audio: 1

Jerzy Frydman, urodzony w 1934 r.

Wiedziałem, że muszę żyć

Wspomnienie czyta Tomasz Kocuj

Urodziłem się w Błoniu koło Warszawy. Rodzina moja była niemała; oprócz rodziców i dziadków miałem dwóch braci – Dawida i Josefa, i dwie siostry – Malkę i Fajgę.

Jak wybuchła wojna, moja najstarsza siostra Fajga wyjechała z wujkiem do ZSRR. Miała nam wysłać dokumenty dla całej rodziny. Oczywi­ście tych dokumentów nie dostaliśmy i zamiast wyjechać do Rosji, zostaliśmy wysiedleni przez Niemców do getta warszawskiego.

Życie w getcie było okropne. Nie było jedzenia i minimalnych warunków do życia. Natomiast były różne choroby. Pewnego razu Ojciec postanowił uciec razem z Mamą i ze mną. Udało nam się wyjść poza mury getta. Ale nie na długo. Mnie i Mamę złapało Gestapo. Mamę gestapowcy strasznie zbili i zawrócili nas z powrotem do getta, a Ojciec został poza gettem.Po raz drugi uciekłem z moim bratem Dawidem, i też nas złapali Niemcy i zawrócili z powrotem do getta.

Pewnego razu Mama i ja poszliśmy szukać jedzenia w śmietnikach. I podczas tego szukania skórek od chleba i obierek kartofli odłączyłem się od Mamy i nie mogłem jej już znaleźć.

Zostałem sam; nie wiedziałem, co robić, ale nie płakałem, wiedziałem, że muszę żyć. Kręcąc się tak po ulicach koło bramy getta, zauważyłem, że dzieci w moim wieku i starsze ode mnie grają w piłkę zrobioną ze szmat. Dołączyłem się do tej gry. Graliśmy koło bramy do getta. W czasie gry, my, to znaczy dzieci, napadaliśmy na bramę jak szarańcza i próbowaliśmy przedostać się na drugą stronę. Ale to nie było takie łatwe, ponieważ Niemcy, policja polska i żydowska pilnowali i bili nas tym, co mieli w rękach. Mnie też przyrżnęli biczem po plecach tak, że mam znak do dnia dzisiejszego.

Nie traciłem jednak nadziei. Nagle zauważyłem, że pod wieczór Polacy wywożą wozami śmieci. Wpadłem na jakiś dziki pomysł ucieczki. Wkopa­łem się w śmieci i tak dojechałem do bramy getta. Nagle konie się zatrzymały, i Niemcy zaczęli szukać w wozach, czy tam nie ma dzieci żydowskich. Szukali przy pomocy bagnetów i karabinów. Miałem szczę­ście, że mnie nie znaleźli, i wyjechałem z getta.

Po paruset metrach jazdy wóz się zatrzymał, chłop wyciągnął mnie ze śmieci, posadził na konia i pojechaliśmy w kierunku lasów. W lesie, w okolicach Błonia, puścił mnie na wolność, i od tego czasu nie wróciłem więcej do getta.

Jednego razu żebrałem u jakiegoś człowieka, ten mnie nakarmił, a potem zamknął w komórce. Sam pojechał na Gestapo, aby mnie wydać (nie należy zapominać, że Niemcy płacili za każde wydane dziecko żydowskie). Na moje szczęście udało mi się uciec. Później znów ukrywałem się w lasach i po różnych wsiach.

Któregoś dnia, czołgając się po polu kartoflowym, natknąłem się na mego Ojca, który też ukrywał się w okolicznych wsiach. Ojciec powiedział mi, że jeśli chcę żyć, to nie wolno nigdy przyznać się do tego, że jestem Żydem. On też dał mi polskie nazwisko – Jerzy Staniak (a nie, Izrael- jak mnie nazywali w domu). Tata mi powiedział, że muszę poszukać kogoś, kto nauczy mnie modlić się po polsku. Po paru dniach po tym spotkaniu Niemcy złapali mego Ojca i go zastrzelili. Mimo, że od tylu lat nie widziałem mego Ojca, doskonale go pamiętam.

Ja ukrywałem się nadal po różnych wsiach w okolicach Puszczy Kampinoskiej. Pewnego razu postanowiłem przejechać promem na drugą stronę Wisły. Idąc polną drogą natknąłem się na jakiegoś chłopa, który jechał do promu, i poprosiłem go, żeby mnie zabrał ze sobą. On się niby zgodził, ale zamiast do promu pojechał w kierunku leśniczówki, gdzie było Gestapo. Tam mnie zostawił i otrzymał nagrodę.

