Wiktoria Śliwowska, urodzona w 1931 r.

Życie domowe w warszawskim getcie

Miałam osiem lat, kiedy wybuchła wojna, a dziewięć, kiedy znalazłam się za murami warszawskiego getta. Rodzice moi nie posiadali żadnych większych zapasów, ani żywności, ani w gotówce.

Żyli skromnie: Matka, Sara z Fryszmanów (według opowieści rodzinnych spokrewniona ze znanym pisarzem hebrajskim Dawidem Fryszmanem) była asystentką profesora Antoniego Bolesława Dobrowolskiego na Wolnej Wszechnicy Polskiej; Ojciec Józef Łaski prowadził małą firmę antykwaryczną, miał stałych nabywców książek w kraju i za granicą. Dochody z tego domowego antykwariatu uzupełniały szczupły budżet rodzinny.

Wszystkie ściany naszego trzypokojowego mieszkania przy ulicy Elektoralnej 5/7 były od góry do dołu zastawione półkami książek; w małym pokoiku książki leżały też na ziemi w ogromnych stertach, a wśród tych stert, koło małego biureczka z maszyną do pisania stało moje łóżeczko. Budziłam się rano mając przed oczami ze wszystkich stron półki z książkami i leżące na podłodze jedna na drugiej książki…

Na szczęście nasze mieszkanie znalazło się w obrębie tzw. małego getta, a zatem nie musieliśmy się nigdzie przeprowadzać. Przeciwnie, całe piętro w oficynie objęła nasza rodzina: z Łodzi przyjechali krewni Mamy i zajęli pokój w naszym mieszkaniu (ciocia Ela i wujek Mitek Kryszek) oraz dwa pokoje z kuchnią obok, opuszczone przez sąsiadów, którzy uciekli za Bug (wujek Ignacy Fryszman z żoną i córeczką Anką). Na półpiętrze mieszkała siostra ojca Teofila, zwaną Tetką, z synkiem Jerzykiem.

Matka moja prowadziła wspólne rodzinne gospodarstwo, a Tetka była naczelną kuchmistrzynią i wyczarowywała niezwykłe dania z tego, co tylko udało się zdobyć. Pamiętam czerninę i mięso końskie jako największe przysmaki.

Spędziliśmy na Elektoralnej dwie zimy: 1939/40 i 1940/41 r., a lata okupacji liczyły się przede wszystkim poprzez wojenne zimy. Szczególnie ciężka była pierwsza z nich. Brakowało opału, spało się w skarpetkach i czapkach. Tetka wymieniła swoje futro na tonę węgla, którą wnieśli wraz z Ojcem na czwarte piętro – w piwnicy byłoby zbyt niebezpiecznie trzymać taki skarb! Na opał poszły też deski, którymi oddzielony był strych od mieszkania na półpiętrze.

Pozostały w pamięci bolące odmrożone ręce i nogi, smarowane ciągle czarną maścią ichtiolową, która brudziła pościel mimo noszonych skarpet i rękawic. A potem przyszły jeszcze dokuczliwe wrzody, czyraki na szyi i nogach, które z kolei były okładane liśćmi aloesu rosnącego w doniczkach na oknach.

Bo wszystko inne dla nas, dzieci, bardzo szybko wróciło do normy. Rzecz to niesłychana, do dziś nie potrafię jej do końca pojąć, ale tak było. W domu naszym bardzo szybko powstała prawdziwa szkoła, komplety uczniów na kilka zmian i lekcje indywidualne dawane jeszcze dodatkowo przez moją Mamę.

Szkoła ta, która istniała najpierw przez dwa lata na Elektoralnej, a potem trzeci rok już na Chłodnej, stanowiła podstawę naszej okupacyjnej egzystencji. Wprowadzała też określony rytm w nasze codzienne życie. Jej podporządkowane były pozostałe zajęcia.

Porównaj relację Hanny Mesz, która do szkoły tej chodziła wraz z Janiną Bauman (autorką pamiętnika) i Zofią Morgenstern.

Na tej samej klatce schodowej, pół piętra niżej, Stefania Wortmanówna z matką prowadziły przedszkole (chodził do niego codziennie mój brat cioteczny Jerzyk) i wypożyczalnię książek . Odwiedzaliśmy też panią Stefę, by posłuchać wspaniałego opowiadania bajek.

