, bo „milczy”.

Potem było szykowanie i odnoszenie paczek. Nie mając mnie gdzie zostawić, brały mnie do kolejek pod więzienia i do sklepów spożywczych (z kartkami żywnościowymi). Potem Krysi urodziła się siostra Marynka, a ciocia Zosia Wielochowa ciągle płakała, że biją jej męża i że nie ma z czego mu zrobić paczki do więzienia.

Mama zdobywała gdzieś siną koninę, krajała albo rąbała siekierą, po kolei mełliśmy ją przez maszynkę nie wiadomo ile razy na kotlety; trochę szło do paczki więziennej, a trochę dla nas (głównie dla dzieci). Potem Stach Wieloch zachorował w więzieniu na tyfus i był leczony w szpitalu zakaźnym, a gdy trochę wyzdrowiał, zorganizowano mu nieudaną ucieczkę.

Z nami został jako opiekun dziadek Teofil Zienowicz, a Mamy całą noc nie było. Rano wróciła płacząc. Po latach dopiero opowiedziała mi, że całą noc siedziała skulona w lasku koło szpitala zakaźnego, bo tam miał się przedostać Stach Wieloch. Jej zadaniem było ucharakteryzować go i przeprowadzić na dalszy etap ucieczki. Nie przyszedł! Został zabrany do więzienia na Łukiszkach, a potem wywiezio­ny na Ponary, gdzie rozstrzeliwano Żydów i Polaków. Nikogo nie sypnął!!!

Bardzo ważną rolę w ratowaniu naszej trójki dzieci odegrali dwaj księża. Jeden z „Akcji Katolickiej” wydawał dzieciom żydowskim fikcyjne metryki nie wnikając w szczegóły i nie wymagając żadnych ceremonii religijnych. Nie poznałem tego księdza Świerkowskiego. Aresztowali go i zgładzili. Nikogo nie wydał!!! Do dziś posługuję się personaliami, które On wystawił.

Drugim był wuj naszych opiekunek, ksiądz Władysław Kisiel, którego dobrze pamiętam. Odwiedzał nas, żartował, śpiewał i bawił się z nami w kółeczko i odskakiwał zachęcając do naśladowania go w zabawie. Pamiętam, jak kiedyś wciskał Mamie pieniądze, a Mama broniła się, że wuj sam przecież nie ma. A on powiedział:„To dla dzieci na mleko”. A potem przychodziła rano mleczarka z wielkimi bańkami i odmierzała litr mleka, a Mama zabielała na talerzach naszej trójce zacierkę, a sama mówiła, że nie będzie pić mleka, bo dla Mimusia (najmłodszego) zabraknie.

A dziadek dostawał od krewnej Chesiakowej co kilka dni buteleczkę koziego mleka i trochę sobie odlewał, a resztę dawał Mimusiowi. Potem Mimuś podskakiwał w łożeczku, a dziadek Teofil przygrywał mu na grzebieniu.

Na Nowy Rok, jak odwiedził nas Kisiel, to okazało się, że pod choinką św. Mikołaj zostawił prezenty dla dzieci. Bolszewicy zesłali go potem do Dżaskazganu w Kazachstanie, gdzie zginął.

W szczególnie niebezpiecznych momentach Mama chroniła nas, jak mogła. Wyskoczyłem kiedyś witać „obcego” człowieka mówiąc mu dzień dobry bardzo złym akcentem. Były „kłopoty”… Na początku, kiedy po żydowsku jeszcze umiałem, a po polsku słabo, przychodziły do Mamy na Ostrobramskiej ogrzać się przy kuchni Żydówki. My dzieci, miałyśmy się nie wtrącać do rozmów starszych.

Nagle ktoś zastukał. Żydówka schowała się za kuchnię, do zapiecka, a Mama szybko wyszła na zewnątrz zamykając za sobą drzwi i długo nie wracała. Kobieta wyszła z zapiecka i zaczęła mówić do mnie po żydowsku. Nabrałem do niej z miejsca zaufania, chyba na sam dźwięk tej mowy, której już dziś w ogóle nie pamiętam, i zacząłem swobodnie opowiadać i zwierzać się deklarując, że może zostać moją mamusią, bo moja prawdziwa umarła na tyfus lecząc ludzi w Butrymań­ cach, i dezynfekowali po niej nasz dom. Kobieta tłumaczyła mi coś o niebezpieczeństwie, ale wypytywała o różne rzeczy.

