zdjęcia: 4

Adam Daniel Rotfeld, urodzony w 1938 r.

Zgubiłem nieme „H”

Adam Daniel Rotfeld – Jestem w czepku urodzony. Wiedziałem, że mam na imię Adaś. Wiedziałem, że kiedy rozstawałem się z rodzicami, miałem trzy i pół roku.

Teresa Torańska – Inne dzieci nie wiedziały?

Nie.W domach dziecka patrzono mniej więcej na wzrost i starszym do metryki urodzenia wpisywano 1 stycznia 1937, a młodszym 1 stycznia 1939.

Próbowałem to opisać. Zacząłem. I nagle pomyślałem: jak? Jakim językiem? Czy są słowa, którymi da się opowiedzieć o dzieciach zamkniętych przez trzy-cztery lata w szafie lub w chlewie?

Co pamięta trzyletnie dziecko? Oderwane sceny. Łapanki pomieszane z pogromami. Niemcy szli rabować i strzelali. Ciotka upadła na progu domu. Nie wstała. Schowek. Siedzieliśmy w schowku, starałem się nie oddychać. Przyjazd mnicha.

Z klasztoru w Uniowie?

Greckokatolickiego zakonu studytów. Oddalonego od Przemyślan o 7 km. Odwiózł moich kuzynów oddanych im wcześniej pod opiekę. Nie chcieli tam zostać. Chłopcom z zamożnych domów nie podobało się surowe życie klasztorne.

Zginęli?

Wszyscy.Zakonnik zapytał ojca, ten moment dokładnie pamiętam, wielokrotnie odtwarzałem go sobie w myślach. – Panie doktorze, a może pan oddałby swego syna pod naszą opiekę? Mój ojciec był adwokatem. Miał dużą kancelarię adwokacką w Przemyślanach. Czułem, że wszyscy patrzą na mnie. Wstałem. Gotowy do wyjścia.

To było w grudniu 1941 roku. Na podwórzu czekał zaprzężony wóz. Po raz ostatni widziałem rodziców.

Pamięta pan ojca?

Oczywiście.

Matkę?

Kiedy wydrukowałem w tygodniku „Polityka” fragment wspomnień, odezwała się starsza pani z Katowic. Janina Hrycekowa. Jej syn jest tam znanym lekarzem. Napisała przepiękny list. Ten list przyszedł do mnie jakby z innego świata. Prawie 70 lat temu, miała wtedy osiemnaście lat, spotkała moją matkę na balu prawników w sali towarzystwa gimnastycznego „Sokół” w Przemyślanach. Rozmawiała z nią. Moja matka była w seledynowej sukience.

Kilka osób się do mnie wtedy odezwało.Zadzwonił jeden z dyrektorów Departamentu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Był wzruszony. Wcześniej go nie znałem. Opisałem jego ojczyma, Franciszka Pawułę, dyrektora Departamentu opieki nad dzieckiem w Ministerstwie Oświaty, który w 1951 roku wiózł mnie pociągiem repatriacyjnym z Ukrainy do Polski.

– Pan nawet nie ma pojęcia – powiedział – jaką przyjemność pan sprawił mojej mamie. że ktoś o nim pamięta.

Inna pani, Hanna Józefiak, przysłała mi kalendarz sądowy z 1939 roku z wykazem adwokatów z Warszawy oraz Lwowa i okolic. W Izbie Adwokackiej we Lwowie odnalazłem nazwisko dalekiego kuzyna, Adolfa Rothfelda. Pisanego przez th. Nieme „h” zgubiło mi się w czasie wojny, w trakcie wielokrotnego tłumaczenia dokumentów na rosyjski i ukraiński.

W wykazie warszawskich adwokatów znalazłem nazwisko Maurycego Wilhelma Rothfelda – brata mego ojca, który był posłem na Sejm z Równego, a na liście z Przemyślan jest nazwisko ojca: Leon Rothfeld. Trzeci z braci, Józef, był lekarzem w Brzeżanach, czwarty, Adolf – dyrektorem gimnazjum w Warszawie.

Zginęli?

Tylko Józef miał szczęście. Umarł przed wojną. A wie pani, ilu adwokatów było w Przemyślanach? Osiemnastu! A mnie wydawało się – do czasu otrzymania tego spisu – że ojciec był jedynym.

Przemyślany to małe miasteczko, wtedy ponad 5 tysięcy mieszkańców. Ludziom, gdy pytają, skąd pochodzę, nie mówię, że z Przemyślan. Mówię, że z Podola albo spod Lwowa, bo Przemyślany mylą się im z Przemyślem. Znają Drohobycz, Stryj, Stanisławów, ale kto pamięta, że były w Polsce Przemyślany, Brzeżany, Gliniany. Piękne nazwy, prawda?

W 1999 roku byłem na audiencji u Jana Pawła II. Przyjechałem do niego jako dyrektor Sztokholmskiego Międzynarodowego Instytutu Badań nad Pokojem. Papież powitał mnie po angielsku. – Czy mogę –zapytałem go – mówić po polsku? – A skąd pan zna polski? – Jestem z Polski – powiedziałem – a dyrektorem SIPRI zostałem dlatego, że wygrałem konkurs. […]

Jan Paweł II wsłuchiwał się uważnie, jak mówię, i nagle: – Dlaczego pan ma taki dziwny akcent? – zapytał. Przedniojęzykowe „ł” i twarde „h”, „herbata” i „hałas”, a nie „cherbata” i „chałas”. Bo jestem – odpowiedziałem mu – potwierdzeniem tezy, że człowiek, który staje się emigrantem i traci swoją ojczyznę, zwłaszcza małą ojczyznę, traci wszystko z wyjątkiem akcentu. Uśmiechnął się. – Znaczy pan jest z okolic Lwowa – rozpoznał bezbłędnie. Powiedział: nie ze Lwowa. Z okolic.On też był z innego świata. Tego, który już nie istnieje.

Jak pana rodzice?

Moi rodzice kończyli studia w Wiedniu i w Niemczech. Znali niemiecki i wydawało się im – chyba, bo tego nie wiem, domyślam się tylko – że znają Niemców. Po wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej nie uciekli do Rosji, zostali w Przemyślanach. Prawdopodobnie uważali, że cywilizacja niemiecka, racjonalny świat, który Niemcy stworzyli, wyklucza zbrodnię. Prawdopodobnie nie przyszło im do głowy, że Niemcy są zdolni do zbrodni. Rosjanie, bolszewicy – tak, ale nie Niemcy. […]

Znalazłem się w klasztorze. Klasztor w Uniowie wybudowali mnisi belgijscy w XIII wieku. W kompletnym pustkowiu. Daleko za nim była wieś, bardzo biedna, z domkami krytymi słomą. W tym klasztorze w czasie wojny ukrywano trzech chłopców z rodzin żydowskich. I nikt nie doniósł! Choć wszyscy mnisi w klasztorze wiedzieli zapewne, kim jesteśmy. Musieli wiedzieć.

Pan… wiedział?

Ja – wiedziałem.

Skąd?

Nie mam pojęcia. Chyba z powietrza.

Może z nazwiska?

Nie, ja swojego nazwiska nie znałem. Tylko imię. O swoich rodziców też nikogo nie pytałem. W zakonie obowiązywała reguła, że jeden o drugim nic nie mówi i niczego nie stara się dowiadywać. Bo to niebezpieczne. że lepiej jest milczeć. że z nikim – oprócz spraw codziennych – się nie rozmawia.

Rozmawiał pan z kobyłą.

Ale przez sen! Nie na jawie, tylko przez sen. Widocznie tak silna była we mnie potrzeba rozmowy, potrzeba podzielenia się swoimi myślami. Byłem pastuchem, pod opieką miałem 13 krów i 30 owiec. Oraz kobyłę. Śniło mi się, że z nią rozmawiam. Śniło mi się, że jestem pewny, iż cokolwiek bym powiedział, nikomu nie powtórzy. że czuję się przy niej bezpieczny.

Swoją trzódkę pasłem na pastwisku. Pastwisko znajdowało się niedaleko szkoły. To była wiejska szkoła. Stała na wzgórzu, na zakręcie drogi. Była jedynym budynkiem z cegły w całej wsi. I nagle, niedawno, otrzymuję faks z Cornell University ze Stanów Zjednoczonych. Pisze do mnie prof. Roald Hoffmann, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie chemii, poeta, dramaturg.

