Chanan Werebejczyk, urodzony w 1926 roku

Świat, który zaginął

W czasach ghetta i obozów koncentracyjnych, bywało bardzo ciężko, tak źle, że nawet nam samym, którzy byliśmy tam, trudno było uwierzyć, że to co przeżywamy jest rzeczywistością.

Ludzie wtedy mówili: „Jeśli pozostaniemy przy życiu opowiemy o wszystkim, całą prawdę, żeby świat wiedział”. Sądziliśmy, że świat nie wie co się u nas dzieje i dlatego nie reaguje. Teraz wiemy jak naiwne było to przeko­nanie. Świat wiedział i milczał. 

Mimo, że rozumiem teraz, iż światu wcale nie zależy na  tym,  żeby wiedzieć,  postanowiłem  opowiedzieć o tym, co tam było. Nie robię tego dlatego, że mam coś szczególnego do opowiedzenia, czego ludzie nie wiedzą, czego nikt do tej pory nie ujawnił, też nie po to by wychował lepszych ludzi, ani po to by naprawiać świat. Chcę po prostu, żeby dzieci i wnuki wiedziały skąd pochodzą, żeby poznały swoje korzenie. Chcę też w ten sposób uczcić pamięć zamordowanych rodziców.

Nieszczęścia zaczęły się natychmiast po wybuchu wojny. W  ciągu kilku tygodni  zburzony  został  świat w którym  żyłem,  otoczony  rodziną i przyjaciółmi, świat  uporządkowany, kierujący się swoimi  prawami, w którym każdy wiedział jak postępować i czego się spodziewać. Świat ten zaginął, jakby nigdy nie istniał.

Nie tęsknię do tego zaginionego świata, choć w porównaniu z tym  co było potem, mógłby wydawać się rajem.

Moja rodzina i życie w Łodzi

W chwili wybuchu wojny miałem 13 lat i miałem rozpocząć  naukę w drugiej klasie gimnazjum ogólnokształcącego. Mieszkaliśmy w Łodzi, w spokojnej dzielnicy, niedaleko śródmieścia, w mieszkaniu dwu­pokojowym z kuchnią:rodzice, siostra o cztery lata młodsza i ja.

Takie mieszkanie – bez łazienki, choć z ubikacją – teraz wydawałoby się bardzo skromne, ale wtedy uważane było za ładne, choć nie luksusowe. Rodzice mogli sobie na nie pozwolić, bo ojciec był właścicielem warsztatu „ślusarsko-mechanicznego”, był specjalistą od naprawy maszyn dziewiarskich i zatrudniał około 6 pracowników.

Pracował bardzo ciężko od  rana do ósmej wieczór, z przerwą na obiad i krótki wypoczynek. Nie byliśmy bogaci, ale też nie biedni. Rodziców stać było na posłanie mnie do prywatnego gimnazjum, choć związane to było z poważnym wydatkiem.

Właściwie chciałem uczyć się w śred­niej szkole zawodowej, tzw. „Przemysłówce” i kształcić się na mechanika. Podobał mi się zawód ojca i chciałem pójść w jego ślady, ale po skończeniu 6 klas szkoły podstawowej miałem  tylko 12 lat, a do szkoły zawodowej wolno było przyjmować dzieci dopiero po ukończeniu 13. roku życia. 

Rozczarowany wstąpiłem więc do gim­nazjum ogólnokształcącego. Rozczarowany, bo nie miałem zamiaru być ani urzędnikiem ani kupcem. W naszej rodzinie nie było takich – wszyscy byli rzemieślnikami.

Sądzę, że nasza rodzina była dość wyjątkowa wśród łódzkich Żydów. Ojciec matki, Masze Lasman, był galwanizatorem. Pochodził z Żych­lina, uczył się zawodu w Krakowie i w 80. latach XIX stulecia przyjechał do Łodzi, gwałtownie się wtedy rozwijającej. Tu spotkał moją babcię, Temę, osobę bardzo mądrą i inteligentną, która ściągnęła do Łodzi z Kurlandii – teraz to jest część Łotwy. Zawód dziadka był wtedy bardzo nowoczesny. Galwaniczne powlekanie srebrem i złotem sztućców i lichtarzy bardzo go wzbogaciło, choć później, w czasie wojny i powojennej inflacji wiele stracił.

Lasmanowie  mieli  ośmioro  dzieci –  cztery córki  i czterech synów. Wszyscy synowie – rzemieślnicy, a córki powychodziły za mąż za rzemieślników. Dwaj synowie – Lazar i Majer – kiedy dorośli, pracow­ali z dziadkiem. Prowadzili nowy zakład niklowania i chromowania. Sprzęt i wiedzę do prowadzenia tego zakładu sprowadzili z Niemiec.

Ta  dziedzina  była  też  dość  nowa  w  polskiej  technice   na początku XX wieku. W przededniu drugiej wojny światowej dziadek miał 72 lata i jeszcze pracował. Pamiętam go siedzącego w warsztacie przy roboczym stole, posługując się płomieniem gazowym i małym miechem, wprawiał ostrza noży w srebrzone trzonki.

Inaczej było w rodzinie ojca. Dziadek, Chonon Werebejczyk, też przyjechał do Łodzi z daleka, szukać tu szczęścia pod koniec 19-go wieku. Pochodził z małego miasteczka Skidel – teraz to Białoruś. Przyjechał razem z żoną, Miną, córką rolnika ze wsi Rotnica pod Druskienikami, nie tak daleko od Skidla, ale teraz należy to do Litwy.

Był szewcem, a szewcy stali wówczas na najniższym szczeblu hierarchii społecznej i byli na ogół bardzo biedni. Niestety, nie znałem go. Zmarł w kilka miesięcy przed moim urodzeniem i  dlatego  nazwali  mnie jego imieniem. Ceremonia  mojej  Bar  Micwa  odbyła  się w  bóźnicy, w której się mój dziadek modlił, spotkałem tam wielu jego zna­jomych, którzy opowiedzieli mi jak bardzo był szanowany.

Babcię Minę bardzo lubiłem. Była analfabetką – rzecz  niezwykle  rzadka wśród Żydów. Mój ojciec  był  najstarszym  z  pięciorga  rodzeństwa. W przeciwieństwie do dzieci Lasmanów, którzy chodzili do szkół, ojciec uczęszczał do podstawowej szkółki religijnej, do tzw. chederu, a w wieku lat 12 posłał go dziadek do pracy, by się nauczył zawodu. 

Tak trafił do warsztatu ślusarskiego pana Hirszyna przy ulicy Wschodniej 27. Mój tata bardzo nie lubił swego  pryncypała.  Był skąpy, źle płacił, a najgorsze, że trzeba było pracować stojąc  na betonie, bo Hirszyn skąpił na podłogę z desek. Tak nabawił się ojciec reumatyzmu. Ojciec był bardzo zdolny i na początku lat dwudziestych był już kierownikiem warsztatu.

Hirszyn przybył do Łodzi ze stron, które teraz stanowią Łotwę i za­czął od naprawy maszyn do szycia. Później dodał do tego naprawę maszyn dziewiarskich, służących do wyrobu swetrów i pończoch. Majątku dorobił się nie z pracy, ale ze sprzedaży igieł i innych części zamiennych do maszyn dziewiarskich. 

Rodzina Hirszynów przyjaźniła się z rodziną Lasmanów. Moja matka, Cwija Lasman, zwykła przy­ chodzić od czasu do czasu do Hirszyna, do pomocy w sklepie. Tak poznała ojca, Beniamina Werebejczyka. Pobrali się w roku  1925. To był niewątpliwie mezalians. Matka ukończyła szkolę średnią i semi­narium nauczycielskie. Była  w tym  czasie  nauczycielką  hebrajskiego i niemieckiego w gimnazjum żeńskim. Ojciec  był  samoukiem. Pracując uczył się na kursach zawodowych, czytał dużo. Należał do socjalistycznej organizacji młodzieżowej Cukunft, podległej Bundowi. Czytał przede wszystkim po żydowsku – jidysz.

Jakich języków używaliśmy?

Odpowiedź na to pytanie jest dość skomplikowana, bo w użyciu było kilka języków. Moi rodzice rozmawiali między sobą jidysz, ale ze mną po polsku. Ja w domu i z kolegami w szkole i na podwórku mówiłem tylko po polsku. Mama znała polski doskonale, uczęszcza a do szkoły, w której językiem wykładowym był polski, czytała dużo i znała polską literaturę. Z rodzicami i na ogół z rodzeństwem mówiła jidisz, ale korespondowała z siostrami i braćmi po polsku. Ze swymi koleżankami mówiła przeważnie po polsku. Moja mama znała też rosyjski, bo chodziła do szkoły jeszcze za czasów władzy carskiej i uczyła się tego języka. Znała też hebrajski

W Łodzi był dość często w użyciu niemiecki. Ojciec miał dostawców, Niemców, z którymi mówił po niemiecku. Także w domu rodziców mamy mówiło się wiele po niemiecku. W Kurlandii, skąd pochodziła babcia, było wielu Niemców. Babcia uczyła się niemieckiego i znała ten język doskonale. Mówiła też po łotewsku i po rosyjsku, ale z polskim miała poważne kłopoty.Chyba to było główną przyczyną, że mialem z nią bardzo slaby kontakt.Ciekawe – lubiła przysłowia i znała je we wszystkich językach, nawet po polsku.

Mój ojciec nie chodził do polskiej szkoły i nie władał polskim swobodnie, ale jego rodzeństwo mówiło po polsku  dobrze, a  to dlatego, że było młodsze i uczęszczało do szkół już po odzyskaniu niepod­ległości. Między sobą mieszali polski i żydowski, a ze swoją mamą mówili jidisz, choć babcia Mina mówiła po polsku nieźle, wiejskim dialektem ze swoich rodzinnych stron.

Ojca bardzo bolało, że jego syn nie mówi jidysz, chyba nawet wsty­dził się tego. Był „jidyszystą”, wychowankiem Bundu, partii, która głosiła hasło autonomii kulturalnej w języku  żydowskim  dla  Żydów w Polsce. Wprawdzie rozumiałem rodziców, kiedy rozmawiali między sobą, ale sam nie mówiłem jidisz. Ojciec starał się zachęcać mnie do nauki żydowskiego i w czasie wakacji, krótko przed wybuchem wojny, zapisał mnie do biblioteki im. Grosera, przy ulicy Zachodniej, która wypożyczała żydowskie książki.

Nie bardzo miałem chęć czytać jidisz,przychodziło mi to z wielką trudnością, mimo to, by nie martwić ojca, wypożyczyłem kilka książek i jakoś przez nie przebrnąłem. Może wy­ dać to się dziwne, ale największe trudności miałem ze względu na brak dostatecznej znajomości hebrajskiego i religii. W literackim jidisz używa się bardzo często wyrazów i sentencji hebrajskich oraz cytatów z modlitw po hebrajsku, o których nie miałem zupełnie pojęcia..

Podobnie było u większości moich kolegów. Rodzice rozmawiali między sobą jidisz, a z dziećmi po  polsku. Gazetę  czytali  najczęściej w języku polskim. Jidisz był w odwrocie, nie miał przyszłości, mimo patetycznych wysiłków w celu jego zachowania, choć jeszcze w tym czasie większość narodu nim się posługiwała. Taki był naturalny pro­ces i nie było na to rady, choć bardzo szkoda, bo to język niezwykły, bardzo bogaty i pozwala dokładnie wyrażać uczucia i określać sytuacje. .

Kocham ten język, czego nie mogę powiedzieć o polskim, czy hebrajskim. Tymi językami po prostu władam, wygodnie mi się nimi posługiwać, a jidysz, choć nie władam nim swobodnie, kocham, bo kojarzy mi się w świadomości z domem rodzinnym, z dziadkiem i bab­ciami – z tym światem, który tak tragicznie zaginął.

Ojciec był nie tylko człowiekiem świeckim, ale też wyjątkowo antyreligijnie nastawiony.Do synagogi nie był gotów pójść nawet w Jom  Kipur  (Sądny Dzień), choćby tylko po  to,  by swym  rodzicom i teściom nie sprawić przykrości. Kiedy przygotowywałem się do cer­emonii Bar Micwa i miałem nauczyć się kilku podstawowych  modl­itw, a także przygotować się do odczytania w bóźnicy fragmentu Pisma Świętego, ojciec w niczym nie chciał mi pomóc, choć dobrze te rzeczy znał. Dziadek mnie nauczył, a kolega pomógł. 

W domu  nie odpraw­iało się żadnych ceremonii religijnych ani czegokolwiek co by miało związek z tradycjami.  Tylko  matka w piątek wieczór  zapalała świece  i nakrywała stół białym obrusem – to wszystko. O tradycjach związanych ze świętami uczyłem się tylko w szkole. W szkole były nawet lekcje religii, ale niewiele i na bardzo niskim poziomie. Nie uczyliśmy się w ogóle Talmudu, minimalnie Biblii i niczego o modl­itwach. Bardzo teraz tego żałuję, nie dlatego, bym się raptem stał pobożny, ale dlatego, że są to źródła kultury narodu i bez ich znajo­mości nie można poznać w pełni ani języka hebrajskiego ani  liter­atury, a tym bardziej poezji.

Nie zapalaliśmy więc świeczek w święto Chanuka (Święto świateł – na cześć wyparcia przez Hasmonejczyków hellenistycznych Greków z Ziemi Izraela), w Pesach nie było tradycyjnego „sederu”. Na seder posyłano mnie do  rodziców  mamy.  Spałem  u  nich,  brałem  udział w obu sederach i wtedy też – jedyny raz w roku – chodziłem z dziad­kiem do synagogi.

Także wszyscy moi wujkowie i ciocie, rodzeństwo obojga rodziców, byli ludźmi świeckimi, choć nie tak zawzięci jak mój ojciec. Nastąpił jakiś przełom między pokoleniem moich dziadków a pokoleniem ich dzieci. Starzy byli bardzo nabożni, a ich dzieci wcale. Obaj moi dziadkowie wprawdzie ubierali się nowocześnie, mieli starannie przystrzyżone krótkie bródki, ale przestrzegali wszystkich przykazań religii.

Ojciec opowiedział mi, że w wieku 18 lat postanowił przestać się modlić. Dziadek zareagował na to bardzo ostro, gniewał się i  nie chciał rozmawiać z synem, który zboczył na złą drogę. Dopiero po roku, kiedy ojca zmobilizowano do  armii, a było  to  w czasie wojny z Bolszewikami, przeprosili się. Dziadek pogodził się z losem.

Kiedy powiedziałem, że nie tęsknię do lat dziecinnych i nie wspom­inam  ich  z  nostalgią, główną przyczyną  jest  atmosfera   napięcia w jakiej toczyło się nasze życie. Choć rodzice starali się mnie  przed nią chronić, byłem już dość duży i rozumiałem co się dzieje. Przeglądałem gazetę, słuchałem radia, przysłuchiwałem się roz­mowom dorosłych. Napięcie w jakim oni żyli udzielało się i nam, dzieciom.

W szkole wychowywani byliśmy w duchu miłości ojczyzny. Odbywały się akademie z okazji świąt narodowych, na których tłumaczono nam, że jesteśmy równymi współobywatelami wolnej Polski, opowiadano o „Dziadku”, Marszałku Piłsudskim, który kocha wszystkie dzieci w Polsce, mówiono o Żydach – bohaterach walki o nie­ podległość. Czytanki i literatura w której się zaczytywałem – Kraszewski, Sienkiewicz i inni – też wychowywała mnie na dumnego Polaka, a więc całym sercem chciałem takim zostać. Rzeczywistość była nieco inna  niż  przemówienia  w  szkole,  dlatego  byłem  często w dużej rozterce.

Dość wcześnie zrozumiałem, że jestem różny od innych Polaków. Doświadczenie nauczyło mnie, że w centrum miasta i w mojej dziel­nicy mogliśmy swobodnie spacerować z kolegami, ale nie wolno nam zapędzać się do dzielnic, w których Żydzi nie mieszkają, bo można dostać kamieniem w głowę. Choć i w naszej, na ogół bardzo spo­kojnej dzielnicy, sprawa też nie zawsze była taka prosta. Naprzeciw domu w którym mieszkaliśmy, na rogu Południowej i Sterlinga, była duża szkoła podstawowa dla polskich dzieci. Starałem się nie wychodzić z domu, kiedy dzieci po zakończeniu lekcji wychodziły ze szkoły. Dzieci niekiedy wyzywały mnie od Żydów, a kiedyś napadło na mnie trzech starszych chłopców i zaczęło bić. Obronił mnie dorosły przechodzeń – Polak.

Ten niby drobny incydent bardzo na mnie wpłynął, tak, że go po dziś dzień pamiętam, ale wydaje mi się, że i rodzice czuli się się coraz mniej bezpieczni. Nie wiem jak wpływały na nich wielkie napisy, jakie można było widzieć w wielu miejscach wymalowane białą farbą na murach: „Nie kupuj u Żyda”, „Żyd to wróg”, „Śmierć Żydom”. Tym bardziej, że nie były to tylko gołosłowne hasła.

Niedaleko naszego domu, przy ulicy Sterlinga, naprzeciw szkoły o której wspominałem, znajdował się lokal Endecji. Kiedyś – było to chyba w 1936 albo 37 roku – jakiegoś wieczoru, wychodzący po zebra­niu Endecy zamordowali przechodnia Żyda, na którego przypadkowo się natknęli. Fakty były znane, gazety je podawały, ale policja spraw­ców nie znalazła.

Nie chcę aby ktoś pomyślał, że mordowanie Żydów w Łodzi było sprawą codzienną. Przecież nie żyliśmy w ciągłym strachu. W Łodzi mieszkało blisko 1/ 4 miliona Żydów, trzecia część ludności tego mias­ta, skoncentrowana w śródmieściu. Ludzie normalnie pracowali, uczyli się, bawili, chodzili do kin i teatrów. Ale te fakty, o których opowiedziałem, miały duży wpływ na atmosferę, w której żyłem. Nie będę się o tym rozwodził, bo to temat na pracę doktorską historyka. Ja mogę tylko opowiedzieć co przeżyłem i co czułem.

Była jakaś przegroda nie do przebycia między państwem polskim a społeczeństwem żydowskim. Mogę na ten temat powiedzieć tylko, że chłopiec żydowski nie mógł marzyć o  tym  by, kiedy dorośnie był np. policjantem, oficerem w wojsku, kolejarzem. Żydów nie przryjmowano do pracy w aparacie państwowym . Tacy ludzie jak mój ojciec, prze­ciwnicy syjonizmu, którzy chcieli być dobrymi polskimi obywatelami, a także dobrymi Żydami, rozwijającymi swoją kulturę, mieli z tym poważne kłopoty.

Prześladowania

Już w pierwszych tygodniach okupacji zaczęły się konfiskaty mieszkań i wysiedlania z Łodzi. Niemcy po prostu wchodzili do mieszkań Żydów i w ciągu kilku minut zabierali rodziny, pozwalając wziąć z sobą tylko to, co ludzie zdołali złapać do rąk. Rodzice zaopa­trzyli się w plecaki dla wszystkich członków rodziny, załadowali je bielizną i innymi niezbędnymi rzeczami i postawili w kącie pokoju –  na wszelki wypadek.

