Bronisława (Niusia) Horowitz-Karakulska

Bronisława (Niusia) Horowitz-Karakulska, urodzona w 1932 r.

Ocalona przez Oskara Schindlera

Tekst i nagranie filmowe wspomnienia Niusi Horowitz publikujemy dzięki uprzejmości Muzeum Historycznego Miasta Krakowa Fabryka Emalia Oskara Schindlera. Rozmowę przeprowadziła Beata Łabno, fot. Edward Smyła.

NIUSIA HOROWITZ: Ja miałam znakomitą babcię. Babcię Rosnerową, którą bardzo kochałam, która była wspaniała, miała piękne, długie włosy, robiła sobie  warkoczyki plecione w taką gretkę. Żeby wzmocnić końcówki włosów wcierała w nie czysty smalec. Dziadkowie mieszkali przy ulicy Berka Joselewicza. Ja babcię bardzo, bardzo kochałam. Dziadziuś był niezwykle urokliwy. Nie pamiętam go tak dobrze (jak babcię), ale w miarę dobrze. Zwłaszcza że mam jego zdjęcia. Rosnerowie zginęli obydwoje, zostali utopieni w Stutthofie, natomiast dziadkowie Horowitzowie…

BARBARA ŁABNO: Czy pamięta pani dziadków Rosnerów? 

Mam w pamięci takie zdarzenie… Przychodził do moich dziadków przyjaciel rodziny, Wilek Krans, którego strasznie się bałam. Chowałam się za firankę, za zasłonkę a on podchodził do mnie i mówił: – Powiedz mi, kochanie, jak ty masz na imię, powiedz mi, jak się nazywasz? A ja, taka wystraszona, odpowiadałam: – Nie wiem, nie pamiętam. I bardzo się go bałam, bardzo. Okazało się, że  to urokliwy, sympatyczny pan, ale dopiero w latach późniejszych, jak już byłam starsza i mogłam z nim normalnie rozmawiać.

Dlaczego się pani go bała?

Nie wiem. To był ogromny facet, z dużym wydatnym nosem. Miał takie oczy jak jakiś… Nachalnie na mnie może patrzył,  sama nie wiem. Bałam się go

Dziadek był religijny?

Rosner? Tego nie umiem powiedzieć. Ale chyba nie. Horowitzowie byli bardziej religijni, niż Rosnerowie. Jeszcze jedną rzecz pamiętam, której się bardzo bałam na Berka Joselewicza u dziadków Rosnerów. Było tam oprawione w czarną okładkę czasopismo „As”. W  jednym z numerów, na zdjęciu była rozdziawiona paszcza hipopotama. Jak mi to pokazywali, to ja „dostawałam kota”, zaczynałam płakać, krzyczeć, umierałam ze strachu. A oni, chcąc mnie jakoś wyciszyć, właśnie to mi pokazywali.

Czy to są pani pierwsze wspomnienia z dzieciństwa?

Pamiętam jeszcze, że gdy mieszkaliśmy przy ulicy Wawrzyńca,  i kiedy przyszedł na świat Rysiu, była tam niania. Mama naturalnie rodziła w domu. Kiedy na świat przyszedł Rysiu. niania zapukała do mojego pokoju i powiedziała: Chodź, zobacz, urodził ci się braciszek. To był środek nocy i ja w koszuli, czy w pidżamie, tego już nie pomnę, weszłam pomieszczenia, gdzie leżało takie małe czerwono-czarne stworzonko.

Niania powiedziała: Słuchaj, przyleciał bocian, przebił dziobem szybę i przyniósł ci braciszka. Chodź, zobacz go. Gdy na niego spojrzałam, to natychmiastową miałam ochotę wziąć go na ręce i wyrzucić przez okno. Taka byłam zazdrosna. Ale to jest typowe dla dzieci w tym wieku. A potem była wielka miłość, jak to między rodzeństwem, która się w pewnym momencie po wojnie skończyła, bo on mi dokuczał. Między Rysiem a mną  jest siedem lat różnicy.

Z kim się pani bawiła jako dziecko?

Bawiłam się taką ogromną lalą, ubraną w krakowski serdaczek i czapeczkę. Miałam kremowy wózek, który chyba dostałam od pana Wilka tego, którego się tak bałam. Chyba on mi  ten wózeczek kupił. Lalka była w wózku i ja uwielbiałam się nią bawić. Pamiętam jk wyglądała. Mam ją cały czas przed oczami. Co się z nią stało? Kiedy do nas, na  ulicę Wawrzyńca,  przyszli Niemcy, zaczęli wszystko wyrzucać przez okno. Całą bieliznę pościelową, wszystko, co było pod ręką wyrzucali przez okno.

Moja mama kochała fioletowy kolor, taki jasny lila i wszystko miała w tej tonacji. Ja spałam pod baldachimem, w łóżeczku wiklinowym. Czułam się najważniejszą istotą na świecie. A potem, gdy Rysiu się urodził, to miłość rodziców została w pewnym sensie  przelana na synusia, o co ja byłam bardzo zazdrosna. Ale nie robiłam mu żadnej krzywdy, nie byłam wredna w tym czasie.

Ale potem mi zaszedł za skórę – po wojnie zaraz, gdy wróciliśmy z obozów. Miał zwyczaj, że przy stole walił sztućcami – widelcem,  nożem, łyżką, czym mógł i wołał: „Dupa, gówno zaraz będzie obiad, o, jak ja się cieszę”. Pamiętam, jakby to było wczoraj. Poza tym, w ramach pieszczot, uderzał mnie ręką w tył głowy. A ja miałam  ogoloną głowę na zero i tak mnie to drażniło, że gdyby nie rodzice i dziadkowie, to bym go strzeliła, gdzie by się dało. To była obsesja mojego życia, że on odważył się dotykać mojej ogolonej głowy. Wiedział, że mi robi krzywdę, ale podejrzewam, że to było nieświadome z jego strony.

Czy pamięta Pani pierwszy dzień wojny?