Ktoś z jego współpracowników wyczytał w polskiej gazecie, że polski minister spraw zagranicznych odwiedził klasztor w Uniowie, w którym był ukrywany, i ufundował tablicę poświęconą braciom Szeptyckim. Natychmiast postanowił mnie zawiadomić, że on też tam był. Obok! Razem z rodziną. Jacyś przyzwoici ludzie ukrywali ich na strychu w budynku szkoły, obok której codziennie ze swoimi owcami i krowami przechodziłem!

Jeżeli kiedyś wrócę do pisania wspomnień, na końcu zamieszczę indeks nazwisk ludzi przyzwoitych, których spotkałem w życiu. Będzie ich dużo, bardzo dużo.

Bracia Szeptyccy?

Klemens, młodszy, był przeorem klasztoru studytów w Uniowie, potem moim spowiednikiem. Nikt, kto nie przeżył tamtych czasów, nie jest w stanie docenić, jak wiele odwagi i bezinteresownej życzliwości okazywały klasztory i ludzie Kościoła, pomagając prześladowanym, głodnym, biednym, bezradnym.

Andrzej, lwowski metropolita Kościoła greckokatolickiego, wezwał wszystkie podległe sobie klasztory, by wśród ukraińskich i polskich sierot ukrywały również dzieci żydowskie.W klasztorach greckokatolickich uratowano 150 dzieci. A wokół świat szalał z nienawiści.

Na górze był staw hodowlany. Spuszczało się wodę z górnego stawu i kiedy spłynęła do dolnego, z mułu wybieraliśmy ryby do wiader. Któregoś razu poszedłem wyciągać ryby sam, piekły mnie nogi, miałem stopy popękane od słońca i brudu. I nagle zaczęła się strzelanina. Po jednej stronie stawu strzelali banderowcy, po drugiej jakaś inna grupa bojowników. Staw miał nie więcej niż 50–70 metrów szerokości. Byłem w środku. Kule świstały mi nad głową. Podbiegłem do krawędzi stawu, przytuliłem się, przeczekałem. Wokół stawu leżało kilku zabitych. Z mnichami wykopaliśmy rów i pochowaliśmy ich w jednym grobie.

Innym razem poszliśmy zbierać jeżyny. Natknęliśmy się na obozowisko. W palenisku żarzył się jeszcze ogień, a wokół leżało ponad 50 trupów. Zostali zabici z zaskoczenia. W trakcie wykonywania porannych czynności. Jedni się myli, inni trzymali łyżki w ręku, ktoś właśnie wstawał. Wróciliśmy do klasztoru po łopaty. Wykopaliśmy rowy.

Pan miał wtedy pięć-sześć lat?

Mniej więcej. Do dziś nie wiem, kim byli ci ludzie, dlaczego zostali zabici, przez kogo. Modliliśmy się za nich w klasztorze.
Zakonnicy ochrzcili mnie. Nadali imię Daniel. Przez długi czas myślałem, że dlatego, iż mój wychowawca, mnich, miał na imię Danyło. I nagle po dwudziestu latach, kiedy żeniłem się i potrzebowałem oryginalnej metryki urodzenia, w Archiwum Akt Zabużańskich odkryłem, że rodzice dali mi dwa imiona: Adam Daniel. Czy mnisi o tym wiedzieli? Czy to tylko zbieg okoliczności? Nie wiem. Nazywałem się Daniel Czerwiński.

Wierzył pan w Boga?

Wierzyłem w bardzo konkretnego, z którym można porozmawiać. Który reaguje na moje słowa. Wierzyłem, że nic nie dzieje się bez Jego woli, że Pan Bóg pomaga w nieszczęściu. I nie rozumiałem, coraz bardziej nie rozumiałem, dlaczego Bóg pozwala na masowe mordy, powszechne bestialstwo. Na żołnierskich pasach Niemcy mieli wypisane „Gott mit uns”, Bóg jest z nami. I myślałem coraz częściej, że jeśli Bóg jest rzeczywiście z nimi, to ten Bóg jest niewrażliwy na ludzką krzywdę.

I zwątpił pan?

Zwątpiłem, że można się do Niego odwołać i o coś prosić.

I zaczął nienawidzić?

Zastanawiałem się, jak ukarać Hitlera. Potem, po wojnie. Bo zło wokół było jego winą, jego osobiście – uważałem. On je w ludziach uruchomił.

Zabić?

Nie, nie. Zabicie to moment. Należy zamknąć w klatce – wymyśliłem – i obwozić po świecie jako monstrum.
Kiedy wkroczyli Rosjanie, sądziłem, że będzie inaczej. Poszedłem do szkoły. Za czasów niemieckich rozdawano nam podręczniki, gdzie na pierwszej stronie wydrukowane było ogromne zdjęcie pana z wąsikiem, otoczonego dziećmi. W kolorze brązowym. Stał i gładził je po głowach. To był Hitler. Po wejściu Sowietów dostaliśmy podręczniki z nowym zdjęciem. Czarno-białym. W podobnej scenerii. Jakiś pan z wąsami także stał wśród dzieci i też gładził je po głowach. To był Stalin.

W niemieckich podręcznikach pisano, że Sowieci są komunistami, bolszewikami i zbrodniarzami, a Niemcy – wyzwolicielami. W rosyjskich było odwrotnie. że Niemcy to faszyści, hitlerowcy i ludobójcy, a Rosjanie nas wyzwolili. Co było zresztą prawdą.

Nie widzi pan różnicy?

Dziennikarze z tygodnika „Spiegel” zapytali mnie kiedyś, jak tłumaczę ten rozmiar horrendalnych zbrodni, jakich dopuścili się Niemcy. Odpowiedziałem im, że nie rozumiem. Zajmowałem się kwestią niemiecką 17 lat po to, by zrozumieć, i rzuciłem to, ponieważ wszystkie socjologiczne czy ekonomiczne wyjaśnienia mogą tłumaczyć zjawisko, ale nie tłumaczą zachowań poszczególnych ludzi. Jak to się dzieje, że człowiek, któremu wpojono zasady etyczne, nagle zaczyna akceptować ludobójstwo?

Bo różnica między stalinizmem a hitleryzmem polega na tym, że stalinizm obiecywał świetlaną przyszłość, za którą trzeba było płacić jakąś nieprawdopodobnie wysoką cenę, i jeżeli ktoś był fanatykiem komunizmu, mógł uwierzyć, że osiągnięcie tego celu warte jest poświęcenia ludzkiego życia. Jednostka niczym, jednostka zerem. Wielu przyzwoitych ludzi w tę świetlaną przyszłość, niestety, uwierzyło. Co im się zresztą – to na marginesie – do dzisiaj wytyka. Kiedy jednak się zorientowali, że popełnili błąd, stawali się najostrzejszymi krytykami komunizmu.

Hitler zaś od początku mówił otwarcie, że zamierza mordować. On nikogo nie oszukiwał. Mówił, że naród niemiecki ma prawo być narodem panów i że gorszą – według niego – rasę należy zlikwidować: Żydów, częściowo Słowian. Niemcy więc, akceptując faszyzm, akceptowali zbrodnię. W Niemczech nie było rodziny, w której by jakiś jej członek nie był zaangażowanym nazistą. Tak jak w ZSRR trudno jest znaleźć rodzinę, nie dotkniętą prześladowaniami.

Był rok 1944 i do klasztoru zaczęły przyjeżdżać rodziny. Zabierały swoje dzieci. Czekałem. Każdego dnia ich wyczekiwałem.

Przeżyła pana starsza siostra.

Nie wiedziałem. Długo nie wiedziałem. Po mnie nikt się nie zgłaszał. Dlaczego?! Może… W klasztorze mówiło się, że na drodze zamordowano 11 Żydów, którzy szli do jednego z klasztorów odebrać swoje dzieci. Cudem przetrwali wojnę i zginęli. Z klasztoru w Uniowie raptem zniknęli dwaj żydowscy chłopcy. Rano zobaczyłem, że ich nie ma. Rodziny zabrały ich w nocy, po kryjomu. Jednego z nich – to też całkiem nieprawdopodobna historia – spotkałem w lipcu 1994 roku, dokładnie po 50 latach.

