relacje spisane:
audio: 1
Jakub Gutenbaum, urodzony w 1929 r. (2)
Numerek na 偶ycie

[Publikujemy dwa wspomnienia Jakuba Gutenbauma. Inne mo偶na przeczyta膰 wybieraj膮cJakub Gutenbaum (1)w zak艂adce 鈥瀢yszukaj wspomnienie鈥漖

Wspomnienie czyta Andrzej Szeremeta

Dzieci艅stwo

Urodzi艂em si臋 w Warszawie w sierp颅niu 1929 roku w kamienicy przy ulicy Konarskiego. Dzi艣 nie ma po niej 艣ladu.

Z najwcze艣niejszego dzieci艅stwa pami臋tam zabawy na podw贸rzu, szczeg贸lnie te po du偶ym deszczu, gdy przez podw贸rze p艂yn膮! strumie艅 wody, a dzieci puszcza艂y z pr膮dem jakie艣 艂贸dki z kory lub zwyczajne patyki. Nie pami臋tam, czy dom by艂 skanalizowany.

Elektryczno艣ci nie by艂o. O艣wietlenie by艂o gazowe. Przy suficie wisia艂a okr膮g艂a ba艅ka z a偶urowej siatki. Za pomoc膮 艂a艅cuszka zwisaj膮cego na wysoko艣ci niedost臋pnej dla dzieci spuszcza艂o si臋 i podnosi艂o t臋 ba艅k臋, tak 偶e mo偶na by艂o odkr臋ci膰 kurek i zapali膰 gaz.

Kuchnia by艂a na w臋giel, kt贸ry s艂u偶膮颅ca przynosi艂a w miar臋 potrzeby z kom贸r颅ki w piwnicy. W臋glarze dostarczali go w koszach raz lub dwa razy w roku. Mnie fascynowa艂o prasowanie 偶elazkiem z rozpa颅lon膮 do czerwono艣ci 鈥瀌usz膮鈥.

Moja starsza siostra, Judyska, zmar艂a przed moim urodzeniem. Zosta艂a pochowa颅 na na cmentarzu 偶ydowskim na Okopowej. Pami臋tam male艅ki kopczyk na cmentarzu, kt贸ry od czasu do czasu odwiedzali艣my. Niestety, po wojnie tej mogi艂y nie uda艂o mi si臋 odszuka膰. Zachowa艂o si臋 jedno jej zdj臋cie. Mia艂em te偶 o trzy lata m艂odszego brata Imka (Chaimka).

Moi rodzice, Aron i Rywa Gutenbau颅mowie, byli nauczycielami w szkole podsta颅wowej przy ul. 艢liskiej 28. Kierownikiem szko艂y by艂 Nachum Remba. Tata uczy艂 matematyki, mama – rysunk贸w i rob贸t r臋cznych. Tata by艂 ponadto kierownikiem drugiej, popo艂udniowej zmiany w szkole, tote偶 w domu widywali艣my go stosunkowo rzadko.

Rodzice nie mieli chyba wy偶sze颅 go wykszta艂cenia, uko艅czyli jakie艣 kursy pedagogiczne. Z nami rozmawiali po polsku, mi臋dzy sob膮 鈥 g艂贸wnie po 偶ydowsku. Powodzi艂o si臋 nam stosunkowo dobrze. Nasz dom by艂 ca艂kowicie areligijny, chocia偶 na pewno nie antyreligijny.

呕elazna 42

Chyba po urodzeniu si臋 Imka, czyli w 1934 lub 1935 roku, przeprowadzili艣my si臋 na ulic臋 呕elazn膮 42. By艂o to stosunko颅wo luksusowe mieszkanie, sk艂adaj膮ce si臋 z dw贸ch obszernych pokoi, kuchni z alko颅w膮 dla s艂u偶膮cej, ubikacji, 艂azienki i przed颅pokoju, kt贸ry s艂u偶y艂 jako magazyn, czy te偶 latem jako lod贸wka. Znajdowa艂o si臋 ono na pi膮tym pi臋trze w oficynie (mieszkania od frontu by艂y du偶o dro偶sze). Mia艂o numer 19.

Z okien pokoju sto艂owego by艂a dobrze widoczna ulica Prosta. Nic nie zas艂ania艂o widoku, bo z naszym domem s膮siadowa艂 parterowy warsztat samochodowy i sta颅cja benzynowa (pompa). Okna sypialni wychodzi艂y na g贸rne pi臋tra domu na Pa艅颅skiej. Dla zabawy puszcza艂em lusterkiem 鈥瀦aj膮czki鈥 do s膮siad贸w, kt贸rych osobi艣cie nie zna艂em.

Dom by艂 zelektryfikowany 鈥 o艣wietlenie, winda. Pe艂ny komfort! Kuchnia by艂a na w臋giel. Zim膮 kaflowy piec ogrzewa艂 oba pokoje. Do grzania wody w 艂azience s艂u偶y艂 piecyk na gaz z pal膮cym si臋 przez ca艂膮 dob臋 鈥瀙ilotem鈥.

呕elazna 42 znajdowa艂a si臋 na pogra颅niczu dzielnic – polskiej i 偶ydowskiej. Pa艅ska i Prosta, na wsch贸d od 呕elaznej, by艂y bardziej 鈥炁紋dowskie鈥. Natomiast na ulicy nast臋pnej, prostopad艂ej do 呕elaznej, czyli na 艁uckiej, 偶ydowski ch艂opiec m贸g艂 porz膮dnie oberwa膰 (pami臋tam, 偶e 艁uck膮 kursowa艂y przez ca艂膮 dob臋 olbrzymie piwne beczki firmy Haberbusch i Schiele, ci膮gnione przez pot臋偶ne perszerony).

Ze spisu warszawskich teleabonent贸w na lata 1938-1939 wynika, 偶e nasza kamienica by艂a zamieszkana przez lokator贸w r贸偶nych narodowo艣ci: Falk L., Fuchs Salo颅mon, Grossman Bernard, Koper Abram, Landau I., Marynower Jerzy, Rejs Zylberbo颅gen Szymon, Skrobowski J贸zef, Sochacka Maria. To ci, kt贸rzy mieli telefony. Pami臋颅tam tak偶e innych s膮siad贸w.

Najbli偶szymi moimi kolegami z 呕elaznej 42 byli dwaj bracia mieszkaj膮cy na sz贸stym pi臋trze, Zby颅szek i Januszek Sta艅czykowie. Zbyszek by艂 o rok starszy ode mnie, Januszek – o rok m艂odszy. Ich ojciec by艂 drukarzem. Kilka miesi臋cy przed wojn膮 uda艂o mu si臋 odkupi膰 na w艂asno艣膰 drukarni臋, w kt贸rej pracowa艂. By艂o to wielkie 艣wi臋to, w kt贸rym uczestniczy艂a cala rodzina (drukarnia doszcz臋tnie sp艂on臋艂a we wrze艣niu 1939 trafiona przez niemieckie bomby zapalaj膮ce). Wydaje mi si臋, 偶e Sta艅czykowie mieli lewicowe zapatrywania. Nie by艂o w ich domu 偶adnych symboli religijnych, stosunek do 呕yd贸w, w tym do mnie, by艂 bardzo 偶yczliwy.

Na pi膮tym pi臋trze, a wi臋c po s膮siedzku, ale od frontu, mieszkali Maliniakowie. Syn ich, Bruno, prze偶y艂 wojn臋. Grossman贸w, s膮siad贸w z czwartego pi臋tra, uwa偶ali艣my za 呕yd贸w. Jakie偶 by艂o moje zdumienie, kiedy po kilku tygodniach okupacji spo颅tka艂em przypadkowo na ulicy m艂odego, mo偶e dwudziestoletniego Grossmana, ubranego w str贸j cz艂onka jakiej艣 formacji hitlerowskiej: mundur, opaska ze swastyk膮, jakie艣 odznaki na piersi. Uda艂, 偶e mnie nie widzi. Do dzi艣 nie wiem, czy by艂 naprawd臋 hitlerowcem, czy ubra艂 si臋 w hitlerowski mundur dla kamufla偶u.

Szko艂a

Nauk臋 zacz膮艂em od drugiej klasy szko艂y powszechnej, koedukacyjnej. Tego pierw颅szego roku edukacji zupe艂nie nie pami臋颅tam, poza tym, 偶e czu艂em 鈥瀖i臋t臋鈥 do jednej z kole偶anek, Romy Akerman. Nie mia艂em odwagi, 偶eby podej艣膰 do niej i porozma颅wia膰. Wymy艣li艂em wi臋c, 偶e kupi臋 pier艣cio颅nek, kt贸ry podrzuc臋 mojej wybrance. Nie by艂by to wielki wydatek, bo pier艣cionki po 5 groszy za sztuk臋 sprzedawa艂 jaki艣 pok膮tny handlarz z w贸zka, na kt贸rym le偶a艂a du偶a sterta tych dzie艂 sztuki jubilerskiej. Problemem by艂 zakup. Wypatrzy艂em chwil臋, kiedy przy w贸zku nikogo nie by艂o, chwyci颅艂em pierwszy z brzegu pier艣cionek, schowa颅艂em do kieszeni i zap艂aci艂em. Natomiast na podrzucenie pier艣cionka kole偶ance ju偶 si臋 nie zdoby艂em, wyrzuci艂em go do kub艂a na 艣mieci i tak zako艅czy艂a si臋 moja pierwsza mi艂osna awantura.

Do trzeciej klasy rodzice zapisali mnie do szko艂y 鈥瀂gromadzenia Kupc贸w鈥, kt贸re mie艣ci艂o si臋 na ulicy Walic贸w, znajduj膮cej si臋 oko艂o dwie艣cie metr贸w od naszego mieszkania. Czesne w tej szkole by艂o bar颅dzo wysokie, ale ja jako syn nauczycieli mia艂em znaczn膮 ulg臋. O ile pami臋tam, dla mnie czesne wynosi艂o 20 z艂otych miesi臋cz颅nie, co te偶 stanowi艂o 贸wcze艣nie poka藕n膮 sum臋. Moimi szkolnymi kolegami byli g艂贸wnie 呕ydzi ze stosunkowo bogatych, zasymilowanych dom贸w.

Przyzna膰 musz臋, 偶e stosunek do nauczyciela religii moj偶e颅szowej, starszego pana, by艂 w艣r贸d uczni贸w dosy膰 lekcewa偶膮cy. Polskiego uczy艂a nas pani M艂ynarczyk贸wna, oko艂o trzydzie颅stoletnia nauczycielka o jasnych w艂osach 艣ci膮gni臋tych g艂adko na ty艂 g艂owy. Mia艂a typowy wygl膮d nauczycielki z kart literatu颅ry pozytywistycznej. Innych nauczycieli nie pami臋tam. Ale pami臋tam, 偶e wszyscy oni zachowywali si臋 bez zarzutu pod wzgl臋dem r贸wnego traktowania uczni贸w.

W naszej klasie nie-呕yd贸w by艂o kilku. By艂 Czuma, syn szkolnego wo藕nego, byli dwaj bracia Imrod, ewangelicy, kt贸rych rodzice mieli sk艂ad farb (ten sk艂ad, na ulicy Marsza艂颅kowskiej, istnia艂 r贸wnie偶 po wojnie). By艂 te偶 ucze艅 katolik, kt贸rego nazwiska nie pami臋tam. Wysoki, uk艂adny, bardzo dobry ze wszystkich przedmiot贸w. Trzyma艂 si臋 na uboczu. Mia艂em wra偶enie, 偶e nie czu艂 si臋 zbyt dobrze w tym towarzystwie, ale jego zachowanie by艂o zawsze poprawne.