Mieszkaliśmy wtedy przy ulicy Wawrzyńca, koło elektrowni. Pierwszy dzień wojny pamiętam z rozmów, ale nie bardzo do mnie docierało, że Niemcy mają ochotę zagarnąć Polskę, że będą się działy  straszne rzeczy. Nie bardzo wiedziałam, o co chodzi – miałam sześć i pół roku, jak się wojna zaczęła. Byłam takim szkutem, który jeszcze nie bardzo pojmuje pewne sprawy. Pamiętam ryk syren, krzyki, wrzaski na ulicy. Potem  uciekliśmy z Wawrzyńca, bo obawialiśmy się, że jak dojdzie do bombardowania, to przede wszystkim będą walić w takie urządzenia, jak elektrownia.

Moi rodzice postanowili uciekać z Krakowa. A Rysio został pod opieką niani Antosi. Zabrali moją młodszą o rok kuzynkę, i ruszyliśmy z tobołkami – trochę furmankami, samochodem, trochę pieszo. Szliśmy i szliśmy, aż doszliśmy pod Janów Lubelski. Nocowaliśmy gdzie się dało – w stodołach, w przydrożnych szopach. Wtedy okazało się, że Niemcy już są na terenie Polski, więc wróciliśmy do Krakowa.

Nie udało się odzyskać mieszkania i reczy, które rodzice w nim zostawili. Odebraliśmy Rysia od niani i zaczęła się gehenna –wyjeżdżanie tu, wyjeżdżanie tam. Chronienie się, gdzie popadło, gdzie się dało.

Pojechaliśmy do Bochni, gdzie przebywała część rodziny ze strony tatusia i zamieszkaliśmy przy ulicy Solna Góra. Rodzice zdecydowali, że chcą być wśród swoich. W Bochni (w kwietniu 1941 r. przyp. red.)  powstało getto. Rodzice postanowili wrócić do Krakowa – myśleli, że  tam może jakoś damy radę.

W Krakowie trafiliśmy do getta, zamieszkaliśmy przy Rynku Podgórskim 1. Tam mieszkaliśmy jakiś czas. Potem przenieśliśmy się na Limanowskiego 20 – tam mieszkaliśmy z całą rodziną, z dziadkami Horowitzami. Dziadków Rosnerów tam już nie było, czyli musieli zostać złapani wcześniej.

U kogo mieszkaliście?

W mieszkaniu, w którym  przedtem mieszkali dziadkowie Horowitzowie. Gdy byłam tam z Kasią Zimmerer, która pisała książkę o krakowskim getcie,cofnęłam się w czasie.  I okazałó się, że ja to miejsce zupełnie inaczej zapamiętałam.

A jak Pani pamiętała?

Pamiętałam balkon. Pamiętałam, że był bruk – takie wystające kamienie. Że od bramy trzeba było przejść przez dużą część podwórka. Potem schodami na pierwsze piętro. Tam był długi balkon i mieszkanie moich dziadków. A na parterze, po lewej stronie od bramy mieszkała rodzina spokrewniona z moimi dziadkami – jakaś siostra, wujek, czy kuzyn.

Na Limanowskiego byliśmy dość długo. Potem przenieśliśmy się do Rynku Podgórskiego 1. I tam był autentyczny „kołchoz” – mieszkało mnóstwo ludzi. Wchodziło się  po krętych schodach na balkon. Były dwa, czy trzy mieszkania i kto mógł, to się tam upychał.

Stale widziałam trupy ścielące się na ulicach. Niemcy zabijali, kiedy tylko mieli na to ochotę. Getto wspominam bardzo dramatycznie, bardzo tragicznie. Słuchałam rozmów dorosłych – chciaż  nie wszystko rozumiałam, mój mózg kodował to, o czym była mowa.

O czym rozmawiali?

O tragedii ludzi i co ich czeka. Mnie to jakoś umykało, prostu byłam za młoda, żeby zdawać sobie sprawę z tego, co się wokół nas dzieje. To było poza zasięgiem mojej dojrzałości, – miałam siedem, osiem lat. To było za mało, żeby zdawać sobie sprawę z tego co wokół się dzieje.

Chodziłam na spacery, na Krzemionki. Bawiliśmy się tam z jakimiś dziećmi. Było tam duże rondo i bywało wielu Niemców. Ostrzegano nas, żebyśmy nie brali od nich cukierków, bo są zatrute. (Chodziłam tam z moją kuzynką Halinką Horowitz, która teraz mieszka w Argentynie. Zaraz po wojnie wyjechała z Polski z rodzicami.)  Bawiło nas się tam raptem kilkoro, to była forma rozrywki.

Rodzice cały czas myśleli o tym, co będzie się działo dalej. Czy jest szansa na ucieczkę, czy  zdołają nas uratować czy przeżyjemy? Samo getto to był dopiero początek tego, co się zadziało później, jak nas zawieziono do Płaszowa, do Auschwitz i tak dalej, i tak dalej…

Czy rodzice starali się jakoś chronić dzieci?

Na pewno się starali, bo przecież mieli dwójkę dzieci. Nie tylko moi rodzice, ale wszyscy ci, co mieli dzieci starali się, ale niewielu się to udało.

Czy cały czas  w getcie byliście razem?

Podczas pobytu w getcie rodzina była razem. Dopiero potem nas rozdzielono. Z getta pojechaliśmy do Bochni. Z Bochni przywieziono nas do Płaszowa ciężarówką ukrytych między workami z mąką czy otrębami. W samochodzie był Olek, syn wujka Hermana Rosnera, brata mojej mamy. Jeszcze jakiś chłopiec i ja. Przyjechaliśmy na plac do Płaszowa, gdzie w pewnym momencie zobaczyłam, że wieszają człowieka na szubienicy. Okazało się, że to był krewny Heli Rosner, jej brat, albo kuzyn. W każdym razie pamiętam, że się nazywał Haubenstock.

Jak to się stało, że znaleźliście się w Płaszowie? Kto to zorganizował?