Dzień nasz – dzieci – był niezwykle intensywnie wypełniony. Wszyscy wstawali wcześnie, sporo czasu zajmowało mycie, czesanie (zaplatanie warkoczy i wplatanie do nich prasowanych codziennie (!) wstążek, pod kolor sukienek i bluzeczek). Rytuałem było wyczesywanie głowy gęstym grzebieniem (walka z insektami stanowiła w domu przedmiot nieustannej troski i do lipca 1942 r. nie pamiętam żadnej inwazji robactwa w naszym mieszkaniu).

Tymczasem Ojciec palił w piecu – był to jego naczelny obowiązek zimowy, wcale niełatwy: rozpalenie i utrzymanie ognia tak, by przy minimalnej ilości węgla tlił się jak najdłużej dając jak najwięcej ciepła, to była nie lada sztuka. Drugim obowiązkiem Ojca było pastowanie i froterowanie podłóg. Paląc w piecu, froterując podłogi nieustannie podśpiewywał, nucił rosyjskie romanse i piosenki z „Qui pro Quo”. Mieszkanie na Elektoralnej kojarzy mi się zawsze z owym porannym nuceniem Ojca przy różnych codziennych zajęciach. Wpływało kojąco na wszystkich, rozlegało się niezmiennie, nawet w chwilach najtrudniejszych.

Codzienne froterowanie ciężką żelazną szczotką na kiju, jakie dziś już wyszły z użycia, a kiedyś były w każdym „porządnym” domu, stanowiło dla nas dodatkową atrakcję, bo kucaliśmy na niej i jeździliśmy, a raczej byliśmy wożeni po całym pokoju. Do końca , do samego końca lipca 1942 r., podłogi w naszym mieszkaniu lśniły jak za najlepszych przedwojennych czasów.

I nie tylko podłogi. Nie wiem, w jaki sposób zdobywano mydło, bo proszków chyba w ogóle nie było, ale w miednicach wiecznie coś się moczyło, trwało w kuchni nieustanne pranie i prasowanie (żelazkiem „na duszę'”) i czyszczenie. Tetka po każdym posiłku pucowała garnki, by się świeciły, a kiedy jej mówiono, że traci niepotrzebnie siły, odpowiadała, że dopóki garnki błyszczą, póki jemy na porcelanie i obrusie świeżo wyprasowanym, dopóty nie zdołali nas zgnębić i poniżyć.

Owe obrusy i serwis, na którym jadło się zupkę „pluj” z owsa i inne temu podobne dania, to było wyzwanie rzucone okupacyjnemu upodleniu, sztandar rodzinny. My, dzieci, nie zdawaliśmy sobie sprawy, jakim to się działo wysiłkiem, odczuwaliśmy tylko, że żyjemy w normalnym domu, że jest tu bezpiecznie i ciepło, nawet jeśli rano woda zamarza w kuble.

Szkoła musiała być dobrze zorganizowana, bo uczniów do samego końca
nie brakowało. Były stare podręczniki, szanowane, obkładane, podobnie jak książki do czytania. Czytanie było jedną z największych przyjemności obok wycinania i lepienia z gliny. Zajmowaliśmy się tym na lekcjach robót i poza nimi. Uczyła cała rodzina: Mama, ciocia Ela (nauczycielka z zawodu), kuzynka Irka Perelmuter, Tetka (przyrody i robót), Ojciec (geografii).

Byliśmy cały czas zajęci: cerowaniem, haftowaniem, obrębianiem, rysowa­niem, itd., itp. Pruło się stare skarpety na nitki, przerabiało ubrania. Tetka robiła na drutach – dla nas i dla zarobku – był to dodatek do lekcyjnego budżetu. Na zdjęciu zrobionym w 1941 r. na Elektoralnej zostaliśmy we trójkę uwiecznieni w owych prześlicznych sweterkach i patrząc na tę fotografię trudno uwierzyć, że przedstawia mieszkańców „dzielnicy zamkniętej”…

Mieliśmy nawet własny teatr kukiełkowy (z tektury i kolorowych bibułek) oparty na tekstach z Baju (m. in.O Kasi, co gąski zgubiła) – główna rozrywka jesienno-zimowa. W czerwcu odbywało się uroczyste zakończenie roku szkolnego z rozdaniem świadectw ze stopniami i przed­stawieniem dla rodziców i dzieci. Pamiętam jedno z nich oparte na motywach Krasnoludków i sierotki Marysi Marii Konopnickiej. Inscenizo­waliśmy fragmenty, były wspaniałe kostiumy, grałam szczurka i pytana, czemu kradłam zboże biedakowi, odpowiadałam przeciągle:„Głó-ó-ó – d, głó-ó-ó – d” z takim przejęciem i przekonaniem, jak mogło to tylko zabrzmieć na tajnych kompletach w warszawskim getcie… Widzowie mieli w oczach łzy.