艁awk臋 szkoln膮 dzieli艂 ze mn膮 Janek Feichen颅eld, niski, ale zwinny ch艂opiec, kt贸ry by艂 zawsze kapitanem jednej z dru偶yn podczas gry w dwa ognie. Drugim kapitanem by艂 Czuma. Janek cz臋sto zaprasza艂 koleg贸w do siebie do domu na ulicy Ogrodowej. Zgin膮艂 wraz z rodzin膮, zamordowany w Treblince.

Moje lektury

Nie bylem dobrym uczniem, nie przy颅k艂ada艂em si臋 specjalnie do nauki. Szkol臋 traktowa艂em jako z艂o koniecz颅ne, ale moj膮 pasj膮 by艂o czytanie. Czyta膰 nauczy艂em si臋 samodzielnie, jeszcze nim poszed艂em do szko艂y, chyba dzi臋ki komik颅som. Czytywa艂em popularnego w贸wczas 鈥濿臋drowca鈥, p贸藕niej 鈥炁歸iat M艂odych鈥. Pami臋tam, 偶e bohaterem jednego z komik颅 贸w by艂 Fredek (Felek) – marynarz, kt贸ry gdy by艂 w opa艂ach, si臋ga艂 po talerz ze szpi颅nakiem, daniem chyba najbardziej obok tranu nielubianym przez dzieci wszystkich kraj贸w. Po zjedzeniu szpinaku p臋cznia艂y Fredkowi musku艂y i dawa艂 sobie rad臋 z ka偶dym, kto stawa艂 mu na drodze. W艣r贸d pierwszych ksi膮偶ek, kt贸re przeczyta艂em od deski do deski, by艂 Kr贸l Maciu艣 Pierw颅szy. Bardzo prze偶ywa艂em jego przygody na froncie i jego pr贸by oddania pe艂nej w艂adzy dzieciom. Wspomn臋 te偶 Emila i detektyw贸w Kastnera oraz Ch艂opc贸w z Placu Broni. Od trzeciej klasy bra艂em ksi膮偶ki z pobli颅skiej czytelni, kt贸ra znajdowa艂a si臋 niedaleko – na Pa艅skiej lub na Walic贸w. Abonament kosztowa艂 z艂ot贸wk臋 miesi臋cznie, a wypo偶y颅czenie dodatkowej ksi膮偶ki – 10 groszy.

Kino

Na ulicy 呕elaznej r贸g Ch艂odnej by艂 kinematograf 鈥濽ciecha鈥, w kt贸rym bilety, szczeg贸lnie na niedzielne poranki, by艂y stosunkowo tanie, chyba po 20 groszy. By艂 czas, kiedy ka偶dy taki poranek sp臋dza颅艂em w kinie. Na ekranie 鈥濽ciechy鈥 prym wiod艂y filmy kowbojskie. Najpopularniej颅szym aktorem by艂 Eroll Flynn, pojedyncze sceny z film贸w z jego udzia艂em, a szcze颅g贸lnie z 鈥濻zar偶y lekkiej brygady鈥, 鈥濺obin Hooda鈥 i 鈥濳apitana Blooda鈥 pami臋tam do dzi艣. Ostatnie filmy, kt贸re widzia艂em przed wojn膮, to 鈥濱ch stu i ona jedna鈥 ze 艣piewa颅j膮c膮 Deann膮 Durbin i 鈥濪zisiejsze czasy鈥 Charliego Chaplina.

Wakacje

Co roku wyje偶d偶ali艣my na wakacje. Miejscowo艣ci, kt贸re utkwi艂y mi w pami臋ci, to Druskienniki nad Niemnem i Rytro nad Popradem. Wcze艣niej byli艣my dwukrot颅nie w miejscowo艣ci Przetycz nad Bugiem. Z Rytrem kojarz臋 incydent z lata 1938, kt贸ry wieszczy艂 ponur膮 przysz艂o艣膰. Kt贸re颅go艣 ranka, ju偶 pod koniec wakacji, poszli颅艣my na pla偶臋 nad Popradem. Okaza艂o si臋, 偶e g艂azy na przeciwleg艂ym niedost臋p颅nymbrzegu rzeki pokryte by艂y obel偶ywymi antysemickimi napisami.

Niepokoje

Tata w domu cz臋sto s艂ucha艂 radia, g艂贸w颅nie ostatnich wiadomo艣ci. Pocz膮tkowo mia艂 aparat radiowy na s艂uchawki. P贸藕niej pojawi艂 si臋 aparat lampowy z g艂o艣nikami. 呕yd贸w szczeg贸lnie niepokoi艂a narastaj膮ca fala faszyzmu, pochodz膮cego z Niemiec, W艂och, a tak偶e tego rodzimego chowu.

Dociera艂y do nas ponure wiadomo艣ci o deportacji z Niemiec polskich obywa颅teli pochodzenia 偶ydowskiego. Oburzenie budzi艂o zachowanie w艂adz polskich, kt贸re nie udzieli艂y pomocy swoim obywatelom, nie wpuszcza艂y ich do Polski i trzyma艂y w okoli颅cach Zb膮szyna, kt贸ry by艂 w贸wczas miastem granicznym. Kto艣 z rodziny pojecha艂 tam z pomoc膮 pochodz膮c膮 ze zbieranych datk贸w i po powrocie opowiada! o nieszcz臋艣nikach trzymanych tam pod go艂ym niebem na 鈥瀦iemi niczyjej鈥. Wtedy wydawa艂o si臋, 偶e ju偶 nic gorszego nie mo偶e si臋 zdarzy膰.

W szkole zbierano pieni膮dze na r贸偶ne cele, g艂贸wnie na zakup sprz臋tu wojskowego, a tak偶e na popieranie mocarstwowej poli颅tyki pa艅stwa. Przy sk艂adaniu si臋 na fundusz Ligi Morskiej i Kolonialnej (LMiK), kt贸颅rej zasadniczym celem by艂o pozyskiwanie dla Polski terytori贸w zamorskich, czu艂em pewien dyskomfort, pomagaj膮c realizowa膰 has艂o 鈥炁粂dzi na Madagaskar!鈥. Na zako艅颅czenie roku szkolnego, latem 1939 roku, odby艂o si臋 uroczyste przekazanie wojsku dzia艂ka przeciwlotniczego, zakupionego ze sk艂adek uczni贸w. Dysproporcja mi臋dzy skromnym dzia艂kiem a tym, co widzieli艣my w relacjach z walk, pokazywanych na kro颅nikach filmowych, by艂a ogromna.

Jednak偶e nie nale偶y s膮dzi膰, 偶e 偶y艂em wydarzeniami politycznymi. Czu艂o si臋 podsk贸rnie, 偶e co艣 niedobrego si臋 dzieje, ale dzieciom 偶ycie wydawa艂o si臋 stabilne i spo颅kojne. By艂a rodzina, by艂 dom, wzgl臋dny dostatek. Chodzi艂em do szko艂y i do kina, czyta艂em ksi膮偶ki, bawi艂em si臋 z r贸wie艣ni颅 kami. Normalne 偶ycie.

Michalin

Ostatnie przedwojenne wakacje, w 1939 roku, by艂y szczeg贸lne. Wiosn膮 rodzice kupi颅li zalesion膮 dzia艂k臋 z drewnianym domem w Michalinie na trasie Warszawa – Otwock. Z Warszawy doje偶d偶a艂o si臋 tam kolejk膮 w膮skotorow膮 (ciuchci膮) albo po prostu fur膮. Dom sk艂ada艂 si臋 z sze艣ciu samodziel颅nych segment贸w, a ka偶dy z nich z pokoju, kuchni i werandy, s艂u偶膮cej przy pogodzie jako jadalnia. Dzia艂k臋 pokrywa艂 sosnowy zagajnik. W najdalszym jej k膮cie znajdowa艂a si臋 drewniana str贸偶贸wka, w kt贸rej mieszka艂 str贸偶 Franciszek z rodzin膮. My zajmowali艣my jeden segment. Pozosta艂e by艂y wynajmowa颅 ne. Naszymi pierwszymi i ostatnimi lokatora颅 mi byli nasi krewni lub znajomi. Nikt z nich, poza mn膮, nie prze偶y艂 Holokaustu.

Przy stacji kolejowej w Michalinie by艂a wypo偶yczalnia ksi膮偶ek. By艂em tam cz臋stym go艣ciem. Droga prowadzi艂a przez las. Wra颅caj膮c nie moglem wytrzyma膰 z ciekawo艣ci, k艂ad艂em si臋 w cieniu jakiego艣 drzewka i zaczyna艂em czytelnicz膮 uczt臋.

To by艂o ostatnie szcz臋艣liwe lato! Rodzi颅ce wyprawili mi uroczyste dziesi膮te urodzi颅ny. Dosta艂em prezent, o kt贸rym marzy艂em – gr臋 o nazwie 鈥濲ak zosta膰 milionerem鈥. Od c贸rki pana Franciszka, dziesi臋cioletniej Wandzi, dosta艂em pierwszy w 偶yciu bukiet kwiat贸w. Nast臋pny raz zdarzy艂o si臋 to dwa颅dzie艣cia lat p贸藕niej, w dniu mojego 艣lubu z Irenk膮 Rybarsk膮.

Imek

O moim braciszku Imku nie umiem wiele powiedzie膰. Trzy lata to w naszym wieku r贸偶nica ca艂ego pokolenia. Mam wobec niego d艂ug nie do sp艂acenia, tym bardziej 偶e on trudniej znosi艂 r贸偶ne uci膮偶li颅wo艣ci i okupacyjne ograniczenia. Z natury by艂 dzieckiem wra偶liwym, wymagaj膮cym opieki i oparcia. Ja tego nie rozumia艂em i cz臋sto traktowa艂em go jak zawalidrog臋. Mia艂em swoje sprawy, ksi膮偶ki, towarzy颅stwo r贸wie艣nik贸w.

Jego zamordowano bez颅lito艣nie, w komorze gazowej na Majdanku, zanim zd膮偶y艂 zakosztowa膰 偶ycia. Nie wiem, co my艣la艂 w ostatniej chwili. Czy obwinia艂 mnie o to, 偶e nie by艂o mnie tam, gdzie powinienem by艂 by膰? Czy m贸g艂bym go uratowa膰 w ci膮gu dw贸ch lat pobytu w obo颅zach koncentracyjnych, gdybym tego dnia, 2 maja 1943 roku, odwa偶y艂 si臋 przebiec kil颅kadziesi膮t metr贸w, oddzielaj膮cych kolumn臋 m艂odych m臋偶czyzn, przeznaczonych gestem d艂oni esesmana do pracy, od gromady kobiet z dzie膰mi?…

Wojna

Kampania wrze艣niowa na 呕elaznej Mama wr贸ci艂a z Michalina do War颅szawy pod koniec sierpnia 1939 roku. My przyjechali艣my dopiero pierwszego wrze颅艣nia. Przywita艂o nas rozlepione na murach i wystawione w witrynach sklepowych or臋dzie prezydenta Ignacego Mo艣cickiego (Obywatele! Nocy dzisiejszej odwieczny wr贸g nasz rozpocz膮艂 dzia艂ania zaczepne wobec Pa艅stwa Polskiego, co stwierdzam wobec Boga i historii!…), a tak偶e wezwania mobi颅lizacyjne.