Aby lepiej zobrazować atmosferę w której nagle się znaleźliśmy wymienię kilka spraw. W listopadze nakazano wszystkim Żydom założyć na lewym ramieniu żółte opaski. Po kilku tygodniach nowy nakaz: nie opaski, ale z prawej strony, z przodu i z tylu mają być naszyte na ubraniach żółte „gwiazdy Dawida” . Inny nakaz: Żydzi mają oddać swoje odbiorniki radiowe. Żydom nie wolno używać komu­nikacji publicznej…

W ciągu dnia przeważnie przebywaliśmy, obaj z ojcem, w warszta­cie. Wprawdzie na ogól nie było tam co robić, bo mało kto decydował się oddać do naprawy maszynę w tak niepewnych czasach, ale jakieś tam minimalne dochody były, a po zatym wymyślał mi ojciec jakieś prace  i  tak  uczyłem  się  zawodu.  Pewnego  dnia,  było  to  chyba w połowie listopada, wpadła nagle do warsztatu mama, strasznie wzburzona, powiedziała coś do ojca, czego nie zrozumiałem i oboje wybiegli, zostawiając mnie samego.

Trochę  później  dowiedziałem  się  co  się  stało. W  południe, kiedy mama skończyła poranne porządki w domu, weszło nagle kilku Niemców i rozejrzeli się po mieszkaniu.Widocznie mieszkanie im się spodobało, bo wymienili między sobą pozytywną opinię: „Wygląda tu zupełnie po chrześcijańsku”. I nagle, niby bardzo uprzejmie do mamy: „,Prosze się wyprowadzić”. Nie dali nawet kilku minut na zebranie niezbędnych rzeczy.

Plecaki, które stały gotowe w kącie pokoju, były na wpół puste, bo w tym czasie ustały wysiedlenia i powoli wyciągaliśmy z nich potrzebne do użycia przedmioty. Mama złapała do ręki te plecaki i właściwie było to wszystko co nam zostało z na­szego mienia. Moja siostra Sarenka, która miała wtedy 9 lat, pamięta, że wepchnięto jej w ręce pusty plecak i kazano Wyjść, ale przypom­niała  sobie,  że  w  domu  została  książka  „Serce”  Amicisa,  którą pożyczyła od koleżanki i przestraszyła się, że nie będzie  mogła jej zwrócić. Dlatego prędko poleciała, złapała książkę i wyszła z mieszka­nia trzymając w jednej ręce pusty plecak a w drugiej książkę. Niemcy zabrali klucze od mieszkania i zalepili drzwi papierem pokrytym pieczęciami.

Na noc posłano mnie i Sarenkę do babci  Temy,  a rodzice spali u sąsiadów. W nocy ojcu udało się dorobić klucz i dostać się do mieszkania. Rodzice bali się pozostawić ślady i zabrali  tylko niezbędne rzeczy – pieniądze schowane w szafie, bieliznę, swetry, płaszcze. Zrozumiałe, że o moich „skarbach” nie pomyśleli i tak straciłem mój zbiór znaczków pocztowych, aparat fotograficzny, książki – przedmioty na których mi bardzo zależało, mój dorobek życiowy.

Po kilku dniach wprowadzili się tam  nowi lokatorzy. Mama weszła i poprosiła o wydanie osobistych rzeczy. Nowa gospodyni odmówiła, sogar keine Nadel (nawet igły nie dam), i kazała wyjść.

U babci pozostaliśmy kilka dni a rodzice szukali nowego lokum. Były już słuchy o tym, że będzie getto a było jasne, że może ono pow­stać tylko na terenie Bałut – dzielnicy nędzy, dlatego właśnie tam szukali mieszkania do wynajęcia. 

Z trudem znaleźli mały pokój wielkości 3m x 5m. Mieścił się przy ulicy Zawiszy 9, w pobliżu Bałuck­iego Rynku, w dużej kamienicy podzielonej, jak hotel, na małe klitki. W pokoju była nawet bieżąca woda i zlew. Ubikacje, wspólne dla wszystkich mieszkańców domu, znajdowały się na podwórku.

Rodzina bardzo nam pomogła. Od babci Miny dostaliśmy pościel, od wujka Majera szafę kuchenną, już nie pamiętam kto dal stół a od kogo dostaliśmy naczynia kuchenne…

W grudniu, miesiąc po stracie mieszkania, 3 miesiące po wkrocze­niu Niemców do Łodzi, zabrano ojcu warsztat. Przyszedł Niemiec, pokazał dokument, że warsztat jest jego, że mu go władze przydzieliły. Na początku był bardzo uprzejmy, powiedział, że ojciec może pra­cować dalej razem z nim, ale po kilku dniach ojciec musiał  się  wynieść. Dopiero teraz, jako dorosły człowiek w pełni rozumiem tragedię rodziców. Stracili wszystko, na co pracowali przez wiele lat.

Choć doskonale rozumiałem co się dzieje, jako dziecko nie moglem wyczuć głębi nieszczęścia ani rozterki rodziców, którzy nagle stracili cały swój dorobek, możliwość zarobkowania i nie wiedzieli co przyniesie następny dzień w warunkach terroru i bezprawia.

Zastanawiałem się czasem nad tymi Niemcami, którzy dostali zrabowane rodzicom mienie. Byli to przeciętni ludzie,  na pewno dobrze wychowani w duchu chrześcijaństwa i doskonale wiedzieli co robią. Wprawdzie osobiście nie użyli gwałtu, ale brali w nim udział, zetknęli się z obrabowanymi. Nowa lokatorka w naszym mieszkaniu nie tylko nie chciała wydać igły, którą mogła sama użyć, ale nawet rzeczy, które później na pewno wyrzuciła na śmietnik, choćby fotografie rodzinne, książki w nieznanych jej językach itp.

Dlaczego była taka zawzięta? Na pewno wierzyła, że taki stosunek nam się należy, że bierze udział w wielkim i sprawiedliwym historycznie dziele kara­nia Żydów. Nie wiem, czy hitlerowcy ją tak wychowali, czy rodzice w domu albo ksiądz w kościele, ale na pewno była przekonana,  że czyni rzecz dobrą. Inaczej było z Niemcem, który dostał warsztat ojca. Na początku nie czuł się dobrze w swojej roli, chyba był zakłopotany, pozwalając ojcu nadal pracować. Prędko mu to jednak przeszło, może mu wytłumaczono, że w stosunku do Żydów trzeba być stanowczym. Chyba nie tak trudno przyzwyczaić się do sytuacji w której jest się obdarowanym cudzym mieniem i łatwo uwierzyć, że tak właśnie powinno być.

Powstanie getta

W lutym ogłoszono nakaz o powstaniu getta. Żydzi mieli w ciągu krótkiego czasu opuścić swoje mieszkania i przenieść się na teren Bałut, tam ogrodzono drutem kolczastym teren getta. Ani jeden Żyd nie mógł pozostać poza gettem, wszyscy nie-Żydzi mieli opuścić ogrodzony teren. Wszystko to – przesiedlenie mieszkańców i organi­zacja getta – miało być dokonane w ciągu niespełna trzech miesięcy, do końca kwietnia 1940 roku.

Była ciężka zima i na ulicach tysiące ludzi dźwigały swoje rzeczy przeważnie w rękach i na ramionach. Często ciągnęli je sankami – dziecięcymi lub prowizorycznymi, zbitymi z kilku desek. Nigdy nie zapomnę tego widoku. Dorośli, dzieci, starzy, którzy ledwie się  ruszają, wszyscy ciągną cokolwiek ze sprzętu domowego w stronę ghetta. Sanki były praktyczne na zaśnieżonych chodnikach, ale w wielu miejscach, wskutek wzmożonego ruchu śnieg stopniał i trze­ba je było ciągnąć po gołych kamieniach. Pierzyny, garnki, doniczki, meble – ludzie wlekli to wszystko, często resztkami sił, by ocalić choć trochę mienia na które ciężko pracowali całe życie. 

Wszyscy bardzo się spieszyli, bo Niemcy spowodowali panikę, wyrzucając w niektórych dzielnicach rodziny z mieszkań, przy czym bili i mordowali ludzi. Lepiej było przenieść się samemu niż czekać aż Niemcy przjdą i wygnają. Czasem był to nawet sąsiad, któremu się mieszkanie spodobało. Pośpiech nie zawsze pomagał. W drodze do getta były wypadki rabowania mienia a nawet strzały do ciągnącego tłumu. Był tłok, bo dość szybko zbudowano ogrodzenie z drutu kol­czastego i pozostawiono bodajże tylko jedno wejście – tam właśnie  ruch się koncentrował i śnieg na ulicach topniał.

Nam znowu szczęście sprzyjało. Mieszkaliśmy już na terenie getta i nie musieliśmy brać udziału w tym szalonym i panicznym wyścigu. Nie musieliśmy szukać lokum, co było bardzo trudne, bo w getcie nie było dosyć mieszkań dla wszystkich a mieszkający na tym terenie Polacy nie tak prędko się przenosili i nie zwalniali na razie mieszkań. My mogliśmy nawet pomóc innym. Pomagałem dźwigać rzeczy babci Miny, która przeniosła się do nas razem córką, Rachel. Przyszli do nas też inni członkowie rodziny. Pamiętam, że w pewnym okresie w na­szym małym  pokoju  mieściło się 11  osób. Spaliśmy  po  dwie  osoby w łóżku, na podłodze, na krzesłach.

Wydaje mi się, że w połowie marca wszyscy łódzcy Żydzi byli już na terenie getta, a w mieście było już bardzo niebezpiecznie się kręcić… 30-go kwietnia 1940-go roku zostało getto ostatecznie zamknięte. W pierwszych dniach po zamknięciu pamiętam jakieś nieracjonalne uczucie ulgi. Zniknęli Niemcy i Polacy z okolicy. Ulice stały się bez­pieczne, nawet bezpieczniejsze niż przed wojną. O tym jak to było kiedyś w tej dzielnicy przypominały hasła wymalowane białą farbą wysoko na ścianie domu naprzeciw: „Żyd to wróg”, „Śmierć Żydom”. Teraz można było chodzić tu bez lęku, nawet w nocy w najciem­niejszych zaułkach – pod warunkiem, że się jest oddalonym od płotu z drutu kolczastego okalającego getto. Zdawałem sobie doskonale sprawę, że ta ulga to tylko iluzja. Getto nie zostało stworzone po to by chronić Żydów.

Zostaliśmy odizolowani od świata. Na początku poczta częściowo funkcjonowała, dochodziły cenzurowane pocztówki. Potem i to us­tało. Nie było gazet, za radio groziła kara śmierci. Wiadomości o tym, co się na świecie dzieje jakoś dochodziły, ale jakież to były nowiny: Niemcy opanowali prawie całą Europę, kroczą od zwycięstwa do zwycięstwa i nikt nie jest w stanie ich wstrzymać w tym marszu do opanowania świata.

Głód

Już w pierwszych dniach po zamknięciu zapanował w getcie głód. Ustało zaopatrzenie, z półek sklepów znikły wszystkie artykuły żywnoś­ciowe. Powstała nowa sieć sklepów należąca do administracji getta, nazywano je kooperatywami i tylko tam sprzedawano żywność na kart­ki. Rozdzielano chleb, cukier, mąkę, kaszę, a później nawet mięso – koninę. Ilości były minimalne, absolutnie niewystarczające. Niektóre artykuły dostarczano w dużych ilościach, np. sodę do prania albo surogat kawy – produkty, których nie można jeść. Byliśmy wszyscy nieustannie głodni. Kładliśmy się spać głodni i wstawaliśmy głodni, głodni przed posiłkami i głodni po jedzeniu.

Gospodynie  domowe  szukały  sposobów  na  „oszukanie” żołądka. Przyrządzały np. „ciasto kawowe” z surogatu. Moja mama też kiedyś spróbowała to zrobić, ale nie nadawało się do jedzenia, mimo, że byliśmy tak głodni. Próbowała gotować zupę z rzodkwi, też się nie udało, z trudem zjedliśmy. „Faszerowana ryba” z kalarepy była już lep­sza, choć była to kalarepa wyrośnięta, włóknista, przeznaczona na paszę dla bydła. Mieliliśmy tę kalarepę maszynką do mięsa i w ten sposób  rozdrabniali  drzewiaste,  twarde włókna.  Mama  robiła  z tego klopsiki.

Ojciec przyniósł kiedyś do domu woreczek obierków kartoflanych. Był szczęśliwy, dostał je od znajomego, który pracował w kuchni publicznej. Obierki były bardzo cienkie, bo obieraczki starały się obierać oszczędnie,  i  na   dodatek  pełne  błota.  Cała  rodzina   uczestniczyła w przygotowaniu tego skarbu do jedzenia.  Najpierw  spłukaliśmy wodą, a później przebrali bardzo dokładnie każdy skrawek, usuwając zgniliznę  i znów przemyliśmy  dokładnie. Już nie pamiętam  co mama z tego przyrząd ziła. Ojcu nie udało się już więcej dostać czegoś takiego. Obierki zaczęto rozdzielać na recepty lekarskie ludziom opuchniętym z głodu. Podobno zawierają składnik odwadniający organizm.

Pamiętam dzień, kiedy w domu nie pozostało absolutnie nic do jedzenia. Byliśmy bardzo głodni, ale dopiero w następnym dniu mogliśmy odebrać przydział żywności, a do tego czasu czekał nas zupełny post. Wyszliśmy cała rodziną na miasto szukać jedzenia. Nie przypominam sobie dokąd poszliśmy, pamiętam jak wracaliśmy do domu zrezygnowani, bez niczego. Przypadkowo zajrzeliśmy do naszej „kooperatywy” – a może jednak coś tam będzie? O dziwo, sprzedawali pietruszkę! Radość była ogromna. Mama ugotowała „rosół” z tej pietruszki, który pomógł nam przetrwać dodatkową dobę. Było to napewno niezwykłe wydarzenie, skoro pamiętam je po dziś dzień.

Ludzie masowo umierali z głodu. Głodujący człowiek najpierw chudnie i traci siły, potem puchną mu nogi, a później puchnie  całe ciało aż przychodzi śmierć, wyzwalająca z cierpień. W żargonie get­towym wychudłego, wyczerpanego człowieka, po którym można było poznać, że wiele już nie wytrzyma, nazywano „klepsydrą”…

Kiedy zaczął się głód ojciec kupił starą wagę i oporządził ją. Miała służyć do sprawiedliwego podziału otrzymywanychch produktów. Każdy trzy­mał swój przydział osobno, jedynie mąki, kaszy i jarzyn nie dzieliliśmy, bo szły do gotowania zup. Prędko zrozumieliśmy, że niezwykle ważne jest podzielić sobie prowiant tak, by starczył na cały okres, na który był przeznaczony. Równy podział ważny był szczególnie jeśli idzie o chleb. miał przecież starczyć na pełne 8 dni. Dzieliłem go tak, by co dzień mieć dwie kromki, jedną na rano, a drugą do jedzenia w ciągu dnia, przy pracy.

To wszystko naprawdę nie było proste. Wystarczyło przecież tylko wyciągnąć rękę do szafy i zaspokoić głód wykończywszy za jednym razem cały zapas chleba. Trzeba było mieć dużo silnej woli, aby się powstrzymać. Pamiętam jak kiedyś, na początku  okresu  głodowania w szafie leżał woreczek z zapasem cukru, jeszcze nie podzielonego między członków rodziny. Wziąłem sobie z tego małą łyżeczkę, malutką ilość, nieznaczną w stosunku do całości. Po pewnym czasie znów ukradłem łyżeczkę wspólnego cukru. Nagle ojciec  zwrócił uwagę, że brak cukru. Jak to się mogło stać? Przyznałem się, że wziąłem, ale tylko bardzo mało, nieznacznie i naprawdę nie wiem dlaczego brak tak wiele. Rodzice tylko popatrzeli na siebie, ojciec mruknął, że teraz wszystko jest jasne i nic więcej nie powiedział. Nie krzyczał na mnie, niczego nie wymawiał. Milczenie rodziców bardziej na mnie podziałało niż najostrzejsza nagana, a wiedziałem, że na nią zasłużyłem. Więcej czegoś takiego nie robiłem.

W wielu rodzinach były tragedie na podobnym tle. Ludzie okradali najbliższych, zabierali siłą. Każdy członek rodziny musiał mieć osobną szafkę, zamkniętą na klucz. Trudno mi sądzić tych, którzy nie mogli się opanować, choć ich postępowanie potępiam. Może ich organizm nie mógł przystosować się do tak małych ilości pokarmu i czuli, że giną? Może byli słabi psychicznie?

Mnie i w tej sytuacji ratowało szczęście. Szczęście polegało na tym, że miałem rodziców młodych i zdrowych, zarówno fizycznie jak i psychicznie, którzy nie załamali się, nie zrezygnowali z walki o przeżycie. Przed wojną dość często bywało, że  kłócili się w różnych  sprawach. W getcie nie było kłótni, po cichu, odpowiedzialnie zmagali się z losem.

Praca

Dość szybko zaczęto organizować fabryki, które miały pracować dla Niemców. Powstał też zakład obróbki metali „Metall Ressort”. Ojca przyjęto tam do pracy już chyba w czerwcu 1940. Byliśmy szczęśliwi, bo zapasy pieniężne rodziców wyczerpały się i nie było z czego żyć. W miesiąc – dwa później dzięki wstawiennictwu ojca przyjęto tam i mnie do pracy.

Fabryka była w stanie organizacji. Mieściła się w starych szopach przy ulicy Zgierskiej 56. W oddziale obróbki wiórowej stało kilka przestarzałych tokarek i inne maszyny, pamiętające doskonale XIX wiek. Były także inne oddziały:ślusarnia, kuźnia, blacharnia, oddział wykrojników. W ciągu kilku miesięcy powstał poważny zakład. Sprzęt zebrano z różnych warsztatów mieszczących się na terenie getta, a za materiał służył złom tam zbierany.

Na początku fabryka pracowała na potrzeby samego getta. Naprawiano pompy dostarczające wodę do domów, obsługiwano inne zakłady pracy, ślusarnia  produkowała łóżka dla szpitala. Dość prędko dostaliśmy pracę dla Niemców. Pamiętam  podkówki do  butów  wojskowych  robione  w  ogrom­nych ilościach. Warunki pracy były bardzo prymitywne. Nie dość że byliśmy bardzo wygłodzeni, to było nam i zimno, bo pomieszczenie w którym pracowaliśmy było na wpół otwarte, nie było w nim ogrzewa­nia…

Nie wszystkim było tak dobrze. Nie było pracy dla wszystkich, ludzie nie zarabiali i nie mieli z czego żyć. Niektórzy musieli sprzedawać część przydziału żywnościowego, by mieć pieniądze na zakup reszty. Tysiące ludzi zwracały się do władz po zasiłek. Ja należałem do warst­wy ludzi szczęśliwych. Przy pracy dostawałem co dzień zupę. Czasem udawało mi się dostać nawet zupę dodatkową –„Zusatzsuppe”. Mimo to byłem głodny, ciągle głodny.