Tego nie potrafię powiedzieć, ale prawdopodobnie ojciec, który już był w Płaszowie. Mój tatuś był kierownikiem centralnego magazynku, z różnymi narzędziami do budowy baraków w Płaszowie. Ojciec z wujkiem Rosnerem załatwili, że przywieziono mnie, Rysia i Olka do Płaszowa. To była ich inicjatywa. Do tej pory nie wiem kogo o to prosili, kto na to miał wpływ. W każdym razie znaleźliśmy się w Płaszowie i zamieszkaliśmy w baraku. Ja, mama z babcią i ciocia Roma, żona brata mojego tatusia, matka Halinki. Znaleźliśmy się w ogromnym pomieszczeniu, gdzie dziesiątki kobiet w pasiakach leżały na cztero- pięciopiętrowych pryczach, w smrodzie i brudzie. Już wtedy było wiadomo, że prawdopodobnie nie przeżyjemy z głodu, wyczerpania, z nerwów, ze stresu i z tego wszystkiego, co się składało na II Wojnę Światową. Ale to wszystko bardziej i konkretniej przeżywali dorośli, niż dzieci. Dzieci nie zawsze były świadome tego, co się dzieje, a tych dzieci było bardzo…

Strach, strach, drapanie się, gnidy, wszy, głód, niemożność umycia się, niemożność załatwienia potrzeb fizjologicznych, niemożność zjedzenia czegoś konkretnego. Głód był najbardziej przerażający. Dochodziło do starsznych rzeczy –  córka matce, czy matka córce potrafiła kawałek chleba ukraść spod poduszki.

Kawałek szmaty i siano pod spodem – tak wyglądały poduszki, a do przykrycia brudne, szare, śmierdzące koce. No i bez przerwy aufzejerki [z niem. strażniczki – przyp. red.] chodziły po tym baraku w te i nazad, tam i z powrotem. Stale apele, bez przerwy były apele. A mój wujcio, najmłodszy brat mojej mamy, Wilek Rosner, grał melodię, która wzywała na ten apel. Wiadomo było, że jak on trąbi, to trzeba było się natychmiast na ten apel zebrać i stanąć na placu. I te apele były…

Czy (wśród więźniów) byli uprzywilejowani?

Było tam kilka osób uprzywilejowanych, ale właściwie Niemcom było wszystko jedno. Ktoś się może bardziej podobał, ktoś mniej podobał, ale tak samo zabijali blondynów, jak brunetów, łysych, jak nie łysych. Ale ci, co jeszcze nie byli łysi, to za chwilę już byli. To był jeden wielki rozgardiasz, jeden wielki bałagan, jedna wielka niewiadoma, jeden dramat, jedna tragedia. Ale to jeszcze było daleko do Auschwitz, do Auschwitz było jeszcze…

Powiedziała pani, że niekiedy były niesamowite sceny między najbliższą rodziną, ale czy pani odczuwała opiekę mamy?

Odczuwałam. Naturalnie, że odczuwałam opiekę mamy. Odczuwałam opiekę cioci, opiekę mamy, opiekę babci. Ta opieka była właściwie bardzo mizerna, no bo cóż one mogły zrobić? Każdy się trząsł, każdy się bał, każdy marzył o zjedzeniu rosołu z makaronem, o torcie orzechowym, o…

Zamiast tego rosołu, co dostawaliście do jedzenia?

Litr wody, cztery krupy. Dostawałyśmy fatalne jedzenie, dostawałyśmy chleb robiony częściowo z trocin, częściowo z jakiejś ciemnej mąki razowej. To było nie do przyjęcia. No, ale trzeba było to zjeść trzeba było skonsumować, że tak powiem górnolotnie, żeby nie paść z głodu. Dostawaliśmy lurę, kawę, którą ludzie się myli, bo nie było wody, żeby się umyć. Usiłowali sobie palcami umyć zęby, bo nie było wody. Jedzenie było tragiczne. Drugie danie polegało na tym, że na talerzu było troszeczkę jakiejś pseudo kaszy, jakiegoś pęczaku parę ziarenek. Do tego było ździebełko jakiegoś ścierwa, nie wiadomo jakiego pochodzenia – czy to była konina, czy baran, czy wołowina. No, ale nikt się nad tym nie zastanawiał, bo głód był silniejszy od wizualnych wrażeń, jakie się odbierało z tego posiłku.

Te aufzejerki z pejczami, w furażerkach – tego widoku do końca życia nie zapomnę. Była taka Orłowska, która darła się, krzyczała Verfluchte Schweine, raus! Od świń wyzywała wszystkich. Były to tragiczne momenty, było to coś okropnego. Aż nadszedł taki moment, kiedy mogliśmy jechać do pracy, do jakiejś autentycznej pracy, czyli tutaj.

A czy pracowała pani w obozie? Bo była pani jednym z nielicznych dzieci.

W obozie pracowałam w Bürstebinderei, czyli w szczotkarni. Ja robiłam szczotki z końskiego włosia, które potrafię robić do dnia dzisiejszego. Gdyby mi ktoś dał materiał, to bym potrafiła zrobić szczotkę. Były takie drewniane deszczułki z dziurkami, gdzie się wsadzało zwinięty w półkole cienki drut. Do tego się wkładało włosie końskie i ściągało się pod spód tej deseczki. Potem się ścinało górę i była szczotka. To była bardzo ciężka praca, bo strasznie kaleczyło ręce, palce. To było wszystko sztywne, twarde.

Bürstebinderei znajdowało się bardzo blisko tak zwanej Hujowej Górki, o której na pewno dużo wiecie. (miejsce na terenie obozu w Płaszowie, w którym od września 1943 r. Niemcy doknywali egzekucji więźniów obozu, więzienia Montelupich i aresztów. przyp.red.) Przez dziurki w desce, gdzie nie było sęku widzieliśmy jak podjeżdżają samochody ciężarowe z ludźmi: z Węgrami, z Rumunami, z Żydami, z Polakami… Ludzie pięknie ubrani, czyściutcy, z bagażami, z neseserkami. Mama poprawiała córeczce kokardkę, garderobę, żeby ładniej wyglądała. I to całe bractwo za pięć minut znajdowało się w dole, i zostawało rozstrzelane i myśmy to widzieli przez te otwory w deskach.

Samochody przyjeżdżały czasem w odstępach co piętnaście, co dwadzieścia minut, czasem w godzinach południowych, popołudniowych lub rannych. Przyjeżdżało po trzy, po cztery, po pięć, sześć samochodów, i ci ludzie wychodzili z samochodów, nie zdając sobie kompletnie sprawy z tego, co ich czeka za pięć, dziesięć, piętnaście minut.

Słyszeliście strzały?

Na okrągło. I to było przerażające. Wtedy autentycznie zaczynałam się bać o swoje życie. Ja i jeszcze kilka osób byliśmy pracownikami szczotkarni. Więc nas jakby to nie dotyczyło.

Kto pracował w szczotkarni? Dorośli, dzieci?

