Pani Z., urodzona w 1942 roku

Znaleziona na ulicy

Bohaterka wspomnienia nie wyraziła zgody na ujawnienie imienia i nazwiska

Mój ojciec został wywieziony do Treblinki, a mama i cała rodzina zginęła w getcie w Węgrowie. Niemcy zebrali na rynku kobiety, dzieci, starców i przeznaczyli ich od ręki na śmierć. Młodych mężczyzn wywozili do Treblinki i wykorzystywali do pracy w żwirowni.

Nie wiem, jak to się stało, że zostałam zostawiona na ulicy Piwnej w Węgrowie. Czy przez moją mamę, czy przez jakichś ludzi – tego nigdy się nie dowiem. Miałam pięć miesięcy. Leżałam na tej ulicy trzy dni i trzy noce. To był wrzesień, padały deszcze, noce były zimne i byłam bardzo chora. Otoczyła mnie grupa przyglądających się ludzi. Każdy bał się udzielić mi pomocy, bo wiedział, że groziła za to śmierć. Pewien żandarm niemiecki miał w nocy dyżur na tej ulicy i on się mną opiekował. Na oczach ludzi przyklękał i dawał mi mleko w butelce, a w nocy ochraniał mnie od deszczu. Bardzo zdenerwowany, nawet przeklinając, mówił do ludzi, że po Żydach wszystko zabierają, a dziecka nie ma komu wziąć. „Weźcie to dziecko, uratujcie je” – prosił. Ludzie się bali, bo niedawno zbulwersowała ich śmierć pani Piątkowskiej. Została zastrzelona, bo chciała uratować Żyda Kleina, który był właścicielem młyna w Węgrowie. I to tkwiło jeszcze w pamięci ludzi. Niemiec zapytany, dlaczego on sam mnie nie zabije, odpowiedział: „Ja takie swoje w domu zostawiłem”.

W tej grupce ludzi byli państwo Ruszkowscy – mieli po 40 lat, byli bezdzietni i biedni, ale uczciwi, bardzo dobrzy katolicy. Mieszkali niedaleko na ulicy Przechodniej, w takim małym domeczku drewnianym. I moja mama zdecydowała się mnie zabrać i wychować.

Gdy mama mnie zabrała z ulicy, byłam prawie konająca. Zaniosła mnie do lekarza – doktor stwierdził, że mam zapalenie płuc i niewiele mi już życia zostało. Kiedy moja mama wróciła ze mną do domu dostała ostrzeżenie od sąsiadki, że zaraz przyjdą Niemcy. Zdecydowała się zbiec ze mną do lasu, 5 kilometrów poza Węgrów, do znajomej. Wzięła ze sobą, co mogła – poduszkę, pierzynę – i z tą znajomą w Stołyniu, gdzieś w lesie, w stodole postawiły mi bańki. Właściwie to mnie chyba uratowały te bańki.

Ale w domu zostawiła swojego męża i matkę, chorą obłożnie staruszkę 80-letnią, którą teraz opiekował się tata. Mama strasznie się martwiła, że jak Niemcy tam przyjdą, to rozstrzelają domowników. Tata czekał jeden dzień, drugi, tydzień, ale Niemcy nie przychodzili. Poszedł więc do mamy i powiedział, żeby wróciła. I mama ze strachem wielkim powróciła do swojego drewniaczka, do matki i męża.

Po jakimś miesiącu mój przybrany tata dostał wezwanie do generalicji niemieckiej, żeby się stawił na rozmowę. Opowiadał mi, że oczy miał zalane łzami i nie wiedział, którędy szedł. Strasznie to przeżywał i ze strachu o mało zawału nie dostał. Musiał powiedzieć prawdę, dlaczego zabrali dziecko żydowskie, wiedząc, że czeka ich śmierć. Tata z początku powiedział, że nie wiedział o tym, bo był w pracy i żona sama o tym zadecydowała. Tłumaczył: „Pragnęliśmy mieć dzieci, bo nie mamy własnych. Żona by się zlitowała też nad inną narodowością, aby tylko mieć dziecko. Zabrała, bo w strasznych warunkach to dziecko leżało. Ma takie serce, że chciała je uratować, a nie zdawała sobie sprawy, że to jest żydowskie dziecko. Więc o ile się rodzina zgłosi, przeżyje, to żona jest gotowa oddać to dziecko. Jeśli nas czeka za to śmierć, to trudno, proszę nas rozstrzelać. Ale dziecka nie wyrzucę z powrotem na ulicę”.