Jak?

Na świecie, proszę pani, jest 6 mld ludzi, nie znaliśmy swoich nazwisk i nagle w 1989 roku – telefon. Moja żona Basia odebrała. Dzwonił ktoś z obcym akcentem, spotkaliśmy się. Jechał do Polski z Francji i mieszkający tam przemyślanie poprosili go, by mnie odszukał. Bo co się okazało? że w telewizji francuskiej po filmie „Au revoir gar˜on” Louisa Malle’a odbyła się dyskusja, w której wystąpili dwaj mężczyźni, uratowani w czasie wojny w klasztorze niedaleko Lwowa. I szukają trzeciego. Jego nazwisko miało coś wspólnego z „czerwienią”. Ktoś z przemyślan skojarzył to ze mną.

Może to chodzi o pana? – zapytał nowy znajomy. Jednym z nich był Łewko Chamiński. Mam go na zdjęciu. Stoimy w grupie chłopców z mnichem Danyło. Ta fotografia z 1943 roku to jedyna rzecz, która zachowała mi się z pobytu w Uniowie. On też ją ma. Nawiązaliśmy korespondencję. A potem, gdy byłem w Ameryce, spotkaliśmy się. Mieszka w West Hartford, stan Connecticut. Jest znanym pediatrą kardiochirurgiem.

Kiedy zobaczył pan siostrę?

W l946 roku chyba. Pojawiła się w klasztorze z eskortą. Byli z nią dwaj żołnierze. Bała się sama przyjechać. Nie poznałem jej.

A ona pana?

Przyprowadzono ją do mnie, to poznała. Na pewno bardzo chciała mnie poznać. Była ode mnie starsza o jedenaście lat. Opowiedziała: rodzice uciekli z getta do lasu. 150 rodzin żydowskich ukrywało się w lesie. Ojciec kupował im żywność u okolicznych chłopów. Zimą 1942 roku kierownik jednej z wiejskich szkół, Ukrainiec, zaproponował, by rodzice na czas świąt Bożego Narodzenia przenieśli się do niego do stodoły. żeby się trochę wzmocnili. Rodzice byli wycieńczeni.

Ktoś ze wsi zauważył, że nosi on do stodoły jedzenie. Doniósł ukraińskiej policji. Rodziców odstawiono do więzienia w Przemyślanach. Mieściło się w podziemiach sądu, w którym ojciec występował przed wojną jako obrońca. Strażnikiem był dawny woźny sądowy. Podszedł do ojca, znał go. – Nie wiadomo – powiedział – co się z panem stanie, panie doktorze, ale jeśli chce pan zostawić jakąś wiadomość swoim dzieciom, to proszę napisać, ja im ten list po wojnie przekażę.

Rodziców stracono. Siostra – do wejścia Rosjan, czyli do lata 1944 roku – przetrwała w lesie, wyszła z lasu w koszuli nocnej. Nie wiedziała, gdzie jestem. Wiedziała tylko, że gdzieś zostałem oddany na przechowanie. Miała siedemnaście lat. Wróciła do Przemyślan. Strażnik ją odnalazł, oddał list ojca.

Był w nim pana adres?

Może niedokładny, A może tylko ze wskazówką, by po informacje o mnie poszła do tego czy innego. Nie widziałem tego listu. Ona od dawna nie żyje. Mam do siebie pretensję. Za mało ją wypytałem. Nie mogła mnie zabrać z klasztoru. Nie byłaby w stanie mnie utrzymać. Pracowała w fabryce spirytusu, zarabiała grosze, uczyła się w technikum chemicznym.

Zostałem w Uniowie. Do klasztoru przyjechało NKWD. Byłem przy tym, jak archimandrytę, a zarazem ihumena, czyli przeora Klemensa Szeptyckiego, wsadzano do samochodu. Był prawie niewidomy, bardzo stary. Z ledwością się poruszał. Długa broda, wysuszona, szlachetna twarz, bardzo wysoki. Wszyscy Szeptyccy byli niezwykle wysocy. Andrzej, metropolita Lwowa, miał ze dwa metry, Klemens ponad metr dziewięćdziesiąt.

Nosiłem mu paczki z klasztoru do więzienia w Przemyślanach. Więzienie mieściło się w gmachu NKWD. Przed jego wejściem wisiało dwóch młodych mężczyzn z opuszczonymi spodniami, z genitaliami na wierzchu. Nigdy tego nie zapomnę. Zabili ich i powiesili. Spuścili im spodnie, żeby ich po śmierci poniżyć. Na koszulach mieli przyczepione karteczki: walczyłem przeciwko władzy radzieckiej.

Po ukraińsku?

Nie, po rosyjsku. Ludzie omijali tę ulicę, by na nich nie patrzeć. Pewnego dnia paczki nie przyjęto. W klasztorze podejrzewano, że zmarł w więzieniu, albo go zabito. Po latach dowiedziałem się od Szwedów, którzy szukali śladów Raula Wallenberga, że siedział z nim we Władimirze nad Klaśmą w jednej celi i że umarł 1 maja w 1951 roku.

Jego starszy brat, Andrzej, miał więcej szczęścia. Umarł w listopadzie 1944 roku i nie zdążył doświadczyć prześladowań. Od lat ciężko chorował, był sparaliżowany. Cały Lwów wyległ na jego pogrzeb. Przybył nawet Nikita Chruszczow, I sekretarz Ukrainy. Stalin nie powziął jeszcze decyzji o likwidacji Cerkwi greckokatolickiej. Z takimi honorami nie żegnano w Związku Radzieckim żadnego hierarchy Kościoła.

W kilka miesięcy później decyzja już była. Podjęto na wielką skalę operację zniesławienia i fizycznej eliminacji hierarchów tego Kościoła. […] Cerkiew greckokatolicką zdelegalizowano w 1946 roku. Rok później rozwiązano mój klasztor. Mnichom pozwolono jeszcze zostać, a dzieci przewieziono do Domu Dziecka w Złoczowie. Kierownik spojrzał na mnie i zapytał: – imię, nazwisko, imię ojca. Daniel Czerwiński. A otczestwo? Nie znam. – Nu ładno – powiedział – ja Borys, to ty będziesz Borysowicz. Zrobił to spontanicznie. Dał w ten sposób jakby do zrozumienia, że w razie problemów mogę na niego liczyć. Jego też – jeśli kiedyś spiszę swoje wspomnienia – wciągnę na listę tych przyzwoitych.

A z nieprzyzwoitymi co pan zrobi?

Wie Pani, to może dziwne. Ale ja ich chyba nie spotykałem.

Musieli być!

To widocznie wyeliminowałem z pamięci. Nie pamiętam złych ludzi.

Nie chce ich pan pamiętać, prawda?

Nie chcę. Osądzanie ludzi, rzuconych w ekstremalne warunki, jest zbyt łatwe. W Domu Dziecka w Złoczowie nie podobało mi się. Czułem, jakby przerzucono mnie z normalnego świata do sztucznego.

Co było sztuczne?

W klasztorze nie było elektryczności. Chodziło się wcześnie spać i wcześnie wstawało. Czytało się przy świetle dziennym lub przy lampie naftowej. Lampy były stajenne, odrutowane, ochraniały szkło przed zbiciem. I można było z nimi wejść do obory czy stajni bez obawy, że od płomienia zajmie się słoma lub siano.

Czas zorganizowany był według pór roku. W marcu szło się do lasu nacinać korę brzóz, by zebrać sok. W lecie był zbiór kwiatu lipowego, w czerwcu, lipcu i sierpniu zbierało się jeżyny i maliny. Setki kilogramów. Na sok i konfitury. W lipcu – sierpniu żęło się zboże, proso, grykę. Potem zbierało się jabłka. Z jabłek robiło się susz (były do tego specjalne piece) oraz kisiło się je w beczkach, przekładając kapustą. Jesienią zaczynały się wykopki.

A w Domu Dziecka w Złoczowie prowadzono nas do łaśni w szortach czwórkami i trzeba było chodzić na wieczorne apele. Na apelach śpiewaliśmy po rosyjsku hymn Naprzód, młodzieży świata. Ten hymn wydawał mi się okropny. To ja mam codziennie to śpiewać? No, nie – pomyślałem.