Przeważnie dorośli, a ja uchodziłam za jedną z tych dorastających. Moja mama miała taki system, że jak były apele i miałyśmy te chodaki holenderskie – takie buty drewniane – to ja stawałam na tych chodakach… Moja mamusia potrafiła znaleźć w śmietnikach jakieś obierki z buraków i wewnętrzną stroną, tam gdzie jest burak, nie łupina, robiła mi rumieńce żebym wyglądała doroślej.

Tego obrazka i tych momentów do końca życia nie jestem w stanie zapomnieć. Są jednak rzeczy, które umknęły mojej uwadze, o których zapomniałam. Przecież  od tego czasu minęło wiele lat.

Wie pani, ja mam białe noce. Przede wszystkim jestem uzależniona od proszków nasennych, które coraz mniej mi pomagają. Jak mam takie spotkanie – a tych spotkań miałam bardzo, bardzo wiele – to potem jestem jak nieżywa. To na skutek traumy która jest we mnie i pozostanie dokońca mojego życia.

Dlatego proszę się nie dziwić, że ja bardzo wielu ludziom odmawiam wywiadów, a zrobiłam ich multum,  i że nie napisałam książki. Uważam, że jakąkolwiek książkę bym napisała, to i tak nie oddam tego, co przeżyłam. Natomiast Rysiu, Stella – oni byli na tyle odważni, że potrafili napisać książkę na swój temat. Z tym że Stella napisała swoją historię widzianą oczami dziecka, bardzo infantylnie. Napisała to z potrzeby serca.

Ona była starsza ode mnie. Całe życie chorowała, bo dostała w kręgosłup pejczem. Potem miała kilka operacji. I była bardzo biedna, ostatnie sześć lat w ogóle nie wychodziła z domu. Przeżyła gehennę. Całe szczęście, że Pan Bóg ją…

Ja jestem ateistką, jestem niewierząca, ponieważ byłam świadkiem takich obrazów… Jeszcze dodam, że ludzie, którzy to przeżywali, dorośli, wyciągali ręce do Pana Boga i mówili: „Boże ty jesteś tam, ty to wszystko widzisz i nie reagujesz na to, że rozstrzelano moje dziecko, mojego męża, mojego wujka, moją ciotkę, mojego ojca, moją matkę”. Ludzie przestali wierzyć. Czy jest to pani w stanie zrozumieć?

Ja nie jestem wierząca, niestety. Ale, ja się modlę do siebie. Ja się modlę do papieża, modlę się do mojego ojca, modlę się do mojej matki – których już nie ma. Jestem otoczona obrazkami Ojca Świętego. Nie wiem, do kogo ja się mam modlić. Bardzo dużo ludzi ma mi to za złe. Ja się do tego nie każdemu przyznaję, ale wiem, że jest wiele takich osób niewierzących jak ja. Wie pani, to na skutek tych wszystkich przeżyć, których doznałam, a Pan Bóg to widział z góry…

Rozumiem, że się zabiera (umiera) dziecko, które ma dwa, trzy, cztery lata, ma białaczkę, bierze chemię. Ja to jestem w stanie zrozumieć. Bo, wie pani, każdemu tam (na górze) zapisano, jak długo ma żyć. Żyje dużo ludzi, którzy mają po sto osiem, sto dziesięć lat. Każdemu z nas ta świeca pali się do momentu, aż zgaśnie.

Pani Kubica z Auschwitz, która napisała grubą książkę o dzieciach żyjących i nieżyjących, polskich, zagranicznych, powiedziała do mnie tak: „Pani Niusiu, wy, którzy przeżyliście okupację, przeżyliście wojnę, to wy jesteście z krzemienia, nie z miękkiego (kamienia), tylko z twardego krzemienia. To że wpotraficie żyć i funkcjonować w miarę normalnie, to jest autentyczny cud, tylko kto ten cud sprawił – tego nie potrafię powiedzieć”.

Wie pani, ja pracowałam pięćdziesiąt sześć lat w zawodzie. Ja umiałam nawiązać kontakt z ludźmi, umiałam z nimi rozmawiać, słuchać o ich różnych osobistych, prywatnych sprawach i nie tylko. Wiedziałam kto, gdzie z kim i za ile.

Ale o sobie pani nie opowiadała?

Na mój temat nikt nic nie wiedział. Jak ja przeżyłam wojnę, byłam kompletną analfabetką. Musiałam się nauczyć czytać, pisać. Myślałam, że Rosja to jest miasto. Ja z wielu rzeczy sobie kompletnie nie zdawałam sprawy. Marzyłam o tym, aby zostać tancerką. Z muzykalnej rodziny pochodzę, więc chciałam koniecznie tańczyć. Ważyłam dwadzieścia cztery kilogramy, a moja mama trzydzieści sześć, więc pani sobie wyobraża, jakie myśmy były druty. Bardzo dużo ludzi (zaraz) po wojnie poumierało, bo się rzucali na jedzenie, ludzie byli wygłodzeni.

Jakie były sposoby na radzenie sobie z głodem?

Papierosy.

No, ale pani nie pali.

Teraz nie, ale moja mamusia w Brynicach, u Schindlera, gdzie było więcej jedzenia, niż w innych miejscach, z kawałka papieru i odrobiny siana czy suchej trawy skręciła mi takiego papierosa i kazała mi zapalić. Ja to zapaliłam. Naturalnie zakręciło mi się w głowie. Poczułam dym w ustach i to mi zabiło łaknienie, chęć zjedzenia czegokolwiek. Potem  zrobiłam to jeszcze klka razy. Naturalnie po wojnie nie paliłam. Ale później, niestety, wróciłam do palenia i to do tego stopnia, że w czasie całej ciąży paliłam. I cały czas mnie do tego ciągnie, chociaż nie powinnam, bo mam  pamiątkę powojenną w postaci osteoporozy – co wykrył mój mąż – czyli zrzeszotnienie kości. To nie jest bolesne, ale sukcesywnie (na pewno pani słyszała o tej chorobie) kostki się robią coraz bardziej zrzeszotniałe jak sito. Brałam różne lekarstwa. Na razie żyję, na razie funkcjonuję. Na razie  jest bardzo dobrze.

Jak to się stało, że znalazła się pani wśród pracujących więźniów?