Uratowali mi życie z litości, nie oglądając się na żadną zapłatę. I to chyba uratowało im życie, bo Niemcy wzięli pod uwagę, że nie mieli żadnych korzyści materialnych z tego. Jak mój ojciec odchodził, oficer powiedział, żeby mnie rodzice adoptowali, dali własne nazwisko i wychowali.

Po wyzwoleniu, w 1944. roku, zgłosił się mój wuj, brat mamy. Jeszcze się trochę ukrywał poza Węgrowem. Dowiedział się, że żyję, więc przyszedł do państwa Ruszkowskich. Ja miałam znak szczególny – w jednej ręce zrośnięte dwa palce, więc on mnie po tym poznał. Powiedział, że to jest dziecko siostry i pani Ruszkowska ma mu je oddać. Moja mama odpowiedziała: „Ja adoptowałam, więc jeśli teraz pan tak koniecznie chce odzyskać to dziecko, to proszę mi zrobić sprawę sądową, w sądzie udowodnić, że to jest pana. Jeśli sąd zadecyduje, to zapłaci mi pan za dwa lata wychowania i wtedy odzyska pan to dziecko”.

Ale wujek nie robił żadnych spraw. Może przewidział, że to będzie bardzo ciężkie, więc dał sobie spokój. Przebywał jeszcze jakieś dwa lata w Węgrowie i wyjechał z żoną do ówczesnej Palestyny, teraz Izraela. Tam pracował, miał swoje dzieci.

Ja nigdy nie odczuwałam, że rodzice nie są rodzeni. Dali mi tyle miłości, tyle ciepła. Ja nie potrafiłabym swoim dzieciom rodzonym tyle dać, ile mi dali przybrani rodzice. Kochali mnie nad życie. Skończyłam szkołę podstawową w Węgrowie. Miałam trochę przykrości ze względu na pochodzenie. Przeżywałam strasznie takie dziecinne przezwiska: „A ty Żydówka, a to nie twoja matka”. Strasznie przeżywałam, gdy mówili, że to nie jest moja matka. Wiedziałam z bajek, że macocha jest niedobra, że jeść nie daje, bije. Przecież moja mama kocha mnie nad życie, jak może być nierodzona? O to się zawsze biłam z chłopcami. Dostawałam depresji, nie mogłam się uczyć. Nie chciałam chdzić do szkoły.

Miałam 14 lat, gdy w końcu mama wzięła mnie na rozmowę. Wiedziała, że miewałam czasami przykrości, ale ja się nigdy z tym nie zwracałam do mamy, tylko wolałam to przeżyć w samotności, ponieważ nie chciałam jej robić przykrości.

Mama mi powiedziała, że była świadkiem strasznej tragedii kobiet. Widziała, jak płonęło getto. Widziała jak matki, żeby dzieci uchronić od męczarni, by nie wpadły w ręce Niemców, same tym dzieciom odbierały życie. I ona bardzo to przeżyła. Dzisiaj gdy sama stałam się matką, głębiej rozumiem to, co moja mama rodzona musiała przeżyć, rozstając się ze mną.

Ale wtedy miałam 14 lat i strasznie przeżywałam, że ludzie mi dokuczają, te przezwiska różne… I pomyślałam sobie, że w życiu będą ciągle spotykać mnie szykany i docinki. Nawet gdybym wyprowadziła się z Węgrowa.

Ukończyłam szkołę, zdobyłam zawód krawcowej. Chciałam się dalej kształcić, ale jak mi mama to wszystko opowiedziała, to przeżyłam szok. I bałam się iść dalej do liceum, że nie poradzę sobie w nauce. Pracowałam, zarabiając szyciem.

