Daniel Passent, urodzony w 1938 r.

Nazwisko za świętym obrazkiem

Był pan dzieckiem Holokaustu, ukrywa­nym podczas wojny. Co pan wie o swojej rodzinie?

Zdecydowanie za mało. Z zazdrością czytam wspaniale udokumentowane hi­storie rodzin żydowskich, takie jak książki Joanny Olczak-Ronikier czy Krzysztofa Teodora Toeplitza. Ileż oni zachowali wspomnień, portretów, foto­grafii, listów i dokumentów o swoich przodkach! 

W domu KTI jego żydow­scy przodkowie spoglądają z obrazów na ścianach. Inna sprawa, że ci autorzy pochodzą z tzw. dobrych rodzin, o wie­lowiekowych tradycjach. Ja, kiedy pa­trzę za siebie, widzę czarną dziurę. Po większości mojej rodziny zaginął wszel­ki ślad. Nie pamiętam rodziców, nie wiem nawet, jak wyglądała moja matka.

Zachowała się tylko jedna fotografia oj­ca z czasów studenckich  w Paryżu – ocalała w domu przyjaciół. Ci ludzie zaprosili mnie tam na początku lat 60. Mecenas Frenkel przyjął mnie w ele­ganckiej kancelarii i mieszkaniu  na I piętrze przy Bulwarze St. Martin. Podprowadził mnie do  okna  i  wskazał na VI piętro budynku vis a vis. „Na tamtej  mansardzie  mieszkaliśmy z two­im ojcem i na kolację mieliśmy jednego śledzia na spółkę” – powiedział. Cała droga życiowa pana Frenkla  to awans  z mansardy na I piętro – tak jak powin­no być w normalnym świecie.

Kim byli pańscy rodzice?

Mój ojciec miał na imię Bernard i wywo­dził się z typowej biedoty żydowskiej – był najmłodszym synem „krawca mężczyź­nianego”. Rodzina pomieszkiwała czę­ściowo pod Warszawą, częściowo w Czę­stochowie. Nikt z rodzeństwa ojca nie zdobył wykształcenia. Ciotka Anna, któ­ra mnie po wojnie wychowywała i była już wówczas prawdziwą damą, przed wojną była gońcem. Dopiero gdy naj­starszy brat ojca  Marek, zaczął przy­zwoicie zarabiać, to sfinansował naukę najmłodszego brata aż do studiów w Pa­ryżu włącznie.

Tak więc mój ojciec ukoń­czył w Paryżu agronomię, ale niestety w 1936 roku wrócił do Polski. Te powro­ty do kraju to coś na kształt  tradycji w mojej rodzinie. Mój wuj, dr Jakub Prawin, który odnalazł mnie i wychowywał po wojnie…

Jedyny, który przeżył?

Tak, a ściśle rzecz biorąc, to jego żona była moją ciotką. Prawin miał podobną historię jak mój ojciec, z tą zasadniczą różnicą, że był komunistą i dzięki temu przeżył. Był synem kolejarza; to zresztą ewenement – Żyd-kolejarz. Jego  ojciec był zawiadowcą maleńkiej stacji koło Tarnowa. Wujek chodził w Tarnowie do świetnego liceum z tradycjami, a potem wyjechał do Wiednia, gdzie studiował ekonomię i antropologię, zrobił tam też doktorat i doznał „ukąszenia heglow­skiego” – stał się człowiekiem lewicy. I on także po studiach wrócił do Polski, żeby się ożenić z Żydówką. 

Ja w pew­nym sensie kontynuowałem tradycję studiów za granicą i powrotów. Kiedy byłem w szkole średniej – a było to w okresie stalinizmu – i chciałem studio­wać za granicą, miałem do wyboru studia w NRD albo w ZSRS. Wybrałem Leningrad, ale już po roku wróciłem do Polski, bo tyle czasu w Kraju Rad cał­kiem mi wystarczyło. Później, w 1962 ro­ ku, wyjechałem na stypendium do Prin­ceton. Byłem wtedy całkowicie wolny, miałem 24 lata – i też wróciłem do Pol­ski, żeby się ożenić, zresztą byłem już związany z redakcją „Polityki”. A moja córka, choć studiowała na Harvardzie i żywiłem poważne nadzieje, że się urzą­dzi w Ameryce, też wróciła do ojczyzny, a więc to już trzecie pokolenie tej rodzi­ny wraca. Żadne Jedwabne nie jest nas w stanie odstraszyć.