Drobny epizod, który po dziś dzień doskonale sobie przypominam uzmysłowi na ile byłem głodny. Najpierw wyjaśnię, że matka ojca, babcia Mina mieszkała teraz niedaleko nas ze swym synem Szlamkiem, córkami Rachel  i Sarą  wraz  z  mężem  Sary,  Fajwiszem  Reingoldem i ich synkiem Elchananem. Fajwisz był policjantem i pracował przy ochronie rozdziału warzyw, dzięki temu dostawało mu się też trochę warzyw do domu. Kiedyś odwiedziłem babcię i ona  poczęstowała mnie talerzem kapuśniaku ugotowanego  z kapusty, którą sama ukisiła w domu. Zaczęłem jeść i zauważyłem, że w zupie znajdują się martwe larwy much. Wpadłem w panikę, nie wiedziałem co zrobić. W pier­wszym odruchu chciałem zupę wylać, ale instynkt, to znaczy głód, kazał jeść…

Zimą było w domu bardzo zimno. Nie było czym grzać. Nie mieliśmy ani węgla, ani drzewa do opalania. Ludzie sprzedawali swoje meble na opał, by mieć na zakup jedzenia i mój ojciec niekiedy to kupował, ale ten opal musiał wystarczyć na gotowanie  ciepłego posiłku. Opary z gotowania i naszych oddechów skraplały się na jed­nej ze ścian, krystalizowały w postaci śniegu i lodu, mieniąc się w świe­tle kolorami tęczy. Szczególnie zimno było nad ranem, kiedy wstawal­iśmy do pracy. Temperatura w mieszkaniu spadała wtedy  często poniżej zera. Mimo to myłem się codzień rano do połowy lodowatą wodą, co było napewno pozytywne z higienicznego punktu widzenia, ale dla mnie miało przede wszystkiem znaczenie moralne.

W 1942 roku miałem 16 lat. Chyba tylko dlatego wierzyłem, że będzie dobrze, przywykłem jakoś do sytuacji a instynkt samoza­chowawczy nakazywał optymizm. Do tej pory, poza wysiedleniem dzia­dka i babci, nie było żadnych nieszczęść w naszej rodzinie. Nawet wysiedlenia z getta, które rozpoczęły się pod koniec roku 1941 i trwały do maja 1942, nie zmieniły mojego nastroju. 

Wysiedlenia  nie ugodziły w nikogo z rodziny, bo wszyscy pracowali. Do wysyłki brano cale rodziny ludzi niezatrudnionych i pobierających zasiłki. Teraz wiemy, że tych ludzi brano na zagładę. Wymordowani zostali wszyscy w Chełmnie nad Nerem. Nam opowiadano, że wywożą ich na wschód. Wprawdzie było dosyć dziwne, że nie było od nich żadnych wiado­mości, stąd wątpliwości, ale czyż normalny człowiek mógł sobie wyobrazić to, co naprawdę się działo? Byli i tacy, którzy dobrowolnie zgłaszali się na wysyłkę. Wszak getto nie było najlepszym miejscem pobytu, więc czemu się go trzymać? Może gdzieś tam na wschodzie będzie lepiej. Na ogół jednak bardzo  bano  się wysiedlenia,  uważano je za nieszczęście, choć nie wiedziano dlaczego.

Kiedy o tym myślę zawsze wydaje mi się to bardzo dziwne, że w tym okresie, w połowie 1942 roku, do nas w łódzkim getcie nie dotarła informacja o dokonującej się eksterminacji Żydów. Było w getcie kilka odbiorników radiowych w posiadaniu różnych partii polity­cznych. Od czasu do czasu wprowadzano  do  getta niedobitki  Żydów z małych miasteczek wokół Łodzi, a myśmy ciągle nie wiedzieli, że nie chodzi tu o pojedyncze wypadki okrucieństwa, ale o politykę total­nego wymordowania Żydów.

Kiedy rozmyślam o tym teraz wydaje mi się, że wiadomości jednak przychodziły, tyle, że ludzie  nie  rozumieli w pełni ich znaczenia. Może Rumkowski [tzw. Przełożony Starszeńst­wa Żydów w getcie. Obdarzony wszelkimi uprawnieniami wobec mieszkańców getta] wiedział, dlatego z taką pasją starał się tworzyć nowe miejsca pracy w getcie i dowodzić Niemcom, że w getcie nawet małe dzieci pracują i przynoszą korzyść Trzeciej Rzeszy? Takie odnoszę wrażenie, kiedy czytam niektóre  jego  przemówienia cytowane w „Kronice Getta Łódzkiego”. Ale to oczywiście tylko spekulacje, których niepodobna udowodnić, tyle tylko, że to sprawa  dla mnie bardzo bolesna, i dlatego nie mogę się powstrzymać  od rozmyślań na ten temat.

Zaczarowany świat ideologii

W tym czasie oderwałem się nieco od rzeczywistości i utonąłem całkowicie w świecie ducha. Zająłem się ideologią.

Na początku 1942 zaczął pracować razem ze mną tokarz imieniem Heniek Mandel. Był starszy ode mnie może o rok-półtora, ale o wiele bardziej dojrzały. Zachowywał się jak dorosły mężczyzna, miał doświadczenie życiowe i ustalony, zdecydowany światopogląd. Czułem się przy nim jak niedojrzały „maminsynek”. Do wybuchu wojny nie znałem niedostatku, uczyłem się w gimnazjum, mieszkałem w dobrej dzielnicy. Heniek – syn klasy robotniczej, żył w biedzie, mieszkał na Bałutach, naukę przerwał po ukończeniu szkoły podsta­wowej. Nie wstydził się tego, przeciwnie, był nawet dumny, że jest prawdziwym proletariuszem. Heniek był pełen energii, zdrów i silny. Dość prędko zaprzyjaźniliśmy się.

Heniek wciągał mnie w dyskusje na tematy ideologiczne. Do tej pory nie miałem skrystalizowanych poglądów. Rodzice w domu nie dyskutowali na te tematy. Wiedziałem, że ojciec skłania się w kierunku socjalistycznego Bundu a matka była aktywną syjonistką w młodości. Na mnie absolutnie nie wpływali. Byłem raczej za ojcem, przeci­wnikiem syjonizmu. Nie dlatego, bym uważał, że syjonizm jest złą ideą, ale dlatego, że jest nierealny, nie jest w stanie rozwiązać kwestii żydowskiej, nie można bowiem wszystkich Żydów zmieścić w  Pa­lestynie.

Najpierw dyskutowaliśmy na temat toczącej się wojny. Bylem przekonany, że Związek Radziecki godny jest potępienia, bo sprzymierzył się z Hitlerem, zagarnął część Polski, kraje bałtyckie, napadł na Finlandię. Heniek to tłumaczył inaczej. Jego zdaniem polityka ZSRR była mądra i dalekowidząca. ZSRR zdawał sobie sprawę, że wojna z Niemcami jest nieunikniona, a zajęcie tych wszystkie krajów dało Sowietom lepsze pozycje wyjściowe  w tej  wojnie i zyskali dwalata w celu lepszego przygotowania. Przekonywające? Mnie te argumenty wtedy nie przekonały, choć w zamkniętym getcie nie wiedziałem jak się sprawy rzeczywiście miały. Pozostało wiele wątpliwości. Dlaczego w ogóle zgodził się Związek Radziecki wziąć udział w napaści na Polskę, a nie stanął po jej stronie? Dlaczego napadł na Finlandię?

Aby uzupełnić tą lukę w moim wykształceniu, Heniu przyniósł mi do czytania „Manifest Komunistyczny” Karola Marksa i Fryderyka Engelsa. To było dla mnie objawieniem. Ta mała książeczka zrobiła na mnie ogromne wrażenie i wpłynęła na dalsze moje życie. Pozwoliła mi zrozumieć historię i przewidzieć przyszłość. Historia przestała być tylko chronologicznym zbiorem wydarzeń, stała się procesem rozwijającym się w określonym kierunku, zgodnie z naukowo stwierdzonymi prawami. Rozwój ten doprowadzi niezawodnie do stworzenia nowego, lepszego świata, do królewstwa równości i szczęścia jakim będzie ustrój socjalistyczny.

Teoria Marksa i Engelsa była logiczna. Kierując się nią można wyleczyć wszystkie choroby na jakie ludzkość cierpi, rozwiązać wszelkie problemy, a między innymi nasze cierpi­enia jako Żydów. Jeśli wszyscy to zrozumieją nie będzie więcej nie­nawiści między narodami, nie będzie wojen, wszyscy będą równi – nie będzie więc też antysemityzmu.

Przyjąłem właściwie marksizm jak objawienie, jak księgę świętą zesłaną z nieba, jak zwiastuna Mesjasza. Marksizm nie tylko wyjaśnił mi jakie jest moje miejsce na świecie, ale też wyznaczył mi rolę aktywnego bojownika o lepszą przyszłość i niezłomną pewność, że ta lepsza przyszłość nastąpi.

Zacząłem „połykać” łapczywie książki dostarczane mi przez Heńka. Szczególne wrażenie zrobiła na mnie książka Wandy Wasilewskiej „Oblicze Dnia” . Występuje w niej bohater bez skazy, Anatol, walczący przeciw nędzy, organizujący strajki, gotów poświęcić swoje życie osobiste w walce o sprawiedliwość społeczną. Kiedyś, po latach, zauważyłem tą książkę w oknie wystawowym księgami. Z radością ja kupiłem i natychmiast po powrocie do domu zacząłem czytać. 

Rozczarowanie było wielkie. Książka wydawała mi się teraz absolutnie do niczego. Poziom literacki poniżej krytyki, postacie sztuczne, papierowe, w  tekście pełno  deklaracji  politycznych nie  związanych z akcją, która była mało prawdopodobna. Mimo to z rozrzewnieniem wspominam uczucia jakie wzbudziła we mnie w getcie ta książka. Widocznie wzruszył mnie krzyk jaki jest w niej przeciw niesprawiedliwości i wezwanie do walki o lepszy świat. Młodemu chłopcu w getcie to właśnie było potrzebne.

Szczególnie wzruszały mnie piosenki rewolucyjne o cierpieniach ludzi żyjących w nędzy i w ogóle pieśni rewolucyjne. Rodzice znali wiele takich pieśni ze swego dzieciństwa, które upłynęło w okresie Rewolucji 1905 roku. Zacytuję tu jedną z takich piosenek, mniej znaną, którą nauczyła mnie mama, a która wzruszyła mnie szczegól­nie:

W dosłownym tłumaczeniu to będzie mniej więcej tak: „W kuźni, koło paleniska, stoi kowal i kuje. Młotem w żelazo wali, iskry ogniste pryskają, a on śpiewa przy tym pieśń. O wolności, która przyjdzie śpiewa z zapałem, śpiewa gorąco, nie czując potoków potu spływających mu po czole.”

Pracując przy maszynie nuciłem tą piosenkę, czując przy tym jakieś uniesienie duchowe. Wydawało mi się, że jestem jak ów kowal tęskniący za wolnością, mający pewność, że nadejdzie wbrew ciężkiej rzeczywistości.

Rodzice zauważyli co się ze mną dzieje, ale nie próbowali na mnie wpływać. Ojciec wprawdzie tłumaczył, że Związek Radziecki nie jest taki idealny, opowiadał o terrorze, o procesach moskiewskich, ale  to nie miało już wtedy dla mnie znaczenia. Nawet jeśli wszystko to jest prawdą, Związek Radziecki jest początkiem w drodze ludzkości do socjalizmu, wbrew błędom, które mają tam miejsce. 

Ojciec też ostrzegał mnie przed związaniem się z jakąkolwiek organizacją i opowiedział, że Komunistyczna Partia Polski została rozwiązana ze wzglę­du na prowokatorów, którzy do niej wtargnęli.  Tego  zagadnienia nawet Heniek nie umiał mi W}jaśnić. Była to prawda, tak uzasadniał Komintern rozwiązanie KPP, ale widziałem  wyraźnie  Heniek  w  to nie wierzy. Odnosił się z wielką czcią do członków  partii, opowiadał jak cierpieli i poświęcali się dla sprawy.

Heniek kontynuował moje wychowanie na prawdziwego komu­nistę. Były sprawy z którymi trudno mi się było pogodzić. Np. z zasadą „centralizmu demokratycznego”, która wymaga absolutnego podporządkowania kierownictwu partii, nawet jeśli nie jest się przeko­nanym o słuszności jego dyrektyw. W końcu zgodziłem się z argumentem, że w partii walczącej trzeba wykonywać rozkazy dowództwa. Nie mogłem też przyjąć stosunku Heńka do administracji getta. Do kierownictwa „resortów” miał odnosił się jak do „kapitalistów krwio­pijców”, a majstrowie, tacy jak mój ojciec, to byli sługusy kapitalistów. Nie godził się z moim stanowiskiem, że w getcie walka klas zmieniła charakter, że głównym wrogiem są Niemcy. Niemcy byli jego zdaniem głównym wrogiem, ale poza gettem, w getcie tym wrogiem jest admi­nistracja Rumkowskiego.

Po wielu tygodniach rozmów i dyskusji zostałem  przekonany w głównych sprawach dotyczących ideologii. Doszedłem do wniosku, że wszystkie moje wątpliwości dotyczące demokracji i polityki ZSRR są mniej istotne, jeśli przekonany  jestem  w  sprawach  zasadniczych. A może to ja nie mam racji w sprawach w których się nie zgadzam, skoro tylu mądrych ludzi je uznaje? W każdym razie byłem bardzo zainteresowany wstąpieniem do podziemnej organizacji i gotów pod­ porządkować się jej dyscyplinie, po to by działać w walce z Niemcami. Sądzę, że wątpliwości, które zachowałem, sprawiły, że Heniek narazie nie uznał mnie za godnego przyjęcia na członka organizacji.

Zastanawiałem się wielokrotnie jak mogłem przyjąć poglądy co do których miałem wątpliwości. Nie tylko przyjąć, ale nawet przekonywać innych o ich słuszności. Widocznie bardzo mi ta ideologia była potrzebna, dodawała sił w przezwyciężeniu trudności życia w getcie. Tylko tak mogę to sobie wyjaśnić. To nie była tylko głupota i brak doświadczenia 16-letniego chłopca, któremu nagle wydawało się, że złapał Mesjasza za kapotę. To była potrzeba duchowa.

Kiedy teraz o tym myślę, sytuacja ówczesna wydaje mi się trochę surrealistyczna: dookoła ludzie umierają z głodu, codziennie setki rodzin wysyła się z getta –  a ja nie myślę o tym wszystkim, nie wpada mi nawet na myśl, że i ja mogę pójść w ich ślady, myślę tylko o idealnym społeczeństwie jakie napewno, wkrótce po klęsce Hitlera, nastąpi.

Szpera

Latem 1942 roku zachorowałem na tyfus brzuszny. W tych czasach, kiedy antybiotyki nie były znane, była to bardzo ciężka choroba. W domu zastosowano specjalne środki ostrożności, aby chorobą nie zarazili się inni członkowie rodziny. Mnie tym i razem szczęście dopisało i przezwyciężyłem chorobę. Właściwie chyba był to splot okoliczności złożony z tego, że miałem silny organizm, że cała rodzi­ na się mną ofiarnie opiekowała i z tego przypadkowego zrządzenia losu,  że  akurat  w  końcowym  etapie choroby, kiedy już  mogłem i potrzebowałem jeść, rozdzielano w getcie ziemniaki w ilościach trochę większych niż normalnie. Rodzice odbierali sobie od ust aby mnie wzmocnić.

Po tyfusie dostałem żótaczkę. Znów nie mogłem jeść i znów musiałem leżeć w łóżku.Wygrzebałem się i z tego, choć wyglądałem teraz jak „klepsydra” – kandydat do wysyłki na cmentarz, wychudzony i żółty na twarzy. Ten mój wygląd nie stanowiłby nieszczęścia, bo z dnia na dzień było mi lepiej i dieta ziemniaczana dobrze działała, gdyby Niemcy akurat nie  ogłosili  „szpery” (Gehsperre    zakaz  wychodzenia   na  ulicę,  w  związku  z  łapanką, o której dalej będzie mowa).

Było to najbardziej dramatyczne wydarzenie w historii  getta. Między 5 a 12 września 1942 Niemcy dokonali selekcji wszystkich mieszkańców  getta. Najpierw  zabrano  chorych  ze  szpitala  i  dzieci z sierocińców. Potem przechodzili od domu do domu, ludzi wygani­ano z mieszkań na podwórka i tam odbywała się selekcja. Zabierano ludzi starszych, małe dzieci i wszystkich, którzy wyglądali na słabo­ witych i chorych. Po raz pierwszy Niemcy działali w getcie bez żadnych osłonek, nie robili iluzji, nie opowiadali uspokajających historyjek. Było jasne, że zabierają ludzi na śmierć.

Rodzice wpadli w rozpacz, bali się panicznie o mnie i o moją siostrę. Zastanawiali się gdzie można nas ukryć, ale w naszym małym mieszkaniu nie było miejsca na kryjówkę.I tym razem miałem szczęście. Uratował nas szwagier ojca, Fajwisz Reingold. Jakjuż wspomniałem, był on policjantem. Przyszedł  do  nas w dniu, w którym miała odbyć się selekcja w naszym rejonie i zabrał nas wszystkich, razem z babcią Miną w kierunku ulicy Brzezińskiej. Tam była granica rejonu..

Z drugiej strony Brzezińskiej selekcja już się odbyła. Wzdłuż ulicy stali żydowscy policjanci i pilnowali, by ludzie nie uciekali. W miejscu na które przyszliśmy stali koledzy Fajwisza. Pożegnaliśmy się z rodzicami, którzy wrócili do domu by stawić się na selekcję. Razem z Fajwiszem przebiegliśmy  prędko ulicę i wpadliśmy w bramę budynku na przeciw.  Zatrzymaliśmy  się  przez  kilka godzin u jakiejś rodziny. Byłem  bardzo  przybity.  Czułem  się już  dorosłym, a tymczasem rodzice mnie ratują jakbym był małym dzieckiem, a sami śmiertelnie narażają się dla mnie. Niemcy mogli ich zabrać, choć nie byli starzy. Opowiadano, że ich wybór był często zupełnie przypadkowy, zależny od humoru. Wieczorem wróciliśmy do  domu. Zastaliśmy rodziców, którzy przeżyli szczęśliwie traumę selekcji..

Byliśmy przekonani, że niebezpieczeństwo minęło. Siódmego dnia „szpery” wpadł do nas nagle sąsiad i powiedział, że Niemcy ponowili selekcję w naszej okolicy, otoczyli domy na sąsiedniej ulicy, zabierają ludzi i posuwają się w kierunku naszego domu. Znów panika w domu. Mama naciera  mi  policzki  szminką,  by  nadać  mi  zdrowszy  wygląd i zatrzeć oznaki żółtaczki. Rodzice zastanawiają się czy może schować nas pod łóżkiem, co jest niebezpieczne, bo jak będą szukać po mieszkaniach, to znajdą i wtedy napewno zabiorą. Więc już może le­ piej wyjść, wtedy jednak jest jakaś szansa?  Może jednak nie wyglądam aż tak strasznie, a Sarenka już nie jest małym dzieckiem? A może lepiej liczyć na cud, że Niemcy nie będą szukali? Straszny dylemat, trud­no się rodzicom zdecydować.

Krzyki Niemców słychać już coraz bliżej. Już weszli do sąsiedniego domu przy Zawiszy 7. Zwołują ludzi na pod­wórko, każą wychodzić z mieszkań. Napięcie wzmaga się, kręcimy się po mieszkaniu, nie wiemy co następna chwila przyniesie. I  nagle zapadł spokój, absolutna cisza. Ucichły krzyki, wszystko się skończyło, Niemcy opuścili getto.