Kiedy miałam 18 lat, wujek nawiązał ze mną kontakt. Namawiał mnie w listach, żebym przyjechała do niego. I w 1964 roku pojechałam do Izraela. Zapoznałam się z rodziną. Wujek prosił, żebym została, ale ja nie chciałam, bo bardzo tęskniłam za mamą. Mój przybrany ojciec zmarł w 1962 roku, więc od dwóch lat mama była sama. Zresztą jak jechałam do Izraela, to nie z tą myślą, że zostanę, tylko by poznać rodzinę. Wuj bardzo się na mnie rozgniewał i starał się obrzydzić mi Polaków. Miał żal, bo wielokrotnie Polacy na jego oczach pomagali Niemcom, a po wojnie chcieli go zabić. Chciał mnie ostrzec, że gdy wrócę do Polski, to nie przez wszystkich będę mile widziana, że ludzie zawsze wytkną mi moje pochodzenie. Nie zapomnę o tym nigdy, bo ludzie nie dadzą mi zapomnieć. Ja odpowiedziałam, że się tego nie wstydzę i wcale nie chcę zapomnieć.

Gdy wyjeżdżałam do Izraela, to mama mi powiedziała, żebym się nie kierowała tym, że ona jest teraz sama. Jeśli zechcę powrócić do narodu żydowskiego, ułożyć sobie lepsze życie w Izraelu, to żebym postąpiła według własnego sumienia. A ja bardzo tęskniłam i nie czułam się tam dobrze. Lepiej się czuje tu, w Polsce.

Miałam bardzo duże trudności z powrotem z Izraela. Polskiej ambasadzie zawdzięczam to, że wróciłam – pomogli mi. Wujek bardzo był rozgniewany, zerwał kontakt ze mną. Nie pisał już listów, był obrażony i zagniewany. Później zaczął pisać do swoich znajomych, żeby przyjeżdżali do mnie i nakłaniali, abym wróciła do niego. Miałam trochę przykrości przez tych ludzi, bo byli bardzo natrętni. Ale jakoś to wszystko przeszło, przeżyłam.

Moja przybrana mama, przed śmiercią, powiedziała, żebym nigdy nie wstydziła się swojego pochodzenia, żebym zawsze modliła za tamtych i za tych rodziców. Czułam wdzięczność, bo przecież ona była taka dobra dla mnie. Przez całe życie nie mogłam się jej za to odwdzięczyć. Bardzo przeżyłam jej śmierć i ciężko się rozchorowałam.

W 1971 roku wyszłam za maż. Mąż jest Polakiem, pochodzi z powiatu sokólskiego. Bardzo dobry człowiek, tylko że on sam, choć Polak, ze względu na moje pochodzenie, też miał przykrości w Węgrowie. Mąż się tym wcale nie przejmuje. To mądry człowiek i nigdy by nikomu nie robił przykrości ze względu na pochodzenie. Ale mąż widzi też, że i Polacy między sobą żyją w nieprzyjaźni.

A my się kochamy, zgodnie sobie żyjemy, mamy dwoje dzieci – syna i córkę. Syn jak był mały i mu dzieci dokuczały, to miał straszne do mnie pretensje. Przybiegał z podwórka, płakał i mówił: „Mamo, tyś mnie nie ochrzciła, bo mnie Żyd przezywają”. Więc ja mu nie mogłam tego wytłumaczyć, bo to było jeszcze małe dziecko. Kiedy podrósł, powiedziałam mu, co się stało z jego dziadkami. Gdyby nie przezwiska, toby dzieci tak nie przeżywały. Miały do mnie żal, że tak ciągle tkwię w tym Węgrowie, że nie pomyślałam, żeby wyjechać w jakieś strony, gdzie nas nikt nie zna, że wtedy oni mieliby mniej przykrości.