Pierwszego lub drugiego dnia wojny ju偶 w Warszawie s艂ycha膰 by艂o warkot samolot贸w i odg艂osy padaj膮cych bomb.Trzeciego wrze艣nia wyprawi艂em si臋 z s膮siadami – Zbyszkiem i Jankiem Sta艅颅czykami – na plac Pi艂sudskiego na wiec poparcia dla decyzji Anglii i Francji o przy颅st膮pieniu do wojny z Niemcami. Entuzjazm by艂 ogromny. Nikt nie w膮tpi艂 w to, 偶e po艂膮czonymi si艂ami uda si臋 szybko t臋 wojn臋 wygra膰. Wracali艣my do domu zm臋czeni, spragnieni, ale szcz臋艣liwi.

Po kilku dniach wojny Niemcy roz颅pocz臋li systematyczne bombardowanie Warszawy, zrzucaj膮c masowo z samolot贸w bomby zapalaj膮ce. Dy偶uruj膮cy na dachu mieszka艅cy wrzucali je do zawczasu przy颅gotowanych balii z wod膮. W przypadku naszego domu okaza艂o si臋, 偶e by艂a to skuteczna metoda. Luftwaffe stosowa艂a r贸wnie偶 bro艅 psychologiczn膮 鈥 spadaj膮c bomby wywo艂ywa艂y przera偶aj膮cy 艣wist.

Nasz dom wydawa艂 si臋 bardzo nara偶o颅ny na bombardowania 鈥 stercza艂 wy偶ej ni偶 okoliczne budynki, u zbiegu trzech ulic. Pierwsze dni sp臋dzili艣my w piwnicy, kt贸ra normalnie s艂u偶y艂a jako sk艂ad na w臋giel. Schodzili艣my tam, gdy og艂aszano alarm. Potem mama poprosi艂a s膮siad贸w, rodzin臋 Koper贸w, kt贸rych wcze艣niej nie zna艂em, by dzieci, czyli ja z bratem, nocowa艂y u nich. Koperowie zajmowali najbardziej reprezen颅tacyjne mieszkanie – na pierwszym pi臋trze od frontu. Zgodzili si臋 na to bez wahania i kilka nocy sp臋dzili艣my na kozetce w ich salonie.

Po kilku dniach rodzice doszli do wnio颅sku, 偶e taka sytuacja nie mo偶e trwa膰 d艂u偶ej i postanowili przenie艣膰 si臋 do szko艂y na 艢liskiej, w kt贸rej pracowali. Moje pierwsze wojenne dramatyczne prze偶ycie to nasz bieg – ob艂adowanych jakimi艣 bambetlami – z 呕elaznej na 艢lisk膮. Po drodze mijali颅艣my p艂on膮ce domy, le偶膮ce martwe konie, przera偶onych, biegn膮cych w r贸偶nych kie颅runkach ludzi. Na 艢liskiej dostali艣my do dyspozycji ca艂膮 sal臋 lekcyjn膮, do kt贸rej wstawiono kilka 艂贸偶ek. Po艣ciel przynie颅艣li艣my ze sob膮. Nudzili艣my si臋 potwornie i dla zabicia czasu grali艣my ca艂ymi dniami w 鈥瀒nteligencj臋鈥. Po kapitulacji wr贸cili艣my do domu, kt贸ry przetrwa艂 bombardowania bez 偶adnych szk贸d. Rozpocz臋艂a si臋 okupacja.

Wyjazd taty

Pierwsze moje wspomnienie okupacyj颅ne 鈥 niemiecki 偶o艂nierz obcinaj膮cy bagnetem brod臋 starszego chasyda. Wok贸艂 t艂umek gapi贸w, raczej zadowolonych z widowiska, s艂ycha膰 zach臋caj膮ce okrzyki. Przera偶ony wr贸ci艂em do domu i opowiedzia艂am, co widzia艂em. Rodzice mnie uspokajali 鈥 to nic, to s膮 frontowi 偶o艂nierze, nieokrzesani i rozbestwieni.

Tata w tym czasie sta艂 godzinami za firank膮 w pokoju jadalnym i patrzy艂 na ulic臋 Prost膮, a tam dzia艂o si臋 nieciekawie. Ja sam by艂em 艣wiadkiem takiej oto sceny 鈥 przed sklepem spo偶ywczym sta艂a ogromna kolejka ludzi. Podjecha艂a wojskowa ci臋偶a颅r贸wka wy艂adowana chlebem, zacz臋艂o si臋 rozdawanie. Kilku m艂odych ludzi 鈥瀦apro颅wadza艂o porz膮dek鈥, to znaczy niekt贸rych brutalnie wyrzucali z kolejki, bili ich i kopali. Domy艣lali艣my si臋, 偶e te represje dotykaj膮 呕yd贸w. R贸wnocze艣nie Niem颅 cy fotografowali ca艂e widowisko. Chleb mo偶na by艂o p贸藕niej kupi膰, oczywi艣cie po paskarskiej cenie.

Kiedy艣 odwiedzi艂 nas najm艂odszy brat taty, J贸zek, i przyni贸s艂 wiadomo艣膰, 偶e jest mo偶liwa za 鈥瀝acjonaln膮 op艂at膮鈥 ucieczka 鈥瀦a Bug鈥, kt贸ry stanowi艂 tymczasow膮 granic臋 podzia艂u Polski mi臋dzy hitle颅rowskimi Niemcami i stalinowsk膮 Rosj膮. Mog膮 zabra膰 tat臋, bo jemu jako stosun颅kowo m艂odemu m臋偶czy藕nie i aktywi艣cie grozi niebezpiecze艅stwo (m贸j tata by艂 bundowcem i dzia艂aczem zwi膮zkowym). J贸zek uspokaja艂, 偶e nam z mam膮 nic powa偶nego sta膰 si臋 nie mo偶e – mamy tu rodzin臋, przyjaci贸艂, mieszkanie, meble… 偶e przecie偶 nie mo偶na tego zostawi膰 na pastw臋 losu! Po naradach rodzice pod颅 j臋li decyzj臋, 偶e tata powinien wyjecha膰.

W kilka dni p贸藕niej pod wiecz贸r pod dom podjecha艂a furmanka. Kilka os贸b ju偶 na niej siedzia艂o. Po偶egnali艣my si臋 z tat膮, nie wiedz膮c, 偶e ju偶 na zawsze! Wo藕nica ponagla艂, mama p艂aka艂a. Tata ob艂adowany walizk膮 i plecakiem usadowi艂 si臋 i furmanka odjecha艂a.

Kim jeste艣? Wiele si臋 zmieni艂o, ale moja przyja藕艅 z bra膰mi Sta艅czykami nadal trwa艂a. Kie颅dy艣 przechodzili艣my obok ma艂ego filatelistycznego sklepu i Zbyszka zainteresowa艂 jaki艣 znaczek na wystawie. Weszli艣my do 艣rodka. Sprzedaj膮cy popatrzy艂 na mnie i po chamsku kaza艂 呕ydziakowi opu艣ci膰 jego sklep. Oczywi艣cie wyszed艂em, bo co mia艂em zrobi膰, ale by艂 to dla mnie szok, bo mimo 偶e wiedzia艂em o szalej膮cym antysemityzmie przed wojn膮 i o ekscesach anty偶ydowskich w okupowanej Polsce, to po raz pierwszy spotka艂em si臋 osobi艣cie z takim przejawem nieskrywanej wrogo颅艣ci.

Nie mog艂em wr贸ci膰 do domu sam, bo nie znalem drogi powrotnej, czeka艂em wi臋c na zewn膮trz na Sta艅czyk贸w. Wtedy podesz艂o do mnie trzech ch艂opc贸w, mniej wi臋cej w moim wieku, z jawnie wrogimi zamiarami. Na pytanie, czy jestem 呕ydem, odpowiedzia艂em: 鈥濼ak, a bo co?鈥. Taka odpowied藕 wprawi艂a ich w zak艂opotanie, bo my艣leli, 偶e b臋d臋 si臋 wypiera艂 i wtedy dadz膮 mi wycisk. Szcz臋艣liwie pojawili si臋 Zbyszek i Janek. To zdarzenie wp艂yn臋艂o na ca艂e moje 偶ycie. Zawsze p贸藕niej stoso颅wa艂em zasad臋: 鈥瀗ie wypieraj si臋 swojego pochodzenia, bo i tak ci to w niczym nie pomo偶e!鈥.

Mama

Mama pracowa艂a jako pos艂ugacz颅ka w szpitalu na Lesznie, r贸g 呕elaznej. W otrzymaniu tej pracy pomog艂y jej przy颅jaci贸艂ki, przewa偶nie nauczycielki, kt贸rych m臋偶owie zachowali jakie艣 stanowiska w Gminie 呕ydowskiej (m.in. Felicja Czer颅niak贸w, nauczycielka i 偶ona przewodnicz膮颅cego Judenratu).

Mama wychodzi艂a rano, wraca艂a wieczorem, ju偶 w ciemno艣ciach. Przynosi艂a ze sob膮 kilka kromek gliniaste颅 go chleba, posmarowanego obficie bura颅czan膮 marmo lad膮. Ja w porze obiadowej przynosi艂em z 偶ydowskiego o艣rodka pomo颅cy spo艂ecznej, mieszcz膮cego si臋 w budyn颅ku szko艂y, w kt贸rej przed wojn膮 pracowali rodzice, mena偶k臋 zupy, kt贸r膮 zjadali艣my z bratem. Kupowali艣my te偶 鈥瀔artkowy鈥 chleb i raz w miesi膮cu kilogram mar颅molady lub sztucznego miodu. Kt贸rego艣 dnia w pierwszych tygodniach okupacji mamie uda艂o si臋 zamieni膰 koszul臋 taty na po艂e膰 s艂oniny, kt贸ry przetopi艂a na smalec. Posmarowany nim chleb stanowi艂 wspa颅nia艂e jedzenie, szczeg贸lnie kiedy dotarli颅艣my do skwarek na dnie garnka.

Kt贸rego艣 wieczoru zim膮 1939 roku cze颅kali艣my na mam臋, kt贸ra o tej porze wraca艂a z pracy. Niepokoili艣my si臋, bo po 呕elaznej wa艂臋sa艂y si臋 bandy wyrostk贸w, kt贸rzy doku颅czali przechodz膮cym 呕ydom, jak mogli, a inwencji mieli du偶o. Nagle us艂yszeli艣my g艂o艣ne walenie w drzwi. Otworzyli艣my, a do mieszkania wesz艂a zap艂akana mama popychana przez dw贸ch niemieckich 偶an颅darm贸w o pot臋偶nej posturze, 鈥瀦 blachami鈥 na piersiach i karabinami na ramionach.na piersiach i karabinami na ramionach. Weszli do naszego pokoju i zamkn臋li drzwi.

Nie wiedzia艂em, co si臋 za nimi dzia艂o. Chodzi艂em nerwowo po pokoju, Imek g艂o颅艣no p艂aka艂. Trwa艂o to jaki艣 czas, mo偶e pi臋tna艣cie – dwadzie艣cia minut, po czym 偶andarmi wyszli. Mama siedzia艂a zap艂aka颅na, w艂osy mia艂a zmierzwione, wida膰 by艂o, 偶e z trudem dochodzi do siebie. Na moje pytanie, co si臋 sta艂o, powiedzia艂a, 偶e sz艂a 呕elazn膮, gdzie dopadli j膮 chuligani i z tylu pr贸bowali zapa艂kami podpali膰 noszone przez ni膮 stare wylinia艂e futro. Jak zoba颅czyli id膮cych z naprzeciwka 偶andarm贸w, zerwali opaski z gwiazd膮 Dawida, kt贸r膮 呕ydzi musieli nosi膰 od grudnia 1939 roku. Krzycz膮c: 鈥濲ude! Jude!鈥 wskazali na mam臋 palcami. A teraz 偶andarmi kazali jej pokaza膰 dokumenty, co艣 zapisali i wyszli. Co si臋 naprawd臋 dzia艂o za zamkni臋tymi drzwiami – nie wiem, nie chc臋 o tym my艣le膰. Cza颅sami mam nocne koszmary i wyobra偶am sobie najgorsze.