Getto było ciężko ranne. Niemal na naszych oczach zamordowano 20 tysięcy ludzi. Najgorsze jak zabierali dzieci, wyrywali z rąk matek. Chyba tylko instynkt samozachowawczy, niezmierna chęć życia, jaka tkwi w każdym z nas sprawiła, że getto wróciło do swego „nor­malnego” funkcjonowania. Każdy był zainteresowany dostać pracę, by móc wykazać, że jest produktywny i nie być kandydatem na wysiedle­nie. Pracowali teraz wszyscy, nawet dzieci. Moją siostrę Sarenkę wziął tata do pracy jeszcze na jesieni 1941. Miała wtedy 11 lat. Było to konieczne, bowiem szkoły zostały wtedy pozamykane i w domu zostałaby sama. Przy pracy dostawała też zupę i była mniej głodna.

Najpierw wykonywała jakieś  proste operacja  na malutkiej  tokarence w zakładzie metalowym, w którym pracował ojciec. Później pracowała w specjalnie zorganizowanym zakładzie dla dzieci Nadelrichterei. Pracy dostarczała niemiecka wytwórnia igieł do maszyn dziewiarskich, która wykorzystała tanią sile roboczą w getcie. Robota była prosta – wokół stołów siedziały dzieci i na wysokości oczu miały małe kowadełko. Igły kładło się na kowadełku i prostowało uderzeniami malutkim młotkiem.

Krótko pracowała też Sarenka w innej fabryce zorganizowanej wyłącznie dla pracy dzieci – Gliimmerspal-terei. Dzieci łupały tam mikę. Mika jest to minerał, który ma zastosowanie w prze­ myśle elektrotechnicznym jako  materiał  izolaqjny  odporny  na wysoką temperaturę. Dostarczana była w dużych blokach, a dzieci nożami łupały ją na cienkie, przezroczyste listki. Praca ta była bardzo szkodliwa dla zdrowia, ze względu na pył wdychany do płuc.

Robiono co się dało, by ludzi za trudnić. Siostra mojego ojca, Rachel, pracowała jako instruktorka w instytucji, która zatrudniała kobiety nie mogące wychodzić z domu do pracy. Kobiety robiły na drutach swetry, dostawały włóczkę, wzory i instruktaż. Podobno wśród Niemców był duży popyt na ich wyroby.

I ja wróciłem prędko do pracy. Zależało mi na tym bardzo, przede wszystkiem ze względu na zupę, którą dostawało się na obiad. W fabryce była kuchnia, w której gotowano dla pracowników. W czasie przerwy obiadowej każdy chwytał swoją blaszaną menażkę i biegł do kolejki po zupę. Wydzielaczka pracowała prędko, patrzyłem z na­ pięciem jak głęboko sięga, od tego bowiem zależało czy dostanę tylko trochę rzadkiej, wodnistej cieczy, czy też znajdę kartofle na dnie menażki. Były dyskusje jaka strategia jest lepsza, czy lecieć prędko na początek kolejki, kiedy kocioł zupy jest pełny i pełno w nim jeszcze kartofli, czy też lepiej uzbroić się w cierpliwość i czekać na koniec, bo na dnie kotła zupa może być gęstsza. Po zjedzeniu zupy uczucie głodu jakby się wzmagało, chciałbym jeść jeszcze i jeszcze, czułem jakieś napięcie w głowie. Jakież to było szczęście, kiedy udało się dostać dodatkową zupę, Zusatzsuppe . Byłem uznany za dobrego fachowca, byłem czymś w rodzaju podmajstra, dlatego dostawałem od czasu do czasu premię w postaci zupy.

Fabryka rozrosła się, przeniosła do większego pomieszczenia przy ul. Łagiewnickiej 63, gdzie przed wojną była rzeźnia miejska. Warunki pracy stały się bardziej znośne, dostaliśmy nowe maszyny, przybyli nowi ludzie do pracy. Byłem odpowiedzialnym za frezarki i szepingi, pracowali ze mną dwaj „dorośli” chłopcy, dziewczyna w moim wieku oraz dwoje dzieci w wieku około 12 lat. Chłopcy przeżyli i mieszkają teraz w Izraelu, dziewczyna – Halinka Szwarc – też przeżyła i mieszka w Warszawie, a dzieci zginęły w obozach. Jednego z nich nigdy nie zapomnę, nazywał się Abramek Woda. 

Kiedy mówi się o dzieciach, zamordowanych w czasie Holokaustu zawsze kojarzy mi się to z Abramkiem i chce mi się płakać. Bardzo go lubiłem. Był miły inteligent­ ny, dowcipny, zainteresowany tym co robimy, chwytał prędko każde wyjaśnienie. Był też żywym zaprzeczeniem hitlerowskich teorii o rasie żydowskiej – miał niebieskie oczy i włosy koloru słomy.

Chłopcy, tacy jak ja, 16-17 letni, pracowali już dwa lata i stali się doświadczonymi fachowcami. Była to na ogół młodzież inteligentna, uczyła się prędko. Doświadczonych fachowców było stosunkowo niewielu, dlatego młodzi mieli możliwość wybicia się. Starsi pracown­icy mieli wtedy około 40-45 lat. Tacy ludzie normalnie uważani są za młodych i w pełni sił. W warunkach getta, pod wpływem kilkuletniego głodu, osłabli i uważani  byli  za starych.  Większość  z  nich  nie  była w stanie przetrzymać gehenny obozów koncentracyjnych i zginęła.

Spośród młodzieży procent tych, którym udało się przeżyć był więk­szy. Sporo kolegów z tego okresu spotkałem tu w Izraelu, w dużej częś­ci kontynuowali pracę w nabytym wtedy zawodzie i doszli do poważnych osiągnięć. Czuję się niekiedy z nich dumny, jakbym miał jakiś udział w ich osiągnięciach.

Organizacja konspiracyjna

Choroba nie przerwała mojego zainteresowania zagadnieniami ideologicznymi. Kiedy wróciłem do pracy zajął się mną z ramienia organizacji  Artur Solarz, starszy ode mnie o dwa lata.  (Organizacja, o której mowa, to Lewica Związkowa – konspiracyjna, lewicowa, założona przez byłych członków Komunistycznej Partii Polski, m.in. przez Zivlę Pacanowską i Hindę-Barbarę Beatvs).  Pracował w ślusarni, ale spotykaliśmy się na  przerwach,jedliśmy razem  zupę i rozmawiali.

Z Solarzem nie dyskutowałem na tematy ideologiczne tyle co z Heń­kiem Mandlem. Solarz kierował mną i przekazywał zadania do wyko­nania. Ważnym zadaniem było przekonanie ludzi o słuszności komu­nizmu i o roli ZSRR. Starszych, w wieku powyżej 20 lat,jeśli nie mieli już   przedtem  lewicowych  skłonności, nie  udawało  się  przekonać, z młodzieżą było łatwiej. Byliśmy zapalonymi „misjonarzami”, mieliśmy bardzo skrystalizowane poglądy na wszystkie tematy, które interesują młodzież. 

Szczególnie żywe były dyskusje na temat religii. Byłem wychowany w duchu świeckim i nie miałem z tym kłopotów, ale dzieciom z religijnych domów bardzo trudno było pogodzić się z na­szym światopoglądem. Byliśmy materialistami i racjonalistami. Wierzyliśmy, że nauka może wyjaśnić wszystkie tajemnice przyrody,  a marksizm jest naukową teorią, za pomocą której można zrozumieć wszystkie zjawiska historyczne i przewidzieć rozwój społeczeństwa ludzkiego. 

Uważaliśmy się za humanistów i demokratów. Teoretycznie byliśmy zwolennikami wolnej miłości, ale właściwie byliśmy bardzo purytańsko nastawieni. Podchodziliśmy do  spraw  stosunków płciowych bardzo poważnie i nie wyobrażaliśmy sobie, by były możliwe bez miłości i wzajemnego szacun ku. Dyskutowaliśmy na te tematy gorąco, choć właściwie były one dla większości tylko teorety­czne. Głód doprowadził do osłabienia popędu płciowego, a dziew­częta straciły menstruację.

Najlepiej przekonywały książki. Zdobywaliśmy je w różny sposób. Dostawaliśmy od rodziców, znajomych , a jak nie było rady to i „ścią­galiśmy” gdzie się dało. Organizacja miała centralną bibliotekę, którą prowadził Lolek Skopicki (nie przeżył  obozów). Nie  miałem wtedy o tym pojęcia, nie znałem Lolka, domyśliłem się jednak, że wymiana książek jest zorganizowana. Przynosił mi je Solarz, a ja byłem odpowiedzialny za wymianę na terenie naszego zakładu. 

Kolportowaliśmy szczególnie lewicową literaturę, ale nie tylko. Godna naszej uwagi i rozpowszenienia była każda dobra książka. Zaczytywaliśmy się w książkach Uptona Sinclair’a i Erenburga, ale i Emil Zola, Kellerman, Remarque  byli  bardzo  pożądani. Popularne były reportaże z ZSRR, np. Egona Erwina Kischa. Nie jestem w stanie wymienić wszystkiego, co czytałem wtedy, ale dodam, że dwie książki były szczególnie popularne: „,10 dni,  które  wstrząsnęły  światem” Johna Read’a oraz „Portrety i Pamflety” Karola Radka. Nie przeszkadzało nam wcale, że Radek był w Moskwie skazany na więzie­nie. Powstała szczególna atmosfera, że jeśli ktoś nie czytał, nie był, jak się to po angielsku mówi „in”. Nie było  przyjemniejeśli w rozmowie nie mogłeś niczego powiedzieć o Spinozie lub Freudzie, albo o dziwnynych  poglądach  modnego  wówczas  Otto  Weiningera   wyrażonych w jego książce „Płeć i Charakter”.

Zacząłem więc działać z ramienia organizacji jeszcze zanim zostałem do niej przyjęty i zanim cokolwiek o niej wiedziałem. Na bok poszły wszystkie moje wątpliwości ideologiczne. Organizacja wymiany książek bardzo mi odpowiadała, spotykałem się dzięki temu z wielo­ma ludźmi. Książki się niszczyły, trzeba je było oprawiać. Spotykaliśmy się w tym celu w domu Halinki Szwarc, jej starsza siostra Renia instruowała nas jak to robić. Zajmowanie się książkami było stosun­kowo łatwe, ale były też sprawy trudniejsze, które mi Solarz powierzał i które wykonywałem, choć miałem z nimi czasem poważne kłopoty.

Do organizacji zostałem przyjęty oficjalnie chyba dopiero w po­łowie 1943 roku. Należałem do „piątki”, która spotykała się od  czasu do   czasu  w  mieszkaniu   Lolka  Wojdysławskiego  (teraz  mieszka w Izraelu). Dostawaliśmy oceny polityczne sytuacji, czasem jakiś wykład na tematy ideologiczne – nie miało to nic wspólnego z moją działalnością na terenie fabryki. Szkoda, że pamięć zawodzi i nie pamiętam już wielu szczegółów tej działalności. 

W pierwszym rzędzie uważaliśmy, że powinniśmy szkodzić, o ile tylko można niemieckiej gospodarce. W getcie nie można sobie było pozwolić na strajki, więc szerzyliśmy hasło „Pracuj powoli”, co było w gruncie rzeczy niepotrzebne, bo wszyscy i tak pracowali powoli, by oszczędzać sił. Walczyliśmy też przeciw administracji o poprawienie warunków pracy robotników. Orężem walki był strajk głodowy. Wydaje mi się, że po raz pierwszy zorganizowaliśmy taki strajk aby poprawić szczególnie ciężkie warunki pracy robotników kuźni. Nie mam niestety pewności, że taka właśnie była przyczyna  strajku. Pamiętam jednak dobrze,  że  w czasie przygotowań do strajku zwracałem się do wielu ludzi w tej sprawie, nie tylko do młodzieży, ale przede wszystkim do ludzi dorosłych, wyjaśniałem o co chodzi i wszyscy zgadzali się ze stanowiskiem organizatorów.

Strajk się udał. W umówionym dniu nikt w czasie przerwy nie wyszedł do kolejki po zupę. Kierownictwo zakładu poszło na ustępstwa. Cieszyliśmy się bardzo. Strajk udowod­nił, że jesteśmy silni w naszym resorcie i jesteśmy w stanie podjąć się poważnej akcji. Dla mnie osobiście było to przeżycie, które  mnie wiele nauczyło. Pokonałem wstydliwość i chodziłem do ludzi, których nie znałem, aby ich przekonać. To naprawdę nie było łatwo  namaw­iać ludzi głodnych, by zrezygnowali z jedzenia. Byłem dumny, zobowiązałem się w stosunku do organizatorów strajku i nie za­wiodłem.

Innym razem próbowaliśmy zorganizować strajk na znak soli­darności z innym zakładem pracy. Ten strajk nie bardzo się udał.Tym razem sam nie byłem przekonany o słuszności strajku, a jednak przekonywałem innych podporządkowując się otrzymanym dyrekty­wom. Przypominam sobie dobrze pewną dyrektywę organizacji, z  którą nie zgadzałem się. Kierownictwo  zakładu zwróciło się do  robotników z następującą inicjatywą: każdy złoży jakąś minimalną ilość żywności, np. łyżeczkę cukru, mąki, jeden kartofel. W ten sposób zbierze się fundusz pomocy dla kilku chorych w fabryce. Uważałem, że inicjaty­wa jest pożyteczna. W ramach organizacji zrobiliśmy już tego rodzaju zbiórki na rzecz chorych kolegów, pomogliśmy im się wyleczyć i właś­ciwie ocaliliśmy ich. Ale organizacja się sprzeciwiała, twierdząc, że kierownictwo resortu powinno pomóc chorym ze swoich własnych środków.

Nie zgadzałem się z tym stanowiskiem. Nie mogłem zrozu­mieć dlaczego robotnicy w zakładzie nie mogą także przyłożyć się do pomocy swoim kolegom. Ale dostaliśmy takie wytyczne. Storpedowaliśmy inicjatywę zbiórki i czułem się z tym bardzo źle. Bardzo sobie brałem do serca przykrą sytuację, kiedy przekonuję innych w sprawach, co do których sam nie jestem przekonany. Żyłem wtedy w dużym napięciu nerwowym z tej przyczyny.

Dostałem jeszcze jedną funkcję: kilka razy w tygodniu zgłaszałem się do Fredka Taubego (działacza Lewicy Związkowej, który pra­cował przy prasach, aby wysłuchać wiadomości radiowych i roz­powszechnić je w moim wydziale. Były to przede wszystkiem informa­cje o działaniach wojennych. Fredek był miłym, inteligentnym i solid­nym chłopcem, niestety, nie przeżył,  zmarł w obozie, już w kilka dni po wyzwoleniu. Mówił szybko i rzeczowo, starałem się zapamiętać dokładnie nazwy miejscowości, daty i liczby, aby nie mylić się przekazując je innym. 

Słuchałem też informacji, które przekazywał Bono Wiener, aktywista Bundu w getcie, który pracował w tym samym wydziale co Fredek. (Bono zmarł niedawno w Melbourne w Australii). Wiedzieliśmy jaka jest sytuacja na frontach. Pamiętam z jaką radością przekazywałem informację o klęsce Niemców pod Stalingradem, o ich stratach i odwrocie, a potem o bitwie pod Kurskiem, ofensywach radzieckich i zbliżaniu Rosjan do polskiej  granicy. Pamiętam  jak cieszyliśmy się z tych wiadomości, wyzwolenie stało się nagle bliskie i realne.

Poza znajomością sytuacji na frontach  wiedzieliśmy bardzo niewiele o tym co się dzieje poza drutami kolczastymi okalającymi getto. Nie mieliśmy pojęcia o sytuacji politycznej w Polsce, o dzia­łalności partyzantki, o partiach politycznych. Ale, co  najważniejsze, nie wiedzieliśmy nic o obozach zagłady, o systematycznym mordowa­niu wszystkich Żydów w Polsce. Panowało ciężkie uczucie po „szperze”, ale nie było pełnego zrozumienia sytuacji.

Wiedzieliśmy, że było powstanie w warszawskim getcie i zostało zduszone, ale nie wiele więcej. Nie mieliśmy  pojęcia jakie  było jego  tło. Nie słyszeliśmy  nic o Treblince. Wiadomość, że Żydzi chwycili za broń była bardzo pod­niecająca, chcieliśmy, by i u nas to było możliwe. Stawiam sobie ciągle pytanie,jak to się stało, że nie wiedzieliśmy co się  dzieje. Nie umiem  na nie w pełni odpowiedzieć.  Okazuje się, że „radio” naszej organizacji to był kryształkowy detektor, który umożliwiał wyłącznie odbiór miejscowej niemieckiej stacji radiowej. Od  czasu do  czasu udawało się organizacji  dostać niemiecką gazetę z miasta. Chyba to samo było u bundowców, skoro Bono Wiener nie wiedział nic więcej.

Wydaje mi się jednak, że w getcie były także lep­sze  odbiorniki.  Może  więc  byli ludzie, którzy   wiedzieli   więcej o zagładzie Zydów i bali się rozpowszechnić te informacje? Może nie mogli uwierzyć, że to wszystko prawda, nie byli w stanie zrozumieć ogromu nieszczęścia i nie chcieli siać paniki? Nie wiem co by było gdybyśmy wiedzieli, czy zmieniłoby to naszą sytuację. A może, może moi rodzice szukaliby sposobu jak ukryć się i nie dać wywieźć do Oświęcimia, może by przeżyli? Zdaję sobie sprawę, że te rozważanie nie mają żadnego sensu. 

Fakt, o Stalingradzie, Leningradzie, Kursku wiedzieliśmy, a o Treblince, Majdanku, Oświęcimiu i Chełmnie nie mieliśmy pojęcia.

Po wojnie, kiedy wracałem myślami do tego okresu w getcie, nie mogłem zrozumieć mojego postępowania. Na przełomie 1943 i 1944 roku prawie cale polskie Żydowstwo już nie istniało, pozostało tylko łódzkie getto, a my, młodzież nic nie wiemy, zajmujemy się ideologią, dyskutujemy o istnieniu Boga, wykłócamy się z administracją o po­prawę warunków pracy. Wszystko to przecież głupstwa w obliczu tragedii narodowej. 

Chyba dlatego nikt z członków naszej organizacji w getcie nie pisał o niej w pierwszych latach po wojnie. Nie było się czym chwalić. Wstydziliśmy się, że nie byliśmy bohaterami walki zbro­jnej. Teraz widzę to inaczej. Wiem, że w łódzkim getcie nie było ele­mentarnych warunków, które umożliwiłyby taką walkę. Nie było broni, nie było kontaktów z jakąkolwiek organizacją spoza getta. Byliśmy jak w obozie koncentraqjnym, absolutnie izolowani i pod pełną kontrolą Niemców. Nawet poza drutami getta, w mieście Łodzi nie było poważniejszej działalności podziemnej przeciw okupantowi. Nie było niczego, co przypominałoby sytuację w Warszawie. Terror niemiecki nie umożliwiał tego w otwartym mieście, cóż dopiero w tak zamkniętym getcie.