Wróćmy do pana ojca.

Ojciec ożenił się z pielęgniarką    jak z  dumą podkreślano,  „dyplomowaną”, z Częstochowy, też Żydówką, która nazywała się Izabela Mitz, i znalazł pra­cę jako agronom w Stanisławowie. Tam zamieszkali w 1937 roku, a w rok póź­niej ja przyszedłem na świat. Byłem ich jedynym dzieckiem. Kiedy wybuchła wojna, w Stanisławowie rodzina wyda­wała się bezpieczna, bo Niemcy tam nie dotarli;  zaraz  potem  weszli Rosjanie i żyliśmy pod okupacją sowiecką. W 1941 roku, kiedy wkroczyli  Niemcy i przystąpili do zakładania getta, rodzice oddali mnie na przechowanie, a sami pojechali w stronę Generalnej Guberni.

Czyli w bardziej niebezpiecznym dla Ży­dów kierunku.

Tak. Wuj Prawin wybrał kierunek od­ wrotny: zgłosił się we Lwowie do władz sowieckich i jako jeden z nielicznych komunistów z Polski został wcielony do Armii Czerwonej – musiał być dla nich kimś zaufanym, bo tego zaszczytu do­stąpili nieliczni. Walczył pod Stalingra­dem, a potem był w armii Berlinga ofi­cerem politycznym. Jego żona i córka, jak wielu Polaków, przetrwały w Azji Środkowej, w Uzbekistanie, głównie w Samarkandzie.

Tymczasem rodzice zniknęli z pana życia.

„Zniknęli” to słowo zbyt subtelne. Ode­szli na zawsze. Opiekę nade mną powie­rzyli przyjacielowi, panu Tadeuszowi Płońskiemu, adwokatowi, który był tzw. Żydem chodzącym – miał „dobry wy­gląd”. Mam dziś kontakt z jego wnucz­ką, która jest  młodą  dziennikarką w Warszawie. Mecenas Płoński począt­kowo przechowywał mnie u siebie, po­tem wywiózł na wieś, bliżej Częstocho­wy. Ale wiedząc, że moi rodzice ukrywa­li się pod Warszawą na linii otwockiej, chciał mnie do nich przybliżyć, więc bo­dajże w 1943 roku ulokował mnie na warszawskiej Pradze, na ulicy Stalowej, u pani Kowalskiej i jej kilkunastoletniej córki Bogumiły, które przechowywały jeszcze jedną czy dwie osoby dorosłe. Byłem tam trzymany we wnęce za szafą.

Pamięta pan coś z tego?

Jak przez mgłę. Nie chciałem tego pa­miętać. Siedziałem za tą szafą, nie mo­głem wychodzić na dwór, nie wolno mi było zbliżać się do okna. Kiedy raz zna­ lazłem się na balkonie, z wrażenia się zlałem.  Pan Płoński  przychodził  raz w miesiącu, przynosił ciastka i wspoma­gał moich dobroczyńców. Wydał naj­pierw swoje pieniądze, potem pieniądze swojej siostry, następnie zbierał wśród znajomych, wreszcie w końcowej fazie wojny dostawał na mnie 500 zł miesięcz­nie od „Żegoty”.

Po wielu latach opo­wiedział mi, że moi rodzice przeżyli do 1944 roku, a on w pewnym sensie utrzy­mywał kontakt między nami – ze mną co prawda o nich nie rozmawiał, ale ich utwierdzał w przekonaniu, że ja żyję. W końcu zadenuncjował ich szmalcow­nik. Nie wiem nawet, gdzie zginęli i gdzie zostali pochowani.

Co się stało, kiedy wojna się skończyła?

W 1944 roku nad Wisłę dotarł z armią Berlinga wuj Prawin. Został wówczas skierowany do pracy w rodzącym się mi­nisterstwie komunikacji przyszłej PRL. Pan Płoński nawiązał z nim kontakt i powiedział mu, gdzie jestem. To było już po Powstaniu, w końcu 1944 albo na samym początku 1945 roku.

Prawin od­nalazł rodzinę Kowalskich albo odwrot­nie – oni przyprowadzili mnie do jego biura, też gdzieś na Pradze, i oczekiwali od niego konkretnych wyrazów wdzięcz­ności. A on, mało że sam Żyd, to jeszcze ideowy komunista – powiedział im, że handel żywym towarem się skończył, co stanowiło dla tych ludzi śmiertelną ob­razę. Rozstali się więc w niezgodzie. Prawinowie nigdy o tym ze mną nie roz­mawiali. Dlatego z rodziną Kowalskich nie miałem potem żadnego kontaktu, nie wiedziałem, że mnie ocaliła.