Getto przed zag艂ad膮

Franciszka艅ska 6 W pa藕dzierniku 1940 roku Niemcy og艂o颅sili powstanie dzielnicy 偶ydowskiej w War颅szawie. Nasz dom znalaz艂 si臋 poza obr臋bem wyznaczonym dla 呕yd贸w. Znale藕li艣my pol颅sk膮 rodzin臋, kt贸ra musia艂a opu艣ci膰 swoje mieszkanie na ulicy Krochmalnej. Nieste颅ty, nim uzgodnili艣my szczeg贸艂y wymiany, pojawi艂a si臋 jaka艣 kobieta z niemieckim oficerem i kaza艂a nam w ci膮gu dwudziestu czterech godzin opu艣ci膰 mieszkanie, nic nie daj膮c w zamian. Jeszcze dzi艣 s艂ysz臋 jej s艂owa: 鈥濲e艣li przyjd臋 za dwa dni i jeszcze tu b臋dziecie, rozp艂atam wam wszystkim brzuchy鈥

Opuszczenie mieszkania na 呕elaznej by艂o dla nas prawdziwym i bezpowrotnym ko艅cem naszego dotychczasowego 偶ycia. Znale藕li艣my si臋 faktycznie na ulicy. Na szcz臋艣cie mama ub艂aga艂a swoj膮 sio颅str臋, cioci臋 Fryd臋, kt贸ra mieszka艂a sama w wynaj臋tym pokoju, oraz jej gospodarzy, 偶eby tymczasowo wpu艣cili nas do siebie (nawiasem dodam, 偶e to 鈥瀟ymczasowo鈥 trwa艂o oko艂o p贸艂tora roku).

Mama wynaj臋艂a konn膮 platform臋, co nie by艂o 艂atwe ze wzgl臋du na du偶e zapotrzebowanie w te dni na tego typu us艂ugi, zapakowali艣my wszystko, co si臋 da艂o (nawet kilka krzese艂), i ruszyli艣my w drog臋. Nikt nas nie 偶egna艂, nikt nie obrzuca艂 obelgami, po prostu odchodzili艣my w niebyt. Mo偶e by艂a w tym i moja wina, 偶e nie poszed艂em po偶egna膰 si臋 z rodzin膮 Sta艅czyk贸w, z kt贸rych strony zaznali艣my tylko dobra! Przypuszczam, 偶e ba艂em si臋, i偶 mo偶e im z tego powodu grozi膰 jakie艣 niebezpiecze艅stwo, bo wtedy czu艂em si臋 ju偶 jak zad偶umiony.

Ciocia Fryda mieszka艂a sama na Fran颅ciszka艅skiej 6 w wynajmowanym pokoju (jej m膮偶, Maks Belgrad, opu艣ci艂 Warszaw臋 we wrze艣niu 1939 roku). Tragarze wnie艣li baga偶e i byli tacy uprzejmi, 偶e krzes艂a, kt贸颅rych nie by艂o ju偶 gdzie postawi膰, zawiesili nad 艂贸偶kami (pos艂u偶y艂y p贸藕niej za opa艂).

Na Franciszka艅skiej by艂o nam 藕le. Mieszkali艣my w czw贸rk臋 w jednym ma艂ym pokoju, do kt贸rego wej艣cie prowadzi艂o przez kuchni臋 i pok贸j gospodarzy. By艂 on za艂adowany do granic mo偶liwo艣ci, bo poza ma艂偶e艅skim 艂o偶em, w kt贸rym spali颅艣my wszyscy razem, szaf膮, w膮skim sto艂em i dwoma krzes艂ami, sta艂 tam jeszcze piecyk o dw贸ch fajerkach, na kt贸rym gotowali颅艣my jakie艣 jad艂o. Z 贸wczesnego jad艂ospisu pami臋tam ma艂e, 艣mierdz膮ce rybki (sztyn颅ki), kotlety z marchewki, czasami czerni颅n臋 (ko艅ska krew), obrzydliw膮 w smaku i o konsystencji glut贸w. Jedyny kran z wod膮 znajdowa艂 si臋 w kuchni, podobnie jak wej颅艣cie do ubikacji.

呕ycie po zamkni臋ciu getta

Nasza sytuacja materialna pogarsza艂a si臋 z dnia na dzie艅. Na domiar z艂ego Imko颅wi na ulicy zrabowano palto i pobito go (to by艂o 艂adne granatowe palto przygotowane na p贸j艣cie do szko艂y). Teraz nie sta膰 nas by艂o na krawca. Mama ze starej jesionki uszy艂a co艣 podobnego do palta. Imek by艂 nieszcz臋艣liwy, przesta艂 wychodzi膰 nawet na podw贸rze. Ca艂e dnie sp臋dza艂 w domu z cioci膮 Fryd膮.

Nasi gospodarze byli nieprzyjemni, wrogo do nas nastawieni, z trudem nas tolerowali Co by艂o robi膰 – my nie mieli颅艣my gdzie mieszka膰, oni nie mieli z czego 偶y膰. Trzeba przyzna膰, 偶e my, dzieci, byli艣my bardzo dokuczliwymi sublokatorami: szko颅艂y nie by艂o, kr臋cili艣my si臋 przez ca艂y dzie艅 mi臋dzy mieszkaniem i podw贸rzem. Bo 偶ycie m艂odzie偶y koncentrowa艂o si臋 na podw贸rzu. Przewa偶nie przebywa艂y tam dzieci sta艂ych lokator贸w kamienicy, na og贸艂 z zamo偶nych dom贸w, jeszcze zadbane, szczeg贸lnie dziew颅cz臋ta – inteligentne i dowcipne. By艂y w艣r贸d nich trzy Lilki: Lilka Fajn, Lilka Ginzburg i Lilka Perelmuter (my艣l臋, 偶e 偶adna z nich nie prze偶y艂a Zag艂ady).

My 偶yli艣my na granicy n臋dzy z ci膮g艂ym uczuciem g艂odu, ale nie byli艣my jeszcze w艣r贸d najbardziej upo艣ledzonych. Do war颅szawskiego getta z niemieckim konwojem pod broni膮 ci膮gn臋艂y z okolic pochody 呕yd贸w spoza Warszawy. Kierowano tych biedak贸w do nieczynnych szk贸艂, kin czy synagog i wsz臋dzie tam, gdzie mogli zna颅le藕膰 dach nad g艂ow膮 i wyrko. Sale te szyb颅ko pustosza艂y, ich tymczasowi mieszka艅cy wymierali masowo, a ich cia艂a wyrzucano na ulice.

Kt贸rego艣 dnia jedna z trzech Lilek, nie pami臋tam kt贸ra, rzuci艂a my艣l, 偶eby pom贸c n臋dzarzom, gnie偶d偶膮cym si臋 w nieczyn颅nej b贸偶nicy na G臋siej. Postanowili艣my zebra膰 troch臋 pieni臋dzy, kupi膰 za nie kilka bochenk贸w chleba i zanie艣膰 je potrzebu颅j膮cym. Cho膰 my z mam膮 nie mieli艣my praktycznie nic, co mo偶na by艂o spieni臋颅 偶y膰, ub艂aga艂em j膮, 偶eby da艂a mi chocia偶 najmniejsz膮 sum臋. Za zebrane pieni膮dze kupili艣my dwa lub trzy bochenki chle颅ba. Z tym chlebem poszli艣my do miejsca przeznaczenia.

Na to,co tam zobaczy颅艂em, nie potrafi臋 znale藕膰 w艂a艣ciwych s艂贸w. Olbrzymia sala zape艂niona trzypi臋trowymi narami. Zamiast po艣cieli jakie艣 ga艂gany. Na ka偶dej pryczy le偶a艂y dwie osoby, stercza艂y straszliwie opuchni臋te nogi. Ludzie le偶eli apatyczni, ju偶 nic, nawet widok i zapach chleba, do nich nie dociera艂o.Nie starcza艂o im si艂, 偶eby po ten chleb si臋gn膮膰. Strasz颅liwy smr贸d niemytych cia艂, ekskrement贸w, uryny. Tym ludziom nie mo偶na ju偶 by艂o pom贸c. Zostawili艣my chleb i wybiegli艣my, wstrzymuj膮c z trudem wymioty.

Goniec w Gminie

My utrzymywali艣my si臋 z pracy mamy (dosta艂a prac臋 w CENTOS-ie) oraz z wyprzeda偶y posiadanych rzeczy, przede wszystkim garderoby taty. Ciocia Fryda mia艂a walizk臋 wype艂nion膮 towarami, kt贸颅rymi handlowa艂 jej m膮偶 – by艂y to ubrania we艂niane wysokiej jako艣ci. Co pewien czas ciocia wyci膮ga艂a z walizki jakie艣 r臋kawicz颅ki, szalik lub sweterek i sprzedawa艂a na ulicy lub na bazarze.

Ale nasza sytuacja materialna pogarsza艂a si臋 dos艂ownie z dnia na dzie艅. 呕eby j膮 jako艣 poprawi膰, mama postara艂a si臋 o prac臋 w Gminie dla mnie. W tej sprawie zwr贸ci艂a si臋 do swojej przy颅jaci贸艂ki, pani Horensztajn, r贸wnie偶 nauczy颅cielki z zawodu. Jej m臋偶em by艂 Szmul Horensztajn, 贸wczesny kierownik Wydzia颅艂u Szkolnego Gminy (szk贸l oczywi艣cie nie by艂o, lub prawie nie by艂o, ale odpowiedni wydzia艂 by艂). Zosta艂em tam zatrudniony jako goniec. Ca艂y wydzia艂 liczy艂 oko艂o dzie颅si臋ciu os贸b, w tym chyba trzech go艅c贸w. Mie艣ci艂 si臋 on w budynku Gminy na pierw颅szym pi臋trze z frontu. By艂em najm艂odszy w tym towarzystwie i chyba najmniej usto颅sunkowany. Jako goniec nie mog艂em si臋 wykaza膰, bo prawie 偶adnej korespondencji wydzia艂 nie prowadzi艂.

Wprawdzie w getcie istnia艂o jakie艣 prywatne, tajne szkolnictwo, ale nie mia艂o ono 偶adnego zwi膮zku z dzia颅艂alno艣ci膮 Wydzia艂u Szkolnego. Do moich obowi膮zk贸w nale偶a艂o przyj艣cie rano przed wszystkimi, zamiecenie pod艂ogi, a zim膮 (1941/1942) – rozpalanie ognia w piecyku, popularnie zwanym 鈥瀔oz膮鈥. 呕eby dotrze膰 z Franciszka艅skiej (a p贸藕niej – Zamenhofa) na Grzybowsk膮 na godzin臋 贸sm膮, musia艂em wstawa膰 po ciemku, 偶eby zd膮偶y膰 przej艣膰 cale prawie getto – z p贸艂nocy na po艂udnie.

Po drodze codziennie mija艂em kilkana艣cie cia艂, przera藕liwie chudych, nagich, przy颅 krytych gazetami, spod kt贸rych wystawa艂y chorobliwie opuchni臋te i owrzodzone nogi. W艣r贸d trup贸w szczeg贸lnie du偶o by艂o dzieci. Po drodze mija艂 mnie w贸z pogrzebowy, ci膮颅gni臋ty przez kilku m臋偶czyzn, kt贸rzy bezce颅remonialne zbierali le偶膮ce na ulicy zw艂oki. Na cmentarzu wrzucano je do zbiorowych mogi艂 (wiedzia艂em, 偶e zmar艂ych wyrzucano na ulic臋, bo nikt z bliskich nie m贸g艂 op艂a颅ci膰 im normalnego pogrzebu).