Później wstydziłem  się też,  że wierzyłem  w ideologię,  która zbankrutowała, że byłem wierny partii i choć miałem wątpliwości nie chcia­łem widzieć rzeczy oczywistych. Teraz patrzę na to inaczej. W spe­cyficznych warunkach getta nasza organizacja zrobiła wielką rzecz: wychowała dużą grupę młodzieży. Dała chłopcom i dziewczętom treść życia, nadzieję na przyszłość, nauczyła, że można opanować nędzę, głód i chłód jeśli ma się przed sobą ideał. Nauczyła ich, że sprawy ogółu są ważniejsze niż prywatne kłopoty jednostki. Wychowała ich na ludzi postępowych i na dobrych obywateli. To chyba była wielka rzecz w tamtych warunkach: nie dać się spodlić, być ludźmi.

Teraz jestem dumny, że należałem do tej grupy  młodzieży. Uważam, że dobrze nas wychowano. Niewielu z nas przeżyło. Po wojnie szczerze i pełni wiary chcieliśmy budować lepszy świat. Roz­czarowanie przyszło prędko, z komunizmem wszyscy zerwali i mają teraz różne poglądy polityczne. Wydaje mi się jednak, że nadal żyjemy zgodnie z zasadami życiowymi, które w nas wtedy wpojono.

Oświęcim

W sierpniu 1944 getto zostało zlikwidowane, wszyscy mieszkańcy wywiezieni w wagonach bydlęcych do Oświęcimia. Ludzie starsi, chorzy, dzieci, matki z dziećmi szli odrazu do gazu i na  spalenie. Reszta poszła do obozu i ginęła.

Po wojnie, na zebraniu na którym przyjmowano mnie do partii, długo musiałem się usprawiedliwiać z tego, że przeżyłem obozy koncentraqjne. Było to w roku 1946, w fabryce Johna (później im. Strzelczyka) w Łodzi. Towarzysze uważali, że jeśli Żydowi udało się przeżyć, napewno wysługiwał się Niemcom, był kapo albo czymś podobnym. A ja po prostu byłem młody, miałem silny organizm i w dalszym ciągu służyło mi szczęście – także w obozach. 

Szczęście zaczęło się od tego, że wywieziono mnie do Oświęcimia w specjalnej grupie, która została przyjęta do obozu bez selekcji. W czasie likwidacji getta Hans Biebow (skazany,po  procesie, po II wojnie przez sąd polski na karę śmierci) –  niemiecki  kierownik getta – zorganizował grupę robotników-metalowców, która miała uruchomić  dla  niego  fabrykę   pocisków   stalowych   do   amunicji. W grupie tej były całe rodziny. Biebow uzyskał zezwolenie, aby jego robotnicy, 500 osób, nie byli poddani selekcji w Oświęcimiu. 

Byli tam najlepsi fachowcy z fabryk metalowych w getcie, a także kilka rodzin, które miały „chody”. W mojej rodzinie wszyscy byli rzemieślnikami, metalowcami, tak się więc złożyło, że większość moich krewnych, którzy znajdowali się w getcie, znalazła się w tej grupie i niektórzy ocaleli tylko dzięki  temu.  Moja  siostra  Sarenka  miała  wtedy 14 lat a kuzyn Elchanan Reingold 7 lat. Oboje niewątpliwie nie mieli szans przeżycia, gdybyśmy nie mieli specjalnych praw.

Fabrykę pocisków zaczęto budować jeszcze w getcie, jako osobny wydział w Metallabteilung I. Nie zdążono jej jednak uruchomić. W cza­sie likwidacji getta maszyny zostały zapakowane w skrzynie i wysłane do miejscowości Obrzysko w województwie poznańskim. Tam miała powstać fabryka, którą mieli uruchomić metalowcy Biebowa. Dziesięciu robotników pod kierownictwem Abrama Sztajera (teraz mieszka w Tel Avivie) pojechało wyładować skrzynie i wróciło do getta. Cała grupa metalowców wysłana została do Oświęcimia pod koniec sierp­nia (wydaje mi się, że było to 28.). Stamtąd wysłano nas po trzech dniach do obozu koncentracyjnego w Stutthofie, ponieważ obozy pracy w poznańskiem, gdzie miała powstać fabryka, podlegały administracyjnie Stutthofowi. Ze Stutthofu miano nas przesłać do Obrzyska. Wszystkie te szczegóły nie były mi wtedy znane. 

Kiedy wsadzano nas  do wagonów towarowych na stacji kolejowej nie mieliśmy pojęcia dokąd jedziemy. Baliśmy się nieznanej przyszłości. Wyjechaliśmy po południu. Siedzieliśmy na swoich paczkach. Nie było to wygodne, ale nie tak strasznie, bo nie było tłoku. Według nazw stacji mijanych w drodze zrozumieliśmy, że wiozą nas na południe. Ktoś w wagonie rzucił nazwę „Oświęcim”. Widocznie więc byli ludzie, którzy coś słyszeli, ale nie mieliśmy pojęcia co to jest. Nad ranem byliśmy już bardzo zmęczeni. Pociąg stanął na jakiejś stacji. Przez otwory w wago­ nie widać było przechodzących ludzi, ubranych w pasiaste „piżamy”. Krzykiem próbowąliśmy się z nimi porozumieć. „Gdzie jesteśmy?”.„W Oświęcimiu” – brzmiała odpowiedź. Dostaliśmy też dziwne rady. Paczki i chleb pozostawić w wagonie – nie będą nam potrzebne.

Po długim oczekiwaniu otworzyły się wagony i usłyszeliśmy krzyki. Prędko, prędko wychodzić z wagonu, schodzić, schodzić, wszystko pozostawić. Byliśmy w szoku. Starszym ludziom nie było łatwo schodz­ić z wysokiego wagonu, ale ludzie w piżamach krzyczeli, grozili, popychali i nawet bili bez litości. Kazali szybko biec do przodu, kobiety osobno, mężczyźni osobno.

Staliśmy na peronie, gdzie miała odbyć się selekcja. Naszą grupę odseparowano zgodnie z listą. Bez selekcji prowadzono nas dalej. Teraz wiem, że była to rzecz niezwykła, jedyna w swoim rodzaju w historii Oświęcimia. Hans  Biebow  miał  widocznie wyjątkowe  „chody” w dowództwie naczelnym SS.

Długo trzymano nas na placyku otoczonym płotem z drutu kolcza­stego, przed drewnianym barakiem. Krzyczą na nas, każą oddać pieniądze i przedmioty wartościowe. Tam pożegnałem się z ze­garkiem, który dostałem na Bar Micwa od wujka Markusa. Potem w baraku znowu krzyki, trzeba rozebrać się, zrzucić z siebie wszystko. Następuje golenie całego ciała. Przechodzimy od stanowiska do stanowiska. Golarze są zaopatrzeni w maszynki do golenia i każdy jest wyspecjalizowany w goleniu innej części ciała. Potem rzucają nam ubrania, a właściwie szmaty, bez najmiejszej próby dobrania odpowiedniego rozmiaru. 

Byliśmy jeszcze bardziej wstrząśnięci, kiedy przez chwilę natknęliśmy się na kobiety. Zgolone głowy i szmaty, które nałożyły na siebie zmieniły je nie do poznania, mężowie nie poznawali  żon.  Stamtąd  gonią  nas  w inne   miejsce, stłoczeni  stoimy w małym pomieszczeniu o betonowej podłodze. I znów  krzyki: położyć się na miejscu i spać (była już bowiem noc, proces przyj­mowania nas do obozu trwał cały dzień). Jak można spać na  betonie? Jak w ogóle można położyć się skoro nie  ma gdzie stać?  Okazało się, że można, krzyki i bicie przekonały nas o tym. Aż do  rana jeden leżał na drugim. Nazajutrz rano pędzą nas do latryny. W dużej sali wokół ścian  dziury,  jeden  siedzi  koło  drugiego.  Na  początku nie byłem w stanie załatwić się tak publicznie. Potem znów poniżenie, kiedy nareszcie dano nam coś do jedzenia – miskę zupy, ale na dwie osoby, bez łyżki. Jeść jak zwierzę? Jak się podzielić?

I znów gonią nas dalej. Prowadził nas kapo, ustawił piątkami i prze­ mówił. „Widzita ten komin? Widzita dym? Wszyscy pójdzieta z tym dymem do nieba, a jak nie posłuchacie, to wy skurwysyny takie i takie (wyszczególnił to dokładnie) jeszcze szybciej tam będzieta. Dawać tu natychmiast co mata, cośta ukryli, bo jak nie, to…” i tu znów wiązanka przekleństw i gróźb. Ktoś zareagował  uśmiechem,  kapo  to  zauważył i zbił go niesamowicie.

Potem wpędził nas do długiego baraku. Z obu stron trzypiętrowe półki, a w środku, wzdłuż baraku, piec. Kapo (powiedziano nam później, że nazywają go Krwawy Mietek), wpędził nas na półki, pięć osób na jedną. Nazywały się te półki „buksy”. Potem wszedł na piec, przechadzał się wzdłuż i kontynuował swoje „wychowawcze” przemówienie. „Data, czy nie data, bo jak nie data…” I tu znów nastąpiła wiązanka kwiecistych i ordynarnych przekleństw, jakich w życiu nie słyszałem. Śmieszyły mnie te przekleństwa, choć sytuacja wcale nie była do śmiechu.

Znajdowaliśmy się w Brzezince (Birkenau), w Obozie Cygańskim (Zigeunerlager), a barak, do którego nas wpędzono, był „kwarantanną”, przeznaczoną dla więźniów, których miano przesłać dalej. Byliśmy tam tylko dwa dni. Potem ubrano nas w pasiaki i wpędzono do wagonów towarowych. Tym razem jazda stała się prawdziwą torturą. Wagony podzielone zostały drutem kolczastym na trzy części. Z przodu i z tyłu wagonu stłoczeni byli więźniowie, w środku, na szerokości  drzwi  otwartych z obu stron wagonu, siedział na krześle żołnierz  niemiecki, uzbrojony w karabin. Kazano nam siedzieć cały czas na podłodze. Było to bardzo trudne, bowiem nie byliśmy do tego przyzwyczajeni, a poza tym każde drgnięcie wagonu uderzało w kości. Nie mieliśmy już  paczek, na których można było siedzieć, siedzieliśmy więc półleżąc i opie­ rając się jeden o drugiego.

Jazda ciągnęła się bardzo długo, pociąg sunął na północ. Wody do picia nie dawali i tylko nielicznym zez­wolono zejść z wagonu, by się załatwić. W wagonie był kubeł i żołnierz na jakiejś stacji kazał mojemu wujkowi, Lazarowi Lasmanowi zdjąć go i opróżnić. Kubeł był już dość pełny i Lazarowi nie udało się go ściągnąć z wysokiego wagonu bez przelania paru kropel na podłogę. Dostał za to lanie od żołnierza. Syn Lazara, Beniek widząc jak biją ojca zareagował na to jakimś ruchem, co wydało się żołnierzowi pode­jrzane i zbił go też, a potem postanowił zabawić się, każąc Beńkowi zaśpiewać jakąś żydowską piosenkę. Pamiętam jak śpiewał drżącym i wystraszonym głosem.

Jazda trwała więcej niż dobę. Byliśmy już niedaleko Gdańska, kiedy kazano nam przejść do otwartych, pozbawionych dachów, wagonów towarowych kolejki wąskotorowej. Jechaliśmy teraz przez kraj o przepięknym pastoralnym krajobrazie. Dookoła lasy, czasem pociąg mijał most na rzece, czasem wieś z domkami krytymi czerwoną dachów ką. Wreszcie dotarliśmy na miejsce. Wśród lasu, koło drogi wielki szyld: „WALDLAGER STUTTHOF”. Nie zwiastowało to obozu koncentra­cyjnego, raczej coś w rodzaju obozu harcerskiego wśród pięknego krajobrazu. Serca napełniły się uczuciem nadziei, ale dość prędko okazało się, że nie było podstaw dla tych uczuć.

Stutthof

Weszliśmy do środka. Kobiety i małe dzieci zostały oddzielone i po­ szły do innej części obozu. Nas, mężczyzn, najpierw zapisano i dokonano czegoś w rodzaju dezynfekcji, a potem wprowadzono główną bramą na teren mieszkalny obozu, do baraku, który nazywał się blok Nr. 4. W tej części obozu były dwa rzędy długich baraków mieszkalnych bloków, a między nimi dość szeroka przestrzeń, na którą wypędzano nas niekiedy na specjalne apele. Nasz blok był w lewym rzędzie, a na lewo od niego, w odległości chyba 15-20 metrów, wy­soki płot z drutu kolczastego, przez który  przechodził prąd wysok­iego napięcia. Opowiadano, że sporo ludzi popełniło samobójstwo rzucając się na te druty.

Za płotem był obóz  kobiet. Od czasu do czasu była sposobność porozumienia się z kobietami krzykiem albo przynajmniej zobaczenia z daleka kogoś z rodziny. Między blokami była duża przestrzeń, na której co dzień, nad ranem i pod wieczór, odbywały się apele.

Blok składał się z dwóch części przeznaczonej na „Stuben” – „poko­je”. W każdej części była sypialnia z trzypiętrowymi pryczami. Wchodziło się do niej przez coś w rodzaju lobby,  bez żadnych  mebli, w którym na ogół nie pozwalano  nam  przebywać. Była  też łazienka z prysznicami i zawsze zimną wodą oraz latryna z dziesięcioma sedesa­mi, nie oddzielonymi od siebie. W centrum bloku, między  Stuben, kilka pokoi służących kierownictwu. Na czele bloku stał Blockaltester, w każdym „pokoju” dowodził Stubenalteste. Poza tym do elity bloku, do jego władz, należał Blockschreiber – pisarz blokowy.

Minęło przeszło 50 lat od kiedy tam  przebywałem. Zatarły się w pamięci szczegóły niezbędne  dla pełnego opisania  życia  w obozie, a przede wszystkiem zatarło się uczucie grozy i lęku, które nad nami panowało. Nie pamiętam już dokładnie co i kiedy jedliśmy, pamiętam tylko, że byłem ciągle głodny,jak za najgorszych czasów w getcie. Ale głód nie był najgorszą rzeczą w Stutthofie, nie z powodu głodu umierali starsi i słabsi ludzie z naszej grupy już po krótkim okresie pobytu.

Pobudka była o 4. rano. O 5. dostawaliśmy „kawę” i kromkę chleba z kawałkiem margaryny lub marmelady. O 6. apel, który trwał około godziny. Ustawialiśmy się w piątkowe szeregi. Nasz Schtubenaltester poganiał, bił i krzyczał jakimś dziwnym dialektem: „pokryć, równiać”. Czasem pomagał sobie długim biczem. Kiedyś strącił końcem bicza okulary z nosa  mojego  kuzyna  Beńka.  Po ciemku nie można ich było znaleźć, zostały najpewniej wgniecione butami w ziemię. Beniek był nieszczęśliwy, bez okularów nie widział niczego z daleka. W bloku nikt nie zostawał. Chorzy siedzieli przed barakiem okryci kocami, a martwych układano na noszach.

Po skończeniu apelu różni kapo zabierali nas do pracy. Nasz status był gorszy niż większości więźniów. Znajdowaliśmy się w obozie czasowo , a poza tym jako Żydzi nie mieliśmy tych samych praw co inni. Na ogół więźniowie (nie Żydzi) bywali skazani na jakiś określony czas za popełnione przestępstwa. Ci dostawali paczki z  domu,  przez Czerwony Krzyż, mogli za pieniądze zaopatrzyć się w jakieś drobiazgi w kantynie obozowej. Dostawali też stałą pracę w warsztatach lub w administracji. 

Nasza sytuacja była inna. Nas brano co dzień od  nowa do pracy do różnych Arbeitskommando – grup przeznaczonych do wykonania jakichś prac, na ogół ciężkich. Kilkakrotnie złapano mnie do karczowania lasu. Drzewa wielkie, chyba 60-letnie, pnie ciężkie. Zatrudniano nas przeważnie przy przenoszeniu pni z miejsca na miejsce. Trzeba było dźwignąć pień na ramiona i przenieść kilkaset metrów. Wykonywała to grupa 15-20 ludzi, choć w gruncie rzeczy cały ciężar spadał na kilku wyższych . Wysiłek był nieludzki. Jasne, że dokonać go można było tylko pod wpływem  bicia i krzyków kapo. Trudne  było samo  podniesienie  pnia i trudne dźwiganie  po  nierównym  gruncie. Bywało,  że pnie spadały z ramion i raniły ludzi.

Czasami przyłączano mnie do grup zatrud­nianych przy wyciąganiu resztek pni z ziemi. Najpierw trzeba było kopać dookoła  i przecinać  korzenie. Potem wiązano  pieniek linami i ciągnęliśmy te liny z całej siły, znów przy „zachęcającej” podniecie bicia i krzyków. Nic dziwnego, że nie wszyscy wytrzymywali taką pracę. Pamiętam, że już pierwszego dnia nosiliśmy trupa w drodze powrot­nej do obozu. Nie pamiętam nazwiska ani przyczyny śmierci, był to człowiek starszy, powyżej 50-ki. Jeszcze gorzej było pod koniec października i w listopadzie, kiedy temperatura spadała poniżej zera. Wykopki dookoła pnia zapełniały się wodą pokrytą cienką warstwą lodu. Do tej wody trzeba było wchodzić, żeby wykonać zadanie.

Wieczorem, po powrocie z pracy znów apel. Na ogół trwał dłużej niż apel poranny. Liczono nas dokładnie i załatwiano różne inne sprawy. Np. egzekwowano kary, na ogół karą było bicie –  25 uderzeń  po grzbiecie oznaczało śmierć – trudno było to przeżyć. Niekiedy staliśmy ustawieni w pięcioosobowe rzędy godzinami czekając aż ilość liczonych więźniów zgadzać się będzie z zapisem. Kiedyś staliśmy tak sześć godzin, bo dwóch więźniów uciekło.

Była późna jesień. Temperatura wieczorem  w pobliżu zera, a my w cienkich pasiakach, niektórzy nawet bez kalesonów i bez koszul. Stanie na apelu w tych warunkach doprowadzało do zupełnego wyczerpania. Nie staliśmy swobodnie. Najpierw wyrównywano dokładnie szeregi i rzędy, potem ćwiczono specjalny rodzaj salutowania. Na rozkaz Mützen ab trzeba było natychmiastowo, jak jeden mąż zer­wać czapki z głowy. Na rozkaz Mützen auf czapki należało jed­nocześnie i natychmiast włożyć. Ćwiczono to w nieskończoność. Niedokładne wykonanie groziło biciem.

Kiedyś urządzili dzienny apel ze specjalnej okazji. Wszystkich więźniów wyprowadzono na teren między rzędami baraków, w środku stała szubienica. Celem apelu była publiczna egzekucja dwóch skazanych. Wszystko zgodnie z prawe m, na  podstawie  wyroku sądu z siedzibą w Gdańsku. Lageraltester odczytał wyrok. Kazano nam patrzeć w kierunku szubienicy, aż wyrok został wykonany i lekarz stwierdził zgon obu nieszczęśników.