Teraz, im są starsze, to się z tym godzą, czują się dumni i mi tłumaczą: „Mamo, my jesteśmy dumni, że jesteśmy z tego narodu i wcale się nie przejmujemy. Gdy chrześcijanie nam wytykają żydostwo, to ubliżają samemu Bogu, bo Bóg też był Żydem”. Mój syn zaczyna trochę głębiej szperać w tym wszystkim i mówi: „Mamo, jeśli mi ktoś mówi, że jestem Żydem, to ja chcę nim być prawdziwym”. A jak się mu dalej potoczą losy…? Może to tylko takie przejściowe, że chce być Żydem. Jest już dorosły i wybiera to, co mu sumienie wskaże. Córka na razie ósmą klasę skończyła i myśli o liceum.

Syn jest elektromechanikiem, pracuje w swoim zawodzie i studiuje w Pułtusku na Wydziale Nauk Politycznych. Wyjechał do Izraela do rodziny, żeby zapracować na studia. Poznać kraj, rodzinę, dzieci mojego wujka, czyli moje rodzeństwo cioteczne. Pisze listy, jest bardzo zadowolony. Chce się uczyć, skończyć studia i pracować. A gdzie sobie ułoży życie, tego na razie on sam jeszcze nie wie.

A pani jak się czuje? Polką, Żydówką?

Raczej więcej Polką. Tu się wychowałam, wpojono mi polskość, wiarę katolicką. Mam kontakt z koleżankami, które tak samo przeżyły getto warszawskie, też mają mężów Polaków. Ale nie możemy zapomnieć o korzeniach. Mamy Stowarzyszenie „Dzieci Holocaustu”. Spotykamy się na herbatce co miesiąc. Poznajemy wiarę mojżeszową, uczestniczymy w różnych świętach żydowskich.

Byłam w Nowym Jorku na konferencji dzieci, które przeżyły Holokaust w Polsce, a teraz mieszkają w różnych krajach świata. I tam przemawiałam – 1500 osób mnie słuchało. Opowiedziałam pokrótce swój życiorys. Ludzie uznali za cud to, że dobrzy ludzie mieli to natchnienie, żeby udzielić mi pomocy. Mimo że zdawali sobie sprawę, że czeka ich śmierć. I cudem było, że ten Niemiec darował mi życie. To wszystko było natchnieniem siły wyższej.

Są ludzie, którzy z jakichś względów czują dziwną nienawiść, mimo że młode pokolenie nie zna już Żydów, nie ma z nimi żadnych kontaktów. Ale ja już tak bardzo się nie przejmuję, bo obserwując ludzi widzę, że i Polak do Polaka też taką nienawiść czuje. Wśród koleżanek, które były wychowane w Polsce, to stosunki są bardziej przyjazne, bo wszystkie te koleżanki i ja zawdzięczamy życie Polakom.

Wiemy, ile było ludzi, którzy oddali życie. Kto im to życie zwróci? Za pomoc udzieloną Żydowi czy dziecku zostali rozstrzelani całymi rodzinami. Więc tym bardziej czujemy sentyment do Polaków. I nigdy nie damy powiedzieć, jak w Nowym Jorku jedna osoba ze Stanów, że co drugi Polak to jest antysemita. Myśmy wtedy wstali i krzyczeli. To był bunt. Cała nasza grupa – było nas 19 osób – opuściła salę konferencyjną, bo tak nas to dotknęło. Zbuntowaliśmy się przeciwko takiemu oskarżeniu Polaków. Bo więcej Żydzi dobrego doznali od Polaków, jak złego. Myśmy się spytali, komu te 1500 osób, które przeżyło w Polsce Holokaust, zawdzięczają życie… Zawdzięczają Polakom, klasztorom, księżom, pojedynczym rodzinom. Oni w Polsce przeżyli, więc jak mogą powiedzieć, że co drugi Polak to antysemita?

Dziennikarze amerykańscy przeprowadzali z nami wywiady i każdy zadawał nam pytanie, dlaczego myśmy nie wyjechali, dlaczego tam siedzimy. A my siedzimy w Polsce dlatego, że nam jest tu dobrze.

Są sporadyczne przypadki, że ktoś nas dotknie jakimś stwierdzeniem. Ale nie zwracamy na to większej uwagi, bo mamy też dużo przyjaciół i oni nam to wynagradzają.