To była zasługa ojca, ponieważ tatuś – nie wiem, w jakich okolicznościach – poznał… Nie wiem, czy Schindlera, czy tego pana, który sporządzał tą listę schindlerowską. Jak on się nazywał…? Więc myśmy zostali wpisani na listę Schindlera. Było (na niej) tysiąc mężczyzn…

Czy pracowała Pani w Emalii [Deutsche Emalienwaren Fabrik, DEF – przyp. red.]?

Pracowałam, naturalnie że pracowałam. Przywożono nas samochodami z Płaszowa. Ja pracowałam przy ogromnej szlifierce. Czyściłam i szlifowałam buksy – tulejki do samolotów. Zna pani kształt tych buks? Ze szlifierki spływała oliwa połączona z wodą , która wyglądała jak białe mleczko. Ja myłam tym mleczkiem buksy a, potem je czyściłam. Od  tego na jednej ręce miałam trzy furunkuły, czyli czyraki, na drugiej ręce miałam cztery, czyli w sumie siedem. Jak Schindler je zobaczył, to mnie odsunął od szlifierki, ale trwało chyba z miesiąc zanim ujawniłam, że mam czyraki.

Były bardzo bolesne, więc pracowałam posługując się nie całą dłonią a tylko palcami. Ręce miałam zupełnie sharatane. Nie było żadnych leków, żadnego leczenia. Nie wiem, co moja mama zrobiła, ale jak przestałam lać na ręce to „mleczko”, to czyraki zniknęły. Nawet śladu nie mam. Został mi tylko ślad na kolanie, mam taką dziurkę.

W Płaszowie, jak była selekcja, to tatuś mnie schował na górze w centralnym magazynie, w którym pracował. Musiałam wejść na zbity z desek podest. Wchodząc po drabinie, czy będąc już na górze, nadziałam  się na gwóźdź. Zaczęłam bardzo krwawić. I tu blizna została maleńka, mam ją na wieczną rzeczy pamiątkę. Niewidoczna, to mi przy mojej urodzie nie przeszkadza zupełnie.

Mam jeszcze jedną pamiątkę, tutaj, na głowie. Byłam w Bochni u dziadków. Był wiatr i z wychodka spadła mi na głowę cegła. Przyszłam do domu z rykiem i byłam cała pokrwawiona. Ta blizna, też w niczym nie przeszkadza… To są pozostałości.

Numeru nie mam – Rysiu ma – bo mama mi wyssała numer, jak zaczęli nas w Auschwitz tatuować. Okazało się, że dwieście kobiet, które jechało do Schindlera do Brynic, nie miało numerów obozowych. Ja mam, ale numer nadany w Arolsen [Arolsen Archives, Miedzynarodowa Służba Poszukiwań – przyp. red.]. Więc wiem, że mam sto dwadzieścia tam ileś. Jestem numerowana, że tak powiem, zaznaczona numerem. Ale nie mam tatuażu.

Czy w obozie trzymała się pani razem z mamą?

Mama mnie trzymała kurczowo, żebym ja gdzieś…

Mama pracowała przecież.

Jak pracowała, to się ciocia mną zajmowała. Jak nie ciocia, to z kuzynką jakąś siedziałam. W każdym razie, trudno to nazwać opieką. To nie była opieka żadna, to było takie na surwajku [zapewne chodzi o szkołę przetrwania, od ang. survivning – przyp. red.]. Takie rzucenie człowieka na głęboką wodę. To był cud, że w tym czasie, gdy mamy czy cioci nie było, nie przyszła jakaś aufzejeryn nie wzięła mnie za kark, i nie strzeliła mi w łeb.

Ale obóz to nie było miejsce, gdzie można było zawrzeć jakąś znajomość, przyjaźń?

Kochanie, o przyjaźni nie było mowy w ogóle, o żadnych przyjaźniach. Były znajomości. Wiadomo było, że ta ma tak na imię, ta ma taką a taką rodzinę tu. Ale tam nie było żadnych przyjaźni. Tam była wrogość związana z obecnością Niemców i wrogość spowodowana tym, że człowiek bał się o swoje życie. I był szczęśliwy, że sam nie zginął, tylko ten stojący obok To wszystko było nienormalne, spowodowane niezrównoważonymi myślami. Bo to był ciągły, nieustanny strach i bojaźń o to, co się za chwilę stanie.

Czy wolno było rozmawiać?

Wolno, rozmawiać wolno było o kwiatkach o bratkach, o szmatkach. Jak to dzisiaj bywa, jak się dziecko chowa, jaką zrobiło…

O przyszłości?

O przyszłości, to w ogóle nie wchodziło w rachubę. Nikt nie liczył na żadną przyszłość. Dlatego pojawiło się tylu niedowiarków. Jesteś tam, widzisz coś, co tu się dzieje i co robisz w tym kierunku, żeby ludziom ułatwić życie? To było coś koszmarnego, to są rzeczy… To jest taka trauma, której się nie jest w stanie absolutnie z siebie wyrzucić. Nie jest się w stanie, bez względu na to, ile się ma lat. Czy ktoś ma dziewięćdziesiąt lat…

Jest taki pan, który też tutaj bywał. Który ze mną jeździł do Oświęcimia, bardzo sympatyczny. Teraz mi uciekło jego nazwisko – ma dziewięćdziesiąt dwa lata. Pan profesor też jeździ do kierowcy Schindlera, do Gliwic, który też się bardzo cieszy, gdy on przyjeżdża. On już ma swoje lata. Wie pani, no my wszyscy jesteśmy jednak poperytani [gwar. narwani, popędliwi – przyp. red.].

Jakie zdarzenie był największym przeżyciem w Płaszowie?

Jak wjechałam do Płaszowa. Widok szubienicy i tego wieszanego człowieka. To było dla mnie szokiem totalnym.

W obozie było bardzo mało dzieci…

Bardzo mało dzieci.

Jak to się stało, że… 

Wie pani, ja nie mogę dać pani wiążącej informacji na ten temat, bo ja tego nie wiem. Co kto robił, jak się kto zachowywał, kto miał jakie koneksje, żeby móc uratować swoje dziecko. Nie umiem pani tego powiedzieć. Wiele rzeczy może też nie pamiętam z tego, co zrobił mój ojciec, bo matka na pewno mniej niż ojciec. Co zrobił mój wujek, mniej moja ciocia niż wujek. Że uratowałam się ja, uratował się Olek i w drodze przypadku Rysiu.