Odpoczynek w nocy, po dniu pracy i staniu na apelach, też był problematyczny. Leżeliśmy po dwóch na pryczy, jeden naprzeciw drugiego, nogi jednego w kierunku głowy drugiego. Trudno było odwrócić się albo zmienić pozycję. Najgorsze były wszy. Koce były pełne wszy, które przenosiły się też do ubrań. Przed spaniem trzeba było przede wszystkiem oczyścić siebie, ubrania i koce od  wszy. Było to zadanie niemożliwe do spełnienia, ale trzeba było uczynić wszystko co się dało. Mimo wysiłków, kiedy już w końcu leżałeś na pryczy, rozgrzałeś się i zacząłeś spać, wszy nie dawały spokoju. Jestem przeko­nany, że Niemcy mogli z łatwością rozwiązać tę sprawę, mieli przecież odpowiednie  urządzenia.  Widocznie  nie  byli  zainteresowani. Wkrótce po tym jak wywieziono nas ze Stutthofu wybuchła tam epi­demia tyfusu plamistego przenoszonego przez wszy. Było wiele ofiar.

Mimo wszystko jestem szczęściarzem

Nawet w Stutthofie miałem dużo szczęścia. Dość prędko udało mi się wykręcić z komando pracującego przy karczowaniu lasu i dostać się do komando Barackenbau – do budowy baraków. Tam miałem lżejszą pracę, a najważniejsze – nie bili tam tak jak w lesie i nie poga­niali. Kiedyś wzięli mnie do pracy w ogrodzie warzywnym esesowców, innym razem do magazynowania warzyw na zimę. Praca była tam cięższa, ale można było ukraść i zjeść marchewkę.

Na nasze szczęście, Blockaltester choć Niemiec-kryminalista, zachowywał się przyzwoicie, nie znęcał się nad nami. Tak samo Blockschreiber – więzień polityczny, Duńczyk. Stubenaltester, Polak, dość nami poganiał i bił, ale bywali gorsi od niego.  W  sąsiednim bloku Nr. 5 na czele stali Polacy a więźniami też byli przeważnie Polacy, a mimo to cierpieli niesamowicie. Był tam Blockaltester a może Stubenal­tester, nazywaliśmy go „Łaniucha”, imieniem słynnego przed wojną mordercy. Kręcił się z wielką drewnianą pałą w ręku i bił nią więźniów z byle jakiej przyczyny. Jeśli tylko zauważył, że ktoś podłożył sobie pod ubra­nie papier, żeby ochronić się od mrozu – człowiek był biedny. Nie było wolno tego robić, ale w naszym bloku nie robili z tego sprawy i dość rzad­ko sprawdzali. W piątym bloku był to świetny pretekst do bicia i karania.

Trzeba  powiedzieć, że i w naszym „dobrym” bloku dość często zabawiano się kosztem cierpień więźniów. O zachowaniu się sztubowego   już  wspomniałem. Czasem  wymierzano  bardzo „śmieszną” karę – więzień musiał kucać lekko z wyciągniętymi rękami, a pod tyłek podstawiano mu stołek z ostrym szydłem, czy też czymś podobnym, uniemożliwiającym siedzenie, ani głębszy przysiad.

Jeszcze przykład mojego dobrego losu. Pod wpływem mrozu i złego odżywiania wytworzyły się u mnie wrzody na szyi i nie chciały się goić. Lekarz zrobił mi małą operację, przeciął wrzód, ale to nie pomogło. Długi czas chodziłem z szyją owiązaną papierowymi bandażami, do których wchodziły wszy. Pewnego dnia spotkałem przy pracy znajomego z którym razem pracowałem w getcie, nazywał się Rozenfeld, imienia sobie nie przypominam. Podarował mi on szalik, którym owiązałem sobie szyję i ogrzałem wrzody. To podziałało, rany wkrótce się zagoiły. Nie mam pewności, ale może Rozenfeld, darując mi szalik uratował moje życie. Nigdy mu tego nie zapomnę. Niestety, wydaje mi się, że nie przeżył, bo więcej o nim nie słyszałem.

Mój wujek, Majer Lasman nie miał takiego szczęścia jak ja. U niego podobny wrzód wystąpił w gardle. Ten sam lekarz skierował go do izby chorych skąd już nie wrócił. Później dowiedzieliśmy się, że Żydów z izby chorych z reguły mordowano w komorze gazowej. Razem z Ma­jerem do izby chorych skierowano jeszcze jednego więźnia z naszej grupy, Salomonowicza. Ten też nie wrócił. Lekarz, wileński Żyd, który dawno był w o bozie, na pewno wiedział o niebezpieczeństwie na które naraża tych, których posyła do izby chorych. Nie wiem czemu to zrobił, czyżby ktoś z izby chorych go oszukał, przyrzekł mu, że ich nie zabiją? Obaj byli młodzi i silni, mogli przeżyć, ale nie mieli szczęścia tak jak ja.  W listopadzie zachorował mój wujek Lazar Lasman. Osłabł  bardzo i w końcu dostał rozwolnienia, co go dobiło. 18-go listopada zmarł.

Z dnia na dzień sytuacja się pogarszała, ludzie nie wytrzymywali. Syn Lazara, mój kuzyn Beniek, też był bardzo osłabiony. Kilkakrotnie złapany był do karczowania lasu. W końcu jednak udało mu się dostać do komando,  które zajmowało się robieniem  sieci dla  osłony  tanków i to go uratowało. Ja też nie byłem w najlepszej sytuacji z moimi wrzo­dami, ale byliśmy obaj młodzi i mieliśmy silne organizmy. Starsi nie wytrzymywali.

Wydaje mi się, że w dużym stopniu na szanse przeżycia wpływał stan psychiczny człowieka. Nie wolno było tracić wiary w przeżycie i trzeba było zachowywać się odpowiednio. Obaj z ojcem staraliśmy się myć co dzień, choć do połowy ciała, mimo, że woda była lodowato zimna. Widziałem, że ci którzy zaniedbują się, rezygnują z mycia, przestają czyścić odzież z wszy, przede wszyskim dostają wszawicy – to znaczy właściwie ran na całym ciele w wyniku drapania się – a potem bardzo prędko opuszczają obóz w drodze do nieba. Oczywiście nie mam zamiaru tu nikogo potępiać, a szczególnie tych, którzy osłabli na tyle, że nie byli w stanie troszczyć się o swoje potrzeby.

Pewnego dnia, pod koniec listopada zachorował także mój ojciec. Dostał biegunki. Już po wojnie dowiedziałem się, że woda w Stut­thofie była zanieczyszczona i nie wolno jej było pić. My o tym nie wiedzieliśmy, nikt nas nie ostrzegł.

U kobiet sytuacja nie była lepsza. Co dzień widziałem poza druta­mi nieduży wóz, wyglądał jakby do wywozu śmieci, ciągniony przez kilku  więźniów – mężczyzn. Do tego wozu zbierano trupy  kobiet, a także jeszcze żyjące kobiety u progu śmierci. Nigdy nie zapomnę twarzy tych kobiet, tylko oczy błyszczały z ogolonych czaszek pokry­tych skórą. Niekiedy krzyczały prosząc o litość, doskonale wiedziały dokąd je wiozą. W męskim obozie też krążył taki wóz, ale pamiętam lepiej ten z kobietami.

Byliśmy wprawdzie grupą uprzywilejowaną, która weszła do obozu bez selekcji, ale władze Stutthofu nie mogły się z tym pogodzić i zdecydowały się jednak selekcję wśród kobiet przeprowadzić. Pewnego dnia zawiadomiono, że kobiety z dziećmi mają być przeniesione do innego obozu, gdzie będą lepsze warunki. Nikt nie uwierzył. Niektórym matkom udało się ukryć dzieci, większość jednak zabrano, razem z kilkoma starszymi kobietami.

Siostrze mojego ojca, Sarze Reingold, udało się jakoś ukryć swego 7-letniego Elchanana i tak przeżył. Kiedy następnego dnia, w czasie apelu, oficer SS zobaczył, że kilkoro dzieci pozostało, bardzo złorzeczył, ale nie mógł już chyba nic zrobić w tej sprawie. Moja siostra Sarenka, która miała wtedy 14 lat, została cudem uratowana. Oficer, który przeprowadzał selekcję ulitował się nad nią. Najpierw zapytał mamę o wiek Sarenki. Mama powiedziała, że ma 16 lat, potem zapytał czy to jedyna córka, mama potwierdziła, wreszcie pozostawił ją i poszedł dalej.

Być może ktoś inny spośród ocalałych ze Stutthofu, czytając te wspomnienia zaśmieje się gorzko i powie, że obóz który ja opisuję to raj w porównaniu ze Stutthofem, który on zna. Dla ludzi, którzy pozostali w tym obozie aż do jego likwidacji, najcięższe wspomnienia związane są z epidemią tyfusu plamistego, ze  strasznym  głodem, który doprowadził nawet do wypadków kanibalizmu i z marszem śmierci w czasie ewakuacji. Wielu więźniów zamordowano przez zatopienie w morzu. Ładowano ich na statki, które zatapiano albo wpędzano siłą do burzliwego morza. Ja znów miałem szczęście, że wysłano mnie stamtąd pod koniec listopada, krótko przed tymi wydarzeniami.

Winien jestem tutaj kilka słów wyjaśnienia. Niedługo po naszym przybyciu do  Stutthofu  zjawił  się  tam  zastępca  Biebowa,  Czarnula i wezwał do siebie Abrama Sztajera. Sztajer stał w swoim czasie na czele grupy robotników, która załadowała w getcie a później wyładowała w Obrzysku maszyny i sprzęt fabryki, w której mieliśmy pracować. Czarnula, który znał osobiście Sztajera z getta, polecił mu teraz wybrać spośród nas grupę 50-ciu rzemieślników: stolarzy, robotników budowlanych, malarzy itp. Pojechali oni do Obrzyska a myśmy zrozumieli, że zadaniem ich będzie przygotowanie dla nas miejsca pracy. Tymczasem sytuacja się zmieniła. W związku ze zbliżającym się frontem zabrano Biebowowi zezwolenie na utworzenie fabryki w Ob­rzysku. Robotnicy pod kierownictwem Sztajera zamiast budować zakład, dostali polecenie załadowania wszystkiego na wagony kolejowe, które wysłano do miasta Zwickau w Saksonii.

Sztajer i jego grupa wrócili do Stutthofu w połowie listopada. Abram Sztajer opowiedział mi, że po powrocie do Stutthofu był zaszokowany straszną sytuacją naszej grupy, a przede wszystkiem tym, że między kobietami z dziećmi, które zabrano i zamordowano, była jego żona i córka. Abram przypomina sobie, że brakowało razem 140 osób. W czasie przybycia do Stutthofu grupa metalowców składała się z około 250 mężczyzn i 250 kobiet. Po wyjeździe 50 mężczyzn ze Sztajerem pozostało więc w obozie około 200 mężczyzn. Abram twierdzi, że zginęło powyżej 90 mężczyzn, a więc blisko połowa. Jeśli dodamy do nich tych wszystkich, którzy zmarli później w Dreźnie w wyniku osłabienia i chorób jakich nabawili się w Stutthofie, obóz ten w ciągu niespełna 3 miesięcy spowodował śmierć przeszło połowy mężczyzn i jednej czwartej kobiet naszej grupy.

Aby uzupełnić braki dołączono do naszej grupy innych więźniów – Żydów, którzy właśnie przybyli z Oświęcimia. 24 listopada zostaliśmy wyprowadzeni z bloku i przygotowani do wysyłki. Zabrano nam pasia­ki i ubrano w cywilne łachy. Na wierzchnim odzieniu, w środku wzdłuż pleców i na spodniach z boków wymalowano nam farbą olejną białe pasy, a na środku głowy wygolono maszynką pas, szerokości około 5 centymetrów, nazywany „dowcipnie” „Lause Alee” – „Aleja wszy”. W końcu wsadzono nas do  wagonów  towarowych  i wysłano  w drogę.

Drezno

Jazda i tym razem była przekleństwem. Wepchnęli po 80 osób do wagonu towarowego i zamknęli drzwi. Nie można było siedzieć ze względu na brak miejsca, ale też bardzo trudno było stać nieustannie. Po ciemku w nocy odbywały się niemal walki o każdy centymetr podłogi. Beniek, który wyglądał już jak „Muzułmanin” – w żargonie obozowym: człowiek wynędzniały, u progu śmierci – dostał kilka kop­niaków w bok od siedzących obok niego, którym  było niewygodnie i doszli do wniosku, że z takim facetem nie trzeba się już liczyć. Mojemu ojcu było szczególnie ciężko. Jego biegunka wzmogła się przed wyjazdem, potrzebne mu były nieludzkie siły, aby się nie pobrudzić. Tylko jeden raz pozwolili mu zejść. Panowało wówczas przekonanie, że picie jest szkodliwe, bo wzmaga wydzielanie, dlatego ojciec starał się nie pić, choć bardzo chciał. Widziałem, jak ojciec słabnie, bałem się, chciałem mu pomóc, ale nie wiedziałem w jaki sposób, nie było żadnych możliwości i to było straszne.

Jazda ciągnęła się w nieskończoność, chyba więcej niż półtorej  doby. Wreszcie dotarliśmy do celu. Na stacji kolejowej w Dreźnie wysadzono nas z wagonów, ustawiono w piątki i tak szliśmy kilka kilo­metrów ulicami miasta.Po raz pierwszy od początku wojny, od blisko pięciu lat, chodziłem ulicami normalnego miasta. Ludzie ubrani jak zwykle, matki z dzieć­mi w wózkach, sklepy otwarte, reklamy, samochody – wszystko to zrobiło to na mnie niezwykłe wrażenie, podobne do tego co czułem  pod wpływem pięknej panoramy przed wjazdem do  Stutthofu.  Radość i zdziwienie, że piękny i normalny świat jeszcze istnieje, a także nadzieja, że może niedługo my też będziemy częścią tego świata. Wyobrażałem sobie, że przechodnie muszą się nam bardzo dziwić. Grupa ludzi ubrana w pomalowane pasami łachy z trudem wlecze się środkiem ulicy, otoczona uzbrojonymi w karabiny żołnierzami SS. Ale nikt na nas specjalnie nie patrzył. Czyżby przywykli do takiego widoku, a może bali się SS?

Drezno było pięknym miastem, do tej pory nie nawiedzone wrogi­mi bombowcami. Poprowadzono nas do przemysłowej części miasta, nie tak daleko śródmieścia. „Nasz” zakład miał się mieścić w części budynków fabryki papierosów należącej do koncernu Reemtsma, używano też nazwy Jasmatzi. Oficjalnie byliśmy pracownikami firmy Bernsdorf & Co. z siedzibą w Zwickau. Adres: Dresden A21, Schandauerstr. 68.

Warunki bez porównania lepsze niż w Stutthofie. Znajdowaliśmy się w dużym, murowanym budynku, ciepłym, ogrzewanym centralnie. Warunki sanitarne o wiele lepsze. Ale najważniejsze, że stosunek do nas był o wiele bardziej ludzki. Od czasu do czasu były pokrzykiwania, ale nie było bicia ani uczucia ciągłej grozy i niebezpieczeństwa. Kierownictwo dbało też o niektóre nasze potrzeby. Np. potrzebujących okulary zaprowadzono do optyka, który każdemu sporządził odpowiednie. Beniek dostał w ten sposób nowe okulary, co ulżyło mu bardzo.

SS-owcy pilnowali budynku z zewnątrz, byli odpowiedzialni za dyscyplinę, za porządki na terenie mieszkalnym, robili pobudkę, krótkie apele wieczorem na szerokim, ciepłym korytarzu.

Żołnierze SS w Dreźnie byli inni niż ci, z którymi zetknęliśmy się w Oświęcimiu i Stutthofie. Wykonywali swoje obowiązki, niekiedy pokrzykiwali trochę, ale nie więcej. Ich obowiązkiem było pilnować nas, ale nie zabijać ani dręczyć. Wyjątkiem wśród esesowców była kobieta, Oberaufseherin Herta Guhl. Muszę tu wyjaśnić, że kobiety znaj­dowały się osobno pod nadzorem żołnierek SS, które nazywały się Aufseherinnen (nadzorczynie). Guhl – komendatka żołnierek – była zaciekłą faszystką, wierzyła w swoje posłannictwo i robiła kobietom dużo przykrości. Pozostałe żołnierki to były na ogół proste, wiejskie dziewczyny, które niekiedy okazywały ludzki stosunek do więźniarek.

Kierownikami cywilnymi zakładu byli Biebow i jego zastępca, Czarnula, a produkcją kierowali inżynierowie Herman Braun i Or­bschat, choć właściwie całą pracę organizacyjną i zawodową wykony­ wali sami więźniowie. Fabryka została jakby przeniesiona z łódzkiego getta do Drezna. Jej kierownikiem był Chimowicz – kierownik Metallabteilung I z getta, kierownikami wydziałów i majstrami byli ludzie, którzy i w getcie wykonywali podobne funkcje.

Ojciec mój przyjechał do Drezna bardzo chory, nie był już w stanie pójść do pracy. Od pierwszej chwili poszedł do izby chorych. Był tam lekarz i sanitariusz, którzy opiekowali się chorymi, ale nie było lekarstw. Nie wiem jakie lekarstwo było ojcu potrzebne, ale jestem przekonany, że istniały środki, które mogłyby pomóc. Niekiedy ogar­nia mnie poczucie winy, wydaje mi się, że gdybym miał to doświad­czenie, które mam teraz, może mógłbym ojcu pomóc. To chyba nieprawda, bo przecież był tam doświadczony lekarz i też nic nie mógł zrobić.

Ojciec mój był bardzo szanowany jako fachowiec i przyzwoity człowiek. Dzięki temu, kiedy był już w takim stanie, że sam nie mógł zadbać o swoje potrzeby, Chimowicz zgodził się zwolnić mnie z pracy i pozwolił siedzieć przy ojcu i obsługiwać go. W końcu zezwolono mi nawet spać w izbie chorych, jeśli było wolne łóżko. Chorych jednak było wielu i często kładli po dwie osoby do łóżka. Kiedyś dołożyli ojcu konającego człowieka i to bardzo źle na niego podziałało.

Mimo stosunkowo  dobrych  warunków  w  których  byliśmy,  obóz w Dreznie bynajmniej nie był domem wypoczynkowym. Przede wszys­tkim ze względu na głód. Podobnie jak w getcie byliśmy ciągle  bar­dzo głodni. Dlatego chyba bardzo wielu ludzi osłabionych wieloletnim głodem i dodatkowymi cierpieniami w Stutthofie, tutaj właśnie się załamało. Np. mój stryj, szwagier  ojca, Fajwisz Reingold. Nie wiem nawet czy był chory, czy też po prostu osłabł z głodu i załamał się psy­chiznie. Przestał dbać o siebie, dostał wszawicy. Miał wtedy około 40 lat, zmarł pod koniec lutego w obozie Zschaschke pod  Pimą, dokąd nas ewakuowano po bombardowaniu Drezna. Również moja mama przyjechała do Drezna bardzo osłabiona i nie przyszła do siebie. Jakiś wrzód jej bardzo dokuczał. Nie miała żadnej określonej choroby, po prostu nie wytrzymała ewakuacji po bombardowaniu i strasznych warunków obozu w Zschaschke.