Zamenhofa 58

Gdy kolejna zmiana granic getta zn贸w pozbawi艂a nas mieszkania, schronienia udzieli艂a nam bratowa ojca, Sala Guten颅baum. Mieszkanie znajdowa艂o si臋 na ulicy Zamenhofa 58. Ciocia Sala z c贸rkami przenios艂y si臋 do dobrze zabezpieczonej przed w艂amaniami obszernej piwnicy pod sklepem, kt贸rego byli w艂a艣cicielami. Dla nas by艂 to dar na wag臋 偶ycia, bo grozi艂 nam przytu艂ek dla bezdomnych, sk膮d si臋 ju偶 偶ywym nie wychodzi艂o.

Przeprowadzi颅li艣my si臋 wraz z dwiema siostrami mamy – z Fryd膮, a tak偶e z Chaj膮 Balanowsk膮 – do mieszkania w oficynie, gdzie mieszkali niegdy艣 moi dziadkowie. To by艂 budynek naro偶ny przy skrzy偶owaniu Zamenhofa z ulic膮 Stawki. Miejsce nie by艂o zbyt bezpieczne, bo znajdowa艂o si臋 w zasi臋gu wzroku 偶andarm贸w pilnuj膮cych nieod颅leg艂ej 鈥瀢achy鈥. Kamienica s膮siadowa艂a z Umschlagplatzem.

呕eby nieco zwi臋kszy膰 nasze dochody, podj膮艂em si臋 dodatkowej pracy. Mianowi颅cie Niemcy od czasu do czasu nak艂adali na Gmin臋 kontrybucj臋 pieni臋偶n膮, na kt贸r膮 musieli sk艂ada膰 si臋 mieszka艅cy. Zawia颅domienia o sumach, kt贸re powinni byli wp艂aca膰, trzeba by艂o dostarcza膰 do adre颅sat贸w. Wynagrodzenie obliczano wed艂ug liczby dor臋czonych nakaz贸w. Okaza艂o si臋 jednak, 偶e by艂a to paskudna robota. Adre颅sy by艂y cz臋艣ciowo nieaktualne, trudno by艂o trafi膰 pod w艂a艣ciwy, klatki schodowe by艂y ciemne i brudne.

Chodzi艂em po nich przy艣wiecaj膮c sobie 艣wiec膮. Jak si臋 ju偶 tra颅fi艂o do w艂a艣ciwego odbiorcy, ten z regu艂y odmawia艂 przyj臋cia i podpisania odbioru. Ca艂y 偶al za z艂y los skrupia艂 si臋 wtedy na trzynastoletnim pos艂a艅cu. Dobrze, 偶e nikt mnie nie pobi艂. Po kilkunastu dniach zrezygnowa艂em z tego dodatkowego zaj臋颅cia, g艂贸wnie dlatego, 偶e zarobek z niego by艂 bardziej ni偶 mizerny. P贸藕niej dowie颅 dzia艂em si臋, 偶e inni nie przejmowali si臋 zbytnio tym, czy nakaz dotar艂 do adresata, czy nie, i wsuwali go pod drzwi, a podpisy podrabiali. Ja na to nie wpad艂em!

WIELKA AKCJA. Numerek na 偶ycie

23 lub 24 lipca 1942 roku wyszed艂em rano do pracy i zobaczy艂em robotnik贸w rozklejaj膮cych nekrologi z zawiadomieniem o [samob贸jczej] 艣mierci Adama Czerniako颅wa, prezesa Gminy 呕ydowskiej w warszaw颅skim getcie. Znana by艂a przyczyna tego aktu 鈥 nie chcia艂 zgodzi膰 si臋 na podpisanie rozporz膮dzenia o 鈥瀌eportacji na Wsch贸d鈥.

Jednego z pierwszych dni akcji posze颅d艂em do Gminy, 偶eby otrzyma膰 nale偶ne mi jeszcze wynagrodzenie za roznoszenie nakaz贸w p艂atniczych i po plakietk臋 na szyj臋 (pocz膮tkowo pracownikom Gminy, a wi臋c i mnie, przys艂ugiwa艂 鈥瀗umerek 偶ycia鈥, kt贸ry nosi艂o si臋 zawieszony na szyi). Uda艂o mi si臋 dosta膰 jak膮艣 skromn膮 sum臋 i zadowolony wraca艂em do domu. Z daleka zauwa偶y艂em, 偶e na Zamenhofa co艣 si臋 dzieje 鈥 偶ydowscy policjanci wyci膮ga颅j膮 z dom贸w mieszka艅c贸w i pomagaj膮c sobie palkami 艂aduj膮 ich na stoj膮c膮 obok platfor颅m臋 konn膮, kt贸rej pilnuj膮 偶o艂nierze w czar颅nych mundurach.

Ja by艂em dosy膰 daleko od tego miejsca, przy kt贸rym to wszystko si臋 dzia艂o, mog艂em 艂atwo zawr贸ci膰 i uciec, przekonany jednak, 偶e m贸j glejt poskutku颅je, ruszy艂em do przodu, trzymaj膮c w r臋ku legitymacj臋 pracownika Gminy. Gdy si臋 zbli偶y艂em do miejsca akcji, doskoczyli do mniej dwaj 偶ydowscy policjanci i zacz臋li ci膮gn膮膰 w kierunku platformy. Na nic si臋 nie zda艂y moje protesty, dosta艂em jeszcze pa艂k膮 po plecach. I w tym momencie zadzia艂a艂 jaki艣 instynkt 鈥 niewiele my艣l膮c, wyci膮gn膮艂em z kieszeni zwitek z pieni臋dz颅mi, kt贸re p贸l godziny temu dosta艂em, ukradkiem wsun膮艂em go do r臋ki jednemu z mocuj膮cych si臋 ze mn膮 policjant贸w. I to poskutkowa艂o. Policjanci mnie pu艣cili, co艣 krzycz膮c w kierunku umundurowanych, prawdopodobnie jakie艣 wyt艂umaczenie. Ja na uginaj膮cych si臋 nogach poszed艂em, niby spokojnie, dalej. By艂 to pierwszy moment, gdy otar艂em si臋 bezpo艣rednio o 艣mier膰.

Kryj贸wka na strychu

Od tego dnia nie wierzyli艣my ju偶 w 偶adne numerki i zapewnienia o ograniczonym zakresie deportacji.S膮siad z najwy偶szego pi臋tra naszej kamienicy na Zamenhofa 58 zgodzi艂 si臋 przyj膮膰 nas do swojej kryj贸wki. Mia艂 mansard臋 pe艂n膮 p贸艂ek ustawionych wzd艂u偶 艣cian. Sta艂y na nich r贸偶ne szklane wyroby: kolby i retorty o niekonwencjonalnych kszta艂颅tach, a tak偶e kosze pe艂ne szklanych odpa颅d贸w. Jedn膮 z tych p贸lek mo偶na by艂o przesu颅wa膰, zar贸wno z zewn膮trz, jak i z wewn膮trz. Maskowa艂a ona wej艣cie do niewielkiego pomieszczenia, w kt贸rym mog艂o si臋 ukry膰 kilka os贸b (podejrzewam, 偶e kryj贸wka s艂u颅偶y艂a wcze艣niej do jakiej艣 innej dzia艂alno艣ci, kt贸r膮 nale偶a艂o ukry膰). W pomieszczeniu by艂a woda z kranu i w膮skie okienko, kt贸re wychodzi艂o na Umschlagplatz. Stamt膮d dochodzi艂y do nas odg艂osy strza艂贸w i krzy颅ki, szczeg贸lnie podczas 艂adowania ludzi do wagon贸w towarowych. Kt贸rego艣 dnia mama zauwa偶y艂a, 偶e do wagon贸w wprowa颅dzaj膮 Korczaka z dzie膰mi.

W naszej kryj贸wce sp臋dzali艣my prak颅tycznie ca艂e dni. Bardzo dokucza艂 nam upal i doskwiera艂 g艂贸d. Dni przechodzi颅艂y zgodnie z rytmem wyznaczanym przez oprawc贸w聽鈥 rano oni wchodzili do getta my wchodzili艣my do kryj贸wki, wieczo颅rem oni, po pracowitym dniu, wychodzili z getta i my wychodzili艣my.

Pod koniec sierpnia zdarzy艂o si臋 co艣, co zmusi艂o nas do opuszczenia kryj贸wki. Kto艣 z ukrywaj膮cych si臋 poruszy艂 oknem. Widocznie promie艅 s艂o艅ca odbi艂 si臋 od szyby, bo zauwa偶ono to na Umschlagplatzu i stamt膮d pad艂o kilka strza艂贸w. P臋k艂a szyba, wzbi艂 si臋 potworny kurz. My w pop艂ochu opu艣cili艣my kryj贸w颅k臋. Po tym incydencie s膮siad stwierdzi艂, 偶e nie mo偶e d艂u偶ej nas ukrywa膰, bo mog膮 go oskar偶y膰 o pr贸b臋 dywersji. Sam znalaz艂 dla siebie kryj贸wk臋 za kominem, za kt贸rym by艂 z zewn膮trz niewidoczny. My zn贸w zostali颅艣my na lodzie.

Kocio艂 na Niskiej

Kt贸rego艣 ranka we wrze艣niu wybra艂em si臋, 偶eby wymieni膰 na co艣 do jedzenia fla颅nelow膮 koszul臋 taty, ostatni膮 rzecz, kt贸ra nam po nim pozosta艂a. By艂a to jego ulu颅biona koszula – sportowa, w krat臋, z domi颅nacj膮 koloru czerwonego. Pami臋tam j膮 tak dobrze, jakby to by艂o wczoraj. Ale powr贸t do domu okaza艂 si臋 ju偶 niemo偶liwy. Rozpocz膮艂 si臋 tzw. kocio艂 na Niskiej, obejmuj膮cy domy w obr臋bie ulic: G臋siej, Stawki i Zamenho颅fa, a wi臋c i nasz dom. Ukry艂em si臋 w jednej z bram i stamt膮d, wraz z kilkoma innymi osobami, znajduj膮cymi si臋 w podobnej do mojej sytuacji, obserwowa艂em wydarzenia. Trwa艂o to kilka godzin, kt贸re nale偶膮 do najgorszych w moim 偶yciu. Wreszcie pod wiecz贸r oprawcy opu艣cili getto.

Pobieg艂em do domu jak szalony, wpad艂em na podw贸颅rze przez otwart膮 na o艣cie偶 bram臋. Pokryte by艂o ono po kostki pierzem, unosz膮cym si臋 przy lada podmuchu. Dom by艂 jak wymar颅艂y, 偶adnego odg艂osu. Wbieg艂em na klatk臋 schodow膮 – drzwi do mieszka艅 albo by艂y otwarte, albo straszy艂y wyr膮banymi w nich dziurami. W naszych drzwiach – dziura. Wpad艂em do 艣rodka z krzykiem: Mamo, mamo, Imek! W mieszkaniu panowa艂 total颅ny ba艂agan, szuflady pootwierane, wsz臋dzie pe艂no pierza z rozprutych poduszek. Jednak kto艣 by艂 鈥 mama rozczochrana wysz艂a spod 艂贸偶ka i pobieg艂a do wiklinowego kosza na brudn膮 bielizn臋, sk膮d wygrzeba艂a umoru颅sanego i zap艂akanego Imka. Wszyscy zacz臋颅li艣my p艂aka膰, obejmowa膰 si臋, ca艂owa膰. Ale cioci Frydy i cioci Chai nie by艂o – zabrali! Pobieg艂em sprawdzi膰, co si臋 dzieje z Sal膮 i dzie膰mi. Ich piwnic臋 zasta艂em otwart膮. Nikogo nie by艂o – zabrali… Zostali艣my sami.