Oczywiście tam się znów zaczęła moja tragedia. Gestapowiec badał mnie na różne strony, a ja kłamałem,jak mogłem. Wreszcie kazał mi się rozebrać i zobaczył, że jestem obrzezany. Tak wydało się moje żydowskie pochodzenie. Zamknął mnie na całą noc w piwnicy. Rano zaprowadził mnie na podwórko, i nagle widzę, że wyciąga pistolet. Zrozumiałem, że chce mnie zastrzelić. Wtedy wdrapałem się jak kot na płot i uciekłem w kierunku lasów. Zaczęła się za mną pogoń, ale udało mi się uciec.

Po paru tygodniach, pracując u jakiegoś chłopa jako parobek, musiałem pójść z nim do sołtysa po kartki na żywność. Kiedy przyszedłem z tym chłopem do sołtysa, zrobiło mi się niedobrze, ponieważ spotkałem tam tego samego zbira, który chciał mnie parę tygodni temu zastrzelić, Ale teraz ten gestapowiec kazał mi u siebie pracować. Trwało to jakieś dwa tygodnie, po czym oddał mnie do pracy u folksdojcza.

Tam miałem wypadek. Wpadłem do kieratu i połamało mi prawą rękę w kilku miejscach. Wstałem sam na nogi i zebrałem połamaną rękę. Gospodyni położyła mnie na wóz i zawiozła do szpitala w Nowym Dworze.

W szpitalu, kiedy rozebrano mnie do naga i położono na stole operacyj­nym, lekarz natychmiast zauważył, że jestem Żydem, i powiedział, że on mnie operować nie będzie. Folksdojczka zaczęła krzyczeć, że jest za mnie odpowiedzialna przed Gestapo, zapłaciła 156 marek 26 fenigów i zażądała wykonania operacji. Pomimo tego mnie nie zoperowano. Położono mnie w jakimś korytarzu, i tam leżałem ponad dobę. Na drugi dzień przyszedł inny lekarz, pan Żurowski, i dokonał amputacji ręki.

W szpitalu spędziłem około czterech tygodni i było mi tam całkiem dobrze. Nie można mnie było wypisać ze szpitala bez zezwolenia Gestapo. Pewnego dnia przyjechał do szpitala znajomy chłop, i powiedziałem mu, że muszę uciekać, bo wszyscy w szpitalu wiedzą o moim pochodzeniu. Postanowiłem, że wejdę do ubikacji na drugim piętrze i wyskoczę przez okno. I tak też zrobiłem. Na dole stał ten znajomy i złapał mnie.

Uciekliśmy w stronę Narwi. Tam była łódka, którą popłynęliśmy do wsi, w której pracowałem. Kiedy przybyłem na wieś, folksdojczka powiedziała, że ponieważ nie mam ręki i nie jestem zdolny do pracy, to mogę od niej odejść. I tak też zrobiłem. Ale teraz było mi o wiele trudniej się ukrywać, bo miałem znak rozpoznawczy – brak ręki.

Pewnego dnia urządzili na mnie obławę. Uciekłem do wioski, do jednej kobiety, która często udzielała mi pomocy. Była ona pięknym człowie­kiem. Szkoda, że nie pamiętam jej nazwiska. Ukryła mnie w piwnicy pod podłogą. Niemcy spalili tę wieś. Kiedy wyszedłem z piwnicy zobaczyłem jeden wielki pogrom. Oprócz spalonych domów nie było nic. Ludzie byli zupełnie nieprzytomni.

Ta kobieta, która mnie ukryła, stała przede mną, i ja nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Widziałem zupełnie innego człowieka. Była ona piękną kobietą z czarnymi włosami. Nagle, po paru godzinach, stała się starym i siwym człowiekiem. Powiedziała mi jedno zdanie, które pamiętam doskonale: „Idź i więcej do mnie nie przychodź, ponieważ nie mam już siły”. I tak też zrobiłem. Poszedłem w kierunku lasów. W lesie przebywałem w ciągu dnia, a nocą wychodziłem na wieś, żeby ukraść coś do zjedzenia. To już było pod koniec wojny.

Pewnej nocy ukryłem się w jakiejś piwnicy. Kiedy rano się obudziłem, obok mnie leżeli jacyś ludzie. Strasznie się przeląkłem. Chciałem uciec, ale mnie złapali. Byli to żołnierze z armii radzieckiej. Oni mną się opiekowali przez pierwsze parę dni.

Po wojnie zostałem na wsi. Pracowałem latem u chłopów jako pastuch do krów, a zimą mnie wyrzucili, bo byłem darmozjadem. W 1946 r. znalazłem się w Wawrze koło Warszawy. Nie przyznawałem się do tego, że jestem Żydem i w międzyczasie przystąpiłem do Świętej Komunii.

W 1948 r. przyjechali do Wawra jacyś dwaj Żydzi i chcieli mnie zabrać ze sobą. Wziąłem do ręki kilka kamieni i uciekłem na wysokie drzewo. Stamtąd zacząłem krzyczeć, że kto się do mnie zbliży, to go zabiję. Oni nie zrezygnowali i przyprowadzili milicjanta, który strzelił w powietrze. Wtedy się przeląkłem, zszedłem z drzewa, i złapali mnie jak zająca.