Prawinowie przygarnęli pana wtedy? 

Przygarnęli i wychowywali mnie aż do dorosłości. Wspaniała rodzina, której – zwłaszcza wujowi, który był wyjątko­wym człowiekiem – bardzo dużo za­wdzięczam. Nigdy nie słyszałem ani nie czytałem złego słowa o Prawinie. Zaraz jednak po wojnie oddali mnie jeszcze do dalszej rodziny w Częstochowie. 

Teraz następuje fragment życiorysu dla mnie niejasny – kiedyś w ŻIH pani Bonikow­ska, która prowadziła dokumentację lo­sów Żydów w czasie okupacji, pokazała mi dokument, z którego wynikało, że po wojnie byłem w domu dziecka w Często­chowie. Ja tego zupełnie nie pamiętam i – jak to się dziś mówi – nie potwier­dzam ani nie zaprzeczam, choć miałem wtedy siedem lat. Być może nigdy tam nie dotarłem. Wiem natomiast, że by­łem u rodziny Kolinów, która uchodziła za spokrewnioną z nami; nawet pamię­tam adres: Garibaldiego 19 m. 3.

Ta ro­dzina składała się z wuja Juliana, który był rzemieślnikiem branży metalowej, cioci Rózi i syna Wojtusia. Mieszkałem u nich dwa lata – od 1946 do 1947. To byli Żydzi wierzący, praktykujący. Pamiętam nawet, że byłem na prawdziwym żydowskim weselu. Potem ciocia Rózia poważnie zachorowała. Wtedy Kolino­wie i Prawinowie uradzili, że nie będzie dobrze, jeżeli ja się o tym dowiem i bę­dę świadkiem jej agonii. Przyjechała więc po mnie ciotka Prawinowa z Berli­na, bo Prawin był wtedy szefem Polskiej Misji Wojskowej w Berlinie – i zostałem już z nimi. Po śmierci żony wujek Kolin z synem wyemigrowali do Australii.

W Berlinie musiałem pójść do szkoły,więc dostałem kwestionariusz do wypeł­nienia i w rubryce „narodowość” wpisałem: żydowska. Prawinowa kazała mi to wymazać i zaczęła tłumaczyć, że nie je­stem Żydem, tylko Polakiem. Wymaza­łem, cóż miałem zrobić? Miałem dzie­więć lat, byłem na ich utrzymaniu, to by­ła moja jedyna rodzina, moi dobroczyń­cy. Zacząłem nawet do Prawinowej mó­wić „mamo”, ale mi wyjaśniła, że nie jest moja matką, że ja miałem swoją matkę. Do mojego pochodzenia nie przywiązy­wałem wówczas ani później specjalnej wagi, a wtedy, w Berlinie, i tak byliśmy za granicą. Kolinowie nie byli bardzo re­ligijni, ale przestrzegali obyczaju. Dom jednak był spolszczony.

Nie używało się jidysz?

Nie. Ale to nigdy nie stanowiło proble­mu, bo i tak u Kolinów wszyscy uważa­liśmy się za Żydów. Dopiero kiedy przy­ jechałem do Prawinów, okazało się, że jestem Polakiem. W tym domu słowo „Żyd” nigdy nie padało. Prawin był na­prawdę nieprzeciętnym  intelektualistą, a jego najbliżsi przyjaciele wywodzili się częściowo z kręgów muzycznych, bo on znał się doskonale na muzyce, dziedzi­nie bardzo Żydom bliskiej, i nawet za­stanawiał się nad studiami muzykolo­gicznymi. 

Bywali więc u niego dyrygent Jerzy Gert, muzykolog Roman Jasiński, Władysław Szpilman, skrzypek Tadeusz Wroński, a także prof. Adam Schaff – marksista, Żyd i wielki meloman. I w tym kontekście dziwne mi się wyda­wało, że Prawinowie nie poczuwają się do żydostwa. Nie byłem pewien, czy to jest rodzina polska, czy żydowska, a jed­nocześnie nie czułem się na siłach o to zapytać, z powodu wojennej traumy oczywiście. Być może nie chciałem ich tym pytaniem dotknąć.