PO AKCJI. Poszukiwanie mieszkania

Teraz nale偶eli艣my z mam膮 i Imkiem do 鈥瀗ielegalnych鈥 – uratowali艣my 偶ycie, ale nie mieli艣my 偶adnych 艣rodk贸w utrzy颅mania, 偶adnych zasob贸w. Zamieszkali艣my na Zamenhofa 29, w mieszkaniu dalekiej krewnej ojca (teraz mieszka艅 w getcie by艂o w br贸d, mo偶na by艂o wybiera膰). Sk艂ada艂o si臋 ono z kuchni i dw贸ch pokoj贸w w amfi颅ladzie. Wej艣cie do drugiego pokoju masko颅wa艂 ci臋偶ki kredens, kt贸rego tyln膮 艣ciank臋 mo偶na by艂o przesuwa膰. Taka kryj贸wka by艂a 艣miechu warta, nie ochroni艂a przecie偶 poprzednich lokator贸w, ale nic lepszego nie mieli艣my.

Wprawdzie w getcie budo颅wano tak偶e i zmy艣lne schrony, czasami nawet z dost臋pem do bie偶膮cej wody i sieci kanalizacyjnej, ale na to trzeba by艂o mie膰 du偶o pieni臋dzy. My nie mieli艣my nawet na skromne jedzenie. Od g艂odu ratowa艂a nas skrzynka z kilkoma butelkami spirytusu, kt贸ry w swoim czasie otrzymywa艂a ciocia Chaja jako przydzia艂 dla s艂u偶by zdrowia i trzyma艂a 鈥瀗a czarn膮 godzin臋鈥. Butel颅ki sta艂y, czym艣 przykryte, na pawlaczu w poprzednim naszym mieszkaniu i jakim艣 cudem nie zosta艂y zauwa偶one podczas pl膮颅drowania. Teraz zosta艂y odnalezione przez nas (niestety, ciocia nie doczeka艂a).

Nasze bytowanie toczy艂o si臋 w skrajnie trudnych warunkach. Nie by艂o pr膮du, nie by艂o bie颅偶膮cej wody, nie by艂o ogrzewania, nie by艂o co – i nie by艂o jak – gotowa膰. Wod臋, kt贸ra w nocy zamarza艂a, przynosi艂o si臋 z piwnicy w kub艂ach. Pozosta艂y mi w pami臋ci ciek颅n膮ce po 艣cianach srebrzyste smugi zama颅rzaj膮cej wilgoci.

Z czego 偶y膰?

Niedaleko, na Zamenhofa 19, znajdo颅wa艂a si臋 nowa siedziba Gminy (Niemcy dokonali kolejnej zmiany granic getta, tym razem pozostawili w nim cz臋艣膰 na p贸艂noc od ulicy Leszno). Poszed艂em tam. Zasta艂em pe艂ny rozgardiasz, nikogo z krz膮taj膮cych si臋 tam ludzi nie znalem, nikt nie mia艂 do mnie g艂owy, ka偶dy mia艂 swoje zmar颅twienia. W drodze powrotnej spotka艂em znajomego, Lutka Rotblata. Ucieszy艂 si臋 na m贸j widok. Powiedzia艂em mu o naszych k艂opotach. Lutek poradzi艂, 偶ebym poszed艂 na Muranowsk膮 44, gdzie mieszka艂a jego matka, Maria Rotblat, i gdzie znajdowa艂 si臋 sklep, w kt贸rym mogli zaopatrywa膰 si臋 pra颅cownicy Gminy.

Pocz膮tkowo nie moglem trafi膰, bo sklep by艂 od ulicy na g艂ucho zamkni臋ty i zaryglowany 偶elaznymi szta颅bami. Wej艣cie by艂o od podw贸rza. Najpierw by艂o ciemne pomieszczenie, w kt贸rym le偶a颅 艂y sterty marchewek, burak贸w i brukwi. Za nim by艂 w艂a艣ciwy sklep, na kt贸rego p贸艂kach sta艂y tekturowe sze艣cienne pude艂ka ze sztucznym miodem i buraczan膮 mar颅molad膮. Powo艂a艂em si臋 na Lutka i, o dziwo, zosta艂em przyj臋ty do pracy. Polega艂a ona na wydawaniu le偶膮cych w stertach jarzyn na podstawie karteczek, na kt贸rych zapi颅sana by艂a zap艂acona suma i nazwa zakupu. W ten spos贸b sta艂em si臋 鈥瀕egalny鈥, gdy偶 kierownik sklepu mia艂 odpowiednie papie颅ry 艣wiadcz膮ce o tym, 偶e pracuj膮cy tu ludzie maj膮 prawo przebywa膰 w getcie.

Mimo 偶e asortyment produkt贸w by艂 bardzo ograniczony, nie grozi艂a ju偶 nam 艣mier膰 g艂odowa, bowiem tym, co by艂o na sk艂adzie, mog艂em 偶ywi膰 si臋 bez ogranicze艅. Mog艂em te偶 zabra膰 ze sob膮 do domu tyle, ile mie艣ci艂o si臋 w moich kieszeniach. Dzieci w getcie by艂o ju偶 wtedy ma艂o. By膰 mo偶e dlatego ja, trzynastoletni w贸wczas, do艣wiadcza艂em bezinteresownej serdeczno艣ci ze strony wielu obcych mi ludzi. Przecie偶 du偶a cz臋艣膰 pozosta艂ych przy 偶yciu 呕yd贸w dopiero co straci艂a swoje w艂asne dzieci.

Kt贸rego艣 dnia do sklepu wszed艂 kuzyn mojego kolegi ze szko艂y, Janka Feichenfelda. Mia艂 na sobie ubranie typowego plac贸wkarza 鈥 jaka艣 czapa na g艂owie, palto przepasane paskiem, torba przewieszona przez rami臋. Przyni贸s艂 karteczk臋 na zni颅kom膮 ilo艣膰 marchwi. Wrzuci艂em mu jej dotorby tyle, ile si臋 mie艣ci艂o. Zreszt膮 innym te偶 nie 偶a艂owa艂em.

Szybko si臋 zorientowa艂em, 偶e ten ca艂y sklep by艂 鈥瀙rzykrywk膮鈥 dla grupy skoszarowanych w domu cz艂onk贸w Akiby, kt贸rej przyw贸dc膮 by艂 Lutek Rotblat (Lutka zna艂em osobi艣cie, bo zna艂y si臋 nasze matki – obie by艂y nauczycielkami. Poza tym mia颅艂em z nim kontakt w czasie mojej pracy w Wydziale Szkolnym Gminy, gdzie odwie颅dza艂 jednego ze swoich wsp贸艂towarzyszy z Akiby, Edwina Weissa).

呕ydzi, kt贸rzy pozostali w getcie po 鈥瀢ielkiej akcji鈥, tworzyli zupe艂nie inny sk艂ad spo艂eczny, mentalny i polityczny w por贸wnaniu z p贸艂milionow膮 ludno艣ci膮 getta przed wysiedleniem. Teraz przewa颅偶ali w nim ludzie m艂odzi, w stosunkowo dobrej kondycji fizycznej i przede wszyst颅kim – 艣wiadomi tego, co ich czeka, gdy dostan膮 si臋 w niemieckie 艂apy. Zaktywizo颅wa艂 si臋 ruch oporu, gromadzona by艂a bro艅, mno偶y艂y si臋 akty sabota偶u i zamachy na niemieckich kolaborant贸w, przede wszyst颅kim na szef贸w 偶ydowskiej policji, kt贸rzy odegrali haniebn膮 rol臋 podczas 鈥瀢ielkiej akcji鈥. Posz艂y na bok r贸偶nice polityczne, powsta艂a 呕ydowska Organizacja Bojo颅 wa, w sk艂ad kt贸rej wchodzili syjoni艣ci, bundowcy, komuni艣ci. 呕OB decydowa艂a o 偶yciu 偶ydowskiej ulicy.

Handel papierosami

Nasze z mam膮 i Imkiem 偶ycie na 鈥瀌ie颅cie marchewkowej鈥 nie trwa艂o d艂ugo. Na pocz膮tku stycznia 1943 roku przyszed艂em rano do pracy i zasta艂em sklep zamkni臋颅ty. Okaza艂o si臋, 偶e pan kierownik zabra艂 poprzedniego dnia wszystkie pieni膮dze z kasy i ulotni艂 si臋. Sklep zlikwidowano. Zn贸w zostali艣my bez 艣rodk贸w do 偶ycia.

Mama mo偶e i znalaz艂aby miejsce w jednym z szop贸w, bo by艂a manualnie bar颅dzo zdolna, ale, po pierwsze nie wierzy艂a Niemcom, a po drugie wi膮za艂oby si臋 to z zostawieniem nas z lmkiem na pastw臋 losu. Musia艂em wi臋c ja co艣 wymy艣li膰. Postanowi艂em zaj膮膰 si臋 handlem papie颅rosami. M贸j kapita艂 obrotowy to by艂y 3-4 paczki papieros贸w i troch臋 zapa艂ek, kt贸re kupowa艂em wieczorami, gdy wracali 鈥瀙lac贸wkarze鈥, oczywi艣cie je偶eli w ci膮gu dnia uda艂o mi si臋 co艣 sprzeda膰.

Miejscem mojego 鈥瀒nteresu鈥 by艂a brama domu przy ul. Muranowskiej 44. Zna艂em ten dom dobrze, a tak偶e r贸偶ne przej艣cia do okolicz颅nych budynk贸w, wiedzia艂em, kt贸re miesz颅kania stoj膮 puste, wreszcie w tym domu mieszka艂 Lutek Rotblat i grupa Akiby. Sta艂em tu przez ca艂y dzie艅 w bramie, papierosy trzymaj膮c w ba艅ce na mleko, ukrytej w schowku za bram膮. Na wierzch k艂ad艂em pajdk臋 chleba z nie艣mierteln膮 buraczan膮 marmolad膮 (by艂 to m贸j obiad). G艂贸wny problem polega艂 na tym, 偶e w tym czasie w ci膮gu dnia w getcie nikt nie mia艂 prawa przebywa膰, bo oficjalnie wszyscy powinni by膰 w pracy. Ale wiele os贸b prze颅 bywa艂o tu nielegalnie i to oni w艂a艣nie byli moimi klientami.Gnani g艂odem nikoty颅nowym ukradkiem przemykali do mojej bramy, wysup艂ywali jakie艣 grosze i kupo颅wali z regu艂y po 2-3 papierosy. Zarobek by艂 mizerny, ale pozwala艂 utrzyma膰 przy 偶yciu nasz膮 tr贸jk臋. Najgorsi dla mnie byli ci, kt贸rzy chcieli bra膰 na kredyt. Nigdy si臋 na to si臋 nie zgadza艂em, powtarzaj膮c 鈥 鈥瀌asz na kredyt – stracisz klienta鈥.