Pani pamięta, jak Rysiu do was przychodził w nocy? Jak to było?

Rysiu nie przychodził, Rysiu był z ojcem. Do damskich baraków nie miał wstępu żaden mężczyzna.

Byłam z mamą, z ciocią, tam jeszcze ktoś… Przecież widać na kronikach, jak te prycze wyglądały. Były twarde, obrzydliwe, śmierdzące, niewygodne. Nie można się było obrócić, tylko się zerkało, czy się drzwi nie otworzą, czy znowu nie ogłoszą apelu. To był jeden ogromny galimatias, powodujący zdeformowanie mózgownicy – trudno mi to nazwać innymi słowy.

Ludzie wtedy nie myśleli racjonalnie. Bo dzisiaj, jak pani sobie zaplanuje zakupy, to pani myśli, co pani ma kupić. Układa sobie pani to wszystko w głowie, albo pisze sobie pani wszystko na karteczce, jak pani ma sklerozę… I pani idzie z jakimś zamiarem, a tam nie było żadnych szans, żadnych perspektyw, żadnych możliwości. Co Bozia da, a Bozia nic nie dawała. Nic, kompletnie. Każdy musiał się kisić we własnym sosie i mieć takie myślenie, na jakie go było stać.

A czy widziała pani Amona Götha?

Tak, naturalnie.

Pamięta go Pani?

Bardzo. W hotelu Forum, gdzie pracowałam w gabinecie kosmetycznym, zobaczyłam  Ralpha Fiennesa [zagrał Amona Götha – przyp. red.] przy bufecie z Liamem Neesonem, który grał Oskara. Jak wyszłam z gabinetu i ich zobaczyłam z jakimś kielonkiem w ręku, to byłam mokruteńka. Pot lał mi się po rękach, jak spojrzałam na tego Ralpha, w jego oczy. I zobaczyłam to spojrzenie, tego urokliwego, przesympatycznego faceta. Potem, jak spojrzałam na Liama Neesona, który w samolocie mnie trzymał na kolanach (zobaczy pani to zdjęcie), który był tak znakomity w tym filmie, tak znakomity… To, wie pani, mnie to zatyka dech w piersi. Ci ludzie fenomenalnie zagrali  swoje role, ja ich do końca życia nie zapomnę.

W styczniu tego roku, jak byłam w Auschwitz, przyjechał Spielberg, bo kręcił tam jakiś krótki film. Był otoczony bodyguardami i całą masą fotoreporterów. Było tam strasznie dużo ludzi i Ania zrobiła wszystko, żeby mnie do niego doprowadzić. I czy pani uwierzy, że on mnie rozpoznał? Jak on się na mnie rzucił! Tak samo, jak się rzucił na na ulicy Św. Krzyża [ul. Św. Krzyża w Krakowie – przyp. red.], kiedy mnie pierwszy raz zobaczył. Przyszłam wysztychtowana, wyfryzowana, w białej futrzanej kurteczce, z pięką fryzurą. Franek Palowski mnie przyprowadził, z trudem, bo ja w ogóle chciałam podejść. Kiedy zobaczyłam w Rynku Głównym motocykle z przyczepami i Niemców, aktorów, którzy brali udział w filmie, powiedziałam: Franek, ja tam nie pójdę, nie będę tam siedzieć, nie będę tam stać, nie będę uczestniczyć. Błagam cię, zabierz mnie stąd natychmiast. A on mówi: „Słuchaj, uspokój się, błagam cię uspokój się, to jest tylko film”. I, trzymając mnie za rękę (Niech mu ziemia świętą będzie, miękką… Jak to się mówi? Niech mu ziemia miękką będzie? Lekką będzie!), mnie zaprowadził na Krzyża, na tą scenę, gdzie Niemcy ścinają pejsy jakimś młodym Żydom. Gdy  mnie zobaczył Spielberg, jak się na mnie rzucił, jak mnie zaczął ściskać, że ja jestem suwajwer [ang. survivor; ocalały – red.]. To było dla mnie coś nieprawdopodobnego, że go zobaczyłam.

To było nasze pierwsze spotkanie, a drugie – było w Izraelu podczas kręcenia końcowych scen filmu. Trzecie spotkanie było w styczniu w tym roku. Myślałam, że on mnie rozszarpie z miłości, zupełnie jak jakiś… On mnie rozpoznał siwą, a przecież mnie znał jako taką małą dziewczynkę. On był tak szczęśliwy, że mnie widzi.

W moim życiu byłam heftlingiem [od niem. Häftling; więzień – przyp. red.], byłam zbrodniarzem wojennym, byłam niechciana narodowościowo, byłam absolutnie niepotrzebna nikomu. Przez nikogo, oprócz rodziców, nie kochana, niepotrzebna. Szmelc do wyrzucenia, wyrzutek społeczeństwa. Ja to byłam w stanie  to wszystko przezwyciężyć.

Schindler był dla nas bardzo łaskaw. Potrafił przejść przez halę, zapalić wspaniałego amerykańskiego papierosa, zaciągnąć się dwa razy i rzucić na ziemię peta. Dyskretnie oglądając się, czy ktoś to zauważył, czy ktoś to podniesie, bo ludzie tam szaleli, żeby zapalić papierosa. On potrafił pogłaskać, potrafił być miły, sympatyczny. On był piękny, przystojny, pachnący, urodziwy. Żeby był nie wiadomo jakim dziwkarzem, przekupnym facetem – wszystko mu wybaczamy.

Mila [chodzi o Milę Page – red.] twierdzi, że on powinien być Bogiem (uznany za Boga), i że Skotnicki [prof. Aleksander B. Skotnicki – red.] powinien być Bogiem. Gienia Wohlfeiler z Izraela uwielbia Skotnickiego, bo jego zasługi są niepowtarzalne; to, co on zrobił dla tej sprawy, to nikt by się na to nie odważył. Mam taki portret Oskara Schindlera, wisi nad moim łóżkiem. Dla mnie on jest wyzwolicielem. Żeby nie wiem jaki był, mniej czy bardziej podły, żeby był złodziejem… To tak, jakbym ja wpadła do rzeki i on mnie uratował, on mnie wyciągnął z tej rzeki. Dla mnie był Bogiem.