Kiedy przyznałem się potem Mamie, że rozmawialiśmy z tą kobietą po żydowsku, Mama bardzo się przeraziła i zaczęła mi wyjaśniać sprawy trudne, że po żydowsku rozmawia się tylko w getcie, że mój ojciec Jakub kazał mi, żebym był Polakiem, że Niemcy specjalnie podsyłają do ludzi takich, co umieją po żydowsku, żeby wytropić ukrywających się Żydów, żebym tylko Mamie opowiadał wszystko, co chcę, a nikomu więcej.

Kiedy już miałem dobry akcent, Mama posyłała mnie jako blondyna w różnych drobnych sprawach (np.: zobaczyć, czy przywieźli chleb na kartki, czy bardzo długa kolejka do sklepu, albo zająć kolejkę i powiedzieć, że Mama zaraz przyjdzie).

Kiedyś, wracając do domu przy Ostrobram­skiej, niechcący wzbudziłem litość jakiejś kobiety swoim przytupywaniem, bo miałem „małą potrzebę”. Wprowadziła mnie do najbliższej bramy świadcząc usługę niani. Została upomniana przez przechodnia za zanieczy­szczanie. Zaczęła się bronić, że nie jestem w ogóle jej dzieckiem. Rozpętała się wokół mnie powiekszającego kałużę dyskusja kilku osób. Ktoś szepnął: „Żyd”. Wszyscy zamilkli, a ja poszedłem do domu o kilka bram dalej.

Opowiedziałem Mamie, która się tym zajściem okropnie zmartwiła i apelowała do mojej chłopięcej ambicji, wyrzucając mi, jak mogłem dopuścić do takich „usług” obcą osobę. Po latach zrozumiałem, że istnieje znak rytualny, bo wtedy wywnioskowałem, że to kałuża zdemaskowała moją przynależność narodową.

Mimuś miał straszną biegunkę. Mama robiła mu specjalny twarożek zalecony przez doktora Bujaka. W kuchni mlecznej przy ulicy Wielkiej na talony sprzedawano przydział chudego mleka. Trzeba tam było stać w długich kolejkach i czekać, kiedy zaczną wydawać je z okienka. Mama zostawiła mnie w kolejce i nie wracała. Skończono wydawanie. Klienci rozeszli się. Rozpłakałem się.

Personel stanowiły Litwinki. Zaczęły mnie pocieszać, wypytywać o „mamite”. Podstawiały mi pod usta pełny kubek mleka. Ze strachu, że Mama nie przyszła, nie piłem i nie rozmawiałem, tylko beczałem. Tak mi się chciało mleka, ale czy wolno brać od obcych? Nagle posłyszałem nad sobą słowo „Żydas”. Zostałem natychmiast sam. Nareszcie Mama przyszła. Nie wspomniałem o tym „Żydas” . A o kubku mleka powiedziała: „Szkoda, że nie wypiłeś, bo one mają prawdziwe mleko, a nam wydają zmieszane z maślanką” .

Niebezpieczeństwo zawisło nad mieszkaniem przy Ostrobramskiej, kiedy lokatorzy kamienicy susząc bieliznę na strychu znaleźli zatknięte za belkę „żydowskie papiery”. Schował je bez wiedzy Mamy doktor Gabaj, kiedy uciekł z Getta Wileńskiego, bo grunt zaczął mu się palić pod nogami, i nasze opiekunki zorganizowały mu kryjówkę u Zofii i Jana Kukolewskich w Anglenikach (okoła czterdzieści km od Wilna, sześć km od stacji kolejowej Rudziszki).

Wejście na strych znajdowało się w pobliżu nas, i klucze miała Mama oraz dozorca. Na schodach prowadzących na strych stały nocniki, z których korzystały dzieci oraz ukrywający się okresowo dorośli Żydzi. O zmroku lub o świcie Mama lub ciocia Nina (Zagałowa) wynosiły to wiadrem do publicznego ustępu na podwórzu, którego jedno skrzydło przez całą okupację zajmowało wojsko niemieckie (w domu ubikacji nie było, tylko zimna woda w kuchni w zlewie używanym do celów kulinarnych i do mycia się).

Przez całą okupację, której większość spędziłem przy ulicy Ostrobramskiej, nie byłem ani razu w ustępie. Mama mi surowo zabroniła, że mogę się tam utopić, bo źle widzę. Renana też tam nie chodziła jako brunetka, a Mimuś był za mały.

Ze strychu tego mieli prawo korzystać wszyscy lokatorzy kamienicy, i gdy padał deszcz, suszyli tam bieliznę. O tych „żydowskich papierach” poinformowano dozorcę, a nie Mamę, której dopiero później doktor Gabaj powiedział. Rozeszła się wieść wśród sąsiadów, że Hela i Janka Zienowiczówny ukrywają Żydów. Pamiętam podniesione głosy sąsiadek z tego samego korytarza , pani Noworytowej i pani Rościszewskiej i innych krzyczących na Mamę, ze wszystkich naraża.

