audio: 1
zdj臋cia: 2

Lea Balint, urodzona w 1938 r.

呕yciorys

Wspomnienie czyta Weronika Nockowska

Moje 偶ycie rozpocz臋艂o si臋, gdy mia艂am dwana艣cie lat, w dniu, kiedy statek wype艂niony po brzegi t艂umem uratowanych z Zag艂ady wyrzuci艂 z siebie 艂adunek ludzki na wybrze偶e w Hajfie.

Przyj膮艂 nas silny i ostry deszcz, ale zaraz przesta艂 pada膰, zza chmur ukaza艂o si臋 s艂o艅ce, kt贸re swoim ciep艂em natychmiast wysuszy艂o ka艂u偶e wody.

Ojciec, zwracaj膮c si臋 do mnie, powiedzia艂 kr贸tko: 鈥濼o powitanie jest symboliczne. S艂o艅ce ojczyzny wysuszy艂o nam 艂zy. Tu b臋dzie pocz膮tek naszego 偶ycia. Od dzi艣 m贸wisz tylko po hebrajsku. Ju偶 wi臋cej nie b臋dziemy m贸wi膰 w j臋zyku cmentarza鈥.

By艂o to w listopadzie 1950 roku. M贸j ojciec by艂 czterdziestoo艣mioletnim wdowcem, cz艂owiekiem uratowanym z obozu koncentracyjnego Auschwitz i z oboz贸w przymusowej pracy. Ja by艂am wtedy dwunastoletni膮 dziewczynk膮, jedynaczk膮 rodzic贸w utrzymuj膮cych 偶ydowsk膮 tradycj臋 religijn膮, dziewczynk膮 uratowan膮 z getta, wychowan膮 w klasztorze katolickim, a pod koniec wojny w komunistycznym domu sierot. Do dwunastego roku 偶ycia pozna艂am zasady dw贸ch religii i jednej ideologii.

Pozostawili艣my za sob膮 groby rodzic贸w ojca, trzech jego braci z 偶onami i potomstwem, groby brata i sze艣ciu si贸str mojej matki wraz z ma艂偶onkami, dzie膰mi, dziadkami, wujkami i dalszymi cz艂onkami rodziny. Poniewa偶 nie znali艣my miejsca ich poch贸wku 鈥 je艣li takie w og贸le istnia艂o 鈥 m贸j ojciec zdecydowa艂, 偶e ca艂a Polska jest jednym wielkim cmentarzem naszej rodziny. Mojej mamy nie zalicza艂 do zmar艂ych, poniewa偶 w 1950 roku w dalszym ci膮gu mia艂 nadziej臋, 偶e ujrzy j膮 jeszcze po艣r贸d 偶ywych.

呕elazna kurtyna, kt贸ra zapad艂a w stosunkach polsko-izraelskich, odci臋艂a r贸wnie偶 nas 鈥 dzieci uratowane z Zag艂ady 鈥 od przesz艂o艣ci pe艂nej ci臋偶kich wspomnie艅, strachu samotno艣ci i osierocenia. Wspomnienia te pozosta艂y w nas, g艂臋boko pochowane i ka偶de z dzieci nadawa艂o im inn膮 nazw臋 w swoim w艂asnym j臋zyku: czarna skrzynka, ci臋偶ki kamie艅, paczka owini臋ta tysi膮cami banda偶y, rana krwawi膮ca w ukryciu, pi臋艣膰 w sercu… Owin臋li艣my si臋 cisz膮 i czekali艣my. Wykrzyczenie b贸lu pozostawili艣my uratowanym z Zag艂ady doros艂ym. Nieraz mo偶na by艂o ich krzyk us艂ysze膰 w nocy.

My, dzieci, uznali艣my, 偶e mamy szcz臋艣cie, uda艂o nam si臋 bowiem uj艣膰 z 偶yciem z koszmaru. Wi臋kszo艣膰 unikn臋艂a oboz贸w koncentracyjnych i oboz贸w pracy. Do nas dzieci Zag艂ady 鈥 zosta艂a wyci膮gni臋ta pomocna, ludzka d艂o艅 ratuj膮cych rodzin lub klasztoru katolickiego. Ta d艂o艅 z nara偶eniem 偶ycia i oddaniem doprowadzi艂a nas do zwyci臋stwa nad nazistowskim potworem.

Nie 艣mieli艣my wym贸wi膰 s艂owa skargi, bo naszego cierpienia nie mo偶na by艂o por贸wna膰 do tego, co przeszli ci, kt贸rym w wieku dojrza艂ym zosta艂o odebrane ludzkie oblicze. Czy mogli艣my si臋 r贸wna膰 z tymi, kt贸rym nie tylko zgin臋艂y ca艂e rodziny, a sami pozostali bez dachu nad g艂ow膮, z urazem psychicznym i chorzy fizycznie… Doro艣li ocale艅cy po zako艅czeniu wojny musieli zmaga膰 si臋 z niejasn膮 przysz艂o艣ci膮 w Polsce, Izraelu i w zamorskich krajach. Wsz臋dzie tam na nowo zbudowa膰 rodziny i pozosta膰 przy zdrowych zmys艂ach.

R贸偶nica mi臋dzy nami a doros艂ymi, kt贸rzy ocaleli, nie polega艂a na wymiarze cierpienia, jakie ka偶de z nas dozna艂o, lecz na stopniu umiej臋tno艣ci zrozumienia tego cierpienia.

Nie mogli艣my poj膮膰, dlaczego zostali艣my wyrzuceni z dom贸w, od艂膮czeni od rodzic贸w i oddani w obce r臋ce, nie zawsze gotowe do g艂askania. Nie rozumieli艣my, dlaczego mamy si臋 ukrywa膰 w piwnicy, podczas gdy inne dzieci bawi膮 si臋 na 艣wie偶ym powietrzu. Nie mogli艣my poj膮膰, dlaczego s艂owo 鈥炁粂d鈥 jest obra藕liwym przezwiskiem i czemu jest kierowane przeciwko nam. Po wojnie nie mogli艣my zrozumie膰, dlaczego obcy nam ludzie ka偶膮 nam do siebie m贸wi膰 鈥瀖amo i tato鈥.

Nie rozumieli艣my, z jakiego powodu niekt贸re dzieci znajduj膮 swoje matki, a nas nikt nie poszukuje. Nie mogli艣my poj膮膰, dlaczego takie dzieci jak my, kt贸re do si贸dmego roku 偶ycia przesz艂y przez dziesi膮tki r膮k, domy sierot i r贸偶ne miejsca ukrycia, zamieszkania, dlaczego w艂a艣nie my zostali艣my skazani na emigracj臋 do zamorskich kraj贸w.

Byli艣my dzie膰mi poci膮g贸w. W niejasnych wspomnieniach widzieli艣my szyny kolejowe, mroczne dworce i nasze twarze z ciemnymi oczami, starannie zas艂aniane. Wybrali艣my milczenie, bo by艂o ono dla nas lekarstwem, odgradza艂o od przesz艂o艣ci i pozwala艂o odczuwa膰 dzieci臋c膮 rado艣膰 偶ycia. Dzi臋ki temu mo偶na by艂o 偶y膰 dalej, rozwija膰 si臋, uczy膰, za艂o偶y膰 rodziny i wychowa膰 w艂asne potomstwo.

Nasze milczenie pozostawi艂o doros艂ym prawo do 偶a艂oby i opowiadania o swym ci臋偶kim losie. Dopiero kiedy wi臋kszo艣膰 z nich odnowi艂a swoje 偶ycie, postarza艂a si臋 i pogodzi艂a ze stratami, dopiero wtedy zacz臋艂y si臋 odzywa膰 g艂osy m艂odych. Ja r贸wnie偶 nale偶a艂am do tych, kt贸rzy postanowili milcze膰.

Tu偶 po zako艅czeniu wojny m贸j ojciec wykona艂 kilka nieudolnych pr贸b opowiedzenia tego, co prze偶y艂 w Auschwitz. Ze wszystkich jego opowiada艅 zapami臋ta艂am tylko jedno. Pewnego dnia ojciec znalaz艂 niedopa艂ek papierosa tu偶 ko艂o swojego baraku w obozie. Schyli艂 si臋, aby go podnie艣膰. Nagle czarny but oficerski przygni贸t艂 bezlito艣nie do ziemi d艂o艅 wyci膮gni臋t膮 w stron臋 wymarzonego niedopa艂ka. Ojciec podni贸s艂 g艂ow臋 do g贸ry i napotka艂 niebieskie oczy i u艣miech m艂odzie艅ca.

鈥濲ude, zachcia艂o ci si臋 popali膰?鈥 鈥 zapyta艂 tamten mi艂ym g艂osem. W艂o偶y艂 r臋k臋 do kieszeni i wyci膮gn膮艂 z niej papierosa. Zapali艂 go z przyjemno艣ci膮, zaci膮gn膮艂 si臋 g艂臋boko dwa razy i poda艂 papierosa mojemu ojcu. Ojciec wyci膮gn膮艂 r臋k臋 w stron臋 papierosa. M艂ody Niemiec przyjrza艂 si臋 wyci膮gni臋tej r臋ce, odwr贸ci艂 swoj膮 d艂o艅 i 偶arz膮cym si臋 papierosem zacz膮艂 przypala膰 ojcu sk贸r臋. 鈥濲ude, pal, pal, bo jutro sam zmienisz si臋 dym鈥 鈥 powiedzia艂 m艂ody nazista, a na jego twarzy rysowa艂 si臋 u艣miech zadowolenia.鈥濸rzyzwyczajaj si臋, Jude, do zapachu palonego mi臋sa. Przyzwyczajaj鈥.

Ta historia utkwi艂a mi w pami臋ci. Jedno zdanie ojciec powtarza艂 do ko艅ca swoich dni: 偶ycie w obozie by艂o piek艂em, ale najgorsze by艂o nieustanne zmaganie si臋 z poni偶eniem i pozbawianiem wi臋藕nia poczucia ludzkiej godno艣ci. Mia艂am siedem lat i trudno mi by艂o znie艣膰 opowiadania o poni偶aniu ojca. O matce, jej urodzie i wyj膮tkowej osobowo艣ci s艂ysza艂am tylko z ust jej przyjaci贸艂, kt贸rzy pozostali przy 偶yciu.

Zbli偶a艂am si臋 do tematu Zag艂ady powoli, ostro偶nie i z wahaniem. Dzieci艅stwo sp臋dzi艂am w jednej z najpi臋kniejszych dzielnic Hajfy, w domu ciotki, siostry mojej mamy. Zgodnie z wol膮 ojca w domu nie m贸wili艣my po polsku, a ja, 偶eby by膰 jak najszybciej zaakceptowana przez dzieci nowego kraju, musia艂am wyr贸偶nia膰 si臋 w dw贸ch dziedzinach:pozna膰 doskonale hebrajski i wybija膰 si臋 na zaj臋ciach sportowych.

