Monika Goldwasser, urodzona w 1941 r.

Miałam dwie mamy

Pamięci moich Rodziców

Urodziłam się w czasie kiedy większość ludzi mojego pochodzenia umierała. Czas wojny przeżyłam, bo z Myślenic do skawińskiego getta, które było tylko przystankiem w drodze do obozu w Bełżcu, mama jechała tuląc do siebie lalkę zamiast mnie. Z getta już ani Ona, ani mój Ojciec nie wrócili. Byli Żydami.

Miałam dwie mamy – Salomeę, która mnie urodziła – i Annę – która mnie ocaliła, wychowała i obdarzyła miłością. Do polskich, przybranych rodziców trafiłam z klasztoru Urszulanek w Krakowie, gdzie biologiczni rodzice oddali mnie czując, iż jest to jedyny sposób na uratowanie mi życia (wobec zbliżającej się zagłady).

O prawdzie dowiedziałam się na łożu śmierci mojej przybranej mamy Anny, choć już nieraz chciała zrzucić z siebie tę tajemnicę. W dzieciństwie, gdy byłam troszkę nieposłuszna, „wyzywała” mnie od niedobrych Goldwasserów. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, jaki to ma sens.

Tata mój, Adam, uczył języka francuskiego w kaliskim gimnazjum. Skończył romanistykę, studiował też na francuskiej Sorbonie. Miał duszę artysty – pisał wiersze, używając pseudonimu Dalin, które były drukowane w „Gazecie Polskiej” oraz „Czasie”. Przyjaźnił się z innym poetą – Janem Sztaudyngerem, z którym wspólnie zażywał kąpieli w Rabie czy też przechadzał się po myślenickich okolicach.

Moi dziadkowie ze strony Ojca to Hermina i Łazarz Goldwasserowie. Dziadek to barwna postać. Był adwokatem, pierwszym i jedynym prezesem Hatikwy (organizacji syjonistycznej z lat 30. XX wieku) oraz prezesem Żydowskiego Towarzystwa Gimnastycznego (propagującego rozwój kultury fizycznej).

Zasiadał w radzie miejskiej w Myślenicach, w jego rękach znajdował się resort opieki nad biedną ludnością żydowską. Walczył o przestrzeganie praw obywatelskich i o zwiększenie budżetu na pomoc dla najuboższych rodzin. Był też członkiem loży B’nai B’rith.

Przez lata poszukiwań dalszych informacji o swojej rodzinie (archiwa, muzea, instytucje) w różnych zakątkach świata – odnalazłam rodzinę w Stanach i Izraelu, która jednak nie utrzymuje ze mną kontaktu.

O moich losach powstał także krótki film, emitowany w telewizji pod tytułem „Jest we mnie ciągle ten strach, czyli Agnieszki Cahn uzupełnianie historii cz. II”.

Nie udało mi się jednak odnaleźć mojej metryki, w związku z tym wystąpiłam do sądu o uznanie mojej żydowskiej tożsamości, co po wielu latach znalazło odzwierciedlenie w stosownym, pozytywnym dla mnie, wyroku sądowym. Wpisanie w metrykę moich żydowskich Rodziców było dla mnie najważniejszą sprawą w życiu. I udało mi się to osiągnąć.

Fotografie i pamiątki

Poznaj inne wspomnienia

Maria Perlberger-Szmuel

Mieszkaliśmy w Wieliczce… Wszystko było gotowe – szkolne przybory, teczka i fartuch uczniowski, nowy i sztywny. Ale pierwszego września wszystkie te rzeczy zostały nagle zapomniane.

Dowiedz się więcej

Ludwik Kornblit

GALERIA Mając ostatnio trochę czasu, postanowiłem zrobić porządek w starych papierach. Znalazłem tam trochę dokumentów i listów z dawnych czasów. O części z nich pamiętałem,

Dowiedz się więcej