W kuchni płakała przed Mamą dozorczyni: „Pani, ja też mam dzieci, zlituj się pani, męża zabiją albo wszystkich, że nie donieśli…!” A Mama na to, że jesteśmy dziećmi jej rodzonego brata Ignacego z Białorusi, że tylko sama za nas może odpowiadać, że pani dozorczyni też ma klucz na strych i w każdej chwili sama może przyjść, to Mama nocniki poodsuwa i proszę strych oglądać, że przecież tu i ksiądz wuj odwiedza, i siostry Wizytki przychodzą, a pani mówi o Żydach.

Dzieci pobożne rano i wieczorem pacierz odmawiają, ale bratowa Lola (Aleksan­dra Zienowiczowa żona Ignacego) na Białorusi nie mogła ich pacierza porządnie nauczyć i prosiła, żebym ja w Wilnie je nauczyła katechizmu.Już zapisane w parafii w Ostrej Bramie na katechizm. Danusia (Renana) u księdza Jagodzińskiego, a Wili u księdza Leosza (zabitego później przez hitlerowców).

Odtąd Mama zawsze przypominała, że po umyciu się trzeba nakładać medalik i pilnowała dwa razy dziennie naszego pacierza i opo­wiadała prześlicznie nam oraz trochę starszym od nas Halinie i Staszkowi Retkom, rodzeństwu , które przychodziło do Mamy na korepetycje („zające” zostawiające nam pod drzwiami żywnościowe niespodzianki) o Abrahamie, Izaaku i Jakubie, o Mojżeszu i Bogu, który na Górze Synaj dał dziesięć przykazań, i o Jezusie, który strasznie cierpiał, a zabity wyszedł z grobu, i wszystko może zrobić, co tylko zechce, i przyjdzie sądzić świat, który wszystkich kocha, a zwłaszcza dzieci.

Zagrożenie mimo wszystko utrzymywało się. Mama oświadczyła nam
z Danusią, że trzeba się bardzo modlić i szykować na śmierć, bo mogą zabrać nas na Ponary, że pojedzie z nami i z nami umrze, żebyśmy się niczego nie bali, i to jej zapewnienie dawało mi poczucie bezpieczeństwa.

Przy Mamie nigdy nie odczuwałem lęku. Ona się za mnie bała. Kiedyś powiedziała, że rozmawiała z naszymi ojcami, którzy powiedzieli, żeby nas ochrzciła i pytała, czy sami chcemy. Przytaknęliśmy. Ubrała nas na biało, odświętnie, umyła podłogę w kuchni. Pamiętam, jak z kubka lała mi wodę wymawiaJąc formułę chrzcielną i świeżo umytą podłogę zamoczyła.

I pokochałem Jezusa, który kazał wszystkich kochać, a zwłaszcza dzieci. Wyjątkowo miły uroczysty nastrój tej intymnie sprawowanej uroczystości został nagle przerwany waleniem do drzwi i wrzaskiem. Weszli jacyś ludzie, przestali krzyczeć i coś rozmawiali z Mamą niezbyt uprzejmie. Mama się bardzo martwiła po ich wyjściu i nie wycierała podłogi, tylko zbierała pieluszki Mimusia płacząc, a ja byłem nadal ubrany na biało, ale zrobiło mi się już smutno.

Chodziłem z Mamą lub sam do Ostrej Bramy i słyszałem wypowiedzi sąsiadek, że jesteśmy grzecznymi i pobożnymi dziećmi. Tylko dzieciaki z podwórka czasem mijając mnie półgłosem dawały poznać, że wiedzą, kim jestem naprawdę: „Jud!”.

Ale kiedy Retkowie wybiegali na przerwę lekcyjną na dwór, to zdarzyło się, że i my z Danusią pobiegliśmy, a wtedy podwórkowe dzieci bawiły się z nami nie robiąc nam żadnych przykrości. Była wśród tych dzieci jedna Litwinka z młodym wilczurem Trojem, a reszta to polskie dzieci.

Normalnie Mama nas jak najmniej wypuszczała na dwór. Sama miała obowiązków bez miary. Spadło na jej barki robienie uciążliwych zakupów, gotowanie na kuchni drzewnej, opierunek nas w balii z płukaniem pod zimnym hydrantem podwórkowym, z którego również korzystały niemie­ckie pojazdy wojskowe ciągle będące na naszym podwórku przy Ostro­bramskiej (do kuchennego kurka był bardzo słaby dopływ wody oczywiś­cie tylko zimnej); ciągłe cerowanie i łatanie znoszonych ubranek dziecin­nych z trudem gdzieś zdobytych; suszenie bielizny na owym strychu, gdzie musiałem się nieraz sam kryć przed niepewnymi luźmi.