Po kilku dniach stwierdziłem, że nie wytrzymam. Zmówiłem się z dwoma kolegami, że wracamy do Uniowa. Kiedy wszystkie dzieci czwórkami szły do szkoły, urwaliśmy się. Był styczeń 1947 roku. Nie mieliśmy butów, tylko kilka par wojłokowych kapci. Musieliśmy pokonać 60 kilometrów. Odmroziłem sobie nogi.

Swędzą?

Zostały blizny. Szliśmy drogą zasypaną śniegiem. Pamiętam śpiew drutów telegraficznych. Przy silnym mrozie i wietrze zawodzą i świszczą. Gdy na drodze pojawiała się ciężarówka, kryliśmy się w rowach. Baliśmy się, że po nas. Zakonnicy, gdy nas zobaczyli, zgłodniałych, z ranami na nogach, byli wniebowzięci. Jak właściciele, którym zagubił się pies i nagle się odnalazł. W klasztorze mnisi już nie chodzili w sutannach i habitach, ale w prostym, chłopskim odzieniu.

Potem wywieziono ich na Syberię?

Wielu.Znowu był strach. Klasztor – nie mówiono o tym, ale domyślałem się – sympatyzował z banderowcami i potajemnie im pomagał. Być może drukował także ich wydawnictwa. W podziemiach cerkwi była drukarnia, widziałem ją. Drukowało się w niej biblię, modlitewniki, psalmy.

Zaczęła się akcja wywożenia ludzi na Syberię. Jedyną formą przetrwania, myślałem, to wtopić się w otoczenie, stać się niewidocznym. Ludzi ładowano do ciężarowych samochodów. Później rodziny zesłanych przychodziły do klasztoru, by odczytywać ich listy nadchodzące z Syberii i Azji Środkowej. Miejscowi chłopi byli przeważnie niepiśmienni. Pełniłem funkcję pisarza.

Jesienią 1947 roku, po wielkiej suszy, napłynęła do Uniowa ogromna fala głodujących uciekinierów. Stali w ponadkilometrowej kolejce po miskę zupy z bobu i warzyw. Byli opuchnięci z głodu, nie mieli siły stać. Jeden poprosił mnie o kromkę chleba w zamian za jajko. Jajko było dla mnie atrakcją. Postanowiłem zjeść je w stodole, obierałem delikatnie, było dziwnie miękkie. Takich nie znałem. W klasztorze dostawaliśmy je na twardo przy okazji świąt wielkanocnych. Uznałem, że jest zepsute. Cisnąłem w belkę stodoły. Rozprysło się. Miałem poczucie, że zostałem nabrany.

Z końcem 1949 roku odwieziono mnie do siostry, do Przemyślan. Wyszła za mąż. Za powracającego z Niemiec żołnierza, sierżanta Armii Czerwonej, był Jakutem. Oboje pracowali w fabryce spirytusu, on jako księgowy, ona – laborantka. Siostra powiedziała mi, jakie jest moje prawdziwe nazwisko. Jakie imiona nosili nasi rodzice. Zastanawiałem się kilka dni. Podjąłem decyzję: wrócę do swojego prawdziwego nazwiska. Przy najbliższej okazji.

Dla nich?

Nie. Uznałem, że to bez sensu udawać przez całe życie kogoś innego.

Wielu zmieniało.

Wiem. W tym samym czasie ogromna liczba osób w Polsce dokonywała zabiegu odwrotnego. Ja ich rozumiem. Oni mieli straszne przeżycia wojenne, chcieli się od nich odciąć. Oni uważali, że jak zmienią nazwisko, to przestaną się wyróżniać. Wtopią się w otoczenie, staną się częścią polskiego społeczeństwa i wtedy pozbędą się wszystkiego, co ich od otoczenia wyróżnia, wszystkiego, co stanowi zagrożenie.
Dobrze zrobiłem. Do dziś uważam, że to była słuszna decyzja.

Znowu był głód. żywiliśmy się głównie pokrzywą. Poszedłem do szkoły. Pamiętam sympatycznego dyrektora. Nazywał się bodaj Petrenko. Wkrótce został aresztowany i skazany na 25 lat łagru. Mówiono, że za nacjonalizm i kolaborację z Niemcami w czasie wojny.
Aresztowano męża mojej siostry. Z fabryki wynoszono spirytus, to wsadzono wszystkich jak leci, winnych i niewinnych. Nosiłem mu do więzienia papierosy. Zarabiałem też jakieś grosze roznosząc mleko. Kiedy je przynosiłem do żony dyrektora fabryki, zapraszała mnie na śniadanie. […]

Jak o tym teraz myślę, to jakbym rozmyślał o innej cywilizacji. Tamta rzeczywistość była tak totalnie różna od obecnej, że łapię się często, iż nie sposób jej opisać. Jest niezrozumiała. Brakuje języka adekwatnego do zjawisk, o których chce się opowiedzieć.
Pewnego dnia pojawili się u nas w domu dwaj oficerowie NKWD. Wciąż jeszcze nazywałem się Czerwiński.Powiedzieli, że poszukuje mnie –Adama Rotfelda – polska ambasada w Moskwie. Zapytali, czy zgadzam się wyjechać do Polski. Odpowiedziałem: tak…

Od razu?.

Tak.

Bez namysłu?.

Bez.

Jak wtedy, gdy przyszedł mnich i pan wstał…

Ogromną ilość decyzji, jakie podjąłem w życiu, podejmowałem odruchowo, bez zastanowienia. Gdybym poddawał je chłodnej analizie, prawdopodobnie moje życie potoczyłoby się inaczej. Chyba gorzej..

Ale że pana odnaleźli?

No właśnie. To ciekawe. […] W 1950 roku miałem 12 lat, mieszkałem z siostrą w Przemyślanach, te tereny były świeżo inkorporowane do Związku Radzieckiego, oni nie mieli, nie mogli jeszcze mieć rozbudowanej sieci informatorów czy konfidentów, i nagle przychodzą do naszego mieszkania i pytają o Adama Rotfelda.

Bo siostra jak się nazywała?

Po wyjściu za mąż Alina Łobanow. Oni do tego doszli, po nitce do kłębka. Odnaleźli mnie jak igłę w stogu siana. Jeden z nich, wychodząc od nas, był już w drzwiach, przystanął i zapytał: – A ty właściwie dlaczego chcesz jechać do Polski? Zapytał prawdopodobnie przez ciekawość. Zaintrygowało go, że dziecko, które żyje w najlepszym ze światów, po prostu w raju, samo dobrowolnie chce ten raj opuścić. Odpowiedziałem, że nigdy w Polsce nie byłem, chcę ją zobaczyć i jak nie będzie mi się tam podobać, to wrócę.

Z dzisiejszej perspektywy ta odpowiedź brzmi ironicznie. To nie jest przecież prawda, że w Polsce nigdy nie byłem. Byłem. I to nie ja Polskę opuściłem, tylko Polska odjechała ode mnie. Z Przemyślan do nowej granicy jest bodaj 70 km.

Siostra zostawała?

Tak, miała już dziecko. Dopiero po 1956 roku rozwiodła się i sprowadziłem ją do Polski, w kilka lat później umarła..

W Przemyślanach więc pana nie zatrzymywała?

Nie. I ona, i ja wiedzieliśmy, że dla mnie ten wyjazd jest szansą. Szansą na zmianę środowiska, na uczenie się. W Związku Radzieckim moja edukacja skończyłaby się na przyfabrycznej szkole zasadniczej – Fabryczno-Zawodskoje Obuczenije.

Wsadzili mnie do pociągu. Zatrzymywaliśmy się w różnych miastach. Na kilka dni. Do pociągu wsiadały kolejne dzieci. Wczesną wiosną 1951 roku dotarłem do Grodna. W Grodnie nas umyto oraz przebrano w nowe ubrania. Do Polski jechało ponad 3 tysiące dzieci.Pozbieranych z całego Związku Radzieckiego. Na murach wisiały ogromne napisy „Drogiemu Stalinowi dziękujemy za szczęśliwe dzieciństwo”.
Jeśli kiedyś napiszę autobiografię, zatytułuję ją: W czepku urodzony, a pierwszy rozdział będzie się nazywał Szczęśliwe dzieciństwo.

Żeby zabrzmiał jak ironia?