Ale skoro pan wiedział, że jest Żydem, a oni są pana rodziną, to było to chyba oczywiste.

Owszem, ale nie poruszałem tego tema­tu, bo czułem, że sprawa jest  śliska. W 1950 roku wróciliśmy z Berlina i Pra­win został wiceprezesem NBP, zgodnie zresztą ze swym ekonomicznym wykształceniem. Po Październiku miał zo­stać ambasadorem Polski w Wiedniu, o czym marzył, bo zawsze bardzo ciepło wspominał miasto, w którym w młodości studiował. Pokazywał mi nawet z dumą zaproszenie, jakie otrzymał z Wiednia na otwarcie odbudowanej opery. Decy­zja jednak się odwlekała, jak to często bywa. 

Pewnego dnia, zdejmując buty, powiedział mimochodem: „Ciekawe, czy mianują Żyda ambasadorem”. Na­stawiłem uszu, bo dopiero wtedy Prawin przyznał po raz pierwszy w mojej obec­ności, że jest Żydem – być może wycho­dząc z założenia, że przecież ja i tak wiem. A ja nie wiedziałem.

Co do jego żony, czyli siostry mojego ojca, rzecz nie podlegała kwestii – skoro ja jestem Ży­ dem,  to ona  też. A na dodatek i ona, i córka Prawinów, nieżyjąca już dziś tak­że Ditta, miały krucze włosy, śniadą ce­rę, ciemne oczy – piękne kobiety, ale szalenie semickiej urody. Prawin nato­miast był blondynem, a poza tym odkąd odniósł ranę w czasie wojny, zawsze chodził z ogoloną czaszką, podobnie jak Sokorski i Drawicz.

Czy pan Płoński utrzymywał z panem kontakt?

Tak, nawet parę razy odwiedził mnie w Berlinie. Mieszkał po wojnie w Pozna­niu. Był bardzo związany z moimi rodzi­cami i czuł się przyjacielem rodziny, więc także moim. Ale przez wiele lat nie poruszaliśmy w ogóle kwestii okupacyj­nych. Nie wiedziałem, gdzie byłem prze­chowywany, kto za to płacił i dlaczego nie znam rodziny, która mnie ukrywała.

Dowiedziałem się tego dopiero niedaw­no. W  latach  1990-1994  mieszkałem i pracowałem w Bostonie. Tam otrzyma­łem list, który przyszedł na moje nazwi­sko do redakcji „Polityki” – odezwała się pani Kowalska–córka. Napisała, że jej rodzina ukrywała mnie w czasie wojny, że ona – starsza ode mnie o kilka lat – bawiła się ze mną, a obecnie przyjęto w Polsce ustawodawstwo, dzięki które­mu ci, którzy przechowywali Żydów, mogą otrzymać status   kombatantów i prawo do renty, zatem ona mnie prosi o poświadczenie.

Ja, nie będąc do końca pewien, czy to prawda, napisałem list do Agnieszki Osieckiej w Warszawie, żeby to dla mnie sprawdziła. Agnieszka po­szła do pani Kowalskiej i przysłała mi wstrząsający list, który mam do dziś. Szczegóły, które podała jej ta pani, świadczyły, że bez wątpienia to jest wła­śnie ta rodzina. Tu ciekawostka – kiedy pan Płoński mnie do nich przyprowa­dził, podał im moje nazwisko i one, żeby nie zapomnieć, zapisały je sobie na odwrocie świętego obrazka. Przy Agniesz­ce pani Kowalska zdjęła obrazek ze ścia­ny, odwróciła go i wszystko się zgadzało.

Ja wówczas wysłałem wszystkie potrzeb­ne oświadczenia, wypełniłem formula­rze i poświadczyłem u notariusza amery­kańskiego. Wystąpiłem do Yad Vashem i państwo Kowalscy dostali medal„Sprawiedliwi wśród Narodów Świata”. Uroczystość odbyła się w Galerii Por­czyńskich,  ja przyjechałem na nią z Ameryki. Podjechałem na tę okropną ulicę Stalową po panią Kowalską, za­wiozłem ją na wręczanie medalu, a potem poszliśmy na obiad, czy też może nawet ona przyszła do nas z wizytą – i od tej pory od czasu do czasu jesteśmy w kontakcie.

A o rodzinie swojej matki coś pan wie? 