Także Beniek Lasman, mój kuzyn, był bardzo osłabiony, kiedyśmy przyjechali do Drezna. Był tak słaby, że jego matka i siostra postanowiły oddawać mu część swego chleba. Stan jego był taki,  że nie mógł już zjeść nawet swojej własnej  kromki. Beniek sobie przypommina, że wtedy właśnie ja mu po mogłem. Zrobiłem  mu grzankę z  jego chleba  w piecu  elektrycznym  do  hartowania, który   stał w naszym oddziale. Grzanka mu smakowała i tak zaczął znów jeść. 

Także praca, którą Beniek dostał była dla niego mordercza. Ponieważ nie był fachowcem, kazano mu dźwigać skrzynki z gotową produkcją do magazyn u. Ja byłem fachowcem, obsługiwałem szeping, czyli stru­garkę poprzeczną. Na oddziale postawiono jeszcze jedną taką stru­garkę i udało mi się przekonać Chimowicza, że Beniek umie na niej pracować, choć nie miał o tym pojęcia. Praca na szepingu nie jest trudna fizycznie, wykonuje się ją na siedząco . Chyba to uratowało Beńka i mnie pomogło przeżyć.

Wiele osób zmarło w izbie chorych, kiedy obsługiwałem tam ojca. Nie pamiętam już nazwisk – było ich wielu. Tam właśnie po raz pier­wszy zetknąłem się ze śmiercią tak blisko. Ciągle znajdował się tam ktoś w stanie agonii. Miałem możliwość obserwacji jak różnie ludzie umierają. Mój ojciec umarł tak jak żył: do końca nie załamał się, do końca dbał o swą godność. Miał widocznie bardzo zdrowe serce i żelazną wolę. Z dnia na dzień stawał się słabszy, a mimo to pozostał czysty do końca. Kiedy już nie miał siły mówić, oczami dawał mi znać bym mu podłożył  miskę. Dość prędko zrozumiał, że z choroby nie wyjdzie i czekał na śmierć. Powiedział mi to i prosił bym nie modlił się za niego po śmierci, bym nie odmawiał modlitwy [za zmarłych] „,Kadisz”, nawet gdyby ktoś bardzo na mnie w tej sprawie naciskał.

Opowiadał  mi różne rzeczy o sobie i o rodzinie, których do tej pory nie wiedziałem.Między innymi jak to w wieku lat 18 zerwał z religią i przestał się mod­lić i zakładać co rano tefilin (filakterie). Doprowadziło to do kon­fliktu z jego ojcem  i  musiał  opuścić  dom.  Dopiero w rok  później, w roku 1919, kiedy został  zmobilizowany  do  wojska w czasie wojny z bolszewikami, pogodzili się. 12 lutego 1945 ojciec zmarł.

Z kobietami spotykaliśmy się oficjalnie raz na tydzień, w niedziele po południu w ciągu pół godziny, a nieoficjalnie dość często przy różnych okazjach. Matce zezwalano często odwiedzać ojca, a kiedy stan się pogorszył przychodziła co dzień. Także Sarenka przychodziła często i cieszyło to ojca bardzo. Dzień  przed śmiercią  nie  poznał jej, a kiedy  powiedziała mu, że to  ona, Sarenka,  zareagował  rozumnie i powiedział, że widocznie zmysły mu zamierają. Czekałem, żeby już nareszcie umarł i nie musiał więcej cierpieć. Prosiłem  lekarza, żeby mu  dał  coś na sen, ale lekarz  nie chciał. W końcu przyszło wyzwole­nie. Kiedy umarł, był już wieczór, wyszedłem z izby chorych i spot­ kałem mamę. Powiedziałem, że to już koniec i na twarzy miałem gry­mas. Tata umarł, a ty się śmiejesz – powiedziała mama. Chciało mi się płakać, a sprawiałem wrażenie jakbym się śmiał.

Było to dzień po śmierci ojca, 13 lutego 1945.  Wieczorem, w pokoju sypialnym, który mieścił się najwyższym piętrze budynku, wszyscy szykowali się do spania. W pokoju stały rzędy dwupiętrowych prycz. Było kilka minut po 9., właśnie miałem zamiar się rozebrać, kiedy rozległy się syreny alarmu lotniczego. Nikt z nas specjalnie się tym nie przejął. Zdarzyło się kilkakrotnie w lutym, że były alarmy i nic po nich nie nastąpiło, więc nie baliśmy się. Nie było też żadnego powodu, żeby martwić się bombardowaniem Niemiec. Bawiło nas, że esesowcy wpadli w  panikę i pędzili do schronu dźwigając ze sobą w walizkach swoje mienie. Nas też popędzali. Nie spieszyłem się, ale w końcu poszedłem z wszystkimi zostawiając pod łóżkiem cały swój majątek – płaszcz zimowy zapakowany w worek, który w ogrzewanym budynku fabryki nie był mi potrzebny.

Schron mieścił się w piwnicy budynku. Strop był tam podparty dodatkowo w kilku miejscach belkami. Bałagan był niesamowity. Nikt nie dbał o podział między kobietami i mężczyznami, wszyscy stali razem, łącznie z żołnierzami SS. Jeszcze biegnąc po schodach do piwnicy usłyszeliśmy coraz bliższe wybuchy. Przez otwarte okna schronu widać było, że miasto oświet­lone jest jak w dzień. Beniek, który przybiegł kilka minut po mnie widział przez wielkie okna klatki schodowej bliskie wybuchy bomb. Wysadziło okna, szyby rozprysły się na schodach. Zaczęło się piekło. 

Kolega nasz, Niutek Radzyner (przywódca młodzieżowej konspira­cyjnej organizacji komunistycznej w getcie, potem członek kiero­wnictwa Lewicy Związkowej), który biegł razem z Beńkiem, wpadł w histerię, chwycił się ramy okiennej i bał się ruszyć. Beniek siłą ściągnął go do schronu. Już nie śmialiśmy się z przerażonych Niemców i nie cieszyli, że ich łupią – panika była ogólna.

W przerwie w nalocie pobiegłem prędko na górne piętro po mój płaszcz, Było już ciemno, bo prąd został przerwany. Płaszcza nie znalazłem, nie było go na miejscu. Musiałem uciekać stamtąd, bo wyganiali.

Bombardowanie się wznowiło i zbliżyło do nas. Słychać było szum samolotów nad nami, który przypominał brzęczenie ogromnego roju pszczół. Z tego brzęczenia wychodziły wzmagające się świsty lecących bomb, kończące się wybuchami. Wybuchy koło naszego domu były coraz częstsze, chyba były to głównie fosforowe bomby zapalające. Na nasz dom też spadła taka bomba i spaliła górne piętro i nasze sypial­nie. Resztę budynku udało się ocalić.

Kiedy zaczął się pożar, Niemcy uciekli i zostawili nas zamkniętych w piwnicy. Ludzie rzucili się  na  boczne drzwi aby je  rozwalić, ale w końcu Niemcy sami nas wypuścili. Także sąsiedni fabryczny budynek palił się. Widocznie spadło tam więcej bomb, bo pożar ogarnął cały budynek. Do pomocy w ratowa­niu sprzętu wezwano także naszych ludzi. Straż ogniowa i ochotnicy obrony przeciwlotniczej próbowali gasić, ale budynek spłonął zupełnie. 

Nalot zakończył się po godzinie drugiej w nocy. Wyprowadzono nas wtedy z terenu fabryki. Chodziliśmy ulicami płonącego miasta. Po obu stronach domy płonące jak niesamowite ogniska. Kroczyliśmy środkiem ulic, a po obu stronach ściana ognia. W pustych oknach powiewały i szeleściły papierowe zasłony używane do zaciemniania. Żar pożarów powodował wicher, który z kolei rozniecał ogień. W powietrzu pełnym dymu wiatr niósł iskry ognia, tlejące się papiery, zwęglony papier, sadze.

Zaprowadzono nas do parku na brzegu Łaby. Widocznie teren ten, znajdujący się w pewnej odległości od gorejących domów, uznano za bezpieczniejszy. Były tam tysiące ludzi. Staliśmy wiele godzin. Zimno, ziemia błotnista, śnieg zmieszany z wodą. Jaka szkoda, że tak głupio straciłem swój płaszcz.

W dzień wróciliśmy na teren fabryki. Miasto nadal płonęło, powi­etrze pełne dymu, koło domów leżały, niekiedy na wpół spalone, węże strażackie – świadectwo wysiłków ratowania, które nie miały żadnych szans. Poza najwyższym piętrem, które się spaliło, budynek został cały. Słyszeliśmy, że dwie kobiety, które leżały w izbie chorych w bardzo ciężkim stanie spłonęły żywcem.

Ja znów miałem dużo szczęścia. Nasz budynek stał  prawdopodob­nie na granicy bombardowanego terenu. Od niego, w kierunku cen­trum miasta wszystkie domy leżały w gruzach, w przeciwnym kierunku domy nie były ruszone. Jakaż to siła zniszczenia, jakaż moc techno­ logiczna i organizacyjna została pokazana w tej akcji! W ciągu kilku godzin zniszczono wielkie miasto.

Już wtedy nie mogłem zrozumieć dlaczego to bombardowanie było potrzebne aliantom. Widać było wyraźnie, że lotnicy nie mieli na celu niszczyć zakłady przemysłowe. Zniszczyli planowo dzielnice mieszkalne i centrum miasta pełne starych pałaców, kościołów – wielu pereł architektury XVII i XIX wieku w których mieściły się muzea. Nie zależało im już wcale na osłabieniu potęgi przemysłowej Niemiec, które stały już u progu kapitulacji. Alianci jakby zebrali wszystkie samoloty, które mieli i wszystkie bomby, żeby zdążyć jeszcze przed zakończeniem wojny rzucić je na nieszczęśliwe miasto, które do tej pory pozostało całe.

Teraz wiem o wiele więcej o bombardowaniu Drezna i potępiam je z całego serca, nie tylko dlatego, że ugodziło mnie osobiście. Spowodowało ono pośrednio  śmierć  mojej  mamy,  mojego  stryja i innych więźniów naszego obozu. Wydaje mi się, że naród żydowski może wyciągnąć z niego poważne wnioski. Rządy USA i Brytanii były doskonale zorientowane od pierwszej chwili o tym, że na terenie Europy Niemcy dokonują tego, co nazywane jest  teraz Holocaust, a po hebrajsku Shoah. 

Fakty nie były przekazywane w pełni do wiadomości, często bywały przemilczane, aby nie stworzyć atmosfery konieczności szybkiej pomocy dla mordowanych Żydów. Twierdzono, że może to ugodzić w koncentrację głównego wysiłku wojennego dla pokonania siły wojskowej Niemiec na frontach walki. Sztaby aliantów nie chciały wysłać samolotów  nawet w celu zniszczenia  krematoriów i torów kolejowych prowadzących do obozów koncentracyjnych. Po wielu prośbach dokonali tego jeden raz w Oświęcimiu  w sposób nie udany.Twierdzili,że nie ma na to środków. I oto okazuje się, że w krótkim czasie po tym jak nie było środków by przeszkodzić lik­widacji Żydowstwa węgierskiego i łódzkich Żydów w Oświęcimiu, znalazły się środki na taką marnotrawczą akcję.

Nie lituję  się  nad  Niemcami. „Należały” im  się bombardowania i inne nieszczęścia, które ich spotkały w wyniku klęski. Ale czyż postępowy świat musiał koniecznie zaadaptować hitlerowski sposób postępowania? Tego dnia, nazajutrz po  bombardowaniu  nie myślałem o tym wszystkim, dziwiłem się jedynie jaki mógł być cel bombardowania i cieszyłem bardzo ze szkód i nieszczęścia niemiec­kiego.

W mieście panował absolutny bałagan. Nie było prądu, wydaje mi się, że i wody nie było, nie było ruchu kołowego, bo gruzy zasypały ulice. Dostawa żywności ustała. W tych warunkach Niemcy postanow­ili wyprowadzić nas z miasta. W fabryce pozostała jedynie mała grupa robotników dla przeprowadzania koniecznych robót przy przygo­towaniu budynku do wznowienia pracy.

Prowadzono nas ulicami miasta w kierunku południowym. Byliśmy zmęczeni i głodni i nie mieliśmy siły chodzić. Nawet krzyki i groźby żołnierzy już nie pomagały. Mojej mamie było wyjątkowo trudno. Cierpiała na wrzód na biodrze. Lekarz przeciął ten wrzód i mama powoli przychodziła do siebie, ale ciągle była słaba. Ten marsz ją wykończył. Próbowałem ją podpierać w czasie chodzenia, inni też pomagali, ale nie przyniosło to wielkiej korzyści. Z trudem poruszała nogami i każdy krok był cierpieniem.

Przeszliśmy tak około 12-15 kilometrów, było już późno w nocy. Na „odpoczynek” wpędzili nas do jakiejś fabryki po drodze. Były tam jakieś przewiewne komórki. Spać nie można było, temperatura poniżej zera. Jakże żałowałem zagu­bionego płaszcza. Nazajutrz popędzono nas dalej,jeszcze kilkanaście kilometrów. Minęliśmy miasteczko Pirna. Za Pirną zobaczyliśmy zna­jome druty kolczaste – wprowadzono nas do małego obozu koncen­tracyjnego Zschaschke.

W Zschaschke było strasznie. Znów wróciliśmy do atmosfery panującej w obozie koncentracyjnym. Bicie, krzyki i brak zaintere­sowania zaspokojeniem elementarnych potrzeb więźniów. Było zimno i prawie nie dawali nam jedzenia. Wprowadzono nas do nieopalanego baraku i kazano spać na podłodze, bez żadnych sien­ników ani koców. Nie przypominam sobie czy można tam było się umyć, chyba nie. Oddzielono nas też od kobiet.

Po tygodniu wróciłem do Drezna w pierwszej grupie fachowców niezbędnych do wznowienia pracy. Po krótkim czasie wróciła do Drezna większość mężczyzn i część kobiet. Znów znajomość pracy na szepingu uratowała mnie i Beńka. Niestety, wszystkie kobiety z naszej rodziny a także stryjek Fajwisz pozostali w morderczym Zsczaschke.

Do Drezna wracaliśmy pociągiem osobowym, po raz pierwszy w wagonach przeznaczonych dla ludzi, a nie dla bydła. Po drodze siedzieliśmy i gawędzili z żołnierkami SS „Jak to dobrze było wszys­tkim przed wojną”. Wszystko to znów wprowadziło mnie w dobry nas­trój – poczułem zbliżającą się wolność.

Z dworca kolejowego znów przemaszerowaliśmy przez Drezno do fabryki. Tym razem było to miasto martwe, kilometry ruin i gruzów. Większość ulic jeszcze zasypana, ale główne trasy zdążono otworzyć dla ruchu. Fabryka dostała już prąd elektryczny i wodę.  Zakład wznowił pracę ze zmniejszonym personelem. 

Warunki były gorsze. Łóżka nam się spaliły, więc spaliśmy na siennikach leżących na podłodze. Dostawa żywności szwankowała i porcje jedzenia zmniejszyły się jeszcze bardziej… Kilka razy udało mi się zdobyć obierki kartofli z kuchni. Zrobiłem prymitywną, choć niebezpieczną w użyciu grzałkę elektryczną i za jej pomocą gotowałem te łupiny we wiadrze. Kiedyś udało się ukraść główkę kapusty, którą gotowaliśmy razem z łupinami. Ależ to była smaczna zupa. W tym samym wiadrze i tą samą grzałką gotowaliśmy raz w tygodniu naszą bieliznę i tak udało nam się w dużej mierze wytępić wszy. Wierzchniego ubrania nie można było gotować, więc jednak trochę tego świństwa po zostało.

W  połowie  marca  zjawiła  się  grupa  więźniów,  którzy  pozostali w obozie pod Pirną. Przeważnie były to kobiety. Do budynku fabryki ich nie wpuszczono. Rozłożyły się w ruinach sąsiedniej spalonej fabryki. Dowiedziałem się, że stan mojej mamy jest krytyczny. Pewnego dnia powiedziano mi, że mama jest w agonii. Wybłagałem u żołnierza, który stał na warcie, by pozwolił mi choć na kilka minut zobaczyć mamę. Nie sądzę, by mnie mama poznała. Leżała w piwnicy, na prowizorycznym łóżku, przykryta szmatami i rzęziła. Po kilku godzinach powiedziano mi, że już jej nie ma.

Po śmierci mamy udało mi się załatwić przeniesienie mojej siostry Sarenki do fabryki. Jako starszy brat czułem się za nią odpowiedzialny. Chciałem, żebyśmy byli razem, wydawało mi się, że w fabryce będzie bezpieczniej i warunki lepsze…

Wśród młodzieży w naszym obozie było nas czterech byłych członków organizacji w łódzkim getcie. Niutek (Nataniel) Radzyner należał do przywódców  młodzieży w getcie, był  też Józiek  Majer i ja, a wśród kobiet Tola Fajwlowicz. W Dreźnie zaprzyjaźniliśmy się i trzy­maliśmy razem. Przyłączył się do nas Beniek. Wszyscy wiedzieli, że jesteśmy grupą komunistów i że Niutek jest naszym przywódcą. Trudno mówić o jakiejkolwiek działalności politycznej z naszej strony. Próbowaliśmy zdobywać wiadomości z prasy i je komentować, głosil­iśmy, choć to było zupełnie zbędne, że nie trzeba za ciężko pracować – to wszystko, co można było zrobić.

Pewnego dnia, w czasie pracy podszedł do Niutka inżynier Braun, niemiecki kierownik techniczny fabryki i zadał pytanie: Sind Sie politisch orientiert? (czy ma pan okreśone poglądy polityczne?). Niutek zdębiał, nie wiedział co odpowiedzieć, ale od słowa do słowa jakoś się dogadali. Okazało się, że Braun jest byłym komunistą, byłym członkiem KPD i jest zainteresowany w kontakcie z nami. Bardzo to nas ucieszyło, wprawdzie Braun bardzo  ostrożnie  przeprowadzał swoje dość rzadkie rozmowy z Niutkiem, ale wiedzieliśmy, że mamy kogoś wśród Niemców, kto nam może pomóc w razie potrzeby…

Ewakuacja  i ucieczka

14-go kwietnia 1945 dowództwo SS dostało rozkaz ewakuowania obozu i wyprowadzenia więźniów. Dokąd? Teraz rozumiem, że sami nie wiedzieli dokąd. Wszystkie  obozy w Saksonii dostały  taki  rozkaz i więźniowie w końcu dotarli do Terezina, na terenie Czechosłowacji, ale dopiero w pierwszych dniach maja. Terezin znajduje się niedaleko Drezna, około 100 km na południe. Gdyby odrazu dostali rozkaz dostarczenia tam więźniów, sprawa nie ciągnęłaby się tak długo.

Dlatego wydaje mi się, że wersja, którą krótko po wojnie słyszałem od pewnego byłego komunisty niemieckiego, może  być  prawdopodob­na. Opowiedział on, że pracował w dowództwie saksońskim SS i że mieli tam przygotowany program wpędzenia wszystkich więźniów – Żydów do jakiejś starej kopalni i wysadzenia jej w powietrze. Plan ten nie został zrealizowany, potem  kilka osób, które  miały być związane z realizacją tego planu, a między innymi on sam, sabotowało go.