Nie, proszę Pani. Ja naprawdę uważam, że nie miałem najgorszego. W moim pokoleniu miliony ludzi doświadczyły przeżyć dużo bardziej dramatycznych. Bo co bym na przykład czuł, gdyby moich rodziców aresztowano i torturowano, a mnie kazano wstydzić się za nich. I ja wbrew sobie musiałbym ich publicznie potępiać, żeby im nie zaszkodzić? Nie, nie, ja wtedy w tych napisach nie widziałem żadnej ironii. Napis jak napis. Oznaczał dla mnie tyle co nazwa stacji czy zakaz palenia. […]

Dojechaliśmy do Dusznik-Zdroju. Przez dwa miesiące do Państwowych Domów Wczasów Dziecięcych – „Odra”, „Nysa” i „Bałtyk” – zgłaszały się rodziny. Nie odebrano tylko mnie, Adama Seinfelda i Litwina z malutką siostrzyczką.

Kto się więc o pana upominał?

To byli starsi ludzie, znajomi rodziców, wiedzieli od nich, że gdzieś mnie ukryto. Odszukałem ich później. On wykładał na AGH, stracili wszystko na wschodzie i mieszkali w jednym pokoiku. Zawiadomiono ich – dali mi to pismo – że „dzięki przychylnemu ustosunkowaniu się rządu sowieckiego i na skutek starań ambasady RP w Moskwie odnalezione zostało i repatriowane do Polski dziecko Daniel (Adam Rotfeld) … i może być w każdej chwili przekazane rodzinie”. Oni strasznie się ucieszyli, że jestem w Polsce, że im się udało sprowadzić mnie do Polski. Ale nie byli w stanie się mną zająć. […]

Naszą czwórkę przewieziono do Domu Dziecka do Krakowa. Były w nim sieroty wojenne – głównie żydowskie. Zmartwiłem się. Co za pech – pomyślałem. Zaczną się kłopoty. Ale nie miałem wyboru.
Więc trudno, jest nowa sytuacja, nie mam lepszego wyjścia i na razie muszę rozejrzeć się, co z tego wyniknie. Stałem spokojnie razem z Adamem Seinfeldem oraz Litwinem i jego siostrzyczką. On był wysoki, miał ze czternaście lat, a ona malutka – z siedem. Cały czas trzymał ją za rączkę. Nagle wyszli do holu i my z Adamem zostaliśmy sami.

Spojrzał na mnie i zapytał: zostajesz tutaj? – A co mam robić? – odpowiedziałem. On, że nie, że: ja tutaj nie zostanę.

– Nie? Dlaczego? – Tu są Żydzi – powiedział.

Kiedy weszła kierowniczka Domu Dziecka, pani Eugenia Gostyńska, turlaliśmy się pod stołem. – Chłopcy – była przerażona – co wy tam robicie. Wyczołgaliśmy się spoceni, było gorąco, lipiec, a my w ciężkich, grubych, zimowych płaszczach. I Adam ze łzami w oczach zaczął jej tłumaczyć: – Ja nie chcę tu zostać, tu są Żydzi, ja wierzę w Pana Jezusa, ja nie jestem Żydem, ja z Żydami nie chcę mieć nic wspólnego.

– Chłopcze – uspokajała go pani Gostyńska – nikt ci tutaj nie zabrania wierzyć w Pana Jezusa. Możesz wierzyć, jak chcesz, w kogo chcesz, masz prawo. To było w 1951 roku, a w 1955 Adam jako jeden z pierwszych wyjechał do Izraela, zmienił nazwisko, by brzmiało po hebrajsku, nazywa się Nir, wstąpił do wojska i stał się gorącym izraelskim patriotą.

Znał pan polski?

Troszeczkę. Z siostrą rozmawialiśmy mieszaniną ukraińsko-polską. Ale to nie był problem. Po dwóch miesiącach swobodnie się porozumiewałem. Język, jak go się znało we wczesnym dzieciństwie – a ja znałem, bo rodzice przecież rozmawiali ze mną po polsku – szybko wraca. Popełniałem tylko masę błędów, na fabrykę mówiłem „zawod”, a o synach króla powiedziałem raz: króliki i cała klasa wtedy się śmiała.

Przykre?.

Nie, nie. Z polskiego i historii po kilku miesiącach nie miałem sobie równych. Dom Dziecka w Krakowie był piękny, znakomicie wyposażony przez amerykańskie organizacje charytatywne. W tamtej biedzie, dzisiaj niewyobrażalnej, dzieci w domach sierot często znajdowały się w dużo lepszej sytuacji bytowej niż te w normalnych rodzinach. W naszym domu – magazyny były pełne nowych ubrań. Mogłem wybierać, co chciałem. Mogłem być najlepiej ubranym chłopcem z całej szkoły.

I szpanować?

Ale nie chciałem, mnie to nie interesowało. Nam, sierotom, naprawdę w tamtych realiach niczego nie brakowało. Ani jedzenia, ani ubrania.

Tylko rodziny?

No tak. Ale dzieci miały poczucie wspólnoty. Wynikające z przekonania, że poza sobą nikogo nie mają. I była pani Gostyńska, nasza kierowniczka. Kobieta nieskończenie dobra. W pewnym momencie chciała mnie nawet adoptować. W czasie lekcji ktoś wszedł z dyrektorem do klasy i powiedział, że jestem wezwany do sądu dla nieletnich. Nie kojarzyłem, o co chodzi. Okazuje się, że sprawa o adopcję. Pani sędzia pyta: – Czy małoletni się zgadza. Mówię: – Nie.

Nie chciał pan mieć rodziny?

Nie. Sam chciałem o sobie decydować. – Dlaczego nie? – pyta pani sędzia. Była zaskoczona. Myślała, że sprawa jest uzgodniona. Mówię: – Jestem za duży, adoptować można dzieci nie mające świadomości. Pani Gostyńska została moją opiekunką prawną..

Wkrótce, chyba w 1952 roku, połączono dwa domy sierot wojennych. Dzieci ze Śródborowa koło Warszawy przywieziono do Krakowa. Z dobytkiem i z dyrektorem. Uznaliśmy, że wieś zjechała do miasta. Panią Gostyńską odsunięto, a dyrektor ze Śródborowa został dyrektorem całego domu. Był to pedagog z ambicjami.

Komunista?

Nie. Ale jak wielu wtedy uważał, że wszystko, co przychodzi ze Związku Radzieckiego, jest postępowe. Wierzył w Makarenkę. Dyscyplina, posłuszeństwo, narzucanie swoich wyobrażeń jak żyć. I metody wychowawcze, jakich my, dzieci krakowskie, nie chcieliśmy zaakceptować. Któregoś razu – by nas zdyscyplinować – postanowił za niesubordynację ukarać dwie dziewczynki i dwóch chłopców. Karą miało być odesłanie ich na jakiś czas do innego Domu Dziecka..

Byłem wtedy wiceprzewodniczącym rady dziecięcej, odpowiadałem za bibliotekę. Żona dyrektora poprosiła mnie – ona była kierowniczką pedagogiczną – bym poparł tę decyzję i przekazał ją dzieciom. Powiedziałem, że tego nie zrobię. Miałem 13 lat. Kierowniczka się obruszyła: dlaczego?

To byli przyzwoici ludzie. Zebrali sieroty z Azji Środkowej, po rodzicach zesłanych na Syberię lub rozstrzelanych, przywieźli je do Polski, opiekowali się nimi.

Odpowiedziałem, że tego nie zrobię, ponieważ uważam, że kara jest niesprawiedliwa. Ta czwórka dzieci została okrutnie doświadczona przez los i wydalanie ich z Domu Dziecka, w którym czują się dobrze i bezpiecznie, jest najgorszą, najbardziej poniżającą karą, jaka może ich spotkać. […]

Do ZMP pan należał?

Krótko. W Liceum im. Augusta Witkowskiego w Krakowie. Usunięto mnie za opowiadanie politycznych dowcipów. […] Koledzy z klasy stanęli w mojej obronie. To niesamowite, miałem dziesiątki przeprowadzek w życiu, pogubiłem masę rzeczy, a te ich pisma – wystukane na maszynie niezdarną polszczyzną – zachowały się.