Ulicami kr膮偶y艂y riksze z rozparty颅 mi w nich okupantami,kt贸rzy ka偶dego spotykanego legitymowali. Kto nie mia艂 odpowiedniego papierka, dowodz膮cego, 偶e pracuje dla Trzeciej Rzeszy, by艂 likwi颅dowany bez pardonu. Poza oficjalnymi patrolami po getcie kr膮偶yli maruderzy, kt贸rzy dzia艂ali na w艂asn膮 r臋k臋, chc膮c si臋 ob艂owi膰. Ja mia艂em w razie niebezpie颅cze艅stwa przygotowan膮 drog臋 ucieczki do s膮siedniego domu, przez opuszczone mieszkania. Jednak raz nie uda艂o mi si臋 uciec i z艂apa艂 mnie niemiecki podoficer Luftwaffe, kt贸ry chwyci艂 mnie za kark, wyci膮gn膮艂 z kabury pistolet, przy艂o偶y艂 mi go do skroni i miotaj膮c przekle艅stwa, zacz膮艂 mnie rewidowa膰. Ja nawet si臋 specjalnie nie ba艂em. By艂em pewien, 偶e mnie zastrzeli i my艣la艂em tylko o tym, czy mama znajdzie moje zw艂oki i czy b臋dzie wiedzia颅艂a, gdzie mnie szuka膰, gdy nie zjawi臋 si臋 wieczorem w domu. Na moje szcz臋艣cie m贸j prze艣ladowca by艂 zwyczajnym maruderem, kt贸ry wybra艂 si臋 do getta po 艂atwy 艂up. U mnie znalaz艂 naderwan膮 paczk臋 papieros贸w, kt贸r膮 sobie oczywi艣cie przy颅w艂aszczy艂, da艂 kopniaka i poszed艂 szuka膰 innej ofiary.

Druga faza wysiedlania

Druga faza wysiedlenia nast膮pi艂a na pocz膮tku 1943 roku. 18 stycznia oddzia艂y niemieckie wkroczy艂y ponownie do getta w celu wywiezienia do Treblinki resztek warszawskich 呕yd贸w.Tym razem jednak powita艂y ich strza艂y. Akcja trwa艂a tydzie艅. My przy ka偶dym sygnale o pojawianiu si臋 prze艣ladowc贸w chowali艣my si臋 do wspo颅mnianego ju偶 zamaskowanego pokoju za kredensem.

Niemcy mieli zwyczaj zaczy颅na膰 akcj臋 wezwaniem: 鈥濧lle Juden herunter,鈥 co zawsze dawa艂o troch臋 czasu na ukrycie si臋. Ja mia艂em jeszcze jedn膮 kryj贸wk臋 – w ubikacji by艂 pawlacz zastawiony oszklo颅nymi ramami okiennymi, pozosta艂o艣膰 po jakim艣 dawnym remoncie. Za te ramy, po wci膮gni臋ciu si臋 na r臋kach, mog艂em si臋 ukry膰. Wed艂ug mamy ta kryj贸wka by艂a pewniejsza ni偶 pok贸j za kredensem. Jednak偶e nie bardzo chcia艂em si臋 tam chowa膰 鈥 trzeba by艂o kilka godzin sie颅dzie膰 prawie bez ruchu. Ponadto pod艂oga w ubikacji by艂a pokryta warstw膮 trocin, w kt贸rych by艂o pe艂no pche艂. Siedzie膰 bez ruchu i by膰 k膮sanym przez pch艂y to by艂o ponad moje si艂y. Tote偶 skorzysta艂em z opisanej kryj贸wki jedynie dwa albo trzy razy. Wola艂em kry膰 si臋 za kredensem.

Z pobytu w tej kryj贸wce mam jeszcze jedno wspomnienie: askarysi czy inni niemieccy pomagierzy, je艣li uda艂o im si臋 odna颅le藕膰 jakie艣 niemowl臋, k艂adli je p艂acz膮ce na podw贸rzu i czyhali na tych, kt贸rzy si臋 nad nim ulituj膮. Tak by艂o i w naszym przypad颅ku. Kt贸rego艣 dnia na podw贸rzu rozleg艂 si臋 p艂acz ma艂ego dziecka, kt贸ry trwa艂 godzin臋 lub dwie. Dziecko p艂aka艂o przera藕liwie, ale nikt do niego nie wyszed艂. Okaza艂o si臋 p贸藕niej, 偶e rodzic贸w zastrzelono, a dziecko potraktowano jako przyn臋t臋. Z przebiegu wydarze艅 wynika, 偶e Niem颅cy nie spodziewali si臋 oporu i nie byli przygotowani do podj臋cia walki. Po kilku dniach wstrzymali akcj臋.

Akiba

Po styczniowej akcji sytuacja w getcie zmieni艂a si臋 ca艂kowicie. 呕OB przeprowadzi艂 kilka udanych zamach贸w na szef贸w 偶ydow颅skiej policji: Szery艅skiego i jego zast臋pc臋, Jakuba Lejkina, i na innych 偶ydowskich kolaborant贸w. By艂y r贸wnie偶 przeprowa颅dzane akty sabota偶u; podpalono fabryk臋 szczotek, kt贸ra doszcz臋tnie sp艂on臋艂a. 呕OB oraz 呕ydowski Zwi膮zek Wojskowy prze颅prowadzi艂y kilka akcji 鈥瀝ewindykacyjnych鈥 przeciwko Gminie oraz bajecznie bogatym 鈥瀔r贸lom szmuglu鈥. Za zdobyte pieni膮dze kupowano bro艅, fabrykowano 鈥瀔oktajle Mo艂otowa鈥. Getto szykowa艂o si臋 do walki i do biernego oporu. Kto mia艂 za co, budo颅wa艂 schrony i bunkry. P贸藕niejsze wyda颅rzenia pokaza艂y, 偶e mimo siatki agent贸w i kolaborant贸w Niemcy nie wiedzieli, co si臋 w getcie dzieje.

Ja w tych dzia艂aniach mia艂em sw贸j skromny udzia艂. Nadal utrzymywa艂em rodzin臋 ze sprzeda偶y papieros贸w, dy偶uru颅j膮c w tej samej bramie, a r贸wnocze艣nie mia艂em kontakt z grup膮 Lutka Rotblata, Akib膮. Jak ju偶 wspomina艂em, mieli oni swoj膮 siedzib臋 w tym samym domu, w kt贸颅rym ja sprzedawa艂em papierosy. Teraz wykonywa艂em dla nich r贸偶ne zadania. W szczeg贸lno艣ci polecono mi sygnalizowa膰 pojawienie si臋 kogo艣 podejrzanego, gdy w kwaterze grupy odbywa艂y si臋 zebrania.

Kt贸rego艣 dnia skontaktowa艂 si臋 ze mn膮 jaki艣 m臋偶czyzna i powo艂uj膮c si臋 na Lutka poprosi艂 o obserwacj臋 Alfreda Nossiga, kt贸ry mieszka艂 w s膮siednim domu. Nossiga 艂atwo by艂o rozpozna膰, bo nosi艂 d艂ug膮 siw膮 brod臋, co w getcie by艂o rzadko艣ci膮. Popro颅szono mnie, 偶ebym obserwowa艂, jaki jest rozk艂ad dnia Nossiga, o kt贸rej wychodzi, kiedy wraca, czy chodzi sam, czy te偶 kto艣 mu towarzyszy. By艂em szcz臋艣liwy, 偶e mog臋 w czym艣 pom贸c Lutkowi i robi艂em to, o co mnie prosi艂. Trwa艂o to kilkana艣cie dni. Kt贸rego艣 dnia co艣 si臋 zacz臋艂o dzia膰 wok贸艂 domu, w kt贸rym mieszka艂 Nossig. Okaza艂o si臋, 偶e nad ranem (by艂o to 27 lutego 1943 roku) z wyroku 呕ydowskiej Organizacji Bojowej zosta艂 on zastrzelony. Wcze艣niej nie wiedzia艂em, 偶e by艂 d艂ugoletnim agen颅tem gestapo.

POWSTANIE. W bunkrze

Nadszed艂 19 kwietnia 1943 roku, wigi颅lia 艣wi臋ta Pesach 5703 roku. Nad ranem oddzia艂y granatowej policji okr膮偶y艂y getto, a SS i askarysi, ubezpieczani przez czo艂g i kilka woz贸w bojowych, wkroczyli do resz颅tek 偶ydowskiej dzielnicy Warszawy, 偶eby ostatecznie uczyni膰 miasto 鈥濲udenfrei鈥. Przywita艂y ich strza艂y i koktajle Mo艂otowa.

Nas tego dnia nad ranem obudzi艂o energiczne stukanie do drzwi. Na progu zobaczyli艣my troje m艂odych ludzi z broni膮 r臋czn膮, w p艂aszczach przewi膮zanych paska颅mi. Powiedzieli nam, 偶e getto jest otoczone i zaraz zacznie si臋 wysiedlanie, radz膮 wi臋c natychmiast si臋 chowa膰. Nie wiem i nigdy nie b臋d臋 wiedzia艂, czy to by艂a czujka, kt贸rej zadaniem by艂o uprzedzenie jak najwi臋kszej liczby ludzi o zamiarach Niemc贸w, czy te偶 przyszli specjalnie do nas na czyje艣 pole颅cenie.

Mama powiedzia艂a, 偶e nie mamy gdzie si臋 schowa膰, bo pok贸j za kredensem nie zapewnia minimum bezpiecze艅stwa. 鈥濭o艣cie鈥 kazali zabra膰 si臋 z nimi i zaprowadzili do schronu po nieparzystej stronie Zamenhofa. Tam ju偶 zastali艣my kilkana艣cie os贸b. Nasi przewodnicy polecili w艂a艣cicie颅lom schronu, 偶eby nas wpu艣cili do siebie. Ci pr贸bowali protestowa膰, ale pod gro藕b膮 pistoletu musieli si臋 zgodzi膰. Oczywi艣cie mieli racj臋, bo w艂o偶yli w budow臋 swojego schronu du偶e pieni膮dze, a my艣my tam si臋 dostali prawem kaduka. W tej sytuacji nie czuli艣my si臋 komfortowo i starali艣my si臋 nikomu nie wchodzi膰 w drog臋. Po kilku dniach w艂a艣ciciele pogodzili si臋 z nasz膮 obecno艣ci膮.

Zastosowana konstrukcja polega艂a na tym, 偶e wej艣cie do schronu maskowano klap膮, kt贸r膮 z wewn膮trz mo偶na by艂o zasypa膰 grub膮 warstw膮 w臋gla. Dalej, po drabince, mo偶na by艂o zej艣膰 w d贸艂, przej艣膰 oko艂o metra korytarzykiem, wydr膮偶onym poni偶ej poziomu piwnicy, a nast臋pnie wej艣膰 po drugiej drabince do g贸ry. Tam by艂 ju偶 w艂a艣ciwy schron, b臋d膮cy w normalnych warunkach piwnic膮 s膮siedniego domu. 鈥濶aturalne鈥 wej艣cie do niego by艂o na g艂u颅cho zamurowane. Do dzi艣 nie wiem, jak schron otwierano. W tym celu trzeba by艂o bowiem usun膮膰 z klapy warstw臋 le偶膮cego na niej w臋gla. Wykonanie tego wymaga艂o olbrzymiej pracy. Je艣li wzi膮膰 pod uwag臋, 偶e wszystko by艂o robione go艂ymi r臋kami i w miar臋 dyskretnie, to jest to zaiste imponuj膮ce.

W schronie pocz膮tkowo by艂a bie偶膮ca woda, odci臋ta po kilku dniach. Nie by艂o elektryczno艣ci. Do o艣wietlania mia艂y s艂u颅偶y膰 lampy karbidowe. Do potrzeb fizjolo颅gicznych s艂u偶y艂a przykrywana klap膮 klo颅aczna dziura, kt贸r膮 mo偶na by艂o opr贸偶nia膰. Za艂o偶eniem by艂o, 偶e Niemcy b臋d膮, tak jak poprzednio, wkracza膰 do getta rano i opuszcza膰 je wieczorem, co si臋 zreszt膮 sprawdzi艂o. W bunkrze by艂y te偶 przygo颅towane prymitywne narz臋dzia: siekiery, 艂omy, palki, kt贸re mia艂y s艂u偶y膰 do obrony.