Zabrali mnie do bursy dla młodzieży żydowskiej na ulicę Jagiellońską 28. Tam też po raz pierwszy od tylu lat wykąpali mnie pachnącym mydłem, ogolili głowę nazero i ubrali w nowe ubranie i brązowe buty.

Oczywiście tego samego dnia uciekłem „od Żydów” z powrotem na moją wiochę. Ale wieczorem, kiedy miałem pójść spać do obory z krowami, to smród gnoju wypchnął mnie z powrotem, i postanowiłem dobrowolnie wrócić do bursy.

W bursie zajął się mną pan Kozak. Zapytał się mnie, jak się
nazywam z domu, ponieważ nie wyglądam na Staniaka Jerzego. Ja oczywiście nie pamiętałem nic oprócz miejsca mojego urodzenia i zawodu Ojca. Na drugi dzień pani Rapaport z bursy pojechała ze mną do Błonia, aby tam szukać moich „korzeni”.

W Błoniu odnaleźliśmy dom na ulicy Warszawskiej, w którym się urodziłem. Kiedy zapukaliś­my do pierwszego z brzegu mieszkania, wyszła jakaś starsza kobieta i w chwili, kiedy mnie zobaczyła, krzyknęła: „Srulek, ty żyjesz?” i zemdlała.

Od niej dowiedzieliśmy się wszystkiego o mojej odzinie, o moim prawdziwym nazwisku, ilu miałem braci i sióstr, o ich imionach. Ona też mi powiedziała, że moja Mama i mój brat Dawid zostali zastrzeleni przez Niemców na szosie warszawskiej.

Po powrocie do Warszawy pani Rapaport zaczęła szukać jakichś śladów mojej rodziny. Po tygodniu dostaliśmy telegram z Dolnego Śląska, że moja siostra Fajga, która przeżyła wojnę w Rosji, była tam, ale wyjechała zagranicę.

Po paru tygodniach skierowano mnie do Domu Dziecka w Helenówku pod Łodzią. Pierwsze moje spotkanie w Domu Dziecka było z kierowniczką tego domu – panią Marią Falkowską. Gdy przybyłem do Domu Dziecka, byłem kompletnym analfabetą, a miałem już czternaście lat. Pani Lunia Gold, wychowawczyni, zaczęła mnie uczyć czytać i pisać. Potem zapisano mnie do wieczorowej szkoły na ulicy Kilińskiego w Łodzi. Później uczyłem się w szkole TPD (Towarzystwa Przyjaciół Dzieci).

Po skończeniu szkoły podstawowej kontynuowałem naukę na Studium Przygotowawczym i w ciągu dwóch lat zrobiłem maturę. Poszedłem na studia matematyczne i w 1960 r. otrzymałem magisterium. Zacząłem pracować na Politechnice Łódzkiej jako asystent u prof. Krysickiego.

W 1962 r. postanowiłem wyjechać do Izraela. W Izraelu ożeniłem się z przepiękną dziewczyną, którą poznałem będąc jeszcze w Polsce. Mamy dwoje dzieci: córkę i syna. W Izraelu pracuję cały czas jako nauczyciel matematyki w gimnazjum technicznym.

Izrael, 1989 r.

do góry

Strona „Zapis pamięci”
Stowarzyszenia
„Dzieci Holocaustu”
w Polsce.

Zrealizowano
dzięki wsparciu Fundacji
im. Róży Luksemburg
Przedstawicielstwo
w Polsce

ul. Twarda 6
00-105 Warszawa
tel./fax +48 22 620 82 45
dzieciholocaustu.org.pl
chsurv@jewish.org.pl

Koncepcja i rozwiązania
graficzne – Jacek Gałązka ©
ex-press.com.pl

Realizacja
Joanna Sobolewska-Pyz,
Anna Kołacińska-Gałązka,
Jacek Gałązka

Web developer
Marcin Bober
PROJEKTY POWIĄZANE

Wystawa w drodze
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice” moirodzice.org.pl

Wystawa stała
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice”
w Muzeum Treblinka
muzeumtreblinka.eu
Strona „Zapis pamięci”
Stowarzyszenia
„Dzieci Holocaustu”
w Polsce.

Zrealizowano
dzięki wsparciu Fundacji
im. Róży Luksemburg
Przedstawicielstwo
w Polsce
Koncepcja i rozwiązania
graficzne – Jacek Gałązka ©
ex-press.com.pl

Realizacja
Joanna Sobolewska-Pyz,
Anna Kołacińska-Gałązka,
Jacek Gałązka

Web developer
Marcin Bober
PROJEKTY POWIĄZANE

Wystawa w drodze
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice” moirodzice.org.pl

Wystawa stała
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice”
w Muzeum Treblinka
muzeumtreblinka.eu