Ku bezgranicznej rado艣ci mojego ojca, maj膮c trzyna艣cie lat zacz臋艂am ucz臋szcza膰 do hebrajskiej szko艂y 鈥瀝ealnej鈥 w Hajfie. Oto jego ma艂a c贸reczka, uratowana z Zag艂ady, przestraszona i zamkni臋ta w sobie dziewczynka, dosta艂a si臋 do jednej z najlepszych szk贸艂 w pa艅stwie.
Po uko艅czeniu liceum, rozpocz臋艂am nauk臋 w seminarium nauczycielskim. Kiedy zmobilizowano mnie do wojska, by艂am tak dumna ze swojego munduru, 偶e nosi艂am go nawet w sobot臋 czy podczas dni wolnych od s艂u偶by.

Po odbyciu s艂u偶by wojskowej wyjecha艂am z Hajfy i rozpocz臋艂am nauk臋 na Uniwersytecie Hebrajskim w Jerozolimie. Tam pozna艂am swojego przysz艂ego m臋偶a, r贸wnie偶 uratowanego z Zag艂ady. Pochodzi艂 on z Jugos艂awii.Gdy przysz艂y na 艣wiat nasze dzieci, odczeka艂am, a偶 dorosn膮, i wr贸ci艂am do nauki, rozpocz臋艂am drugi stopie艅 studi贸w. Ich przedmiotem by艂a wy艂膮cznie historia syjonizmu. Nie zastanawia艂am si臋, dlaczego unikam kurs贸w zwi膮zanych z histori膮 Zag艂ady. Postanowi艂am zako艅czy膰 studia prac膮, kt贸ra mia艂a nosi膰 tytu艂 Konflikt izraelsko-arabski od pocz膮tku XX wieku do powstania pa艅stwa Izrael.

I wtedy pojawi艂a si臋 propozycja uczestniczenia w wycieczce do Polski, co ca艂kowicie pokrzy偶owa艂o moje plany na przysz艂o艣膰. Ojciec liczy艂 sobie w贸wczas osiemdziesi膮t dwa lata. By艂 to rok 1984. W tym roku zorganizowa艂a si臋 pierwsza grupa wyk艂adowc贸w i student贸w humanistyki na Uniwersytecie Hebrajskim w Jerozolimie, kt贸ra postanowi艂a uda膰 si臋 do Polski w poszukiwaniu swoich korzeni. To by艂a jedna z pierwszych delegacji, kt贸ra zosta艂a oficjalnie zaproszona przez polskie w艂adze. Sk艂ada艂a si臋 z naukowc贸w i student贸w, kt贸rzy pragn臋li odwiedzi膰 Polsk臋, dosta膰 si臋 do niej przez w膮sk膮 szczelin臋 graniczn膮, dopiero niedawno otwart膮 na Zach贸d. Wi臋kszo艣膰 profesor贸w w tej grupie pochodzi艂a z Polski.

Kiedy powiadomiono mnie o projektowanym wyje藕dzie, poczu艂am si臋 tak, jakbym znalaz艂a si臋 nagle w innym 艣wiecie. Pocz膮tkowo targa艂y mn膮 sprzeczne uczucia, gdy my艣la艂am o ewentualnym przy艂膮czeniu si臋 do grupy. Od偶y艂 obraz ojca obejmuj膮cego ciep艂ymi d艂o艅mi moj膮 twarz w poci膮gu, kt贸ry jecha艂 do w艂oskiego portu, i jego ciche s艂owa: 鈥濶igdy wi臋cej, nigdy ju偶 nie wr贸cisz do doliny 艣mierci鈥. Te s艂owa budzi艂y we mnie g艂臋boko ukryte wspomnienia o kraju, kt贸ry ju偶 wiele lat wcze艣niej wymaza艂am z pami臋ci.

Po dw贸ch nieprzespanych nocach poczu艂am nieposkromion膮 ch臋膰 pojechania tam. Rozpocz臋艂am gor膮czkowe przygotowania do podr贸偶y, a przede wszystkim starania o polsk膮 wiz臋. Strach przed rezygnacj膮 z odwiedzenia Polski nap臋dza艂 mnie do dzia艂ania. Natychmiast zap艂aci艂am za bilet lotniczy i wzi臋艂am urlop z pracy. Wys艂a艂am list do klasztoru, w kt贸rym mnie przechowywano i powiadomi艂am zakonnice o mojej zbli偶aj膮cej si臋 wizycie.

艢wiadomo艣膰, 偶e wracam do miejsca, kt贸re poruszy we mnie dawny b贸l, sp臋dza艂a mi sen z oczu. Le偶a艂am w 艂贸偶ku i s艂ucha艂am bicia mojego serca. Od czasu do czasu zakrada艂am si臋 do pokoju dzieci, aby sprawdzi膰, czy s膮 na swoim miejscu. Mia艂am wra偶enie, 偶e grunt usuwa mi si臋 spod n贸g i musia艂am sprawdzi膰, czy wok贸艂 mnie w dalszym ci膮gu istnieje 艣wiat pewno艣ci i spokoju.

W 1984 roku, w s艂otny dzie艅 marca, stan臋艂am po raz drugi na polskiej ziemi. Grupa, z kt贸r膮 jecha艂am, podtrzymywa艂a mnie na duchu. Drobna cz膮stka izraelskiej ojczyzny, kt贸r膮 stanowili uczestnicy wyprawy, dodawa艂a mi odwagi i si艂y, aby powr贸ci膰 do trzech przystani mojego dzieci艅stwa. Do miasta, w kt贸rym si臋 urodzi艂am, klasztoru, w kt贸rym mnie ukrywano podczas wojny i do 偶ydowskiego Domu Sierot ko艂o 艁odzi, w kt贸rym tu偶 po wojnie sp臋dzi艂am pi臋膰 lat.

Nieprzypadkowo wybra艂am drug膮 przysta艅 jako pocz膮tek moich podr贸偶y po Polsce, uzna艂am bowiem, 偶e klasztor b臋dzie stanowi艂 barometr mojej mo偶liwo艣ci powrotu do przesz艂o艣ci. Je艣li b臋d臋 w stanie wr贸ci膰 do czas贸w, kiedy 偶ycie zosta艂o mi ofiarowane w prezencie, b臋dzie to oznacza膰, 偶e podo艂am wizytom w innych przystaniach mojego dzieci艅stwa.

Wyjazd do klasztoru w Brwinowie zmusi艂 mnie do rezygnacji z wizyty w 呕ydowskim Instytucie Historycznym, zaplanowanej przez moj膮 grup臋. Tym samym sprawi艂, 偶e jeden z rozdzia艂贸w mojego 偶ycia pozosta艂 dla mnie zakryty przez siedem nast臋pnych lat. Dokumentacja dotycz膮ca wczesnych lat mojego dzieci艅stwa spoczywa艂a w magazynach archiwalnych Instytutu i czeka艂a jeszcze kilka lat na odkrycie.

Zadzwoni艂am do taks贸wkarza, poleconego mi przez znajom膮 w Izraelu, i poprosi艂am go, aby mnie zawi贸z艂 do mojej drugiej przystani. Bardzo szybko si臋 okaza艂o, 偶e wyb贸r Julka jako towarzysza podr贸偶y do przesz艂o艣ci by艂 niezwykle udany. Julek by艂 偶onaty z 呕yd贸wk膮, uratowan膮 z getta warszawskiego. By艂 to pot臋偶ny m臋偶czyzna z niesamowitym poczuciem humoru. Na sw贸j rubaszny spos贸b natychmiast pom贸g艂 mi stan膮膰 na twardym gruncie rzeczywisto艣ci.

鈥 Je艣li nie przestaniesz si臋 wzrusza膰, ubior臋 ci臋 w habit zakonny i pozostawi臋 w klasztorze 鈥 powiedzia艂 mrugaj膮c okiem, a jego gromki 艣miech odbija艂 si臋 o szyby taks贸wki, kt贸ra z trudem toczy艂a si臋 po drodze prowadz膮cej do Brwinowa. Jak ma艂o brakowa艂o, aby twoje s艂owa okaza艂y si臋 prawdziwe 鈥 pomy艣la艂am. Kto mo偶e wiedzie膰, ile uratowanych 偶ydowskich dziewcz膮t, kt贸rym pogin臋艂y ca艂e rodziny, pozosta艂o w klasztorach i z czasem przyj臋艂o 艣wi臋cenia zakonne. Mog艂am by膰 jedn膮 z nich 鈥 rozmy艣la艂am dalej.

Otworzy艂am okno taks贸wki, aby ogl膮da膰 mijane widoki. Ostry mr贸z szczy- pa艂 w policzki, zimno przedostawa艂o si臋 do nozdrzy, ale oczekiwana wizyta nie dawa艂a mi tego odczu膰. Wraca艂am do Brwinowa po czterdziestu latach nieobecno艣ci. Z zakurzonych szuflad pami臋ci pojawi艂y si臋 obrazy. Przed moimi oczyma stan膮艂 klasztor 鈥 niby zamek pe艂en mrocznych korytarzy, otoczony murem z wielk膮 偶elazn膮 bram膮. Mur i brama chroni艂y nas przed z艂em gro偶膮cym z zewn臋trznego 艣wiata.

Klasztor sta艂 na 艣rodku wielkiego podw贸rza, a po jego prawej stronie znajdowa艂 si臋 warsztat stolarski, w kt贸rym pracowa艂 dziwny cz艂owiek o smutnych oczach. Wpycha艂 mi od czasu do czasu cukierka do kieszeni fartuszka, kiedy nikt nie widzia艂. Mia艂am zwyczaj pilnowa膰 tego skarbu a偶 do nadej艣cia wieczoru. W nocy nads艂uchuj膮c oddech贸w innych 艣pi膮cych dzieci, zaspokaja艂am g艂贸d powolnym i cichym ssaniem cukierka. By艂y to kr贸tkie chwile prawdziwego szcz臋艣cia.

Na ty艂ach klasztoru znajdowa艂a si臋 wielka, oszklona weranda, kt贸ra odcina艂a si臋 od ci臋偶kich zabudowa艅 klasztoru. Przez jej okna z 艂atwo艣ci膮 dociera艂o 艣wiat艂o do wewn膮trz i na ci臋偶kich, szarych 艣cianach budynku tworzy艂o jasn膮 plam臋, namalowan膮 niby r臋k膮 artysty. Przez okna werandy podgl膮da艂am otaczaj膮cy nas 偶ywy i kolorowy 艣wiat, pe艂en zwierz臋cych g艂os贸w, tak r贸偶ny od wilgotnej piwnicy, w kt贸rej sp臋dza艂am d艂ugie dni. Naprzeciw oszklonej werandy rozpo艣ciera艂 si臋 owocowy sad.