Wtedy Mama mówiła do mnie: „Idź i zobacz, czy bielizna wyschła, a jak mokra, to trochę poczekaj”. I czekałem na strychu, aż Mama mnie zawoła, a kiedyś w niedobrym momencie śpiesząc się zawadziłem o pełny nocnik. Biedna Mama miała wtedy awanturę sąsiadów o takie nieporządki, sprzątanie zimną wodą i strach, że ujawni się, kogo tu ukrywa. Wszystko jednocześ­nie.

Sama prasowała. Na zimę, jeśli była kapusta, to kisiła w beczce, szykowała powidła z buraków i marchwi i marynowała rybki długie na paznokieć, które zwykle jedliśmy z łebkiem, bo szkoda było wyrzucać. Kartofle gotowało się w łupinach, bo oszczędniej i szkoda witamin. Tylko o kartofle było trudno. Częściej Mama krajała i gotowała brukiew, a jak nie było opału albo czasu na gotowanie, to gryzło się ją na surowo. Jak przyjeżdżała Ciocia Zosia, sama lub z mężem Janem Kukolewskim (u nich ukrywali się nasi ojcowie), to przywozili „gościńca” (babkę kartoflaną lub gryczaną, śmietanę, smażone ryby, które Jan złowił w rzeczce). Miało to niezapomniany smak.

Pielęgnowanie zdrowia naszej trójki wymagało od Mamy szczególnego poświęcenia. Ja przez całą okupację, a i potem jeszcze, bardzo często moczyłem się i w dzień i w nocy. Zwykle, jak pamiętam, spaliśmy na Ostrobramskiej razem: Mama, Renana i ja w jednym łóżku. Było więc ciasno, a rano z mojego powodu w dodatku mokro, aż uległy przedwczes­nemu zużyciu materace i sienniki, nie można było nadążyć z praniem i porządkowaniem.

Miewałem również choroby przewodu pokarmowego. Kiedyś Ciocia Nina wzięła mnie w gościnę do Pani Marii Rzewuskiej (wielkiej wspomożycielki różnych ściganych Żydów). Ciocia zostawiła mnie u niej na cały dzień, a ta częstowała mnie smakowitymi kanapkami i jeszcze smaczniejszymi pomidorami, a kiedy się porządnie najadłem, to przyznałem się, że jestem na kleiku i już mam bóle brzucha.

Kiedy wróciliśmy do domu, Mama miała wielkie ekspresowe pranie i kąpanie mnie. Musiała w nocy rozpalać kuchnię i grzać bardzo dużo wody dla mnie, a ponieważ był alarm przeciwlotniczy, nie wolno było palić światła, żeby przez zasłony okienne nie przedostawał się ani promyczek na zewnątrz. W innej podobnej sytuacji woda w wanience wydawała mi się za gorąca i zacząłem wrzeszczeć i wyskakiwać na podłogę, ochlapując wszystko wokoło i budząc sąsiadów.

Pomimo mojego bardzo słabego wzroku pod Mamy kierunkiem przepisałem pod koniec okupacji prawie cały elementarz Falskiego „Ala ma kota” i byłem prowadzony do okulisty profesora Abramowicza i do jakichś innych lekarzy.

Mimuś miał przewlekłą biegunkę tzw. cholerynkę. Mama robiła mu kleiki, twarożki według specjalnego zlecenia lekarskiego. Chodziła ciągle do pediatry doktora Bujaka i płakała, że Mimuś umrze. Wyciągnęła go jednak, czuwając przy nim dniem i nocą. A dzieci na tę chorobę wtedy umierały.

Renana również chorowała. Chodzili z nią do doktor Świdowej. Prócz tego okropnie tęskniła za swoją mamusią. Latami nie mogła się pogodzić, że jej nie ma obok. Zresztą mamusia Renany, pani Gabajowa, stomatolog z Olity na Litwie, która po zbombardowaniu ich domu znalazła się w Butrymańcach, też nigdy nie zaakceptowała rozłąki z Renaną i Beniaminem i ukrywając się u Zosi i Jana Kukolewskich szlochała ustawicznie. Wojny nie przeżyła.

Pomoc okazana mi przez Mamę w czasie okupacji hitlerowskiej w Wilnie dotyczyła zarówno sfery duchowej jak i materialnej. Helena Zienowiczówna po ukończeniu liceum sióstr Nazaretanek w Wilnie wybrała życie w zamkniętym zakonie kontemplacyjnym Wizytek. Znalazła się poza Zgromadzeniem nie z własnej woli, zawsze tęskniła do swoich sióstr ze Zgromadzenia przy ulicy Rossa w Wilnie i do umiłowanej przez
nią reguły Wizytek.