Moja jedna koleżanka mówi, że ciągle jej ktoś przed domem rysuje gwiazdę na drzwiach, że dostaje obrażające anonimy. Nie wiem, ja tego nigdy doznałam, nikt mi nic nie rysuje, nikt mi nie dokucza w Węgrowie. Ja nie czuję takiego antysemityzmu.

Bardzo lubię Węgrów. Gdy jestem gdzieś poza, to bardzo tęsknię za tym miastem. Dzieci się dziwią, że ja tutaj tak kotwicę zapuściłam, ale ja tutaj czuję się najlepiej. Bywałam poza granicami Polski i zawsze bardzo tęskniłam. Nie potrafiłabym sobie gdzieś indziej życia ułożyć.

Moja rodzona mama była studentką pierwszego roku medycyny w Warszawie, a ojciec był felczerem. Byli bardzo młodzi, tata miał 24, mama niecałe 20 lat. Byli rok po ślubie. Mieszkali w Warszawie na ulicy Gęsiej. Ale uciekli z getta warszawskiego, myśleli, że przeżyją w Węgrowie… Gdy mama była w ciąży, to już w Warszawie było getto. I już były wywózki do Treblinki, do Oświęcimia. Więc ona to wszystko przeżywała. W różnych warunkach ze mną przebywała: w norach pod ziemią, kryjówkach. To wszystko wpłynęło na moje zdrowie.

Mama mnie urodziła w kryjówce, w maju 1942 roku. Wujek powiedział, że jej największym zmartwieniem było, żeby jej nie zabili w czasie ciąży, że może uda jej się oddać dziecko i ono przeżyje. To było jej największe pragnienie. Mama liczyła na cud, na dobrych ludzi. Jej pragnienie się spełniło… Sama odeszła.

Słyszałam, że mama poza Węgrowem, w Nowinach, gdzieś w okolicach lasu stołyńskiego, chodziła i prosiła ludzi, żeby mnie wzięli na wychowanie, żeby mnie gdzieś ukryli. Słyszałam, że trafiłam do jakichś ludzi. Oni wzięli pieniądze, a potem położyli mnie na ulicy. Ale to nie jest stuprocentowo pewne, były różne wersje. Wujek mówił, że na tyle, co znał swoją siostrę, znał jej charakter, to ona by nie zostawiła mnie na ulicy.

I nie wiem, czy to ludzie, czy mama… Dla mnie ciągle pozostaje tajemnicą, kto mnie położył na tej ulicy.

do góry

Strona „Zapis pamięci”
Stowarzyszenia
„Dzieci Holocaustu”
w Polsce.

Zrealizowano
dzięki wsparciu Fundacji
im. Róży Luksemburg
Przedstawicielstwo
w Polsce

ul. Twarda 6
00-105 Warszawa
tel./fax +48 22 620 82 45
dzieciholocaustu.org.pl
chsurv@jewish.org.pl

Koncepcja i rozwiązania
graficzne – Jacek Gałązka ©
ex-press.com.pl

Realizacja
Joanna Sobolewska-Pyz,
Anna Kołacińska-Gałązka,
Jacek Gałązka

Web developer
Marcin Bober
PROJEKTY POWIĄZANE

Wystawa w drodze
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice” moirodzice.org.pl

Wystawa stała
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice”
w Muzeum Treblinka
muzeumtreblinka.eu
Strona „Zapis pamięci”
Stowarzyszenia
„Dzieci Holocaustu”
w Polsce.

Zrealizowano
dzięki wsparciu Fundacji
im. Róży Luksemburg
Przedstawicielstwo
w Polsce
Koncepcja i rozwiązania
graficzne – Jacek Gałązka ©
ex-press.com.pl

Realizacja
Joanna Sobolewska-Pyz,
Anna Kołacińska-Gałązka,
Jacek Gałązka

Web developer
Marcin Bober
PROJEKTY POWIĄZANE

Wystawa w drodze
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice” moirodzice.org.pl

Wystawa stała
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice”
w Muzeum Treblinka
muzeumtreblinka.eu