Do Brynic [niem. Brünnlitz, obóz pracy w protektoracie Czech i Moraw – przyp. red.] jechaliśmy z Auschwitz świńskimi pociągami, pociągami dla bydła.

A wspomnienia z  Auschwitz?

Przede wszystkim tam się zaczęły dramatyczne rzeczy. Po przyjeździe do Auschwitz wszystkich zaganiano do sauny. Kobiety w różnym wieku miały objawy okresu. Dawano specjalne tabletki, żeby komuś wstrzymać, albo komuś pobudzić (miesiączkę). Stała masa gołych kobiet, którym się krew lała między nogami. To był tak przerażający obraz, że trudno wytłumaczyć, jak to wyglądało. Ja byłam wśród tych kobiet z mamą i z babcią. Dwukrotnie w Auschwitz zostałam odstawiona do krematorium. Raz mnie uratowała aufzejerka, której mama dała brylant. Tę scenę opowiedziałam Spielbergowi i on ją umieścił w filmie tylko w trochę innej wersji i inaczej. Mama połknęła brylant, a gdy go wydaliła, dała tej aufzejerce. Ona mnie wyciągnęła z tłumu i zostałam przy życiu. A w czasie innej selekcji i pobytu w saunie, ciocia Roma, czyli żona brata mojego ojca…

Mundka?

Mundka. Ona jakoś przekupiła aufzejerkę, która mnie schowała w miedzianym piecu, oczyszczonym z węgla i z popiołu. Przesiedziałam  tam cztery i pół godziny do momentu, kiedy się nie skończyła ta cała „zabawa” z kobietami na placu. Tak że dwukrotnie w czasie selekcji byłam odstawiona do krematorium. Wystarczy? Wystarczy.

Potem w tych wagonach bydlęcych w trzysta – niecałe już trzysta kobiet, bo już kilka zmarło – pojechałyśmy do Brynic. Był taki moment, kiedy jadąc pociągiem, zobaczyłam przez dziurę w sęku po przeciwnej stronie za drutami Rysia, tatusia, Hermana i Olka. Oni byli w przedtem w Dachau i zostali z tamtąd  przywiezieni do Oświęcimia. I to też zostało podane w różnych wersjach, ale ja to pamiętam. Ktoś napisał idiotycznie, że jakiś pilnujący pociągu żołnierz pozwolił mamie wyjść z pociągu i że mama rozmawiała z tatusiem. To jest bzdura, to jest też wyssane z palca, tak jak jeszcze parę innych rzeczy. Dlatego ja nie napisałam książki, bo ja to mam w głowie, ja to widzę i ktoś by mi zarzucił, że po prostu kłamię jak z nut. W każdym razie wiedzieliśmy, że ojciec, Rysiu i wujek, i kuzyn żyją. I pojechaliśmy do Auschwitz.

Do Brünnlitz.

Do Brünnlitz. Tam, naturalnie, nie było ani tatusia, ani Rysia, ani pozostałej rodziny. I w tych Brynicach siedzieliśmy do końca, do wyzwolenia. W momencie, kiedy przyjechałyśmy po dwóch, czy po trzech tygodniach z Brynic do Krakowa…

Ale jeszcze proszę powiedzieć o urodzinach Schindlera.

Aha, no tak. Zbliżają się urodziny Schindlera i ja, jako najmłodsza, w chustce na głowie, łysa, dostaję tort zrobiony z chleba. Podchodzę do Schindlera i wręczam mu ten tort. Ten tort z chleba, który smakował, że nie daj Boże! Za mną jest cała masa ludzi. I ja do niego mówię: Herr Direktor. On mnie wtedy pocałował w policzek. Jego natychmiast zachapano, że on całuje żydowskie dziecko. Ktoś to obserwował i w tym momencie został zatrzymany, ale go szybko wypuszczono. I też w filmie jest pomyłka, bo mnie gra taka dziewczynka Miklaszewska, jak a w programie i w innych mediach jest napisane, że to gra pani Dandourian, taka młoda, wysoka dziewczyna, która stoi obok tej Miklaszewskiej. Miklaszewskajest w tej chwili piękną dziewczyną, jestem z nią w kontakcie. Ona grała moją rolę, mam ją tu na zdjęciu.

Kim dla pani jest Schindler?

Jedyny na kuli ziemskiej, który uratował moje życie. Dzięki czemu mam męża, mam wspaniałą córkę, której (właściwie) nie mam, bo jest daleko stąd. Mam żyjącego brata, który jest sławą na całym świecie. Za kilkanaście dni przyjeżdża i się spotkamy. Nie wiem, czy jako przewodniczący, czy uczestnik Camerimage brat będzie w Bydgoszczy. Ja przyjeżdżam na premierę filmu, którą organizuje pan Marek Żydowicz. On zaprosił mnie i mojego męża. Przyjeżdża po nas limuzyna i zabiera nas do Bydgoszczy, tak że dwie pieczenie upiekę na jednym ogniu… Żebym tylko dożyła i na tyle czuła się mocno, żeby to wszystko zobaczyć. Zobaczę film bardzo dobrze zrobiony, nagradzany, kręcony w Polsce i w Monachium, na którego premierze byłam dwukrotnie z mężem i z tłumaczką Anią Domagałą. Teraz go zobaczę na festiwalu filmów krótkometrażowych [festiwal poświęcony sztuce operatorów filmowych, nie ogranicza filmów do krótkiego metrażu – przyp. red.], a Rysiu też będzie jurorem na Camerimage w Bydgoszczy. Najpierw przylatuje do Warszawy, a z Warszawy prosto do Bydgoszczy.

Proszę jeszcze powiedzieć, dlaczego nie dzieliła się pani swoją historią ze swoją córką.

Bo to był temat tabu. U Rysia w domu, i u mnie w domu. Skończyła się wojna. Ja musiałam po dwie klasy robić w jednym roku. Musiałam się nauczyć czytać, pisać, liczyć. Na religię nie chodziłam, bo mnie ksiądz wyprosił. Powiedział: Ty idź do domu, pomagaj mamusi obierać ziemniaki, bo ty tutaj nie masz co robić. Nie wolno mi było chodzić, bo po nazwisku się zorientował, że jestem Żydówką. Wyprosił mnie z pierwszej, czy z drugiej lekcji religii, nie pamiętam tego. Tak że ja na religię w ogóle nie miałam prawa wejść.