„Koło ZMP X klasy było mocno wzruszone (poruszone – chcieli napisać) po usunięciu z ZMP kolegi Rotfelda, naszego przewodniczącego i […] prosi Zarząd Miejski uchylić decyzję konferencji.” Inna grupa kolegów wystąpiła „z wnioskiem o ponowne rozpatrzenie sprawy kolegi Daniela Rotfelda”. Do ZMP mnie nie przywrócono, ale w szkole zostałem wybrany – także dzięki życzliwości dyrektora liceum – na V Światowy Festiwal Młodzieży i Studentów do Warszawy. Dostałem kartę uczestnika.

W l955 roku.

Dzięki temu dostałem się na studia. Dokonałem wybiegu. W rubryce przynależność organizacyjna wpisałem: uczestnik Światowego Festiwalu Młodzieży, dając komisji do zrozumienia, że jestem prawomyślny. Nikt mnie o ZMP już nie pytał. A po 1956 roku Związek rozwiązano.

Ukończył pan elitarną uczelnię, Wydział Dyplomatyczno-Konsularny Szkoły Głównej Służby Zagranicznej w Warszawie.

Po studiach ubiegałem się o pracę w MSZ-cie. Przystąpiłem do egzaminów kwalifikacyjnych. Zdawałem razem ze Sławkiem Dąbrową, naszym póśniejszym ambasadorem kolejno: w Sztokholmie, Belgradzie i w Sofii. Zadano mu kilka pytań. Odpowiedział. Czekałem na swoją kolej. I nagle zorientowałem się, że komisja chce mnie z egzaminu wyeliminować. Zapytano Sławka, jakie obywatelstwo mają mieszkańcy Watykanu. Powiedział: – Mają obywatelstwo Stolicy Apostolskiej. – Nie – odrzekli – błędna odpowiedź.

I z tym samym pytaniem zwrócili się do mnie. Powiedziałem: – Kolega udzielił prawidłowej odpowiedzi. Wtedy przewodniczący komisji, kierownik kadr w ministerstwie, rzucił w moją stronę uwagę: – Po co się pan w ogóle zgłosił na egzamin? Pański kolega – wskazał na Dąbrowę – na wszystkie pytania odpowiada bez zarzutu, a pan nie potrafi na żadne. Nikt z komisji nie zareagował, wszyscy milczeli.

I wtedy Dąbrowa, któremu też bardzo zależało na zdobyciu pracy w ministerstwie i na tym egzaminie byłem dla niego konkurentem, odezwał się: Panie przewodniczący, mój kolega na zadane pytanie odpowiedział dokładnie jak ja, a innych pytań do tej pory nie otrzymał.

Komisja zorientowała się, że chamskie numery nie przejdą, i zaczęła mnie pytać. Zdałem celująco. Byłem szczęśliwy. Na 24 kandydatów tylko trzy osoby zdały celująco. Jerzy Nowak, obecnie nasz ambasador przy NATO, Sławomir Dąbrowa i ja.

Nowak był pana przyjacielem.

Jest od czasów studenckich. Mieszkał jak ja w akademiku. I był chyba jedynym, który zainteresował się, dlaczego nie wyjeżdżam na święta. – Co tutaj sam będziesz robić? – zapytał. Nic – mówię. Więc on: to pojedź ze mną do rodziców. Jego rodzice byli nauczycielami pod Grójcem. Jeździłem do nich wielokrotnie.

Jurka i Sławka powiadomiono, że zostali przyjęci do pracy, a mnie nie zawiadomiono. Poszedłem do kadr zapytać, co się stało. Naczelnik wydziału spojrzał na mnie. – Sądziłem, że jest pan bardziej inteligentny. Przecież od początku – powiedział – było oczywiste, że pana nie przyjmiemy. – Dlaczego? – zapytałem. A on: – Niech się pan domyśli.

Czego?

No wie pani, nie domyśliłem się tego, czego się pani domyśla.

Już w 1961 roku?

Akcja eliminowania Polaków żydowskiego pochodzenia z urzędów centralnych została podjęta wcześniej, po Październiku 56 roku. Oczywiście nie na zasadzie oficjalnie zadeklarowanej polityki, ale cichych decyzji. Nikogo z pracy jeszcze nie wyrzucano, ale nie należało przyjmować nowych. Chyba że dzięki szczególnym znajomościom. Ja ich nie miałem.

Kadry MSZ-u mieściły się na IV piętrze. Zszedłem na dół. Byłem zszokowany i załamany. Nie wiedziałem, co mam ze sobą robić. W holu natknąłem się na swego profesora z uczelni. – Dlaczego pan taki ponury? – pyta. Opowiadam. Machnął ręką: – Niech się pan nie przejmuje, niech pan przyjdzie do mnie w poniedziałek (to był piątek), coś panu znajdę.

On pracował w Polskim Instytucie Spraw Międzynarodowych. Znalazł mi prace zlecone. Miałem robić kwerendę artykułów o polskiej polityce zagranicznej w okresie międzywojennym na podstawie dwóch dzienników: rządowej „Gazety Polskiej” i endeckiego „Warszawskiego Dziennika Narodowego”. Przeczytałem je od deski do deski – od listopada 1918 do września 1939 roku. Była to dla mnie bardzo ważna lekcja historii Polski.

Po paru miesiącach otrzymałem etat. Znowu miałem szczęście. Praca w PISM-ie uchroniła mnie od wielu przykrych doświadczeń, jakich na pewno doznałbym w MSZ.

W PISM-ie ich nie było?

Było różnie, ups and downs. Ale – powiedziałbym – miałem je na własne życzenie.

Czyli…?

Za nic nie chciałbym uchodzić za kombatanta. Albo za ofiarę. Nie jestem ani kombatantem, ani ofiarą. Miałem normalne życie, może trochę ciekawsze od innych, ale suma przykrości, jakich doświadczyłem, trzyma się przeciętnej krajowej.

Mnie chodzi o fakty. Po kolei.

Ubiegałem się o stypendium zagraniczne. Oczywiście za zgodą dyrektora Instytutu. Trudno zostać dobrym naukowcem, a takie miałem ambicje, żyjąc w oderwaniu od świata, od najważniejszych ośrodków naukowych.

4 marca 1968 roku, w swoje trzydzieste urodziny, zdawałem egzamin z angielskiego w ambasadzie amerykańskiej. Poszedł mi dobrze. Po kilku dniach ambasada powiadomiła mnie, że uzyskałem stypendium Fundacji Fullbrighta. Byłem wniebowzięty. Bardzo chciałem porządnie nauczyć się angielskiego. Złożyłem podanie o paszport.

A w kilka dni później był 8 marca i rozpoczęły się tzw. wypadki marcowe. […] Dostałem wymówienie warunków pracy i płacy oraz zakaz przychodzenia do Instytutu. Ten zakaz cofnięto po dwóch miesiącach i przywrócono mnie do pracy, ale z pensją dwukrotnie niższą. Czyli, jak poprzednio miałem 4400 zł, dostałem 2200. Do głowy mi nie przyszło, że w czterdzieści lat później będzie
to miało znaczenie przy ustalaniu wysokości mojej emerytury.

Nie chciał pan emigrować?

Był taki moment, że liczyłem się z tym, iż mogą mnie aresztować. Chodziły pogłoski, że przygotowane są listy, będą tworzone obozy.

Straszenie?

Po to, żeby ludzie wyjeżdżali.

Mieszkałem wtedy w bloku naprzeciwko hotelu Grand, w mieszkanku 23 metry kwadratowe i 60 centymetrów, było ono na siódmym piętrze, a winda dochodziła do szóstego. Zszedłem do sąsiadów – zupełnie ich nie znałem – zapukałem i powiedziałem, że ponieważ czasy są niepewne, ja mieszkam sam, nie wiem, co ze mną będzie, to jak będą mnie wyprowadzać, przy windzie zrobię straszny raban i wtedy, proszę, zawiadomcie moich znajomych. Podałem numery telefonów.

Zgłosił się do mnie jakiś funkcjonariusz z MSW. – Na wyjazd do Ameryki na stypendium – oświadczył – nie ma pan szans, ale może pan wyjechać na stałe. Odpowiedziałem mu: nie wykluczam, że tego nie zrobię, ale o tym, czy wyjadę, czy nie, to ja będę decydować, a nie wy. Nie dostałem paszportu.

Po raz pierwszy?