Nic. Inna sprawa, że jej nie poszukiwa­łem, w ogóle zresztą przez lata nie zaj­mowałem się przeszłością. Ale im by­łem starszy, tym bardziej mnie ta prze­szłość interesowała; to chyba normalne. Przed wyjazdem na placówkę do Chile pojechałem do pana Płońskiego – i on mi wówczas wiele opowiedział o mojej rodzinie, wtedy też poznałem los moich rodziców.

Niedawno – rok czy dwa lata temu – pojechałem do Stanisławowa i odwiedziłem tamtejszą synagogę, któ­ra jest częściowo odrestaurowana, zresztą miasto jest w niezłym stanie, mniej zaniedbane niż Lwów. Ale na żadne ślady rodziny nie trafiłem. W Archiwum Akt Zabużańskich znalazłem akt ślubu rodziców. Mógłbym też na przykład w Paryżu poszukać danych oj­ca w roczniku absolwentów. Gdybym bardziej się poświęcił poszukiwaniom, być może znalazłbym więcej.

Ma pan w końcu wiele innych zajęć...

No tak. A poza tym ja siebie postrzegam jako pyłek w kosmosie, który nie wiado­mo skąd się wziął i nie wiadomo gdzie skończy. Gdybym po wojnie wychowy­wał się w rodzinie, która bardziej dbała o swoje tradycje, byłbym może na te sprawy bardziej wrażliwy i pewnie wię­cej bym wiedział. Może także byłbym in­nym, lepszym człowiekiem, bardziej wy­posażonym w system wartości.

Stykał się pan z antysemityzmem?

W młodości nie, wręcz przeciwnie. Nikt mi pochodzenia nie wytykał. Także dzię­ kitemu, że miałem szczęście znaleźć się w redakcji „Polityki”. Mieczysław Ra­kowski, ówczesny redaktor naczelny, miał wręcz opinię filosemity, bo zatrudniał wiele osób żydowskiego pochodze­nia, ale rzadko się o tym mówiło. Pamię­tam tylko, że kiedy powstał wakat na stanowisku zastępcy redaktora naczel­nego i zastanawiano nad moją kandyda­turą, Rakowski powiedział, że bezpartyjny, a w dodatku z „pochodzeniem”, nie ma szans na zatwierdzenie.

Ale po­ za tym kwestia żydowska niewiele zna­czyła w moim życiu, natomiast zaczęła być istotna w Polsce. W 1968 roku trwa­ła już bardzo ostra nagonka na „Polity­kę” za  jej –  jak  mówiono – liberalizm i kosmopolityzm. „Kosmopolici” to w ówczesnej nowomowie znaczyło „Ży­dzi”. Ja byłem jednym z tych atakowa­nych „rewizjonistów” – zarówno przez Biuro Prasy, jak i przez moczarowców  z „Prawa i Życia”, „Argumentów” czy „Żołnierza Wolności”.

Zresztą „Polityka”, chyba jako jedyna gazeta, zachowała się w Marcu przyzwo­icie – nie wydrukowała żadnego antyse­mickiego tekstu.

Tak, wspomniał nawet o tym niedawno prof. Michał Głowiński w arcyciekawej rozmowie z Teresą Torańską w „Gazecie Wyborczej” na temat swojego żydostwa.

Pamiętam bardzo dobrze kolegium, które było kluczowym momentem dla pisma. Biuro Prasy kazało nam przedru­kować felieton Antoniego Słonimskie­go, napisany w latach dwudziestych albo trzydziestych, wymierzony w ortodok­syjne żydostwo, które się nie asymiluje i samo zamyka się w getcie, czyli – oświe­cony Żyd zwalczał żydowski ciemno­gród. W tamtych czasach miało to rację bytu, bo mieściło się w dyskusji we­ wnątrzżydowskiej. Ale wydrukowanie tego tekstu w 1968 roku po pierwsze – uderzałoby w Słonimskiego, który sta­nowił wtedy przedmiot strasznych ata­ków ze strony  władzy, a po drugie – w kontekście ogólnokrajowej nagonki miałoby charakter jednoznacznie anty­semicki. 

Tak się złożyło, że Rakowskie­ go nie było wtedy w Warszawie. Ja byłem sekretarzem redakcji, a rządy spra­wował Zbigniew Sołuba – dziwne znale­zisko Rakowskiego, który nie zawsze miał szczęśliwą rękę do ludzi, a poznał go w czasie podróży do Pekinu, gdzie ten był chyba korespondentem PAP-a. Jako zastępca redaktora naczelnego So­łuba chciał wykoleić „Politykę”, flirto­wał z moczarowcami – Rakowski zresz­tą się go później pozbył. 