Ka偶dego dnia przebrana za ch艂opca, w czapce z daszkiem zas艂aniaj膮cym mi twarz i ogolon膮 g艂ow臋, przechodzi艂am mi臋dzy drzewami owocowymi, aby skr贸ci膰 sobie drog臋 do szko艂y. W k膮cie sadu, w siatce p艂otu stanowi膮cym ogrodzenie klasztoru, znajdowa艂a si臋 dziura. By艂am szczup艂a, dlatego z 艂atwo艣ci膮 przedostawa艂am si臋 tamt臋dy na drug膮 stron臋 i stawa艂am tu偶 przed budynkiem szko艂y.

Pierwsze pi臋tro budynku by艂o zaj臋te przez niemieckie dow贸dztwo, pe艂ne 偶o艂nierzy Wehrmachtu w eleganckich mundurach. M贸wili po 偶o艂niersku, ostrym g艂osem, wydobywaj膮cym si臋 z ust jak szabla przecinaj膮ca powietrze. Klasy szkolne znajdowa艂y si臋 na drugim pi臋trze. Aby dotrze膰 do pierwszej klasy, do kt贸rej ucz臋szcza艂am, musia艂am przej艣膰 przez pi臋tro niemieckiego dow贸dztwa, a stamt膮d z bij膮cym sercem, w biegu i strachu wskakiwa艂am do mojej klasy.

Wtedy niezupe艂nie rozumia艂am, czego mam si臋 obawia膰. Zakonnice wyt艂umaczy艂y mi, 偶e niemieccy 偶o艂nierze nie lubi膮 ciemnych w艂os贸w. Aby nie denerwowa膰 Niemc贸w, ogoli艂y mi g艂ow臋 i odzia艂y w ch艂opi臋ce ubranie. Wiele dni nauki straci艂am, aby nie denerwowa膰 Niemc贸w. Czasami, kiedy jasnow艂ose dzieci sz艂y do szko艂y, mnie posy艂ano do piwnicy, z kt贸rej nie wolno mi by艂o wyj艣膰 bez pozwolenia zakonnicy odpowiedzialnej za ma艂e dzieci. Nigdy nie zapyta艂am, dlaczego powinnam obawia膰 si臋 Niemc贸w bardziej ni偶 inne dzieci. Zakonnice nauczy艂y nas nie zadawa膰 pyta艅, a w klasztorze panowa艂 偶elazny rygor.

Dotarli艣my do szarego, u艣pionego miasteczka. K膮tem oka ujrza艂am przy dworcu kolejowym bia艂y szyld, a na nim czarnymi literami wypisan膮 nazw臋
鈥 Brwin贸w. Bez wahania wskaza艂am Julkowi drog臋 do centrum miasteczka, a stamt膮d skierowa艂am go w stron臋 w膮skiej dr贸偶ki, po obu stronach otoczonej go艂ymi brzozami. Skrzypi膮c i zgrzytaj膮c hamulcami taks贸wka zatrzyma艂a si臋 ko艂o dwupi臋trowego budynku w musztardowym kolorze.

Pojawi艂y si臋 cztery zakonnice odziane w czarne habity z bia艂ymi, wykrochmalonymi ko艂nierzami i ruszy艂y w naszym kierunku, machaj膮c r臋koma na powitanie. Dwie z nich 鈥 prawdopodobnie matka prze艂o偶ona i jej zast臋pczyni 鈥 obj臋艂y mnie i poca艂owa艂y w policzki. Sta艂am zmieszana i zawstydzona jak ma艂a dziewczynka. Nigdy w 偶yciu nie my艣la艂am, 偶e wolno mi b臋dzie poca艂owa膰 zakonnice w policzki. Kiedy swego czasu prosi艂y艣my je o wybaczenie naszych grzech贸w, wtedy wolno nam by艂o poca艂owa膰 zakonnic臋 w r臋k臋.

W pami臋ci utkwi艂 mi du偶y, ci臋偶ki budynek w艣r贸d owocowych drzew, otoczony wysokim p艂otem z 偶elazn膮, pa艂acow膮 bram膮. Tymczasem furtka, przez kt贸r膮 teraz przechodzi艂am, by艂a ma艂a, n臋dzna i nie si臋ga艂a mi do ramion. Zakonnice by艂y niskie. Czy偶by matka prze艂o偶ona by艂a ni偶sza ode mnie o g艂ow臋? Jak to mo偶liwe?

Z magazynu pami臋ci wy艂oni艂y si臋 odleg艂e obrazy chwili roz艂膮ki… rok 1945. Ma艂a dziewczynka stoi na palcach, aby poca艂owa膰 krzy偶 zawieszony na szyi matki prze艂o偶onej. 鈥 Niech ci臋 Pan B贸g ma w swojej opiece. Oby ci w drodze towarzyszy艂 u艣miech naszego Pana, Jezusa Chrystusa. Nie zapominaj o nas 鈥 po tych s艂owach zakonnica szybko zawraca i znika za bram膮 klasztoru. Maa dziewczynka podaje r膮czk臋 kobiecie, kt贸ra dopiero niedawno pojawi艂a si臋 w jej 偶yciu i obie udaj膮 si臋 w nieznane.

Brama klasztoru otworzy艂a si臋 ponownie po czterdziestu latach. M艂odsza zakonnica pokiwa艂a r臋k膮 w moj膮 stron臋 i zaprosi艂a mnie do wn臋trza klasztoru, ale nogi ponios艂y mnie w stron臋 stolarni, na podw贸rze gospodarstwa. Oczyma szuka艂am psiej budy, kt贸ra swego czasu znajdowa艂a si臋 w 艣rodku podw贸rka, tak jakbym spodziewa艂a si臋 us艂ysze膰 weso艂e szczekanie mojego ulubionego psa, przyjaciela z czas贸w wojny.

Zakonnice nie potrafi艂y wskaza膰 miejsca, w kt贸rym kiedy艣 znajdowa艂a si臋 psia buda, ale ch臋tnie przysta艂y na moja drug膮 pro艣b臋 i zaprowadzi艂y mnie na miejsce dawnej stolarni. 鈥 呕yd, kt贸rego uratowa艂y艣my, pozosta艂 z nami po wojnie a偶 do dnia 艣mierci w latach pi臋膰dziesi膮tych 鈥 powiedzia艂a starsza zakonnica. Nie zdawa艂a sobie sprawy, do jakiego stopnia poruszy艂o mnie to wspomnienie.

Uda艂am si臋 z zakonnicami do klasztoru i poprosi艂am je, aby zaprowadzi艂y mnie do piwnicy, w kt贸rej sp臋dzi艂am wiele dni mojego dzieci艅stwa.
Zapami臋ta艂am wilgotne pomieszczenie pod pod艂og膮 klasztoru. Schodz膮c po betonowych, w膮skich schodach, opowiada艂am zakonnicom o strachu, kt贸ry mnie ogarnia艂 w owych dniach, kiedy le偶a艂am na stosie cuchn膮cych kartofli i obawia艂am si臋, 偶e sufit spadnie i 偶ywcem mnie pogrzebie. Z dawnego przyzwyczajenia pchn臋艂am palcami w膮skie, drewniane drzwi. Spodziewa艂am si臋 zobaczy膰 znowu zaciemnion膮 komor臋, stosy ziemniak贸w na pod艂odze, a na nich rozbiegane i piszcz膮ce ze z艂o艣ci szczury, kt贸rym naruszono spok贸j.

Ostre 艣wiat艂o padaj膮ce z ma艂ego okienka naprzeciw wej艣cia o艣lepi艂o mnie na chwil臋. Po obu stronach 艣cian sta艂y drewniane p贸艂ki, na nich s艂oiki z d偶emem i z kiszonymi grzybami, poustawiane r贸wniutko, jeden obok drugiego. Tu偶 pod oknem sta艂y dwie beczki, pe艂ne kiszonych og贸rk贸w i kapusty, ich zapach rozchodzi艂 si臋 po ca艂ej piwnicy. Mi臋dzy nimi stercza艂 ma艂y wzg贸rek 艣wie偶ych i poprzebieranych kartofli, 鈥瀙otomk贸w鈥 tamtych 鈥 nadgni艂ych i brudnych, kt贸re wtedy stanowi艂y materac dla mojego skurczonego strachem cia艂a.

Przeb艂yski pami臋ci podci臋艂y mi kolana… S艂ysz臋 odg艂osy burzy, grzmoty, i w ciemno艣ci przytulam si臋 do dziewczynki, kt贸ra le偶y ko艂o mnie. Uspokajaj膮cy g艂os zakonnicy przebija ciemno艣膰, ale jej s艂owa wywo艂uj膮 we mnie jeszcze wi臋kszy strach: Pan B贸g z艂o艣ci si臋 na niedobrych ludzi i s艂ycha膰 jego gromki g艂os. Pan B贸g karze grzesznik贸w.

I zn贸w przesuwa si臋 obraz… Spogl膮dam przez okno dzieci臋cego pokoju i obserwuj臋 chmury. Niebo jest bardzo czerwone. Wielka g艂owa chmury siej膮ca l臋k wok贸艂 siebie, otoczona ci臋偶kimi lokami dym贸w pluje purpurowym ogniem. Ma spuchni臋te policzki, 偶arz膮ce si臋 oczy, a ze 艣ciany dymu zieje czerwonoszar膮 law膮 w stron臋 mojego okna. Pr贸buj臋 dotkn膮膰 nosem szyby okiennej, ale szybko si臋 cofam, bo a nu偶 si臋 oparz臋. Z ty艂u s艂ysz臋 g艂os zakonnicy: chod藕cie dzieci, zejdziemy do piwnicy, Pan B贸g gniewa si臋 na grzesznik贸w i pali Warszaw臋.

Pos艂uszne dzieci skupiaj膮 si臋 wok贸艂 zakonnicy i ustawiaj膮 jak zwykle w rz膮dek 鈥 wysocy na pocz膮tku, a mali na ko艅cu. Jestem ostatnia w kolejce i czuj臋 si臋 bezpiecznie obok habitu zakonnicy, kt贸ry dotyka mojego policzka. W ciszy schodzimy do mrocznej piwnicy. Przywieramy do zimnych kartofli oblepionych b艂otem. Co艣 mi臋kkiego i ciep艂ego spaceruje po moim ciele i dociera do szyi. Moja r臋ka dotyka cienkiego ogonka, kt贸ry 艂askocze mnie w nozdrza i cofa si臋 szybko. Norka w moim uchu spodoba艂a si臋 myszce, kt贸ra odpoczywa艂a sobie w niej przed 鈥瀘dwiedzinami鈥 na twarzy nast臋pnego dziecka…

Dwie zakonnice, kt贸re towarzyszy艂y mi w zwiedzaniu klasztoru, z uwag膮 obserwowa艂y ka偶d膮 zmian臋 w wyrazie mojej twarzy, czyta艂y w moim sercu i zdawa艂o si臋, 偶e odgaduj膮 bieg moich my艣li. Rozumia艂y, 偶e ka偶dy k膮t tego schronienia przywraca mnie do dalekiego dzieci艅stwa, kt贸re zdo艂a艂o ju偶 uj艣膰 z mojej pami臋ci. Zamkn臋艂am drzwi piwnicy i wraz z zakonnicami wspi臋艂y艣my si臋 po schodach na 艣rodkowe pi臋tro domu. W膮ski i d艂ugi korytarz zaprowadzi艂 nas do du偶ej sypialni.