W l962 roku też nie dostałem. Miałem jechać na Festiwal Młodzieży i Studentów do Helsinek. Byłem wówczas przewodniczącym Studenckiego Stowarzyszenia Przyjaciół ONZ. Na Festiwal jechało z Polski kilkaset osób. Tylko ja zostałem w ten sposób „wyróżniony”.

Domyśla się pan, dlaczego?

Może dlatego, że odmówiłem im współpracy. W czasie studiów pracowałem jako tłumacz przy Wyścigu Pokoju. Opiekowałem się drużyną radziecką i NRD-owską. Przyszedł jakiś facet i powiedział, żebym im mówił, o czym rozmawiają kolarze, bo mogą być prowokacje antyniemieckie i antyradzieckie. Propozycję uznałem za kuriozalną i absurdalną. Musiałem mu – pod odpowiedzialnością karną – podpisać, że fakt i treść przeprowadzonej rozmowy zachowam w tajemnicy. Podpisałem. Przez kilka lat miałem spokój.

Kiedy wezwali?

Chyba w 1962 roku. Tylko nie pamiętam – przed czy po odmowie paszportu do Finlandii. Zadzwonił jakiś facet i zaprosił na kawę. Namawiał do współpracy. Powiedziałem mu, że każde państwo potrzebuje służb specjalnych i ja to rozumiem, ale rzecz polega na tym, że nawet gdybym chciał przyjść do was do pracy, to bym nie mógł, bo się kompletnie do tego nie nadaję. Nie lubię niczego ukrywać, chętnie i dużo mówię, nie jestem dyskretny.

A on, że: – Ja wiem, pan się boi, iż będziemy od pana oczekiwać donosów, a my nie, my tego od pana nie oczekujemy. Myślimy o panu bardziej przyszłościowo.I wyjaśnił: pan ma przyjaciół za granicą, więc niech pan dalej z nimi utrzymuje kontakt, a za piętnaście – dwadzieścia lat, kiedy pan osiągnie jakąś pozycję i oni dojdą do stanowisk, te kontakty będą bardzo przydatne dla Polski.

To ciekawe, co pan mówi – odpowiedziałem – ale ja nie mam przyjaciół za granicą, bo ja nigdy za granicą nie byłem.
– Jak to pan nie ma? – wyciągnął kopie listów i kartek wysyłanych do mnie na Boże Narodzenie czy Wielkanoc od znajomych, którzy wyjechali z Polski. Żachnąłem się. Ja każdą pracę – powiedziałem – szanuję, także pracę strażnika więziennego, bo państwo potrzebuje i więzień, i strażników. Ale ja nie mam mentalności strażnika więziennego. I jeśli pan – oświadczyłem mu
– czyta cudze listy, to ja nie będę z panem rozmawiał. Podszedłem do kelnera, zapłaciłem za swoją herbatę. Tamten pan – wskazałem na niego – zapłaci za swoją. I wyszedłem.

Po wielu latach dowiedziałem się w MSZ-cie, od jednego z wiceministrów, który próbował odblokować mi paszport, że tego funkcjonariusza obraziłem. Bo PRL porównałem jakoby do obozu koncentracyjnego, a pracowników MSW do strażników w tym obozie.

Skąd wiedział?

Sprawdził w mojej teczce. Zawsze, proszę Pani, były w Polsce jakieś teczki. On chciał mi pomóc. Wiele osób próbowało mi pomóc.

Stypendium Fullbrighta 1968 roku przepadło?

Przepadło i w 1969. Potem także i inne. Odwołania nie pomogły. Przez pięć następnych lat nie dostawałem paszportu.

Kto go odblokował? […]

Padnie nazwisko także dzisiaj źle widziane. Cyrankiewicz. Myślę, że on.

Premier, z krótką przerwą, w latach 1948–70, a od 1973 roku przewodniczący Ogólnopolskiego Komitetu Obrońców Pokoju.

Zadzwoniła do mnie jego sekretarka, pani Elżbieta Kolankowska, że Cyrankiewicz prosi o napisanie mu przemówienia. Nie bardzo chciałem tracić czas. Uważałem, że z tego, co napiszę, nie będzie zadowolony. Pani Elżbieta nalegała. Dzwoniła drugi raz, trzeci. Mówiła, że Cyrankiewicz jest bardzo inteligentny, mądry, doświadczony. Zgodziłem się. Pomyślałem: pójdę do niego na rozmowę, dowiem się czegoś, zapytam, co zdecydowało, iż on – działacz socjalistyczny – mógł być premierem i wicepremierem w najgorszym okresie stalinizmu, ten stalinizm w gruncie rzeczy swoim nazwiskiem firmując.

– Józek jestem – przywitał mnie.

– Panie premierze – powiedziałem – umówmy się, że pan może mi mówić po imieniu, ale ja zachowam formy.

Był od pana starszy o prawie 20 lat.

Całe pokolenie.

A co z przemówieniem dla niego na Kongres Światowej Rady Pokoju w Warszawie?

Napisałem. Siedziałem na sali, gdy je wygłaszał. Z mojego projektu nie wykorzystał ani jednego zdania.

– No i co? – podszedł do mnie w przerwie.

– Pan premier – powiedziałem – mówił jak zwykle, z wielką swadą.

– Chcesz powiedzieć, że twoje było lepsze – zauważył.

– Nie, nie – zaprzeczyłem – nie o to chodzi, ale moje zawierało jakąś myśl.

– Niejedną – roześmiał się. – Masz czas? To chodźmy na obiad, zapraszam.

[…] Pewnego dnia, było to w kwietniu lub maju 1979 roku, Cyrankiewicz znowu zadzwonił.

– Słyszałem – powiedział, że jesteś ze Lwowa.

– Niezupełnie. Jestem z okolic Lwowa.

– A chciałbyś – zapytał – pojechać do Lwowa na konferencję dotyczącą bezpieczeństwa europejskiego jako przedstawiciel Polskiego Komitetu Pokoju?

– Z największą przyjemnością.

– No, to jesteś mianowany przewodniczącym polskiej delegacji. Wygłosisz tam przemówienie.

Zapytałem, kto wchodzi w skład tej delegacji.– Szwaczka, praczka, pomywaczka – odpowiedział. (Śmiech).

Czyli?

Reprezentacja szerokich warstw społeczeństwa, jak się wtedy mówiło. Nauczycielka z Krosna, działacz sportowy i wzorowy rolnik, zabierałem ich po drodze do samochodu. Konferencja odbywała się w sali Opery we Lwowie. Obecni byli przewodniczący Rady Najwyższej Ukrainy, wybitny pisarz Ołeś Honczar, przewodniczący władz miejskich Lwowa i inne osobistości. Wszyscy mówili po rosyjsku. Zorientowałem się, że głos zabierali przedstawiciele poszczególnych państw w kolejności według rosyjskiego alfabetu: Bułgaria, Węgry, NRD.

Wyszedłem na korytarz.– Przepraszam pana – zaczepiłem jakiegoś robotnika pilnującego kabli – czy pan zna ukraiński?

– Tylko ukraiński – powiedział. – A mógłby mi pan pomóc przetłumaczyć kilka zdań z polskiego na ukraiński? – Proszę bardzo.

Przetłumaczyliśmy. Wróciłem na salę. Udzielono głosu przedstawicielowi polskiej delegacji. Zacząłem po ukraińsku. Na sali zrobiło się cicho.
Cisza, odkryłem wtedy, może być bardziej znacząca niż najgłośniejsze oklaski. Byłem pierwszą osobą, która w tej sali, na tej konferencji, mówiła po ukraińsku. Powiedziałem, że wielu Polaków zna ukraiński, a jeszcze więcej Ukraińców zna polski, dlatego uznałem za właściwe wszystkich zgromadzonych powitać po ukraińsku.Burza oklasków.

W czasie przerwy podszedł do mnie Ołeś Honczar. W kilka lat później napisał wybitną powieść Chram i został wyklęty jako nacjonalista i rewizjonista.

– Skąd pan zna ukraiński? – zapytał.

– Jako dziecko – wyjaśniłem – przebywałem w klasztorze w Uniowie, a te- raz – postanowiłem mu powiedzieć – przyjechałem do Lwowa po to, by ten klasztor odwiedzić.

– To jest niemożliwe – mówi.

– Jest możliwe! – odpowiadam.

– Nie – on na to – wykluczone.