Ale na tym zebraniu Sołuba i jeszcze jeden kolega go­dzili się ten felieton opublikować, a cała reszta kolegium się temu sprzeciwiła. Groziło to utratą pracy i pisma. Zaczęli­śmy na gwałt szukać Rakowskiego, a wtedy nie było jeszcze telefonów ko­mórkowych. W końcu znalazł się, wrócił do Warszawy i podzielił nasz pogląd, co wówczas graniczyło z bohaterstwe – on, naczelny redaktor, członek KC, zadzwo­nił do Kliszki i powiedział, że pierwszy raz odmawia wykonania polecenia par­tyjnego.

Byliśmy już pewni, że „Polity­ka” zostanie zamknięta, tak jak przedtem „Po Prostu” czy „Przegląd Kultural­ny”, a my zostaniemy wyrzuceni na zbi­ty pysk. Czuliśmy się jak w oblężonej twierdzy. Ale z drugiej strony pismo miało pewną pozycję, a Rakowski swoje dojścia – raz na parę lat chadzał do Go­mułki, kolegował się ze sekretarzem KC Arturem Starewiczem, słowem – był po­stacią. I „Polityka” przetrwała, a nawet wyszła z Marca wzmocniona, bo jej autorytet wśród inteligencji wzrósł, choć niechęć do niej w aparacie – także.

Dla mnie osobiście konsekwencją Marca był fakt, że w 1968 roku nie dostałem pasz­portu. Zresztą to był jedyny raz. Nie by­łem szykanowany. Swoich porażek nigdy nie usprawiedli­wiam pochodzeniem. Inaczej niż Hen­ryk Grynberg, który w swojej najnowszej książce „Uchodźcy” twierdzi, że kiedy grał w siatkówkę, koledzy nie podawali mu piłki, ponieważ był Żydem. Nie usłucha­li także jego porady, żeby nie objadać się kiełbasą przed meczem. Nie chcieli słu­chać Żyda i przegrali.

Ja takich ludzi nie spotkałem, albo jestem na to za ma­ło wyczulony. A może jestem po prostu pogodzony z istnieniem antysemityzmu. Kiedy widzę na murze napis „Jude raus!”, nawet się przed nim nie zatrzymuję, natomiast Agnieszka Osiecka nie tylko się zatrzymywała, ale nawet go fo­tografowała i zachowało się kilka takich fotografii.

Czy dziś czuje się pan bardziej Żydem niż jako dziecko po wojnie, w Berlinie? 

W amerykańskiej i w polskiej szkole, do jakich uczęszczałem w Berlinie do 1950 roku, a następnie w Polsce, a także na uniwersytetach w Warszawie, Leningra­dzie i Princeton, ta kwestia dla mnie nie istniała. W rodzinie Prawinów temat był tabu, w „Polityce” i w ogóle w PRL – też. Dziś na szczęście można o tym swobodnie myśleć i rozmawiać. Odpo­wiada mi pogląd Adama Michnika – „Czuję się Polakiem, chyba że mam do czynienia z antysemityzmem – wtedy czuję się Żydem”. Ja czuję się Polakiem pochodzenia żydowskiego, ale nie chciałbym być ani zawodowym Pola­kiem, ani zawodowym Żydem. Taki oca­lałem i takim chciałbym pozostać.

Z Danielem Passentem, publicystą i dyplomatą, rozmawiała Dorota Szwarcman. Midrasz, lipiec – sierpień 2005

Poznaj inne wspomnienia

Halina Bania

GALERIA   Filmowe wspomnienie Haliny Bani jest dostępne na stronie USC Shoah Foundation, kliknij żeby zobaczyć. Nazywam się Halina Bania, nazwisko panieńskie – Selinger, urodziłam

Dowiedz się więcej

Jerzy Bander

GALERIA   Filmowe wspomnienie Jerzego Bandera jest dostępne na stronie USC Shoah Foundation, kliknij żeby zobaczyć. Czasami bywa tak, że człowiek późno dowiaduje się prawdy

Dowiedz się więcej

Romualda Mansfeld-Booth

GALERIA | FILM Filmowe wspomnienie Romualdy Mansfeld-Booth, można obejrzeć klikając w zakładkę „filmy” pod zdjęciem powyżej, inne nagranie jest dostępne na stronie USC Shoah Foundation,

Dowiedz się więcej