Poza końcem roku szkolnego uroczyście obchodzono dni urodzin: rysowane były laurki, składane życzenia, dla dzieci urządzano nawet
przyJęcia (jakieś przysmaki z sacharyną, budyń na wodzie nazywany lodami itp). Były czymś tak wyjątkowym, że bardziej zapadły w pamięć, niźli dotkliwe przecież uczucie niedojadania.

Kiedy przypominam sobie to wszystko dziś, mam świadomość tego, ile trzeba było mądrości, hartu ducha, by tak właśnie zorganizować życie domowe w sercu hitlerowskiej okupacji.

Po zakończeniu roku szkolnego również nie zostawaliśmy bez zajęć. Nie wiem, jakim sposobem rodzice wynajmowali skrawek „ogródka” na tyłach kościoła św. Augustyna. Rachityczna zieleń i wątłe krzaczki stanowiły dla nas namiastkę wsi i wydawały się istnym rajem. Chodziło się tam z piłką, skakanką, jakimiś łopatkami itp. zabawkami. Przypuszczam, że opieka nad dziećmi stanowiła także pewną podporę materialną, a nie tylko efekt dążenia do unormowania naszego bytu w getcie.

Owe codzienne wyjścia z domu „do ogródka” ogromnie lubiliśmy, chociaż sama droga przez ulice getta była koszmarem. Poza tym z Elektoralnej 5/7 wychodziliśmy bardzo rzadko: życie nasze płynęło w mieszkaniu pod numerem 64 i na podwórku, które było – jak to się zawsze w dzieciństwie wydaje – ogromne.

Wychodząc poza podwórko trudno było nie zobaczyć, co się wokół dzieje. Mijało się leżące na chodnikach trupy przykryte papierem, trzeba było uważać, by się nie potknąć o nie. Mijało się żebrzące dzieci-szkielety w łachmanach, dzieci siedzące pod murami domów i zawodzące gettowe piosenki. Brzmią mi w uszach po dziś dzień. ,,Bone, bone, ja nie chcę oddać bone…” Najczęściej chodziłam z kurczowo zaciśniętymi oczami trzymając mocno za rękę Mamę, by się nie przewrócić. Ale nie zawsze można było poruszać się z zamkniętymi oczami i obejść dokoła to, czego się spostrzec dokładnie nie chciało…

Z „ogródka” przynosiliśmy do domu nasze „skarby”: gąsienice z liśćmi, które były ich pokarmem, jaja pająka. Potem w pudełku lub w słoiku z pokrywką z dziurkami liszki rosły, zamieniały się w kokon, a następnie wykluwały się zeń ćmy lub motyle. Te hodowle – podobnie jak czarodziejska fasola na gazie kiełkująca w wodzie – były poglądowymi lekcjami przyrody, dawały chwile prawdziwego, dziecięcego szczęścia.

I właśnie kiedyś, kiedy wracaliśmy z „ogródka”, torbę papierową z lisz­kami wyrwał mi z rąk głodny obdartus licząc widać, że znajdzie w niej coś do jedzenia. Zapamiętałam go na całe życie. Tak samo jak tłum nędzarzy przekrzykujących się, wyciągających ręce, chwytających za poły płaszczy na ulicy Krochmalnej, kiedy poszliśmy zanieść coś żonie brata Ojca, Dudka, który uciekł na wschód. Wtedy zobaczyłam prawdziwe mieszkanie getta: ziejące nędzą, brudem , przeraźliwym bałaganem i rozpaczą.

Naogół wystrzegano się, byśmy takich kontaktów nie mieli: chroniono nasze dusze i ciała (przed tyfusem). Pisała o tym Mama w cudem zachowanym liście do swej przyjaciółki „za murem”: „Dzieci nie wychodzą poza obręb po­dwórza, ale zasialiśmy łubin, maciejkę, rezedę, trochę warzyw. Zaczyna się u nas zielenić i będzie pachniało. Słońca mamy dużo i w mieszkaniu i na podwórzu. Ulicy unikamy, straszna jest ta nędza, która wyległa na ulicę, no i należy unikać tłumów ze względu na szerzący się tyfus”.