Up艂yw czasu nie zmieni艂 ani jednego szczeg贸艂u w tym pokoju, tylko 艂贸偶ka jakby nieco si臋 skurczy艂y. W szerokiej sali rozja艣nionej promieniami s艂o艅ca, zapowiadaj膮cego nadej艣cie wiosny, sta艂o oko艂o dwudziestu 艂贸偶ek, pomalowanych na 艣mietankowy kolor. Ka偶de z nich by艂o przykryte bia艂ym, we艂nianym kocem. U wezg艂owia 艂贸偶ka le偶a艂a ma艂a poduszka, a na niej siedzia艂a plastikowa lalka. Dziesi膮tki niebieskich oczu ma艂ych lalek spogl膮da艂y na mnie, intruza, kt贸ry naruszy艂 spok贸j sypialni czarnookich dzieci sprzed czterdziestu lat.

Zakonnice zamilk艂y, a jedna z nich opar艂a swoj膮 mi臋kk膮 d艂o艅 na moim ramieniu. D艂ugim, mrocznym korytarzem zaprowadzi艂y mnie do biblioteki. Julek siedzia艂 w bibliotece i przegl膮da艂 ksi膮偶ki. Kiedy nas zobaczy艂, radzi艂, 偶ebym si臋 pospieszy艂a ze zwiedzaniem klasztoru, zanim nast膮pi zmrok. Wskaz贸wki antycznego zegara, wisz膮cego naprzeciw wej艣cia, wskazywa艂y p贸藕n膮, popo艂udniow膮 por臋.

鈥 Czy mog艂aby siostra poszuka膰 w waszej bibliotece pami臋tnik贸w z czas贸w wojny lub z okresu powojennego? Czy macie spis 偶ydowskich dzieci, ukrywanych w waszym klasztorze? 鈥 zapyta艂am matk臋 prze艂o偶on膮. Ta lekko si臋 zawaha艂a, ale wkr贸tce otworzy艂a dolne drzwiczki starej szafki bibliotecznej. Pewn膮 r臋k膮 si臋gn臋艂a po gruby, pod艂u偶ny zeszyt i po艂o偶y艂a go na stole. Ostro偶nie, z l臋kiem go otworzy艂am, czu艂am, 偶e k艂ad臋 moje d艂onie na kontakcie elektrycznym i w ten spos贸b pod艂膮czam si臋 do 藕r贸d艂a pr膮du.

Na po偶贸艂k艂ych stronach zeszytu wypisane by艂y nazwiska dzieci, daty urodzenia i dzie艅 opuszczenia klasztoru. Wiele z nich przyby艂o do klasztoru przed wybuchem wojny. Szybko przelecia艂am oczami nazwiska na ka偶dej stronie. Lata 1937, 1940, 1941, 1942, 1943… moje palce przewraca艂y stron臋 za stron膮, a oczy fotografowa艂y wszystkie nazwiska. Przewr贸ci艂am ostatni膮 stron臋 i szybko zamkn臋艂am zeszyt. Obj臋艂am go ramionami i przycisn臋艂am do serca.

Spokojny g艂os zakonnicy zabrzmia艂 z oddali.鈥揓aka szkoda, 偶e pani niczego nie znalaz艂a. W tamtych latach trzeba by艂o bardzo uwa偶a膰. Siostry przypuszczalnie wiedzia艂y, 偶e pani jest 呕yd贸wk膮 i dlatego nie zapisa艂y pani nazwiska w naszym dzienniku. M贸j m贸zg gor膮czkowo pracowa艂… chwila jest bezpowrotna, do tego miejsca ju偶 nie powr贸cisz, otw贸rz ten dziennik, otw贸rz go jeszcze raz. Usi艂owa艂am nada膰 spokojny ton swojemu g艂osowi, aby nie ujawni膰 burzliwych uczu膰.

Po艂o偶y艂am dziennik na kolanach i otworzy艂am go w miejscu, w kt贸rym utkn膮艂 m贸j palec podczas zamykania zeszytu.鈥 Tu, tu jest zapisane moje nazwisko, Alicja Herla, przyby艂a do klasztoru w 1943 roku, czy siostry widz膮?
鈥 Alicja Herla to pani? 鈥 ucieszy艂a si臋 matka prze艂o偶ona.
鈥撀燭o wspaniale, 偶e znalaz艂a pani swoje nazwisko. Tak pani膮 nazywano podczas wojny? Ale nazwisko brzmi nieco po niemiecku?
鈥 Po niemiecku? 鈥 zapyta艂am, powtarzaj膮c na g艂os: Alicja Herla, Alicja Herla.

Z oddali dotar艂 do mnie g艂os Julka. 鈥 鈥濺obi si臋 ciemno, drogi s膮 艣liskie i warto ju偶 ruszy膰 z miejsca鈥. Ale ja uparcie powraca艂am do czytania na g艂os tej jednej linijki, kt贸ra podsumowa艂a rozdzia艂 mojego 偶ycia. Matka prze艂o偶ona zapyta艂a: 鈥 Czy mo偶e pani wpisa膰 kilka s艂贸w do kroniki naszego klasztoru? Co pani czuje teraz… W j臋zyku, kt贸rym nie pisa艂am tyle lat, nieudolnie skre艣li艂am kilka s艂贸w: 鈥濸o czterdziestu latach wracam do miejsca, kt贸re by艂o dla mnie rajem na ziemi w艣r贸d otaczaj膮cego nas piek艂a鈥.

Siedzieli艣my w samochodzie i Julek, cicho pogwizduj膮c, zapali艂 silnik. Z daleka zauwa偶y艂am m艂od膮 zakonnic臋, kt贸ra spieszy艂a w naszym kierunku. W r臋ku trzyma艂a br膮zow膮 kopert臋 i trz臋s膮c膮 si臋 d艂oni膮 wyci膮gn臋艂a z niej list. 鈥 Przed wielu laty wychowanka naszego klasztoru wys艂a艂a nam skrzyni臋 pomara艅czy, w kt贸rej by艂 list. Pod listem widnia艂 podpis: Alinka. Na pr贸偶no pisa艂y艣my do niej i prosi艂y艣my j膮 o podanie swojego nazwiska. Jej charakter pisma by艂 bardzo podobny do tego, kt贸rym si臋 pani wpisa艂a teraz do naszej kroniki. Szybko rzuci艂am okiem na list z dat膮 1964 roku. Wtedy jeszcze milcza艂am.

Julek nie m贸g艂 mi towarzyszy膰 w wyprawie do Ostrowca 鈥 mojego rodzinnego miasta i przys艂a艂 swojego koleg臋. Po drodze mijali艣my miasta, kt贸rych nazwy utkwi艂y w s艂owniku pami臋ci mojej ma艂ej rodziny, uratowanej z po偶ogi wojennej. W Radomiu urodzi艂a si臋 moja matka. Wiele razy je藕dzi艂a do Ostrowca do swojego narzeczonego, zanim wysz艂a za niego za m膮偶. Je藕dzi艂a t膮 sam膮 szos膮, kt贸r膮 teraz toczy艂a si臋 nasza stara taks贸wka, weteranka dr贸g.

W膮ska droga d艂ugo艣ci oko艂o sze艣膰dziesi臋ciu kilometr贸w prowadzi艂a z Radomia do Ostrowca. Ogl膮dane widoki by艂y jakby 偶ywcem wyj臋te z rodzinnego albumu. Ma艂e drewniane domki po obu stronach jezdni, kominy dymi膮ce bia艂awym dymem i wystaj膮ce z dach贸w ob艂o偶onych pap膮. Rolnicy sun膮cy powolnym krokiem za p艂ugiem ci膮gni臋tym przez konia. W Zwoleniu urodzi艂 si臋 m贸j wujek, kt贸ry przyjecha艂 do Palestyny jeszcze przed wybuchem wojny.

Po Rudniku m贸j ojciec kr臋ci艂 si臋 do upad艂ego w poszukiwaniu resztek rodziny brata. Oni zgin臋li w Treblince i w Auschwitz. Po tych wyprawach wraca艂 do kawalerki, kt贸r膮 wynaj膮艂 po wojnie, poniewa偶 do naszego mieszkania wtargn臋li obcy ludzie. Zamyka艂 si臋 w niej na ca艂膮 dob臋, aby po艣ci膰. Jako ma艂a dziewczynka my艣la艂am, 偶e m贸j ojciec oszala艂 z nieszcz臋艣cia. Odg艂osy, kt贸re dochodzi艂y z pokoju, by艂y przera偶aj膮ce i pe艂ne gniewu. Potem zrozumia艂am,偶e m贸j ojciec prowadzi艂 porachunki z Panem Bogiem.

Wiele lat min臋艂o, a m贸j ojciec nie m贸g艂 znale艣膰 pocieszenia w nowej ojczy藕nie. Nie chcia艂 sprowadza膰 dzieci na 艣wiat, w kt贸rym B贸g nie jest obecny, i dlatego postanowi艂 si臋 nie 偶eni膰. Podczas 艣wi膮t, kiedy we dw贸jk臋 siedzieli艣my przy stole w naszym mieszkaniu w Hajfie, mia艂 zwyczaj m贸wi膰: 鈥 Widzisz ten pok贸j? Je偶eliby wszyscy pozostali przy 偶yciu, musieliby艣my rozwali膰 艣cian臋 i po艂膮czy膰 dwa pokoje, 偶eby mo偶na by艂o wstawi膰 du偶y st贸艂 dla ca艂ej rodziny. Osiemdziesi膮t os贸b zosta艂o startych z powierzchni ziemi, a 艣wiat istnieje dalej, tak jakby si臋 nic nie sta艂o. Czy zdajesz sobie spraw臋 z tego, ilu mia艂a艣 braci ciotecznych?