Marzyła aż do śmierci w 1985 r. o powrocie do klasztoru i ostatnią jej wolą było, by przywieziono dla niej z Polski, gdzie wyjechały jej siostry Wizytki, habit do trumny. Ciocia Nina spełniła to życzenie i pochowaliśmy Mamę w habicie na cmentarzu Bernardyńskim w Wilnie.

Przed wojną pracowała jako nauczycielka w szkole podstawowej sióstr Nazaretanek w Rabce w Tatrach, skąd wróciła do Wilna z powodu choroby swojej matki Kamili i babci Kisielowej, które z wielkim żalem pochowała kilkanaście i kilka miesięcy przed zwaleniem się na Nią naszych żydowskich problemów. Sprawowała również opiekę nad swoim młodo­cianym bratem, Benedyktem Zienowiczem. Prowadziła wreszcie dom wspólny ze staruszkiem ojcem Teofilem Zienowiczem, któremu hitlerowcy przestali wypłacać emeryturę, i swoją siostrą szykanowaną w polskim liceum, a niebawem w ogóle zwolnioną z pracy, nauczycielką mgr Janiną Zienowicz-Zagałową (Ciocią Niną).

W jej planach życiowych nie było niańczenia dzieci, i nie miała do tego ani kwalifikacji, ani zapału. Nad jej polskim środowiskiem wileńskim od dwóch lat przewalały się burze (radziecka, smetonowska, znowu radziecka, potem LSRR, wreszcie hitlerowska z kolaborującym rządem litewskim).

Niszczono polskie szkolnictwo, kulturę, odbierano klasztory, usuwano z placówek polskich księży i szerzono wśród Polaków terror oraz pozbawiano ich pod­ stawowych środków utrzymania. Z Żydami nie miała żadnych kontaktów poza oficjalnymi jako obywatelami jednego wspólnego miasta.

Była rozmiłowana w Biblii, w Bogu całej Biblii, jej nakazach i stąd wywodził się jej stosunek do ludu Biblii. Miała, jak całe środowisko, które udzielało mi „azylu”, świadomość Bożej granicy bycia człowiekiem, poniżej której nie wolno zejść nawet za cenę życia własnego czy najbliższych.

Kiedy przywieziono naszą trójkę do Mamy, mieliśmy pozostać tylko kilka dni, aż się znajdą żydowscy krewni lub znajomi w Wilnie, w którym Żydzi mieszkali od wieków, i nie mogło być obaw, że pozostawią nas w rękach innowierców. Mama myślała, że hitlerowcy urządzają jakieś haniebne pogromy w małych miasteczkach. Moi opiekunowie nie przewi­dywali, żeby w Wilnie kiedykolwiek taki los mógł spotkać Żydów.

Okazało się, że nie ma gdzie nas podziać i albo „orać padając na nos” ze zmęczenia, z głodu i zgrozy, albo się upodlić i wydać dzieci, przewidując, co je czeka. A kiedy już się tego wychowania nas w sumieniu swoim podjęła, to tylko błagała o pomoc Jezusa i Jego Bolesną Matkę z Ostrej Bramy.

Nas troje ustrzegła, okazała znaczną pomoc w ukrywaniu naszych ojców, których Bóg ocalił, pomagała innym Żydom, których Bóg stawiał na Jej drodze, a ukochanego swego brata Benedykta straciła. Nie miała dla niego dość czasu, aby jego młodzieńczemu zapałowi do walki z okupantem nadać być może ostrożniejszy kierunek. Wszedł do jakiejś amatorskiej partyzantki walczącej z hitlerowcami, został aresztowany w mieszkaniu przy ulicy Targowej, gdzie mieszkaliśmy przez jakiś czas z Mamą, Benkiem i Mimu­siem, a Ciocia Nina z Renaną na Ostrobramskiej (zanim nauczono nas, każde z osobna, posługiwania się między sobą językiem polskim).

Przyszła rewizja. Przetrząsnęli całe mieszkanie. Leżałem wtedy chory. Aresztowali Benka. Mama biegała pod więzienie z paczkami. Do domu przychodzili policjanci litewscy i przesłuchiwali Mamę przy mnie, grożąc co chwila, że pójdzie za bratem, jeżeli nie powie im tego, o co pytają. Mama powtarzała ciągle to samo, że brat był kolejarzem, normalnie chodził do pracy, że nie wie, czego od niego chcą. Aż kiedyś przyszedł policjant i powiedział , żeby zabierała brata. Oddali skatowane ciało. Długo Mama płakała po Benku, i tłum wielki przyszedł na pogrzeb.