– Mam już kupiony – pokazałem – bilet autobusowy do Przemyślan, a dalej do klasztoru pójdę piechotą.

– Nie, nie, niech pan tego nie robi, ja pana bardzo proszę, to będzie uznane za prowokację.

Prowokację?

Każde zachowanie nieakceptowane przez władze nazywało się prowokacją. Uparłem się. Nie ma w tym żadnej prowokacji, dla mnie to podróż nostalgiczna.Potem od rosyjskich naukowców dowiedziałem się, że na mój temat odbyła się długa dyskusja. Rosjanie powiedzieli, że mnie znają i taką podróż można zorganizować, ale pod kontrolą. Cała delegacja pojechała do kołchozu w Złoczowie, a mnie wsadzili do samochodu, do towarzystwa dodali mi przedstawiciela Rajkomu i samochód milicyjny, który jechał przed nami. Wjechaliśmy do Przemyślan na ulicę Mickiewicza. Była przemianowana na wułycia Lenina.

Dzisiaj…?

Obecnie wułycia Hałycka.

– To jest mój dom – powiedziałem.

– Nie, nie – rzekł przedstawiciel Rajkomu – na Mickiewicza są dwie idenyczne wille, ta należała do państwa Wójtowiczów, a wasza jest dalej. Przedstawiciel Rajkomu wiedział wszystko. W mojej mieszkało pięć rodzin.

– Będziemy teraz – powiedział – poszerzać ulicę i usuniemy werandę.

O którą rozbił pan rękę, gdy miał dwa latka? Pięścią. Ta szrama to pamiątka. Z innego życia.

Zrobiłem zdjęcie. Po powrocie do Warszawy porównałem ze zdjęciem, które zrobiła mi moja siostra w 1947, może 1948 roku. Mieszkałem jeszcze w klasztorze. Tak, to był ten sam dom, nasz, przedwojenny. Siostra zamówiła zawodowego fotografa i ustawiliśmy się razem przed jakimś domem.

Nie powiedziała, jakim.

Nie. Podejrzewam, że z obawy, iż wywoła we mnie uczucie straty. Ukraińcy zaprosili mnie do restauracji na obiad. Zjedliśmy, podziękowałem za gościnność.

– A teraz – powiedziałem – jedziemy do Uniowa.

– Nie. Wykluczone. Mamy zgodę tylko na Przemyślany.

– Nie szkodzi – powiedziałem – pójdę piechotą.

– Niech pan tego nie robi! Władze uznają to za prowokację.

– Prowokację? – zdziwiłem się – a co wy tam trzymacie? Jaką tajemnicę? Broń bakteriologiczną tam produkujecie?

– Nie, nie – zaczęli się bronić. – Ale tam nie ma już klasztoru.

– Wiem, zlikwidowano go, byłem przy likwidacji. Wyciągnąłem z torby prezenty. Z Polski zabrałem dużo wódki i czekolady. Wypiliśmy.

– Zawieziemy pana – powiedzieli – ale pod warunkiem, że pan nikomu nie powie. Przyrzekłem.

W klasztorze znajdował się dom opieki dla umysłowo chorych staruszek. Cerkiew zabito deskami, zamieniono w składowisko śmieci i nieczystości. Nie mogłem wejść do środka. W części gospodarczej, w miejscu, gdzie był kiedyś zbiornik na gnojówkę, wszystko było zalane betonem i na tym betonie stał pomnik Lenina. Na postumencie. Lenin był pomalowany na złoto i błyszczał w słońcu. Dla umysłowo chorych kobiet Lenin stał się przedmiotem kultu religijnego. Klękały przed Leninem i modliły się do niego. Straszne i smutne. […]

W sierpniu 2005 znów był pan w klasztorze w Uniowie.

Po raz trzeci. Dwa lata temu odwiedziłem go z żoną i córką. Chciałem im to miejsce pokazać. Teraz pojechałem spłacić dług wdzięczności.Tłum dziennikarzy, telewizje – polska i ukraińska, hierarchowie Kościoła greckokatolickiego i rzymsko-katolickiego.
W klasztorze, pięknie, z wielkim pietyzmem odrestaurowanym, odsłoniłem tablicę poświęconą braciom Szeptyckim. Ta tablica jest ufundowana z myślą o nowych pokoleniach, zwłaszcza młodych Ukraińcach. żeby każdy, kto będzie wchodził do cerkwi, natknął się na nią i przeczytał, że w czasie gdy na tej ziemi panował diabeł, oni mieli odwagę stawić mu czoło. że złu warto się przeciwstawić.

Sierpień 2005

Rozmowa Teresy Torańskiej z Adamem Danielem Rotfeldem ukazała się w książce pt. Są (Świat Książki, 2007, s. 123). Drukujemy ją z niewielkim skrótami.

Adam Daniel Rotfeld urodził się 4 marca 1938 roku w Przemyślanach na Podolu. Okupację niemiecką spędził w greckokatolickim klasztorze w Uniowie. Do Polski został repatriowany w 1951 roku. W następnych pięciu latach wychowywał się w Domu Dziecka w Krakowie.

Ukończył Wydział Dyplomatyczno-Konsularny Szkoły Głównej Służby Zagranicznej w Warszawie. W latach 1961–89 pracował w Polskim Instytucie Spraw Międzynarodowych. Doktoryzował się na Uniwersytecie Jagiellońskim w 1969 roku, habilitację uzyskał w 1990 roku. W dziesięć lat później otrzymał tytuł profesora nauk humanistycznych.

Od czerwca 1989 był kierownikiem projektu badawczego, a w 1991 roku został dyrektorem Sztokholmskiego Międzynarodowego Instytutu Badań nad Pokojem (SIPRI). Pełnił tę funkcję przez dwie kadencje. Od listopada 2001 r. do 2005 roku był wiceministrem i potem ministrem spraw zagranicznych RP.

Obecnie jest członkiem Kolegium Doradców Sekretarza Generalnego ONZ ds. rozbrojenia, członkiem rad redakcyjnych i komitetów naukowych różnych ośrodków badawczych w kraju i za granicą oraz prowadzi wykłady w Kolegium Europejskim w Natolinie i Collegium Civitas w Warszawie.
Opublikował ponad 20 monografii i ponad 300 studiów i artykułów naukowych. W 2006 roku Polski Instytut Spraw Międzynarodowych wydał jego książkę pt. Polska w niepewnym świecie (475 stron).

Jest honorowym obywatelem m. Przemyślany (2004 r.). Decyzją Kapituły Po- jednania Polsko-Ukraińskiego został wyróżniony Nagrodą, którą odebrał w czerwcu 2007 roku z rąk metropolity krakowskiego, ks. Kardynała Stanisława Dziwisza.

Fotografie i pamiątki
do góry

Strona „Zapis pamięci”
Stowarzyszenia
„Dzieci Holocaustu”
w Polsce.

Zrealizowano
dzięki wsparciu Fundacji
im. Róży Luksemburg
Przedstawicielstwo
w Polsce

ul. Twarda 6
00-105 Warszawa
tel./fax +48 22 620 82 45
dzieciholocaustu.org.pl
chsurv@jewish.org.pl

Koncepcja i rozwiązania
graficzne – Jacek Gałązka ©
ex-press.com.pl

Realizacja
Joanna Sobolewska-Pyz,
Anna Kołacińska-Gałązka,
Jacek Gałązka

Web developer
Marcin Bober
PROJEKTY POWIĄZANE

Wystawa w drodze
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice” moirodzice.org.pl

Wystawa stała
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice”
w Muzeum Treblinka
muzeumtreblinka.eu
Strona „Zapis pamięci”
Stowarzyszenia
„Dzieci Holocaustu”
w Polsce.

Zrealizowano
dzięki wsparciu Fundacji
im. Róży Luksemburg
Przedstawicielstwo
w Polsce
Koncepcja i rozwiązania
graficzne – Jacek Gałązka ©
ex-press.com.pl

Realizacja
Joanna Sobolewska-Pyz,
Anna Kołacińska-Gałązka,
Jacek Gałązka

Web developer
Marcin Bober
PROJEKTY POWIĄZANE

Wystawa w drodze
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice” moirodzice.org.pl

Wystawa stała
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice”
w Muzeum Treblinka
muzeumtreblinka.eu