Nie wiedzia艂am i nie 艣mia艂am zapyta膰. Nie zna艂am imion braci ojca, ich 偶on i moich kuzyn贸w. Nie 艣mia艂am o nie zapyta膰 nawet wtedy, kiedy wpad艂am na pomys艂, aby ich upami臋tni膰 w Sali Imion Instytutu Yad Vashem. Obawia艂am si臋, 偶e je艣li zapytam, ojciec mi opowie, jak wygl膮da艂 koniec ich 偶ycia. Nocami widzia艂am ich wpychanych do wielkich 艂a藕ni, nagich i zawstydzonych. W oczach niekt贸rych czai艂a si臋 odrobina nadziei 鈥 pomimo strasznych opowie艣ci, jakich si臋 nas艂uchali 鈥 偶e za chwil臋 oblej膮 ich z g贸ry strumienie ciep艂ej wody i zmocz膮 ich zzi臋bni臋te cia艂a.

My艣la艂am o dzieciach wepchni臋tych w tym 艣cisku pomi臋dzy nogi doros艂ych. Widzia艂am wykrzywione i przera偶one twarze doros艂ych i dzieci, kiedy powoli, powoli, zamiast strumieni wody us艂yszeli krzyki i rz臋偶enia pierwszych ludzi duszonych gazem. Jak d艂ugo cierpieli, jak umierali, czy uda艂o im si臋 w panuj膮cym tam potwornym 艣cisku podnie艣膰 swoje dzieci i wzi膮膰 je w ramiona? Ogarni臋ta strachem, zapala艂am 艣wiat艂o w moim pokoju, aby odegna膰 od siebie te my艣li.

Deszcz zacz膮艂 kropi膰, kiedy przybyli艣my do Ostrowca. By艂y to szare i denerwuj膮ce krople, jak gdyby niewidzialna r臋ka wyla艂a na nas pomyje przez zatkane sitko. Cz艂apa艂am w b艂ocie i z ciekawo艣ci膮 rozgl膮da艂am si臋 wok贸艂 siebie. Pomimo brzydkiej pogody, na chodnikach mo偶na by艂o widzie膰 wielu przechodni贸w st膮paj膮cych uwa偶nie, aby si臋 nie po艣lizgn膮膰 i nie wpa艣膰 do jakiej艣 ka艂u偶y. Ka艂u偶e, kt贸rych pe艂no by艂o na chodnikach, wygl膮da艂y jak stare, zu偶yte 艣cierki.

Pr贸bowa艂am pokierowa膰 szofera w stron臋 znanych mi ulic, ale on nie potrzebowa艂 mojej pomocy. Zaprowadzi艂 mnie na dawny rynek, tak jakby ju偶 od dawna zna艂 to miejsce, i nawet zwr贸ci艂 mi uwag臋 na wysoki betonowy s艂up umieszczony na 艣rodku placu.鈥 To ku pami臋ci Polak贸w, kt贸rzy oddali swoje 偶ycie za ojczyzn臋 鈥 powiedzia艂. 鈥 Polak贸w? 鈥 zapyta艂am zdziwiona. 鈥 Do tego miejsca Niemcy sprowadzili 呕yd贸w, zanim wys艂ali ich na 艣mier膰 na starym 偶ydowskim cmentarzu. Tam zepchni臋to ich do do艂贸w, kt贸re przedtem kazano im samym wykopa膰 鈥 odpowiedzia艂am podniesionym g艂osem.

鈥 A 呕ydzi to nie Polacy? 鈥 zapyta艂 zaskoczony. 鈥 No mo偶e nie walczyli tak jak nasi, ale nale偶y im si臋 oddanie szacunku po 艣mierci tak samo jak innym. Przed Panem Bogiem wszyscy s膮 r贸wni, nie?

Wysiad艂am z taks贸wki i skierowa艂am si臋 do grupki starszych ludzi zebranych na skraju placu. W przesz艂o艣ci to by艂 rynek. Dwa razy w tygodniu by艂 tam targ. Rolnicy z pobliskich wiosek przywozili do sprzeda偶y p艂ody swoich gospodarstw. Teraz plac sta艂 opuszczony i tylko pomnik pami臋ci w 艣rodku rynku ro- bi艂 wra偶enie ostatniego z臋ba, kt贸ry pozosta艂 w ustach samotnego staruszka.

Zbli偶y艂am si臋 do grupki starszych m臋偶czyzn i zapyta艂am:
鈥 Czy kto艣 z pa艅stwa mieszka艂 w Ostrowcu przed wojn膮? 鈥 moje pytanie przerwa艂o rozmow臋. Otoczyli mnie i patrzyli podejrzliwie.
鈥 Kto pani jest? Sk膮d pani zna j臋zyk polski? Czego pani tu szuka? Dlaczego ma pani dwa aparaty fotograficzne? 鈥 pytania pada艂y ze wszystkich stron. Kierowca pospieszy艂 mi z pomoc膮.
鈥 Ta pani jest turystk膮 z Izraela. 呕yd贸wk膮, kt贸ra urodzi艂a si臋 w Ostrowcu. Szuka ludzi, kt贸rzy znali jej ojca.

鈥 A jak si臋 nazywa艂 ten 呕yd? 鈥 zapyta艂 jeden ze starc贸w, przesadnie prze-ci膮gaj膮c ostatnie s艂owo.
鈥 Alterman, Mosze Alterman 鈥 wtr膮ci艂am.
鈥 Moszik Alterman, ten, kt贸ry mia艂 sk艂ad meblowy! 鈥 rzuci艂 staruszek rado艣nie. Zanim zd膮偶y艂am zareagowa膰, podszed艂 do mnie i silnie potrz膮sn膮艂 moim ramieniem. Potem zatrzyma艂 moj膮 d艂o艅 i przycisn膮艂 j膮 sobie do piersi. Poczu艂am, 偶e serce starca trzepocze si臋 jak ptak, kt贸ry wylecia艂 z klatki. Sta艂am i przys艂uchiwa艂am si臋 jego biciu.

鈥 Wie pani, kto ja jestem? Hamer, Hamer piekarz, a ta, kt贸ra do nas idzie, to moja 偶ona. Ja by艂em piekarzem i w czasie wojny rzuca艂em przez p艂ot chleb do getta. Dobrze zna艂em pani ojca. Jak膮 pi臋kn膮 mia艂 偶on臋! S艂ysza艂em, 偶e zamordowali j膮 kilka dni przed zako艅czeniem wojny. Szkoda, by艂a pi臋kn膮 呕yd贸wk膮. A co z pani ojcem? 偶yje?
鈥 M贸j ojciec 偶yje, ale dzi艣 jest starcem, kt贸ry po do艣wiadczeniach Auschwitz nie wr贸ci艂 nigdy do siebie i nie o偶eni艂 si臋 po raz drugi 鈥 odpowiedzia艂am wzruszona.

鈥 Stefa, Stefa, chod藕 szybko, zobacz, kogo tu mamy! 鈥 zawo艂a艂 w stron臋 偶ony, kt贸ra zbli偶a艂a si臋 do nas ci臋偶kim, powolnym krokiem. I zn贸w musia艂am po艂o偶y膰 swoj膮 d艂o艅 na sercu staruszki. Kiedy poczu艂a m贸j dotyk, po艂o偶y艂a g艂ow臋 na mojej piersi i zacz臋艂a szlocha膰. Wyci膮gn臋艂am z torebki papierowe chusteczki i ociera艂am jej 艂zy. Czu艂y艣my si臋, jakby艣my obie wr贸ci艂y z pogrzebu kogo艣 bliskiego.
鈥 Jestem chora na serce i nie wolno mi si臋 denerwowa膰, ale to spad艂o na nas nagle jak z nieba. Pami臋tam pani膮 jako malutk膮 dziewczynk臋 z czarnymi w艂osami i b艂yszcz膮cymi oczami.

Hamer zaprowadzi艂 nas pod dom moich rodzic贸w. Stamt膮d udali艣my si臋 do ko艣cio艂a, kt贸ry przyj膮艂 mnie po wyj艣ciu z klasztoru. Tam w dalszym ci膮gu mia艂am zwyczaj gor膮czkowo si臋 modli膰, nawet kiedy zosta艂am ju偶 przekazana do 偶ydowskiego Domu Sierot, w kt贸rym po raz pierwszy us艂ysza艂am s艂owo 鈥濻talin鈥. Kocha艂am Jezusa w tej samej mierze co Stalina, a tego ostatniego nawet bardziej. Pewnego dnia nieznana r臋ka zerwa艂a ze 艣ciany obraz Jezusa zawieszony nad moim 艂贸偶kiem i zamiast niego przybi艂a pinesk膮 zdj臋cie Stalina.

Nie ukrywa艂am swoich uczu膰 i co wiecz贸r kl臋ka艂am przed portretem w膮satego wodza, aby modli膰 si臋 tak, jak mnie nauczono w klasztorze. Ale pewnego wieczoru podczas modlitwy jedna z moich kole偶anek zaszepta艂a mi do ucha:鈥 Stalin nie lubi modlitw. Je艣li chcesz si臋 dalej modli膰, mog臋 ci po偶yczy膰 m贸j krzy偶yk. 鈥 Otworzy艂a zaci艣ni臋t膮 pi膮stk臋 i przez chwil臋 widzia艂am w jej d艂oni malutki, srebrny krzy偶yk na cienkim 艂a艅cuszku. Co wiecz贸r kl臋ka艂y艣my ko艂o mojego 艂贸偶ka i modli艂y艣my si臋 do krzy偶yka le偶膮cego na poduszce.

Nie pami臋tam, jak d艂ugo jeszcze si臋 modli艂am. 偶ydowscy wychowawcy, kt贸rzy po wojnie wr贸cili ze Zwi膮zku Radzieckiego, p艂ukali nasze m艂ode m贸zgi wspania艂膮 ideologi膮 鈥瀙rzyja藕ni narod贸w鈥. Bardzo szybko miejsce Madonny z synkiem w ramionach zaj膮艂 ojciec Stalin i matka Rosja.

Hamer, kt贸ry 艣piesznie szed艂 po ulicy Ko艣cielnej, wskaza艂 nam domy, kt贸re mijali艣my i opowiada艂 o ich 偶ydowskich w艂a艣cicielach. Wymienia艂 ich nazwiska i dodawa艂 z dok艂adno艣ci膮, kiedy i dok膮d wyjechali ci nieliczni, kt贸rzy pozostali przy 偶yciu. Wielu z nich wyjecha艂o jeszcze do Palestyny, ale wi臋kszo艣膰 uda艂a si臋 do Kanady i od czasu do czasu ich potomkowie przyje偶d偶aj膮, aby odwiedzi膰 rodzinne strony.

鈥 Teraz zaprowadz臋 pani膮 na 偶ydowski cmentarz 鈥 powiedzia艂. 鈥 Tam ko艂o p艂otu pozosta艂o tylko kilka nagrobk贸w. Wi臋kszo艣膰 z nich jest zniszczona, ale jeszcze mo偶na odczyta膰 nazwiska. Z pozosta艂ych Niemcy pobudowali chodniki w mie艣cie. Teraz na miejscu cmentarza b臋dzie plac zabaw. Starego buka nie 艣ci臋li, a pod nim znajduje si臋 zbiorowa mogi艂a. Tam s膮 pochowani 呕ydzi z Ostrowca pozabijani przez SS. 鈥 W tym momencie wykona艂 palcem gest podrzynania gard艂a no偶em.