Wspominała też o swoim Mistrzu profesorze ABO: „Jeżeli mi się powiedzie dobra lekcja, jeżeli wpadnę na dobry pomysł pedagogiczny, metodologiczny, jeżeli umiem podejść do ucznia, jeżeli w mej pracy jest coś , co wybiega ponad przeciętność – wiem, komu to zawdzięczam”. Słowa te pisane 8 czerwca 1942 r. dotyczyły, rzecz jasna, domowej szkoły w getcie…

Po kolejnej korekcie granic getta przeprowadziliśmy się na ulicę Chłodną. Mieszkanie było po nieparzystej stronie, dom 17 lub 19. Jeżeli Elektoralna znajdowała się na uboczu i żyła własnym życiem, to Chłodna przy Żelaznej stanowiła punkt newralgiczny getta. Tutaj cały czas coś się działo. z okien widać było przewalające się tłumy, wartowników, słyszało się krzyki, dochodziły odgłosy strzelaniny.

Pamiętam, że wkrótce po przeprowadzce zakazano nam zbliżać się do okien, a już w ogóle nie wolno było wychodzić na balkon. Jakiś żandarm (może ów słynny „Fran­kenstein”?) zabawiał się strzelaniem do celu, nie przepuszczał okazji, zwłaszcza gdy spostrzegł poruszającą się sylwetkę.

Mieszkanie na Chłod­nej było duże, każdy pokój zajmowała jedna rodzina. Z łazienki nie korzystano, myliśmy się w pokojach w miednicach. Mam przed oczami Mamę, strasznie chudą, myjącą się koło pieca, w jedynym miejscu, gdzie nie doskwierał przeraźliwy chłód. W dużym pokoju, przy okrągłym stole przywiezionym z Elektoralnej nadal odbywały się lekcje. Rankiem, jak dawniej, szło froterowanie podłóg. Wokół ścian stały półki z książkami.

Tu, na Chłodnej, święciła swoje ostatnie, osiemnaste urodziny moja kuzynka Irka. Była młodzież, tańce, pamiętam to dobrze, bo my, „mali”, nie byliśmy do tego wieczorku dopuszczeni i siedzieliśmy u siebie umierając z ciekawości, a z dużego „salonu” dobiegał gwar, a nawet muzyka. Wkrótce potem Irka zginęła w Poniatowie czy Treblince. Zdołała jeszcze stamtąd przesłać na ulicę Mickiewicza, gdzie ukrywał się Ojciec, kartkę z błaganiem o pomoc. Pamiętam dobrze tę żółtą pocztów­kę, która wzbudziła straszną panikę – lękano się o zdekonspirowanie kryjówki…

Piszę o tym wszystkim, by uświadomić, że w getcie istniały nie tylko dwie skrajności, o których wspomina się najczęściej: straszliwa nędza i koszmar śmierci głodowej z jednej strony, a z drugiej, luksus nowoboga­ckich robiących kokosowe interesy i służb porządkowych gotowych na wszystko, by ocalić czy przedłużyć własne życie. Istniała też jakaś część – nie umiem powiedzieć jak wielka – która czyniła wszystko, co w jej mocy, by żyć z godnością w czasach pogardy, unikać tego, co najgorsze i wytrwać zapewniając garstce dzieci prawdziwy komfort duchowy i maksimum pokarmu dla ciała, jaki udawało się zdobyć własną ciężką pracą.

Katastrofa przyszła w końcu lipca 1942 r. Zaczęły się wywózki, zwane „akcjami”. Ich miecz zawisł nad każdą rodziną. Dopiero wtedy wdarł się do domu strach , dławiący, paraliżujący. Poznaliśmy nowe słowa: „bloka­ da”, „kryjówka”, „dobra praca” w „szopie”.

Pierwsza taka łapanka miała miejsce chyba jeszcze na Chłodnej. Nie wiem, gdzie się pochowali dorośli, mnie i Jerzyka nakryto jakimiś poduszkami i kołdrami, dusiliśmy się z gorąca i przeraźliwego strachu, że nas odkryją. Słychać było kroki, stukot podkutych butów, hałas prze­szukiwanego mieszkania. Potem wszystko ucichło i wydobyto nas z ukry­cia.

Teren getta kurczył się. Przenosiliśmy się z miejsca na miejsce, z mieszkania do mieszkania. Walały się tam porzucone rzeczy, a między nimi za bawki. Takie, jakich nigdy nie miałam. Rodzice pozwalali mi zabierać je ze sobą. Wędrowaliśmy z wiezionymi na czymś tobołkami; ja prowadziłam wózek dla lalek pełen jakichś skarbów: pluszowych zającz­ków, lalek itd.; wlekliśmy też worki ciągle na nowo pakowanych książek, coraz mniejsze i mniejsze. Ojciec nie mógł się do samego końca rozstać z ukochanymi książkami, był bibliofilem do szpiku kości.