Tego dnia wyprowadzono nas w rannych godzinach przed fabrykę i powiedziano, że nas ewakuują. Mieliśmy już doświadczenie związane z ewakuacją po bombardowaniu Drezna, baliśmy się tego. Józiek Majer miał kontakt z właścicielem sklepu spożywczego w pobliżu fab­ryki, o czym nie wiedzieliśmy do tej pory. Opowiedział to teraz Niutkowi i zaproponował ucieczkę przy pierwszej sposobności, licząc, że sklepikarz pomoże  mu  się  schronić.  Niutek  zetknął  się  także z Braunem i szepnął mu, że uciekniemy i potem wrócimy.

Zaopatrzono nas w trochę chleba i każdy dostał pół koca (t.zn. koc przedarty na pół) i tak staliśmy, czekając kilka godzin na wymarsz. Później dopiero dowiedzieliśmy się jaka była przyczyna tej zwłoki. Między esesmanami znajdował się także pewien Scharfiihrer (pod­oficer SS), którego ich dowódca uznał za zdrajcę. Słyszałem dwie wer­sje, które nie są sprzeczne, nawet mogą się dopełniać.

Według jednej wersji sprzeciwił się on ewakuacji, uznał ją za bezsensowną. Według drugiej wersji nie był on właściwie żołnierzem SS, ale został przeniesiony do SS z Wehrmachtu. Dlatego  też nosił mundur Wehrmachtu i do niego przyczepiony znak SS. Podobno tego dnia zdjął ten znak z munduru, co stanowiło pewnego rodzaju demonstrację. W każdym razie komendant w randze Oberscharfiihrera, ponoć pod wpływem Oberaufseherin Guhl, postanowił go zabić. Wykorzystał, że tamten wszedł do ubikacji i poszedł za nim. Kiedy Scharfiihrer stał, oddając mocz, Oberscharfiihrer podeszedł do niego z tyłu wyciągnął mu pistolet i zastrzelił. Zrobił to tak, by upozorować samobójstwo.

W końcu jednak ruszyliśmy, było już po południu. Dość prędko poznaliśmy, że prowadzą nas na południe, znaną nam już trasą w kierunku Pirny. Zapadła noc, ulica nieoświetlona, okna zaciemnione. Wlekliśmy się środkiem ulicy przez południowe przedmieście Drezna…

Naradziliśmy się z Niutkiem i postanowili, że teraz  uciekamy. Niutek miał wybrać odpowiednią chwilę. W pewnym momencie, kiedy przechodziliśmy koło małego, otwartego podwóreczka i wy­dawało się, że jesteśmy osłonięci przed żołnierzami, Niutek wysunął się na bok i dał znak. Wyskoczyliśmy w czwórkę w stronę podwórka i ku­cnęli na boku, osłonięci od strony ulicy, przytuleni do ściany, starając się wtopić w ciemne tło. Po kilku minutach wszyscy poszli dalej, nastała cisza i tylko z daleka dochodziły nas jeszcze odgłosy maszerującej kolumny.

Nie ruszaliśmy się z miejsca dłuższy czas, aż zauważyliśmy schodzącego po schodkach umundurowanego mężczyznę. Zapytał co tam robimy. Powiedzieliśmy, że jesteśmy zmęczeni marszem, odpoczywamy, a potem dołączymy do grupy. Wkrótce pojawił się jeszcze jeden mężczyzna. Byli to najpewniej członkowie jakiejś milicji obywatelskiej. Nie zadowolili się naszą odpowiedzią, powiedzieli, że są odpowiedzialni za teren i do­prowadzą nas do maszerującej kolumny. Nie było rady, poszliśmy razem, ale próbowaliśmy ich przekonać, że znamy drogę i trafimy sami. W końcu doszli z nami do granicy miejscowości, stanęli patrząc jak się oddalamy i wrócili.

Przez pewien czas szliśmy dalej, ale kiedy byliśmy już zupełnie sami na wolnym od domów terenie, doszliśmy do wniosku, że nie możemy teraz wracać, że trzeba się skryć. Za najbezpieczniejsze miejsce uznal­iśmy puste pole, kilkadziesiąt metrów od drogi, W ciemności nikt nas nie zauważy i nikt nas tam nie będzie szukał. Był wiatr, mokro, trochę mglisto i dość zimno. Na polu leżały jeszcze miejscami płaty śniegu. Przysiedliśmy w jakimś wgłębieniu i przytulili do siebie, by się jakoś uchronić przed utratą ciepła.

Chyba około 4-tej nad ranem ruszyliśmy polami w stronę Drezna, baliśmy się chodzić po nocy ulicami miasta. Połówki  koców złożyliśmy ładnie i założyli na siebie w poprzek tak, by zasłaniały pas namalowany na ubraniach…

Po różnych tarapatach, które tu pominę, dotarliśmy w końcu koło południa do fabryki. Wpuścił nas Czarnula. Przede wszystkim pobiegliśmy w stronę kuchni, by coś zjeść. Na szczęście zostało tam jeszcze dużo jedzenia. Okazało się też, że nie tylko my byliśmy tacy mądrzy i uciekli. Spora grupa, koło 20 osób, wróciła do fabryki. Kierownictwo cywilne fabryki przyjęło nas bardzo ładnie. Byli tam Biebow i Czarnula, inżynierowie Braun i Orbschat oraz majster Wartnicki. Przede wszystkim poprosili nas abyśmy oczyścili męską toaletę, pełną krwi, w której został zamordowany Scharfohrer. Dopiero wtedy dowiedzieliśmy się o tragedii, jaka miała tam miejsce poprzedniej doby.

W budynku fabryki pozostaliśmy trzech dni. Był to dla nas dom wypoczynkowy. Znalazła się między nami kucharka obozowa, która przygotowywała nam wyśmienite posiłki. Jedliśmy do syta i wypoczywali. Ktoś z Niemców przyniósł maszynkę do strzyżenia, za pomocą której zatarliśmy na głowach pozostałości „Lause Alee”. Z mniejszym powodzeniem próbowaliśmy doprowadzić odzież do porządku, oczyś­cić białe pasy wymalowane olejną farbą. Staraliśmy się upodobnić do „normalnych” ludzi, co nam się udało tylko częściowo.

Baliśmy się tylko, że SS- wcy zjawią się znów w fabryce i dlatego nie rozpraszaliśmy się w budynku, siedzieliśmy w piwnicy, skąd mieliśmy możliwości ucieczki przez podziemne przejścia na boczną ulicę. Przygotowany został też rodzaj dzwonu, który miał nas ostrzec w razie niebezpieczeństwa.

Ucieczka w ruiny i wyzwolenie

Trzeciego wieczoru, kiedy siedzieliśmy sobie spokojnie i gawędzili, rozległ się nagle dźwięk alarmu. Zerwaliśmy się natychmiast i wybiegli na ulicę.Józiek zabrał ze sobą Niutka i jeszcze kogoś i poleciał do swo­jego Niemca – sklepikarza. Wydaje mi się, że nazywał się  Geisler. Ja i Beniek pobiegliśmy naprzód po ulicy szukając ruin, by się schronić. W  ostatniej  chwili  przed  rozstaniem  ustaliliśmy jeszcze z Niutkiem gdzie i kiedy się spotkamy.

Było bardzo ciemno. Po omacku weszliśmy do piwnicy niedużego, zburzonego budynku. Nie widzieliśmy niczego, poczuliśmy  przy­jemne ciepło i namacaliśmy coś miękiego, na czym można było się położyć. Dopiero kiedy zaczęło dnieć zrozumieliśmy na czym leżymy. Była to sterta białego popiołu po spalonych brykietach. Tliły się one tam jeszcze od czasu bombardowania i stąd to miłe ciepło.  Upapraliśmy się tym popiołem niesamowicie.

Zaczęliśmy się czyścić, kiedy usłyszeliśmy głosy ludzi w budynku. Nawialiśmy natychmiast przez okienko na ulicę. Bardzośmy się przestraszyli, by nas nie przyłapano i posądzono o grabież cudzego majątku . W zbombar­dowanym mieście na każdym kroku były rozlepione plakaty: „Wer pliindert, wird erschossen” – „Kto plądruje, będzie rozstrzelany”. Otrzepując się pobiegliśmy ulicą oddalając się od fabryki.

Daleko nie poszliśmy. Nie miało sensu kręcić się w takim stanie po ulicy. Byliśmy owinięci kocem, by zasłonić wymalowany biały pas, którego nie udało się wywabić, a teraz na dodatek wybrudzeni popiołem – któż tak kręci się po ulicy? Weszliśmy więc w najbliższą ruinę, która wydała nam się od powiednia. Tutaj dopisało nam szczęś­cie. Piwnica domu nie była spalona. Stala tam szafa a w niej wisiał skarb: stare, ale czyste ubrania robocze – same marynarki – i kamizel­ki, mnóstwo kamizelek. Zrzuciliśmy z siebie nasze brudne i poznac­zone lachy, założyliśmy ubrania robocze, a pod spód, by nie było zimno, po trzy kamizelki. Teraz wyglądaliśmy bardziej normalnie,jak robotnicy, którzy wyszli z pracy.

Piwnica nadawała się świetnie na miejsce zamieszkania dla nas. Dom był trochę odosobniony, oddalony od zwartego  budownictwa, był tam niedaleko kran z bieżącą wodą, znaleźliśmy  żelazną kuchenkę, garnek i trochę kartofli, magazynowanych przez kogoś na zimę. Na razie jednak trzeba było wyjść na miasto. Baliśmy się by nas nie  przyłapano  w  ruinie,  no i byliśmy  głodni.  Skierowaliśmy  się w stronę dzielnicy nie zbombardowanej.

Nie mieliśmy doświadczenia w żebraniu, ale potrzeba jest matką wynalazków. Wchodziliśmy do sklepów spożywczych i prosili o trochę wody do picia. Byli tacy, którzy nie rozumieli aluzji i dawali tylko wodę. Trzeba było pić, choć byliśmy już pełni. Znajdowały się jednak litościwe dusze, które dodawały kromkę chleba. W jednym  miejscu dali nam dużą blaszankę po sztucznym miodzie do wyskrobania. Ależ to było pyszne i nawet dość sporo pozostało do jedzenia! Wylizaliśmy wszystko dokładnie i blaszanka była czysta, kiedy wyrzuciliśmy ją na śmieci.

W innym miejscu jakaś właścicielka sklepu zaprosiła nas do kuchni i poczęstowała zupą. Poprosiła byśmy usiedli i postawiła przed każdym z nas talerz zupy fasolowej, dobrej, domowej zupy, gotowanej na mięsie. Nie tylko smak zupy był nadzwyczajny, ale też fakt, że po raz pierwszy od lat jedliśmy jak normalni ludzie – z talerza, przy stole, jak kiedyś w domu. Chyba jednak wyglądaliśmy bardzo żałośnie, skoro się nad nami litowano.

Pod wieczór wróciliśmy do naszego „domu”, a nazajutrz znów ruszyliśmy na żebry. Niutka  i Jóźka spotkaliśmy w  umówionym  miejscu  na  ulicy. Nie musieli żebrać, tak jak my, ale ich  schronisko, w szopie kolo sklepu Geislera, okazało się niebezpieczne. Okolica była zaludniona i ludzie zwrócili uwagę na dziwnych gości. Wyszli więc stamtąd i przyłączyli się do nas.

Wieczorem Niutek poszedł na spotkanie z Braunem. Braun dal mu 20 marek i powiedział, że boi się nas wpuścić do fabryki, bo  gmach jest obserwowany przez SS. SS-owcy, którzy wpadli do fabryki, złapali jedną dziewczynę, która znajdowała się w pokoju Czarnuli. Po wojnie dowiedzieliśmy się, że zbili ją, ostrzygli włosy i przywiązali do słupa na całą dobę. Dziewczyna jednak przeżyła. SS-owcy opowiedzieli więźniom, że wszyscy uciekinierzy zginęli. Moja siostra Sarenka uwierzyła im i myślała, że już mnie więcej nie zobaczy.

Pieniądze od Brauna bardzo nam pomogły. Nie musieliśmy już żebrać. Prosiliśmy, by nam sprzedano chleb, choć nie mamy kartek. Tego nie wolno było sklepikarzom robić, ale niekiedy się litowali. Po kilku dniach Józiek przyniósł od Geislera trochę odcinków kartek na chleb. Nasza sytuacja poprawiła się jeszcze bardziej.

Braun załatwił też dla nas dokumenty. Centrala firmy Bernsdorf & Co. mieściła się w Zwickau. Dostaliśmy zaświadczenia na papierze fir­mowym, że jesteśmy pracownikami tej firmy w Zwickau. Mówiliśmy, że zostaliśmy pieszo ewakuowani z Zwickau do Chemnitz a stamtąd do Drezna. W czasie marszu podarliśmy buty i ubrania. Chemnitz znaj­duje się około 80 km. na zachód od Drezna, a Zwickau ok. 40 km na zachód od Chemnitz. Nikt nie mógł sprawdzić, czy mówimy prawdę, bo w Chemnitz byli już Amerykanie, ale opowiadanie było praw­dopodobne i bardzo dla nas pożyteczne, kiedy trzeba było wyjaśniać kim jesteśmy…

W ciągu dnia staraliśmy się nie przebywać w piwnicy, ale to było dość trudne, bo nie mieliśmy się gdzie podziać. Wiele czasu spędzil­iśmy na małym cmentarzu, mieszczącym się w tej okolicy, niedaleko budynku naszej fabryki. Było tam cicho, ludzie się nie kręcili, były ławki, a najważniejsze – była woda i można się było umyć. Ale ileż to czasu człowiek może wytrzymać na cmentarzu? Dwukrotnie poszliśmy do kina. Malutkie kino przy SchandauerstraBe, pozostało całe po bombardowaniu. Trochę baliśmy się, ale doszliśmy do wniosku, że właśnie w tłumie jest bezpieczniej. Staliśmy grzecznie w długiej kole­jce do kasy. 

Raz, kiedy byliśmy już blisko okienka kasy podszedł do nas żołnierz SS i poprosił, byśmy mu kupili bilet. Wspaniałomyślnie wpuściliśmy go przed nami do kolejki. Pamiętam do dziś nazwy filmów, które obejrzeliśmy: „Nie zapomnij mnie” – „Vergiss mein nicht” – muzyczny film z udziałem słynnego śpiewaka Beniamino Gigli oraz film o wyścigach samochodowych „Wielka nagroda” – „Der Großer Preis”. 

Pewnego dnia – było to 1 Maja 1945 – pogoda ładna, my w świet­nym nastroju, wyszliśmy na miasto, kupiliśmy chleb, który trzymal­iśmy pod pachą , kiedy zauważyliśmy coś dziwnego. W niektórych miejscach sztandary spuszczone do połowy masztu albo owinięte czarnymi wstęgami a na wystawach sklepów, wprawdzie niewielu, portrety Hitlera w czarnych ramach. Wszystko to wskazywało wyraźnie co się stało. W końcu natknęliśmy się na rozlepiony plakat z rozkazem admirała Dónitza, który zajął miejsce Hitlera jako naczelny dowódca sił zbrojnych Rzeszy. Plakat  mówił  o  bohaterskiej  śmierci  Fuhrera w obronie Niemiec. 

Nasza radość nie miała granic, chcieliśmy jakoś uczcić to wydarzenie, ale nie wiedzieliśmy jak. Nagle przed nami zjawił się patrol żołnierzy. Nie miało sensu uciekać, szliśmy więc pewnie naprzeciw. Zatrzymali nas i zapytali o papiery. Pokazaliśmy nasze „dokumenty” i powiedzieliśmy, że ewakuowano  nas z Zwickau i znajdujemy się w pobliskim obozie obcych robotników. Ku naszemu zdziwieniu żołnierze puścili nas wolno i tylko ostrzegli, byśmy się nie kręcili po mieście i wrócili do obozu. 

Znów szczęście? Niewątpliwie szczęście, że nie natknęliśmy się na fanatycznych hitlerowców, którzy szukali ostatniej okazji mordowania Żydów. Ale tym razem nasze szczęście wynikało przede wszystkim ze zbliżającego się końca hitlerowskiego ustroju. Patrol miał najpewniej za zadanie szukanie dezerterów z armii a nie obcych robotników. 

Wyzwolenie

Niutek spotykał się wieczorami z Braunem i od niego wiedzieliśmy co się dzieje na froncie. Wiadomości były bardzo pocieszające. Od wschodu Rosjanie zbliżali się do Drezna. Można było już nawet słyszeć odległe wybuchy pocisków artyleryjskich. Z niecierpliwością oczeki­ waliśmy wkroczenia wojsk radzieckich do miasta . 6-go maja zauważyliśmy dziwny ruch na ulicach, które na ogół były puste. Ludzie kręcili się nerwowo i zbierali w małe grupki. Wieczorem Niutek przyniósł od Brauna Wyjaśnienie. Miasto Drezno poddało się Armii Czerwonej. Nazajutrz rano mogliśmy w końcu opuścić ruinę i wrócić do fabryki. 

Przede wszystkim zrzuciliśmy nasze brudne, zawszone łachy i spaliliśmy je. Umyliśmy się starannie i w czystych ubraniach zadomowili w pomieszczeniach, w których poprzednio mieszkali esesowcy. Następnego dnia, 8-go maja, Rosjanie mieli wkroczyć do  miasta. Na każdym domu powiewały białe flagi na znak poddania się. My znaleźliśmy hitlerowską  flagę,  która  była właściwie  flagą  czerwoną z przyszytą czarną swastyką na białym tle. Odpruliśmy swastykę i po­ została czerwona flaga, którą wywiesiliśmy na dachu fabryki. Był to dla nas  symbol,  że  należymy  do  zwycięzców  i  nie   z  poddaniem,  ale z radością przrzjmujemy żołnierzy – wyzwolicieli… 

Wspomnienie pochodzi z książki„ Losy żydowskieświadectwo żywych”, Tom III, Stowarzyszenie Żydów Kombatantów i Poszkodowanych w II Wojnie Światowej, Warszawa 1996

do góry

Strona „Zapis pamięci”
Stowarzyszenia
„Dzieci Holocaustu”
w Polsce.

Zrealizowano
dzięki wsparciu Fundacji
im. Róży Luksemburg
Przedstawicielstwo
w Polsce

ul. Twarda 6
00-105 Warszawa
tel./fax +48 22 620 82 45
dzieciholocaustu.org.pl
chsurv@jewish.org.pl

Koncepcja i rozwiązania
graficzne – Jacek Gałązka ©
ex-press.com.pl

Realizacja
Joanna Sobolewska-Pyz,
Anna Kołacińska-Gałązka,
Jacek Gałązka

Web developer
Marcin Bober
PROJEKTY POWIĄZANE

Wystawa w drodze
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice” moirodzice.org.pl

Wystawa stała
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice”
w Muzeum Treblinka
muzeumtreblinka.eu
Strona „Zapis pamięci”
Stowarzyszenia
„Dzieci Holocaustu”
w Polsce.

Zrealizowano
dzięki wsparciu Fundacji
im. Róży Luksemburg
Przedstawicielstwo
w Polsce
Koncepcja i rozwiązania
graficzne – Jacek Gałązka ©
ex-press.com.pl

Realizacja
Joanna Sobolewska-Pyz,
Anna Kołacińska-Gałązka,
Jacek Gałązka

Web developer
Marcin Bober
PROJEKTY POWIĄZANE

Wystawa w drodze
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice” moirodzice.org.pl

Wystawa stała
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice”
w Muzeum Treblinka
muzeumtreblinka.eu