To co pani wtedy robiła?

Wychodziłam do domu. Pamiętam to jak dzisiaj, jak się nazywał. Nie chcę wymieniać nazwiska… Pamiętam, ale wolę nie mówić. Nie, bo może ktoś z jego rodziny żyje, ktoś to może zobaczyć. Nie chcę, nie chcę. W każdym razie wyprosił mnie. Moje koleżanki się może nie zorientowały, może ja im powiedziałam, że nie chcę, że nie mam ochoty. W każdym razie moje koleżanki mnie zobaczyły, że jestem na „Liście Schindlera”, w kinie mnie oglądały. Było dużo wywiadów ze mną. Z paru kontynentów dostawałam listy od moich koleżanek, że one mnie tak długo znały, chodziły do jednej klasy, siedziały nawet ze mną w jednej ławce i nie miały zielonego pojęcia, co ja w moim życiu przeszłam.

Miały trochę do pani żal?

Miały żal, dlaczego ja o tym nie powiedziałam. I co ciekawe, w tej chwili dostrzegam jedną rzecz, która mi niezwykle imponuje – że bardzo dużo, bardzo młodych dziewczyn i chłopców interesuje się tą tematyką. Do mnie się zwracało tyle młodych dziennikarek!

Powracając do tematu – moja córka nic nie wiedziała. Nic nie wiedziała… Ani Daniel, ani Emil, czyli obydwaj synowie Rysia, ani Madzia. W ogóle do pewnego momentu nie mieli pojęcia o tym, że ojciec i matka byli w obozach. Dopiero jak się ukazała historia z książką, a właściwie nie z książką, bo książka leżała dziesięć lat, zanim się Spielberg zdecydował. Z powodu prośby matki swojej, która była zaprzyjaźniona z Milą Page, zaproponował napisanie scenariusza. Propozycja trzech facetów żyjących za granicą mu nie odpowiadała. Dopiero scenariusz napisany przez czwartego, Jugosłowianina, mu odpowiadał i zdecydował się zrobić z tego film.

Jak zaczął kręcić ten film, to już Madzia mniej więcej wiedziała, już się orientowała, że matka bierze w nim udział. Mama moja jeszcze żyła, jak dziesięć lat wcześniej Poldek kręcił te wszystkie wywiady, jeździł po całym świecie z ekipą. Już Madzia była na tyle duża, żeby… Ale to jeszcze jej nie przekonywało, jeszcze nie była zorientowana w temacie. Potem, jak film wszedł (na ekrany), to niemalże przymusowo pokazywany był we wszystkich szkołach amerykańskich, a w telewizji kilkakrotnie przy różnych okazjach. I zobaczył go mój starszy i młodszy wnuk, i obaj się bardzo zainteresowali. Jak mój młodszy wnuk, inżynier chemik, wylatywał samolotem z Chicago do Iowy, usłyszał na lotnisku, że jakiś skrzypek siedzący w kącie gra przewodnią melodię z „Lisy Schindlera”, która mnie zawsze łapie za gardło. Natychmiast matce powiedział: Mama, ty słyszysz, co ten facet gra? On gra melodię z „Listy Schindlera”.

Dostałam maila od mojej takiej dalekiej krewnej z Izraela, która mi przysyła po piętnaście maili dziennie. I między innymi jest koncert Perlmana, który gra tą przewodnią melodie. Ja to posłałam córce do Chicago, a córka dalej Sebastianowi do Iowa. I już jest cała historia… Już piszą nuty, już orkiestry będą grały o tej pani, która robi manikiur i pedikiur. I będzie ta melodia szła na okrągło na koncertach. Więc zrobiłam kawał dobrej roboty. Ta melodia jest tak wzruszająca! Ja wprawdzie mam ją na taśmie, mam cały soundtrack z tego filmu, ale ta pierwsza melodia jest bardzo pięknie i zagrana, i w skomponowana. A jeśli chodzi o film, to mogłabym go oglądać siedem razy w tygodniu. Siedem razy! Tam są trzy sekwencje kolorowe, pamięta pani? To ja przypomnę. Pierwsza sekwencja ze świecą, która jest w kolorze. Druga sekwencja z nieprawdziwą dziewczynką w czerwonym płaszczyku. Tą historię pani zna, że ona się identyfikuje z tą dziewczynką. Ona nie jest tą dziewczynką, bo tą dziewczynkę zabito. I trzecia sekwencja, kiedy my wszyscy się trzymamy za ręce i idziemy złożyć kamyk na grobie Oskara Schindlera. I ta scena ostatnia, bo tam jest cała moja rodzina uratowana. I ta melodia – jak powiadam, siedem razy w tygodniu – to mam szczękościsk tu. To siedzi i za jasnego gwinta nie chce wyleźć ze mnie. I to by było na tyle.

do góry

Strona „Zapis pamięci”
Stowarzyszenia
„Dzieci Holocaustu”
w Polsce.

Zrealizowano
dzięki wsparciu Fundacji
im. Róży Luksemburg
Przedstawicielstwo
w Polsce

ul. Twarda 6
00-105 Warszawa
tel./fax +48 22 620 82 45
dzieciholocaustu.org.pl
chsurv@jewish.org.pl

Koncepcja i rozwiązania
graficzne – Jacek Gałązka ©
ex-press.com.pl

Realizacja
Joanna Sobolewska-Pyz,
Anna Kołacińska-Gałązka,
Jacek Gałązka

Web developer
Marcin Bober
PROJEKTY POWIĄZANE

Wystawa w drodze
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice” moirodzice.org.pl

Wystawa stała
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice”
w Muzeum Treblinka
muzeumtreblinka.eu
Strona „Zapis pamięci”
Stowarzyszenia
„Dzieci Holocaustu”
w Polsce.

Zrealizowano
dzięki wsparciu Fundacji
im. Róży Luksemburg
Przedstawicielstwo
w Polsce
Koncepcja i rozwiązania
graficzne – Jacek Gałązka ©
ex-press.com.pl

Realizacja
Joanna Sobolewska-Pyz,
Anna Kołacińska-Gałązka,
Jacek Gałązka

Web developer
Marcin Bober
PROJEKTY POWIĄZANE

Wystawa w drodze
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice” moirodzice.org.pl

Wystawa stała
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice”
w Muzeum Treblinka
muzeumtreblinka.eu