Wreszcie nadszedł dzień 31 sierpnia 1942 r. Byliśmy w kolejnym mieszkaniu na Lesznie: rodzice, ciocia Ela z wujkiem Mitkiem i ja. Późnym rankiem, a może w południe, bramę z hałasem otwarto i donośnym głosem wezwano mieszkańców do zejścia na dół z rzeczami, pozostawienia drzwi otworem, by można było sprawdzić, że nikt nie pozostał. Zapowiedziano, że nie zastosowanie się do rozkazu grozi śmiercią.

Mama szybko wepchnęła mnie pod żelazne łóżko, zasunęła walizkę, a sama wraz z pozostałymi wyszła na korytarz nie schodząc jednak na dół i nie otwierając drzwi. Słyszałam dudnienie kroków po schodach, potem łomot kolbami do drzwi, wrzask „da, da, da!”, potem wyważanie drzwi, znowu „da, da, da!”, potem strzały i odgłosy uderzeń, hałas kroków na klatce schodowej, krzyki na podwórzu, rumor odchodzących ludzi i wreszcie zaległa cisza.

Po jakimś czasie wyczołgałam się spod łóżka i ukradkiem wyjrzałam przez okno. Podwórze było puste, tylko na dole stał gruby krępy żołnierz w zielonym mundurze i w blasku słońca zacierał z zadowoleniem ręce. Mam ciągle przed oczami ten ruch rąk i świńskie zadowolone oczka po dobrze spełnionym zadaniu.

Potem przyszli jacyś ludzie i zabrali mnie do siebie. Matka zginęła na miejscu, w korytarzu, trafiona strzałem w głowę. Ojca ciężko pobitego zabrano na Umschlagplatz, skąd wyratował go dr Jan Blat (sam został podobno zastrzelony, kiedy uderzył w twarz Niemca, gdy ten pchnął kolbą kogoś z jego bliskich). Wujostwo zginęli w Treblince.

Następnego dnia siostra Ojca kreśli kartkę do przyjaciółki mojej Mamy Zofii Kor­czak-Blatonowej (kartka zachowała się): „Droga Pani Zosiu, od dnia, kiedy otrzymaliśmy Pani kartkę, zmieniło się u nas. S[ara] początkowo bardzo niechętnie rozstawała się z Wisią, później wydało się jej to szczęściem. Trudno było się tylko porozumieć. Teraz jest tak: S[ara] nie żyje, zginęła w poniedziałek 31 sierpnia. […] Wisia jest ze mną. Była świadoma śmierci Matki. […] Jedyny dla dziecka ratunek, to jej wyjazd. […] Błagam o natychmiastową odwrotnie odpowiedź. Albo tu po nią przyjść, albo dostarczyć mi adres, gdzie można by ją odprowadzić. Mój telefon 261-16…”

I rzeczywiście – w kilka dni później byłam już na „aryjskiej stronie”, by rozpocząć nowe życie jako Wiktoria Załęska urodzona we Lwowie. Zmieniałam parokrotnie miejsce pobytu, najpierw byłam krótko na Bielanach w domu pani Aldony Lipszycowej, gdzie Zofia Korczak-Blato­nowa wynajmowała pokój. Po otrzymaniu metryki znalazłam się w rodzi­nie Marii i Zygmunta Bobowskich działających w żoliborskiej komórce Polskiej Partii Robotniczej. Chodziłam do szkoły kierowanej przez Stanisława Trojanowskiego.

Po tragicznej śmierci „Zygi” 15 maja 1943 r. w akcji bojowej, trzeba było szybko szukać nowego lokum: mieszkanie na Krasińskiego było „spalone”. Wzięła mnie do siebie Jadwiga Świerczyńs­ka, nauczycielka, która mieszkała z przybranym synkiem Tadziem na ulicy Marszałkowskiej 41 przy Placu Zbawiciela. Tu spędziłam resztę okupacyj­nych miesięcy: chodziłam nadal do szkoły przy ulicy Potockiej, a potem na komplety.