鈥 Co ja pani powiem, lepiej nie pami臋ta膰 tamtych dni. By艂em 鈥瀙iekarzem getta鈥 i podrzuca艂em 呕ydom 艣wie偶y chleb. To by艂 dopiero wyczyn! Nieustannie nara偶a艂em si臋 Niemcom. Ka偶dego dnia grozi艂a nam 艣mier膰, ale ja by艂em m艂ody i nie ba艂em si臋. Zna艂em wszystkich 呕yd贸w z Ostrowca. Lito艣膰 bra艂a nad ma艂ymi dzie膰mi, chud艂y z dnia na dzie艅. Wida膰 by艂o tylko wielkie i czarne jak w臋giel oczy.

呕ona Hamera, ci臋偶ko oddychaj膮c, przeciera艂a od czasu do czasu czo艂o p艂贸cienn膮, po偶贸艂k艂膮 chusteczk膮. Pochyli艂a g艂ow臋 w stron臋 m臋偶a i szepn臋艂a mu co艣 na ucho. 鈥 Pani musi koniecznie napi膰 si臋 u nas herbaty. Od kilku godzin pani kr臋ci si臋 w zimnie i jeszcze pewno niczego nie pi艂a. C贸rka Altermana nie jest przecie偶 codziennym go艣ciem. Mo偶e raz na sto lat…

鈥 Nied艂ugo si臋 艣ciemni i b臋d臋 musia艂a wraca膰 do Warszawy 鈥 usi艂owa艂am wymiga膰 si臋 od zaproszenia. 鈥 Nie, nie, mamy dla pani niespodziank臋, wielk膮 niespodziank臋. Mieszkamy dwa kroki st膮d.Uliczka, w kt贸r膮 skr臋cili艣my z ulicznych schod贸w, zdawa艂a mi si臋 znajoma. Wskaza艂am zardzewia艂y szyld przybity zaledwie jednym gwo藕dziem.
鈥 Po wojnie m贸j ojciec tu mieszka艂 鈥 zaszepta艂am do ucha staruszki.
鈥 Ojciec pani mieszka艂 pod numerem trzynastym, a my pod drugim. Zapraszamy do 艣rodka 鈥 powiedzia艂 Hamer i poci膮gn膮艂 mnie w stron臋 klatki schodowej.

Wspinaj膮c si臋 po trzeszcz膮cych schodach poczu艂am zapach kartoflanki i kiszonej kapusty. Stefa, kt贸ra jakby zrzuci艂a z siebie lata i wag臋, bieg艂a po schodach jak m艂oda dziewczyna. Wyci膮gn臋艂a z palta wielki klucz, otworzy艂a nim drzwi, kt贸re ju偶 od lat nie widzia艂y 偶adnej farby i zapali艂a 艣wiat艂o. Uderzy艂 mnie ci臋偶ki smr贸d, podobny do wyziew贸w z klatek w ogrodzie zoologicznym, z t膮 r贸偶nic膮, 偶e ten by艂 ciep艂y i wilgotny.

Widok, jaki zobaczy艂am, by艂 jakby 偶ywcem przeniesiony z film贸w, przedstawiaj膮cych 偶ycie ch艂op贸w na opuszczonej wsi we wschodniej Europie. Po prawej stronie pokoju sta艂 piec ob艂o偶ony kaflami koloru mocnej herbaty. Ze szczeliny mi臋dzy 艣cian膮 a piecem wystawa艂y kromki suchego chleba, powpychane mi臋dzy zmi臋te kawa艂ki gazetowego papieru. Ko艂o pieca sta艂 ma艂y st贸艂, przykryty gazet膮, a na nim szklanka herbaty z p艂ywaj膮cymi w niej resztkami papierosa. Chleb, z kt贸rego wyd艂ubano wn臋trzno艣ci, otwiera艂 gro藕nie paszcz臋, jakby ostrzega艂 przed ewentualn膮 pr贸b膮 zrobienia porz膮dku.

Na szerokim 艂o偶u, kt贸re zajmowa艂o wi臋ksz膮 cz臋艣膰 pokoju, le偶a艂y porozrzucane w nie艂adzie pierzyny, poduszki i mn贸stwo szmat. Wygl膮da艂y jak stare bety, wyci膮gni臋te z ulicznego 艣mietnika. Na lewej 艣cianie wisia艂 drewniany krzy偶, a na p贸艂ce pod nim sta艂 zielony s艂oik z plastikowym kwiatami. Obok le偶a艂a szczotka do w艂os贸w i grzebie艅. Po pod艂odze wa艂臋sa艂y si臋 dwa bia艂e kr贸liki, jedyne stworzenia w tym pomieszczeniu, kt贸re nie wzbudza艂y odrazy. 艢cierp艂a mi sk贸ra na my艣l, 偶e b臋d臋 pi艂a herbat臋 z kt贸rej艣 szklanki stoj膮cej na stole i os艂odz臋 ten nap贸j cukrem wyj臋tym z jakiej艣 starej szmaty.

鈥 Ja naprawd臋 musz臋 ju偶 i艣膰, 偶eby zwolni膰 kierowc臋. Obieca艂am, 偶e nie zajm臋 mu wi臋cej ni偶 osiem godzin 鈥 m贸wi艂am 鈥 ju偶 si臋 艣ciemni艂o i moi przyjaciele b臋d膮 si臋 niepokoi膰.
鈥 Zaraz, zaraz, jeszcze musi pani zobaczy膰 najwa偶niejsze… 鈥 Hamer jednym dramatycznym ruchem opr贸偶ni艂 ma艂偶e艅skie 艂贸偶ko z rzeczy, z ca艂ego ba艂aganu. Zrzuci艂 wszystko na pod艂og臋. Dopiero teraz zobaczy艂am oparcie i por臋cze 艂贸偶ka z wi艣niowego drzewa, wykonane r臋k膮 artysty. Opr贸偶niony mebel wygl膮da艂 jak diament na kupie 艣mieci. W dalszym ci膮gu nie rozumia艂am, co mam wsp贸lnego z tym 艂贸偶kiem, ale Hamer nie da艂 mi si臋 d艂ugo zastanawia膰.

鈥 To jest 艂贸偶ko pani rodzic贸w, pochodzi z ich warsztatu. Pani ojciec podarowa艂 mi je w zamian za chleb. Pewnego dnia, kiedy przynios艂em pieczywo do getta, jeszcze w czasach, kiedy pozwalano mi tam wchodzi膰, powiedzia艂: we藕 pan to 艂贸偶ko, bo zajmuje za du偶o miejsca. Dodali nam do mieszkania jeszcze dwie rodziny i musimy spa膰 na materacach. 鈥 艁贸偶ko wzi膮艂em, a materace im zostawi艂em, w ten spos贸b ocali艂em ten mebel z r膮k SS-man贸w.

Wszystko mnie nagle zabola艂o. Wydawa艂o mi si臋, 偶e mam gor膮czk臋. Szeptem poprosi艂am kierowc臋, 偶eby mnie wyci膮gn膮艂 z mieszkania Hamer贸w. Kiedy byli艣my ju偶 na dole i g艂臋boko odetchn臋艂am 艣wie偶ym powietrzem, m艂ody kierowca powiedzia艂: 鈥 Pani to ma mocne nerwy, nie z 偶elaza, ze stali! Prawd臋 m贸wi膮c, to ja nie bardzo lubi臋 obwozi膰 ludzi po ich dawnych domach czy mieszkaniach. Tydzie艅 temu wioz艂em trzech 呕yd贸w do Radomia. Przyjechali z Ameryki. Podczas jazdy m臋偶czyzna siedzia艂 cicho, ale matka i c贸rka bez przerwy p艂aka艂y. Serce bola艂o patrze膰. A pani s艂ucha, obserwuje, mo偶e nos si臋 jej troch臋 wyd艂u偶a, ale nie p艂acze. P艂aka艂am, ale 艂zy sp艂ywa艂y mi do wewn膮trz.

Po powrocie do Warszawy odnalaz艂am towarzyszy mojej podr贸偶y siedz膮cych w lobby hotelu. Ich twarze pos臋pnia艂y z dnia na dzie艅, zdradza艂y zm臋czenie i wyczerpanie. Intensywny program wizyt w miejscach m臋cze艅stwa i zag艂ady zacz膮艂 si臋 ju偶 odbija膰 na samopoczuciu naszej grupy. M艂odsi uczestnicy, urodzeni w Izraelu, konfrontowali z rzeczywisto艣ci膮 to, co wiedzieli do tej pory o Zag艂adzie z literatury lub z wyk艂ad贸w uniwersyteckich.

Ja r贸wnie偶 czu艂am, 偶e pojmuj臋 wi臋cej ni偶 dot膮d. Ale zmusza艂am si臋 do zapisywania wra偶e艅 i dokumentowania aparatem fotograficznym tego, co widzia艂am i s艂ysza艂am. Przewidywa艂am, 偶e po powrocie do kraju obudz臋 si臋 z dr臋cz膮cego snu, w kt贸rym zdecydowa艂am si臋 uczestniczy膰 w chwili s艂abo艣ci, a wtedy pozostan膮 tylko fragmenty obraz贸w i wra偶e艅, a reszta wyma偶e si臋 z pami臋ci.

M贸j wyczerpany organizm dziwnymi b贸lami w ko艣ciach sygnalizowa艂, 偶e zbli偶a si臋 grypa. Zawsze by艂am dumna ze swojego zdrowia. W艂a艣nie teraz, kiedy czas ucieka mi jak w klepsydrze i ka偶dego dnia mog臋 spodziewa膰 si臋 nowego wzruszenia, b臋d臋 musia艂a pozosta膰 w 艂贸偶ku!

Nie zd膮偶y艂am jeszcze odwiedzi膰 mojego ostatniego celu podr贸偶y 鈥 Domu Sierot w Helen贸wku, kt贸ry swego czasu przyj膮艂 w swoje opieku艅cze ramiona oko艂o stu dwudziestu 偶ydowskich dzieci, pozosta艂o艣ci rodzin, kt贸re zosta艂y starte z powierzchni ziemi. Moja siostra cioteczna o twarzy anio艂a, najpierw przyprowadzi艂a mnie prosto z klasztoru do Domu Sierot ko艂o Warszawy. W s艂onecznym dniu lata 1945 roku wychowawczyni zawo艂a艂a mnie do swojego pokoju i cichym, ale zdecydowanym g艂osem powiedzia艂a, 偶e nikt nie przyjdzie mnie odebra膰, poniewa偶 ca艂a moja rodzina zgin臋艂a podczas wojny.