Latem Ciocia Nina odwoziła naszą trójkę z Mamą na wakacje. Jedne wakacje spędzaliśmy w Wace koło papierni, gdzie zacząłem się chwalić, a częściowo fantazjować: „Gdzie twój tata “? – „Został w lesie” . „A kiedy wróci?” – „ Nie wiem! Tata nie może z lasu wrócić, bo wilk mu nogę odgryzł.” Jadwiga i Konstanty, u których byliśmy, przestraszeni moimi wypowiedziami, prosili w końcu Mamę o szybszy niż planowano wyjazd stamtąd.

Na innych wakacjach w Anglenikach u Zofii i Jana Kukolews­kich przychodziły na postój nieproszone różnej maści partyzanckie grupy. Kiedyś przyszli agresywni wobec kobiet Rosjanie. Mama zawzięcie kołysała Mimusia. Przesłuchiwano Ją przy mnie. Mówiła, że jesteśmy wszyscy troje jej dziećmi, a mąż na froncie, że pozostanie mu wierna. Potem poszliśmy spać z Renaną do sąsiedniego pokoju, a Mimuś wciąż po­ płakiwał. Mama ciągle go uspokajała, a „Ruski” po polsku radził, żeby zostawiła dziecko i nim się zajęła, ale Mimuś tak całą noc Mamy nie puścił.

Renana zaczęła tęsknić do swojej mamusi i płakać, kiedy nagle tuż obok nas zza ściany krytej kilimem rozległ się głos doktora Gabaja: „Nie płacz, Renana, wojna się skończy i będziemy razem.” Mówił po polsku. A na to Renano: „A moja mamusia?” Odpowiedzi nie było. I Renana rozpłakała się jeszcze bardziej. Jak partyzanci poszli, opowiadaliśmy Mamie, która upomniała nas, że coś nam się uroiło, że nie ma tu nikogo, tylko ściana, że takich rzeczy nie wolno zmyślać.
Po wojnie oglądałem tę celkę, wbudowa­ną między ścianami czworaka, z łóżkiem i jakimś mebelkiem, bardzo pomysłowo zamaskowaną.

Kukolewscy mieli troje własnych dzieci: Kazi­ka, Marysię i Halinkę. Poszliśmy z Kazikiem i Renaną paść krowy, a ja zacząłem pastuchowi Litwinowi opowiadać, że u nas byli w nocy partyzanci. Kazik razem z wystraszonym trochę pastuchem usiłowali zaprzeczać, że to nieprawda. Potem dopiero przerażona Mama tłumaczyła mi, że o partyzantach nic nie wolno opowiadać, bo przyjdą inni i pozabijają wszystkich, a dom spalą.

Mieszkanie przy Ostrobramskiej, gdzie spędziliśmy większą część okupacji, składało się z kuchni z niewidocznym z progu zapieckiem. Potem wchodziło się do przechodniego pokoju, a dalej do pokoiku Teofila Zienowicza. W tym przechodnim pokoju na tapczanie spaliśmy przeważ­nie we troje z Mamą i Renaną, a Mimuś w kołysce albo na rozchylonej spacerówce. Ciocia Nina i inni, którzy sypiali okresowo, mieli układane na noc spania z koziołków i desek, a na to materac. Była również wykorzys­tywana przestrzeń u Teofila Zienowicza, kiedy spało więcej ludzi. Piec i kuchnia były na drzewo i węgiel. Był prąd elektryczny i zimna woda w kuchni, ustęp na dworze, a dla dzieci nocniki.

Kiedy przywieziono nas do Mamy, mieszkali oni we czworo z Ojcem Teofilem, Benkiem i Ciocią Niną. Potem nie mieściliśmy się, i część mieszkała w bardzo chłodnym lokalu przy ulicy Targowej. Na Targowej było coś w rodzaju holu (gdzie ksiądz Władysław Kisiel sprawił nam Mikołaja na Nowy Rok) i pamiętam stojącą tam choinkę, a potem ciało Benka. Do sypialni szło się po kilku schodkach, i było w niej okno tuż przy podłodze. Do kuchni prowadziło osobne wejście z holu. W dal­szym kącie kuchni była obudowana ubikacja.

W zimie Mama rąbała od wewnątrz lód, który z okna dotykał podłogi, a jak miałem zapalenie płuc, to Mama robiła mi posłanie na płycie kuchennej. Bałem się, że się usmażę, ale okazało się, że jest ciepło i wygodnie. Kiedyś stałem owinięty w koc na tym moim posłanku na płycie kuchennej, na której w dzień się gotowało, Mama szorowała podłogę w kuchni i kazała mi wszystko po kolei przypomnieć z dzieciństwa i powtarzać po kilka razy pytając, czy na pewno tak było. Gniewała się, że nie wiem, ile mam lat.