Korzystaliśmy ze skromnej pomocy „Żegoty”. Pieniądze przynosiła co miesiąc Jadwiga Pollakowa (w czasie okupacji: Dobrowols­ka). Z rzadka widywałam Ojca, który ukrywał się na ulicy Mickiewicza jako „Nikt”, aż do wybuchu Powstania. Zarówno Ojca jak i jego siostrę, a także kilka innych osób wyprowadziła z getta i pomogła urządzić się wśród swoich krewnych i przyjaciół ta sama Zofia Korczak-Blatonowa, moja przyszła macocha, która stała się dla nas z biegiem lat prawdziwą „Babusią Zosią”.

Z Warszawy wyszliśmy we trójkę: ciocia Jadzia, Tadzio i ja, 8 paździe­rnika 1944 r. Przedtem odwiedziły nas Tetka i Zosia, by podzielić się z nami swym powstańczym żołdem (uczestniczyły ·w Powstaniu jako „peżetki”). Z obozu przejściowego w Ursusie wysłano nas do wsi Jaksice w Miechows­kiem, skąd już po ·wyzwoleniu przenieśliśmy się do Sierszy koło Trzebini, gdzie „ciocia Jadzia” otrzymała posadę nauczycielki w miejscowym gimnazjum, aja mogłam kontynuować naukę. Tutaj odnalazł mnie Ojciec.

I dalej już wszystko potoczyło się „normalnie”: matura, studia, zamążpójś­cie, urodzenie syna, praca w Instytucie Historii Polskiej Akademii Nauk, zdobywanie kolejnych stopni naukowych i wydawanie kolejnych książek.

Ojciec mój, zmarły w 1978 r., pozostał przy nazwisku okupacyjnym: Wacław Zawadzki. Był w Kielcach w czasie pogromu i to zaważyło na tej decyzji. W papierach Jego znalazłam po śmierci notatkę, podpisaną przez Annę Duraczową, a powstałą w 1948 r. w związku z usunięciem Ojca z partii za „obcość klasową” (był członkiem Polskiej Partii Socjalistycznej) przy zjednoczeniu z Polską Partią Robotniczą. Dopiero wtedy dowiedzia­łam się, że był związany z Żydowską Organizacją Bojową i jako „placówkarz” pracujący za murami przewoził przez „wachę” ukrytą w małym wózeczku broń.

Po wojnie pracował w wydawnictwach (Wiedza, Państwowy Instytut Wydawniczy), a pod koniec życia był jednym z założycieli KOR-u. Ja do żadnych organizacji (poza młodzieżowymi w szkole: OMTUR i ZMP) oraz Solidarnością w okresie jej wzlotu i w stanie wojennym, aż po 1989 r. – nie należałam. Jeżeli nie liczyć „domu i przyjaciół” zajęta byłam całkowicie i bez reszty pracą naukową pod światłym kierunkiem mego Mistrza, Profesora Stefana Kieniewicza.

Warszawa, listopad 1992 r.

Relacja ta stanowi skrót kilkudziesięciostronicowego tekstu napisanego przed laty i złożonego w Yad Vashem w związku ze staraniami o medal „Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata” dla Jadwigi Świerczyńskiej oraz w Żydowskim Instytucie Historycznym.

do góry

Strona „Zapis pamięci”
Stowarzyszenia
„Dzieci Holocaustu”
w Polsce.

Zrealizowano
dzięki wsparciu Fundacji
im. Róży Luksemburg
Przedstawicielstwo
w Polsce

ul. Twarda 6
00-105 Warszawa
tel./fax +48 22 620 82 45
dzieciholocaustu.org.pl
chsurv@jewish.org.pl

Koncepcja i rozwiązania
graficzne – Jacek Gałązka ©
ex-press.com.pl

Realizacja
Joanna Sobolewska-Pyz,
Anna Kołacińska-Gałązka,
Jacek Gałązka

Web developer
Marcin Bober
PROJEKTY POWIĄZANE

Wystawa w drodze
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice” moirodzice.org.pl

Wystawa stała
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice”
w Muzeum Treblinka
muzeumtreblinka.eu
Strona „Zapis pamięci”
Stowarzyszenia
„Dzieci Holocaustu”
w Polsce.

Zrealizowano
dzięki wsparciu Fundacji
im. Róży Luksemburg
Przedstawicielstwo
w Polsce
Koncepcja i rozwiązania
graficzne – Jacek Gałązka ©
ex-press.com.pl

Realizacja
Joanna Sobolewska-Pyz,
Anna Kołacińska-Gałązka,
Jacek Gałązka

Web developer
Marcin Bober
PROJEKTY POWIĄZANE

Wystawa w drodze
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice” moirodzice.org.pl

Wystawa stała
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice”
w Muzeum Treblinka
muzeumtreblinka.eu