Szcz臋艣cie, 偶e wreszcie znajduj臋 si臋 w domu bez piwnic i dostaj臋 du偶o wspania艂ego jedzenia, by艂o tak wielkie, 偶e nie 艣mia艂am ju偶 偶膮da膰 od 偶ycia takich 鈥瀕uksus贸w鈥 jak matka i ojciec. Min膮艂 miesi膮c i zn贸w zawo艂ano mnie do pokoju mojej ukochanej wychowawczyni. Kobieta umy艂a mi twarz, splot艂a na nowo warkocze i uroczystym tonem obwie艣ci艂a, 偶e czekaj膮 mnie odwiedziny mojego 鈥瀘jca鈥. Instynkt ostrzegawczy wyostrzony w czasie wojny nie wr贸偶y艂 mi niczego dobrego. Trzymana mocno za r臋k臋, oci膮gaj膮c si臋 i szukaj膮c drogi ucieczki, sz艂am milcz膮c za wychowawczy- ni膮. Po kilku minutach dotar艂y艣my do baraku dyrektorki.

W drzwiach sta艂o trzech m臋偶czyzn: dw贸ch wysokich i eleganckich, z kt贸rych emanowa艂a pewno艣膰 siebie. Mi臋dzy nimi sta艂 staruszek oparty na kulach. Mia艂 spuchni臋te cia艂o i g艂ow臋 zwieszon膮 na piersi. Z oczodo艂贸w skurczonej i 偶贸艂tej czaszki spoziera艂y na mnie zm臋czone oczy pe艂ne b艂agania jak spojrzenia 偶ebrak贸w, nawiedzaj膮cych od czasu do czasu klasztor, w kt贸rym przebywa艂am podczas wojny. Ten cz艂owiek mi臋dli艂 w ustach jakie艣 s艂owa, ale d藕wi臋ki jego j臋zyka by艂y mi zupe艂nie obce.

Uciek艂am stamt膮d i ukry艂am si臋 pod 艂贸偶kiem w przychodni lekarskiej sieroci艅ca. Po pierwszym spotkaniu z ojcem mia艂am zwyczaj ukrywa膰 si臋 w piwnicy, je艣li tylko us艂ysza艂am g艂o艣ny p艂acz rodzic贸w, kt贸rzy przyje偶d偶ali do nas w poszukiwaniu swoich zagubionych dzieci. Nie wiem, kto zadecydowa艂 o tym, aby mnie przeniesiono do Domu Dziec- ka w Helen贸wku ko艂o 艁odzi. Wychowawcy zak艂adu pod Warszaw膮, kt贸rzy na w艂asnej sk贸rze prze偶yli koszmar wojny i Zag艂ady, byli wra偶liwi na potrzeby ka偶dego dziecka i zrozumieli, 偶e b臋dzie dla mnie o wiele lepiej, je艣li znajd臋 si臋 w pobli偶u mojej siostry ciotecznej.

Moj膮 kuzynk臋 Zosi臋 kocha艂am z ca艂ego serca. By艂a pi臋kna, m艂oda i w og贸le niepodobna do 呕yd贸wki. Po uwolnieniu z obozu koncentracyjnego w Auschwitz postanowi艂a zamieszka膰 w 艁odzi. Nie czu艂a si臋 na si艂ach, aby wr贸ci膰 do rodzinnego Ostrowca, gdzie po jej krewnych pozosta艂a tylko wsp贸lna mogi艂a na cmentarzu 偶ydowskim ko艂o bukowego drzewa.

Powr贸t do miejsc, w kt贸rych sp臋dzi艂am dziecinne lata, obudzi艂 we mnie u艣pione t臋sknoty i wspomnienia b贸lu samotno艣ci.
Zatrzyma艂am przypadkow膮 taks贸wk臋 i poprosi艂am kierowc臋, 偶eby mnie za- wi贸z艂 do Helen贸wka. Helen贸wek by艂 ma艂ym miasteczkiem w pobli偶u 艁odzi. Otacza艂 je las i pola obsiane zbo偶em. Dom Dziecka znajdowa艂 si臋 w trzech luksusowych budynkach s艂u偶膮cych r贸wnie偶 przed wojn膮 jako sierociniec. Wspiera艂 go Chaim Rumkowski, cz艂owiek, kt贸ry sta艂 si臋 鈥瀞艂awny鈥 dzi臋ki swojej kontrowersyjnej dzia艂alno艣ci w 艂贸dzkim getcie.

Jad膮c w stron臋 Helen贸wka, min臋li艣my opustosza艂y rynek ba艂ucki. Z zak膮tk贸w pami臋ci pojawi艂 mi si臋 przed oczami ten sam rynek, wype艂niony rozentuzjazmowanym, pokrzykuj膮cym rado艣nie t艂umem. Ludzie otaczali szubienic臋 wznosz膮c膮 si臋 w centrum placu. Z daleka widzia艂am cia艂o Bibowa, okrutnego zarz膮dcy 艂贸dzkiego getta, dyndaj膮ce na cienkim sznurze, kiedy po wojnie zosta艂 skazany na 艣mier膰 przez powieszenie.

Aby dotrze膰 do sieroci艅ca w Helen贸wku, trzeba by艂o przejecha膰 jeszcze dwadzie艣cia kilometr贸w tramwajem. W膮sk膮 艣cie偶k膮 prowadz膮c膮 przez zaro艣la dochodzi艂o si臋 do lasu. Na wielkiej polanie by艂y koszary rosyjskich 偶o艂nierzy, kt贸rzy nape艂niali s艂odyczami kieszenie dzieci z sieroci艅ca. Z ustami wype艂nionymi cukierkami i owocami lasu zbli偶a艂am si臋 do otwartego terenu, na kt贸rym ju偶 z daleka by艂o wida膰 zarysy Domu Dziecka. Le艣na 艣cie偶ka zamienia艂a si臋 w piaszczyst膮, szerok膮 dr贸偶k臋 ukryt膮 w艣r贸d p贸l, kt贸re zasiane zbo偶em, rdzi艂y plony wysoko艣ci dwunastoletniego dziecka.

Wygl膮d p贸l zmienia艂 si臋 zale偶nie od pory roku. Teren mi臋dzy le艣nymi zaro艣lami a Domem Dziecka zamienia艂 si臋 w zimie w dywan 艣niegu si臋gaj膮cy nieraz wysoko艣ci dw贸ch metr贸w. Na skraju pola pracownicy zak艂adu wydr膮偶yli w膮sk膮 艣cie偶k臋, kt贸r膮 dzieci mog艂y wr贸ci膰 do domu. Zdawa艂o mi si臋 wtedy, 偶e krocz臋 przez korytarz pa艂acu ze 艣niegu, kt贸rego wysokie 艣ciany otacza艂y mnie z dw贸ch stron, a z g贸ry spogl膮da艂 na mnie kawa艂ek szarego nieba.

Wiosn膮 wyziera艂 z kupek 艣niegu zielony meszek kie艂kuj膮cego zbo偶a. Wtedy zabraniano nam skraca膰 sobie drog臋 i przechodzi膰 przez pole, aby nie niszczy膰 rodz膮cych si臋 plon贸w. Musieli艣my okr膮偶a膰 teren od jego po艂udniowej strony, co podw贸jnie przed艂u偶a艂o nam drog臋. W lecie wysokie k艂osy zbo偶a, pochylone od ci臋偶aru ziaren, zaprasza艂y nas do szukania kryj贸wki przed czujnym okiem gro藕nego rolnika, w艂a艣ciciela pola. Takie drogi na skr贸ty mog艂y nawet zosta膰 przyp艂acone 偶yciem przez kilkoro z nas. Kilku w艣ciek艂ych ch艂op贸w goni艂o za dzie膰mi z kosami w r臋kach i mogli straci膰 cierpliwo艣膰.

Jesieni膮, po 偶niwach, ch艂opi zadowoleni z plon贸w swojej pracy pozwalali dzieciom na wa艂臋sanie si臋 i zabawy na polnych r偶yskach. Dla mnie to by艂a prawdziwa rado艣膰. Spacerowa艂am sobie po polach, kt贸re wygl膮da艂y jak ogolone je偶e, i oczami utkwionymi w ziemi poszukiwa艂am zagubionych skarb贸w. Jeden ze stra偶nik贸w sieroci艅ca, by艂y 偶o艂nierz, kt贸ry zako艅czy艂 s艂u偶b臋 w Armii Czerwonej, zgodzi艂 si臋 na ochotnika pilnowa膰 zabudowa艅 Domu Dziecka przed ewentualnymi pogromami czy napadami lub przed syjonistycznymi wys艂annikami, kt贸rzy kr臋cili si臋 wok贸艂 p艂otu okalaj膮cego sierociniec i pr贸bowali wykra艣膰 dzieci, aby je przewie艣膰 do Izraela.

Pewnego dnia opowiedzia艂 nam historyjk臋. 鈥 Czy widzicie te pola w nocy, dzieci? 鈥 zapyta艂. 鈥 Na tych polach jest mn贸stwo z艂otych monet. Czy wiecie, moje dzieci, jak te monety dosta艂y si臋 na ch艂opskie pola? Kiedy Niemcy zabrali 呕yd贸w do 艂贸dzkiego getta, postarali si臋 r贸wnie偶 przewie艣膰 tam sieroty z Domu Dziecka w Helen贸wku. Bo zanim tu przyjechali艣cie i nim rozpocz臋艂a si臋 straszna wojna, tu by艂 sierociniec dla 呕ydowskich dzieci, kt贸rych rodzice zmarli z powodu chor贸b i biedy.

Nie tak jak wasi rodzice, kt贸rych zabili Niemcy. I kiedy wychowawcy szli przez te pola z dzie膰mi z sieroci艅ca do 艂贸dzkiego getta, wszyscy p艂akali przez ca艂膮 drog臋, a ich 艂zy wsi膮ka艂y w ziemi臋. I kiedy dzieci do sieroci艅ca ju偶 nie wr贸ci艂y, wtedy Pan B贸g zamieni艂 te 艂zy na z艂ote monety. Od tego czasu okoliczni ch艂opi orz膮 tu ziemi臋 g艂臋boko, g艂臋boko i solidnie w poszukiwaniu z艂otego skarbu. Monet nie znajduj膮, ale ziemia jest wdzi臋czna za tak膮 dobr膮 opiek臋 i wydaje wspania艂e plony. Czy wiecie, kto znajdzie te monety? Wy, tylko wy, 偶ydowskie sieroty.