Doznałem później uczucia ulgi, kiedy przyjechała Ciocia Nina i opowie­ działa Mamie przy mnie, że widziała mojego ojca, który powiedział, że Wili ma cztery lata. Mama kazała mi często powtarzać, że w Palestynie mam wuja, brata mojej Mamusi, który jest rabinem i bardzo mnie kocha, a w największym mieście Nowym Jorku. mam ciocię – siostrę mojego ojca, która też mnie bardzo kocha. Musiałem często powtarzać Mamie imię tej cioci Reba. Mówiła, że o wuju i cioci muszę mówić po wojnie, a teraz nikomu nie wolno o tym powiedzieć, bo Niemcy i litewscy policjanci nas pozabijają.

Dzięki tym lekcjom Mamy pamiętam wiele szczegółów z bardzo wczesnego dzieciństwa. Przez pewien czas w holu mieszkała siostra jubilatka (najstarsza z Mamy Zgromadzenia Wizytek). Chodziła w habicie. Trzeba się było pytać przez zamknięte drzwi sypialni, czy można wyjść. Dorośli mowili o siostrach Wizytkach, które aresztowano.

Potem już na stałe wróciliśmy na Ostrobramską, gdzie aż do oblężenia Wilna przez armię radziecką miesz­kaliśmy: Mama z naszą trójką i Teofil Zienowicz. Ciocia Nina mieszkała przy ulicy Jagiellońskiej 6 m. 26 i przychodziła Mamie pomagać. Jak parę dni Cioci nie było, to Mama szła ją odwiedzić albo posyłała nas z Renaną, a Ciocia zawsze nas bardzo serdecznie przyjmowała, częstowała i prosiła nie dawać nic kotce, która naje się myszami.

Niestety, gryzonie oraz insekty stanowiły przez cały czas mojego pobytu w Wilnie do 1959 r. bardzo uciążliwy problem dnia codziennego. Pamiętam dobrze takie powiedzenie Mamy: „Chodźcie, zobaczę, czy znowu nie złapałyście wszów. Ach, znowu są…” Teofil Zienowicz stawiał pułapkę na myszy.

Głównym źródłem naszego utrzymania były korepetycje i podziemne wydawnictwo Cioci Niny, jak również korepetycje Mamy i sporadyczna, ale bardzo istotna w naszych wa runkach pomoc w postaci poczęstunków, rzadziej pieniężna, litościwych znajomych naszych opiekunek: Cioci Zosi Kukolewskiej przychodzącej zawsze ze smakowitym „gościńcem”, sióstr Wizytek, które często odwiedzaliśmy, i zawsze nam, dzieciom, kazały się najeść do syta oddając swój posiłek, a także księdza Władysława Kisiela.

W warunkach strasznego głodu, który dobrze pamiętam, szczególnie na początku naszego pobytu, Ciocia Nina wyjeżdżała na wieś i po iluś tam dniach wracała dźwigając toboły i płacząc, że tak trudno zdobyć cokolwiek do jedzenia. Przywoziła żytnią mąkę, kartofle, czarną fasolę, soczewicę, marchew, brukiew, bańkę oleju, buraki. Mama mełła buraki z marchwią i gotowała z tego powidła do chleba, bo cukru nie było. Bywało , że jedliśmy czarną zacierkę bez żadnych dodatków dzień w dzień, a czasem bez soli; a jak Mama kupiła soli, to przesoliłem sobie na talerzu i nie mogłem już zjeść.

Ciocia Nina i Mama najmowały się do kopania kartofli lub innych robót na wsi, choć nie była to ich dziedziczna umiejętność. Wcale tego robić nie umiały i płaciły za to zdrowiem. W sezonie nasze opiekunki zbierały w odległych lasach borówki,jagody,jeżyny, grzyby i maksymalnie oszczędzając kartkowy cukier robiły przetwory na zimę.

Mama nieraz płakała przede mną, że jej dokuczają, że jest panną z dziećmi, mówią, że ją wygonili z klasztoru, bo dorobiła się dzieci; inni znowu robią uwagi, że tyle polskich sierot się poniewiera, i nie wiedzą komu je dać, a Mama nas wzięła. I mówiła mi: „Przecież ja bym w każdej chwili wróciła do klasztoru i Matka Przełożona Weronika przyjęłaby mnie. Ja was wcale nie szukałam, bo uciekli, jak stali, ojcowie z wami razem i sami nie mają z czego żyć. Nie było gdzie was oddać, chyba tak jak Niemcy każą: zaprowadzić was na Gestapo, a oni strzelają do żydowskich dzieci, albo za nogi i – głową o ścianę!”