Z tej opowiastki zrozumia艂am tylko jej koniec, natomiast pocz膮tek tak nas nastraszy艂, 偶e przerobili艣my go na historyjk臋 o z艂odziejach, kt贸rzy ukradli Niemcom skarb i tylko dzieci z sieroci艅ca maj膮 prawo go szuka膰. Pewnego razu przynios艂am monet臋, kt贸r膮 dosta艂am od mojego ojca i uroczy艣cie obwie艣ci艂am dzieciom, 偶e znalaz艂am j膮 na polu.
鈥 G艂upia 鈥 powiedzia艂a jedna z dziewczynek 鈥 to nie jest moneta dzieci z getta. Tamte by艂y ze z艂ota.

鈥 Przyjechali艣my, pani mnie s艂yszy? 鈥 odezwa艂 si臋 kierowca. 鈥 Pani spa艂a ca艂膮 drog臋. 鈥 Ostry g艂os kierowcy wdar艂 si臋 w moje my艣li. Otworzy艂 drzwi samochodu i odpowiada艂 na moje pytania z demonstracyjn膮 wrogo艣ci膮 i brakiem cierpliwo艣ci.
鈥 To nie jest Dom Dziecka, ale przytu艂ek dla m艂odych przest臋pc贸w. Nie podoba si臋 pani? W takim miejscu i bandyci nie chc膮 mieszka膰. Pani m贸wi, 偶e tu kiedy艣 pachnia艂o gruszkami i jab艂kami, a ja m贸wi臋, 偶e tu 艣mierdzi…

鈥 To jest jakie艣 nieporozumienie, prosz臋 pana. Jeste艣my na w艂a艣ciwym miejscu, ale domy nie s膮 te same. Niemo偶liwe, 偶eby tak zniszczono dom naszego dzieci艅stwa. To nie s膮 te same domy. Tu by艂o pe艂no dzieci i by艂o s艂ycha膰 ich 艣miech, a wszystko wok贸艂 kwit艂o i l艣ni艂o. Wyszli艣my z bunkr贸w i piwnic prosto do pa艂acu, kt贸ry w艂a艣nie tutaj si臋 znajdowa艂. Komu uda艂o si臋 go zniszczy膰 i zamieni膰 w ruin臋?

Kierowca zaproponowa艂 mi papierosa i sam zapali艂. 鈥 Szkoda pani czasu i b贸lu serca 鈥 m贸wi艂. 鈥 S艂ysza艂em, 偶e dawno temu byli tu 呕ydzi, kt贸rzy dostali du偶o pieni臋dzy z Ameryki. Wtedy by艂 tu faktycznie raj. Ale teraz nie ma nikogo, kto by rzuci艂 tu par臋 groszy. Nasze pieni膮dze wzi臋li obcy. Nie 呕ydzi. Nie warto o tym m贸wi膰, szkoda zdrowia. Wszystko nam zabrali. I lasy, i pola. I w臋giel, i 偶elazo. A co dali w zamian? W贸dk臋 i smalec. I pierwszego maja wolno nam macha膰 czerwonymi chor膮gwiami.

Pani nie wychodzi z taks贸wki? Boli pani膮, prawda? Mo偶na zrozumie膰. Przyje偶d偶a sobie cz艂owiek z dale- kiego kraju, bo t臋skni, i co widzi? N臋dz臋 i ruiny. Pani wygl膮da na zm臋czon膮. Zawioz臋 pani膮 do hotelu, nie zaszkodzi pani kieliszek w贸dki. Wcisn臋艂am si臋 w siedzenie taks贸wki i zamilk艂am. Kierowca pr贸bowa艂 mnie pociesza膰 i w艂膮czy艂 radio.Piosenkarka 艣piewa艂a o mi艂o艣ci. Odwr贸ci艂am si臋 na chwil臋 w nadziei, 偶e mo偶e nagle ujrz臋 dom moich sn贸w, ale ruiny twardo przypomina艂y o swoim istnieniu. Z rozbitych szyb spogl膮da艂y na mnie pe艂ne lekcewa偶enia i ironii oczy, a wej艣ciowa brama otworzy艂a w moj膮 stron臋 skrzywiony, z艂o艣liwy u艣miech.

Pod wiecz贸r znalaz艂am si臋 w hotelu. Czu艂am potrzeb臋 samotno艣ci, aby wr贸ci膰 do wspomnie艅, kt贸re ogarniaj膮 doros艂ego cz艂owieka, gdy my艣li o swoim dzieci艅stwie. Wtedy jeszcze nie by艂am w stanie poj膮膰 ogromu nieszcz臋艣cia i cudu, kt贸ry mnie spotka艂 w 偶yciu. Zdo艂a艂am zaledwie lekko naruszy膰 pierwsz膮 warstw臋 moich wspomnie艅. Nadal jeszcze nie przebi艂am si臋 przez warstwy niepami臋ci.

W 1991 roku wr贸ci艂am drugi raz do Polski. Min臋艂o siedem lat od pierwszej wizyty i pami臋膰 o niej spoczywa艂a w Jerozolimie, w szufladzie mi臋dzy kartami wspomnie艅.

Moje dzieci 鈥瀢yfrun臋艂y z gniazda鈥, aby zbudowa膰 swoje w艂asne rodziny i domy. Ja by艂am ju偶 bardziej pogodzona z losem i gotowa do po艂膮czenia si臋 z przesz艂o艣ci膮, tym razem bez 偶adnego strachu. Po tym wszystkim, co widzia艂am w komunistycznej Polsce, czu艂am, 偶e mam szcz臋艣cie, bowiem zosta艂o mi oszcz臋dzone pi臋膰dziesi膮t lat cierpienia i moje 偶ycie p艂yn臋艂o nad Morzem 艢r贸dziemnym, gdzie niebo jest niebieskie i bezchmurne przez wi臋ksz膮 cz臋艣膰 roku.

Kolejne prze偶ycie czeka艂o mnie w magazynie 偶ydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie, podczas drugiej wizyty w Polsce. W zakurzonym pudle znalaz艂am 800 kartotek dotycz膮cych 偶ydowskich dzieci, kt贸re zosta艂y przekazane do dom贸w sierot pod koniec wojny i po wojnie, dzi臋ki Centralnemu Komitetowi 偶ydowskiemu w Polsce. Kartoteki te zawiera艂y 偶yciorysy dzieci podczas wojny i po jej zako艅czeniu.

Trz臋s膮cymi si臋 palcami przewraca艂am karty i fotografie setek dzieci, kt贸re u艣miecha艂y si臋 do mnie u艣miechem mojego dalekiego dzieci艅stwa. Nagle znalaz艂am w kartotece nazwisko Zajdenberg Lea, a w nawiasie 鈥 Alina Herla. Z lewej strony kartki by艂o przylepione zdj臋cie siedmioletniej dziewczynki z kr贸tkimi w艂osami, otoczonymi szerok膮 wst膮偶k膮 z kokard膮 podtrzymuj膮c膮 delikatne w艂osy. To zdj臋cie potwierdza艂o, 偶e podczas wojny by艂am przebrana za ch艂opca. W艂osy, kt贸re od chwili zako艅czenia wojny troch臋 uros艂y, otacza艂y twarz dziewczynki pe艂nej ciekawo艣ci 偶ycia. By艂a to jedna z kartek nale偶膮cych do instytucji, kt贸ra dokumentowa艂a 偶yciorysy uratowanych dzieci.

To odkrycie dostarczy艂o mi w艂a艣nie brakuj膮cych element贸w dotycz膮cych mojej przesz艂o艣ci. O tym, czego nie uda艂o mi si臋 wyci膮gn膮膰 od mego milcz膮cego ojca, dowiedzia艂am si臋 dzi臋ki ukochanej wychowawczyni z 偶ydowskiego Domu Dziecka, Luni Gold. Pozostawi艂a informacj臋 o moich dziecinnych losach.

Pisa艂a: 鈥濪o likwidacji getta mieszka艂a z rodzicami w Ostrowcu 艢wi臋tokrzyskim. W 1942 roku zaopiekowa艂a si臋 ni膮 katoliczka, kt贸ra umie艣ci艂a j膮 w klasztorze w Brwinowie. Po wyzwoleniu znajoma 呕yd贸wka zabra艂a j膮 z klasztoru i odda艂a do Domu Dziecka w Zatrzebiu. Ojciec 偶yje. Matka zosta艂a zabrana przez Niemc贸w i nic o niej nie wiadomo. Rodze艅stwa nie mia艂a鈥.

Teraz wiem. Ko艂o si臋 zamkn臋艂o, ale d艂o艅? D艂o艅, kt贸ra szuka艂a uchwytu matczynej r臋ki, zawis艂a w powietrzu…

Fragment ksi膮偶ki Lei Balint o dzieciach bez to偶samo艣ci w przek艂adzie z hebrajskiego. Ksi膮偶ka ukaza艂a si臋 w 2008 roku w Izraelu. Redakcja polskiej wersji Katarzyna Meloch

Fotografie i pami膮tki
do g贸ry

Strona 鈥瀂apis pami臋ci鈥
Stowarzyszenia
鈥濪zieci Holocaustu鈥
w Polsce.

Zrealizowano
dzi臋ki wsparciu Fundacji
im. R贸偶y Luksemburg
Przedstawicielstwo
w Polsce

ul. Twarda 6
00-105 Warszawa
tel./fax +48 22 620 82 45
dzieciholocaustu.org.pl
chsurv@jewish.org.pl

Koncepcja i rozwi膮zania
graficzne 鈥 Jacek Ga艂膮zka 漏
ex-press.com.pl

Realizacja
Joanna Sobolewska-Pyz,
Anna Ko艂aci艅ska-Ga艂膮zka,
Jacek Ga艂膮zka

Web developer
Marcin Bober
PROJEKTY POWI膭ZANE

Wystawa w drodze
鈥濵oi 偶ydowscy rodzice,
moi polscy rodzice鈥 moirodzice.org.pl

Wystawa sta艂a
鈥濵oi 偶ydowscy rodzice,
moi polscy rodzice鈥
w Muzeum Treblinka
muzeumtreblinka.eu
Strona 鈥瀂apis pami臋ci鈥
Stowarzyszenia
鈥濪zieci Holocaustu鈥
w Polsce.

Zrealizowano
dzi臋ki wsparciu Fundacji
im. R贸偶y Luksemburg
Przedstawicielstwo
w Polsce
Koncepcja i rozwi膮zania
graficzne 鈥 Jacek Ga艂膮zka 漏
ex-press.com.pl

Realizacja
Joanna Sobolewska-Pyz,
Anna Ko艂aci艅ska-Ga艂膮zka,
Jacek Ga艂膮zka

Web developer
Marcin Bober
PROJEKTY POWI膭ZANE

Wystawa w drodze
鈥濵oi 偶ydowscy rodzice,
moi polscy rodzice鈥 moirodzice.org.pl

Wystawa sta艂a
鈥濵oi 偶ydowscy rodzice,
moi polscy rodzice鈥
w Muzeum Treblinka
muzeumtreblinka.eu