Dom na Targowej rozbiła bomba. Na początku oblężenia Wilna został również uszkodzony komin w domu przy ulicy Ostrobramskiej. Mama przeniosła się w pośpiechu z naszą trójką do Cioci Niny na ulicę Jagiellońską 6 m. 26, bo chorowaliśmy po kolei na odrę. Teofil został pilnować mieszkania i skromnego dobytku, a że nie miał możliwości gotowania, bo zbombardowano elektrownię i wodociąg, zaraził się dezynterią i po kilku miesiącach po tzw. wyzwoleniu zmarł w szpitalu zakaźnym.

Ale przez długie tygodnie zdobywania Wilna pozostawaliśmy wszyscy (chore na odrę dzieci z opiekunkami) na poddaszu na Jagiellońs­kiej. Mama i Ciocia Nina wymieniały się: jedna była z nami, a druga pod kulami walk ulicznych zdobywała wodę, żywność, karbid do oświetlania lub doglądała chorego ojca Teofila na Ostrobramskiej (odległość od obu mieszkań wynosiła około trzy kilometry). Komunikacji miejskiej oczywiś­cie nie było.

Po „wyzwoleniu” przyjechał do Cioci Zosi z Anglenik ukrywający się doktor Gabaj i rozpoczął poszukiwania zarobku i akwaterowania w zrujnowanym Wilnie. Mój ojciec Jakub Fink, wyzwolony w Niemczech przez aliantów, wyjechał do USA i nigdy już nie zobaczyliśmy się, bo nad opiekującym się mną środowiskiem Polaków w Wilnie zawisły straszliwe chmury komunizmu, i gdybym dalej miał opisywać, byłoby to chyba jeszcze smutniejsze.

Był lipiec 1944 r. Wojna trwała. W Wilnie groza holocaustu minęła, ale i do radości było daleko. I wśród Polaków, i wśród Żydów bądź to ocalałych, bądź przyjeżdżających ze wschodu mało było radości. Cieszyły się jedynie środowiska stalinowców lub ludzie, którzy dali się uwieść stalinizmowi.

W Wilnie pod opieką Mamy i dzięki pomocy dr Jerzego Ordy ukończyłem szkołę ogólnokształcącą. W 1958 r.- repatriowałem się do Polski.
W 1968 r. ukończyłem Akademię Medyczną w Warszawie. W 1963 r. ożeniłem się z Wacławą Kuś. Mamy troje dzieci i mieszkamy w Warszawie. Ze względu na wadę wzroku jestem członkiem Związku Niewidomych, rencistą od czternastu lat.

Warszawa, marzec 1991 r.

Fragment wspomnień Janiny Zienowicz-Zagałowej Spotkani w drodze opublikowany został w książce Ten jest z ojczyzny mojej. Polacy z pomocą Żydom 1939-1945. Oprac. W. Bartoszewski i Z. Lewinówna, wyd Il, Kraków 1969, s. 768-772. Całość wspomnień ukazała się w 1992 r., w piśmie Znad Wilii (w odcinkach).

do góry

Strona „Zapis pamięci”
Stowarzyszenia
„Dzieci Holocaustu”
w Polsce.

Zrealizowano
dzięki wsparciu Fundacji
im. Róży Luksemburg
Przedstawicielstwo
w Polsce

ul. Twarda 6
00-105 Warszawa
tel./fax +48 22 620 82 45
dzieciholocaustu.org.pl
chsurv@jewish.org.pl

Koncepcja i rozwiązania
graficzne – Jacek Gałązka ©
ex-press.com.pl

Realizacja
Joanna Sobolewska-Pyz,
Anna Kołacińska-Gałązka,
Jacek Gałązka

Web developer
Marcin Bober
PROJEKTY POWIĄZANE

Wystawa w drodze
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice” moirodzice.org.pl

Wystawa stała
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice”
w Muzeum Walki
i Męcześntwa w Treblince
treblinka-muzeum.eu
Strona „Zapis pamięci”
Stowarzyszenia
„Dzieci Holocaustu”
w Polsce.

Zrealizowano
dzięki wsparciu Fundacji
im. Róży Luksemburg
Przedstawicielstwo
w Polsce
Koncepcja i rozwiązania
graficzne – Jacek Gałązka ©
ex-press.com.pl

Realizacja
Joanna Sobolewska-Pyz,
Anna Kołacińska-Gałązka,
Jacek Gałązka

Web developer
Marcin Bober
PROJEKTY POWIĄZANE

Wystawa w drodze
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice” moirodzice.org.pl

Wystawa stała
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice”
w Muzeum Walki
i Męcześntwa w Treblince
treblinka-muzeum.eu