Ju偶 pierwszego lub drugiego dnia zacz臋艂y si臋 nieprzewidziane k艂opoty. Niemcy zacz臋颅li zdobywanie punkt贸w oporu od pr贸by podtopienia piwnic. Woda podmoczy艂a woreczki z zapasem karbidu. Trzeba by艂o je usun膮膰, bo ulatniaj膮cy si臋 gaz 艣mier颅dzia艂 i by艂 niebezpieczny. Skazywa艂o to nas na przebywanie w prawie ca艂kowitych ciemno艣ciach. M贸wi膰 mo偶na by艂o tylko szeptem, bo zdawano sobie spraw臋 z mo偶颅liwo艣ci stosowania przez Niemc贸w sond akustycznych.

Po kilku dniach bezskutecznych pr贸b pokonania powsta艅c贸w Niemcy zacz臋li systematycznie, dom za domem, pali膰 getto, u偶ywaj膮c do tego miotaczy ognia. Oczywi艣cie nie przejmowali si臋 tym, 偶e wraz z domami 偶ywcem pal膮 si臋 ludzie. Do naszego schronu zacz膮艂 przez otwo颅ry wentylacyjne przedostawa膰 si臋 czad. Coraz wi臋cej ludzi zaczyna艂o chrz膮ka膰, kas艂a膰 i j臋cze膰. Charakterystyczne i warte podkre艣lenia jest to, 偶e w tych ekstre颅malnych warunkach w ca艂ej spo艂ecz颅no艣ci nie by艂o g艂os贸w wzywaj膮cych do otwarcia schronu i oddania si臋 w r臋ce oprawc贸w. Sytuacj臋 uda艂o si臋 opanowa膰 przez mo偶liwie szczelne zatkanie otwo颅r贸w wentylacyjnych betami i szmatami.

Unikn臋li艣my zaczadzenia, ale w schronie robi艂o si臋 coraz bardziej gor膮co i duszno. Temperatura tak wzros艂a, 偶e nie mo偶na by艂o dotkn膮膰 艣cian. Le偶eli艣my prawie goli na pod艂odze, ci臋偶ko oddychaj膮c. Wieczo颅ry przynosi艂y wytchnienie. Mo偶na by艂o wyj艣膰 ze schronu, uzupe艂ni膰 zapas wody, nawet co艣 ugotowa膰. Niekt贸rzy rozpalali ogniska na podw贸rku. Opa艂u by艂o w br贸d. Wchodzi艂o si臋 do pierwszego lepszego mieszkania i 艂ama艂o meble. Mieszkania na og贸艂 by艂y opustosza艂e i spl膮drowane, ale meble pozosta艂y. Z wod膮 sprawa nie by艂a prosta, ale co wtedy by艂o proste?

Trzeba by艂o wiedzie膰, jak trafi膰 do miejsca, gdzie by艂 dzia艂aj膮cy hydrant. Organizowano grupy po kilka os贸b, pro颅 wadzonych przez kogo艣, kto zna艂 drog臋. Potrzebne by艂o naczynie, w kt贸rym mog艂o by膰 tyle wody, by wystarczy艂o jej na ca艂y nast臋pny dzie艅. Mama znalaz艂a du偶y, mo偶e pi臋ciolitrowy szklany g膮sior. Przez jakie艣 dziury w murach, przebite od podw贸rka do podw贸rka, mi臋dzy 偶arz膮cymi si臋 belka颅 mi dotar艂em na miejsce. Droga powrotna okaza艂a si臋 du偶o trudniejsza. Trzymaj膮c obur膮cz ci臋偶kie naczynie z wod膮, stara艂em si臋 nad膮偶y膰 za ca艂膮 grup膮. Pech chcia艂, 偶e potkn膮艂em si臋 o le偶膮ce martwe cia艂o. G膮sior wypad艂 mi z r膮k i rozbi艂 si臋 na drobne kawa艂ki. Z pustymi r臋kami i z wid颅mem prze偶ycia nast臋pnego dnia bez wody wr贸ci艂em do czekaj膮cych na mnie mamy i Imka. Mama nie powiedzia艂a mi s艂owa, gdzie艣 pobieg艂a, zdoby艂a inne naczynie i przynios艂a w nim wod臋.

Innego wieczoru kto艣 powiedzia艂, 偶e w jednym z s膮siednich dom贸w, tam gdzie mie艣ci艂 si臋 Zak艂ad Zaopatrzenia Gminy, s膮 zapasy 偶ywno艣ci. Pobieg艂em tam – mia艂a tu swoj膮 kwater臋 jaka艣 grupa bojowc贸w. Wej颅艣cie z bramy na podw贸rze by艂o wy艂o偶one du偶ymi arkuszami blachy, przej艣cie po nich ukradkiem nie by艂o mo偶liwe, ka偶dy wcho颅dz膮cy by艂 zatrzymywany i pytany, dok膮d i po co idzie. Okaza艂o si臋, 偶e jedyne, co pozosta艂o w Zak艂adzie Zaopatrzenia, to br膮zowy cukier, kt贸ry w du偶ych ilo艣ciach zalega艂 na pod艂odze w jednym z pomiesz颅cze艅. W torb臋, kt贸r膮 mia艂em ze sob膮, nabra艂em sporo tego cukru, ale uprzedzono mnie, 偶eby go nie je艣膰 za du偶o, bo wywo艂uje pragnienie. Mimo g艂odu, u偶yli艣my rozs膮dnie jego niewielkich ilo艣ci – rozpalili艣my ognisko, zagotowali艣my kilka szklanek wody, do kt贸rej dodali艣my po 艂y偶eczce zdradliwego produktu.

Umschlagplatz

Tak dotrwali艣my do 1 maja (albo 30 kwietnia) 1943 roku. Tego dnia rano, tak jak i w dni poprzed颅nie, o um贸wionej godzinie schron zosta艂 zamkni臋ty. Po kilku godzinach us艂yszeli颅艣my pukanie, pocz膮tkowo umiarkowane, a potem g艂os wzywaj膮cy po 偶ydowsku do otwarcia schronu. Po kilkunastu minutach, podczas kt贸rych siedzieli艣my bez ruchu i w ca艂kowitym milczeniu, us艂yszeli艣my, 偶e kto艣 z zewn膮trz odwala w臋giel z klapy, zas艂aniaj膮cej wej艣cie. Wprawdzie w schro颅nie by艂y zgromadzone jakie艣 siekiery i 艂omy, kt贸re mia艂y w zamierzeniu s艂u偶y膰 do obro颅ny, ale my艣l臋, 偶e w tym stanie, w jakim byli艣my, nikt o tym nie my艣la艂.

Wtargni臋颅cie do schronu Niemc贸w zacz臋艂o si臋 od wrzucenia do 艣rodka kilku granat贸w, kt贸re z hukiem eksplodowa艂y. Schron zape艂ni艂 si臋 gryz膮cym dymem i kurzem. Po jakim艣 czasie us艂yszeli艣my serie strza艂贸w i w 艣lad za tym do 艣rodka zeszli Niemcy. Byli to 偶o艂nierze w mundurach feldgrau, w pe艂nym rynsztunku bojowym. Wydawa艂o si臋, 偶e jest ich wsz臋dzie pe艂no. W r臋kach trzymali wycelowane w nas pistolety maszynowe. Krzyczeli, 偶eby si臋 ubiera膰 i wychodzi膰. Specjalnie nie odczuwa艂em strachu, my艣la颅艂em nawet, 偶e to dobrze, 偶e nasze m臋czar颅nie nareszcie si臋 sko艅cz膮. Zauwa偶y艂em , 偶e 偶o艂nierzowi, kt贸ry mierzy艂 do nas z pisto颅letu, dr偶膮 r臋ce. Przysz艂o mi na my艣l, 偶e on si臋 boi nie mniej ode mnie.

Moja wspania艂a mama zachowa艂a zimn膮 krew. Prawie sil膮 zmusi艂a mnie do na艂o偶enia na nogi jej kozaczk贸w z cholewk膮 i na obcasie. Cho颅dzi艂o jej o to, 偶eby nie by艂o wida膰, 偶e mam jedn膮 nog臋 cie艅sz膮 i kr贸tsz膮, bo przecho颅dzi艂em w dzieci艅stwie chorob臋 Heinego颅 Medina. Pr贸bowa艂a te偶 od pilnuj膮cego nas 偶o艂nierza dowiedzie膰 si臋 czego艣 o naszych dalszych losach. Kilkakrotnie pyta艂a go po niemiecku: 鈥濲estem nauczycielk膮, czy mam zabra膰 ze sob膮 moje dokumenty?鈥. W tym momencie te pytania wydawa艂y mi si臋 ca艂kowicie pozbawione sensu, a my艣l, 偶e by艂 w nich ukryty cel, przysz艂a do mnie wiele lat p贸藕niej. Niemiec odpowiada艂: 鈥瀓a, ja鈥, ale czu艂o si臋, 偶e m贸wi艂 to na odczepne颅go. Wychodzili艣my z pustymi r臋kami, nie pozwolono nam nic ze sob膮 zabra膰. Mamie uda艂o si臋 jedynie wsun膮膰 pod bielizn臋 jak膮艣 blaszan膮 misk臋, co okaza艂o si臋 zbawienne w niedalekiej przysz艂o艣ci.

Na zewn膮trz sta艂a ju偶 otoczona przez Niemc贸w spora grupa ludzi z podniesionymi r臋kami. Nam te偶 rozkazano to zro颅bi膰. Po raz pierwszy od kilkunastu dni zobaczyli艣my si臋 w 艣wietle dziennym. By艂 to przera偶aj膮cy widok – s艂aniaj膮cy si臋 na nogach z wyczerpania i pragnienia, brudni, wystraszeni, o twarzach pokrytych jak膮艣 wysypk膮. Sceneria te偶 by艂a niesamowi颅ta. Po obu stronach ulicy p艂on臋艂y domy, w powietrzu unosi艂 si臋 dym i sadze, d膮艂 silny wiatr, wywo艂any pr膮dami powietrz颅nymi.

Istnieje og贸lnie znane zdj臋cie grupy 呕yd贸w z r臋kami podniesionymi do g贸ry; na pierwszym planie wida膰 ch艂opca, mniej wi臋cej w moim wieku. Dok艂adnie tak to wygl膮da艂o w rzeczywisto艣ci. Ca艂膮 grup臋, do kt贸rej do艂膮czono jeszcze innych ludzi, ustawiono w kolumny i pognano 艣rodkiem ulicy w kierunku Umschlagplatzu. Kto艣 pr贸bowa艂 uciec w bok, ale skosi艂a go salwa z pistolet贸w. Strzelano r贸wnie偶 do tych, kt贸rzy po drodze padali.

Nasz marsz nie trwa艂 d艂ugo 鈥 mieli艣my do przej艣cia zaledwie 200-300 metr贸w. Na miejscu wprowadzono nas do du偶ej, ca艂kowicie pustej, mrocznej sali na pi臋trze budynku, w kt贸rym kiedy艣, za normalnych czas贸w, by艂a szko艂a. Panami 偶ycia i 艣mierci teraz, ca艂kowicie dos艂ownie, byli Ukrai艅cy w niemieckich mundurach z SS Gali颅zien, kt贸rzy nie tylko byli g艂usi na nasze pro艣by o wod臋, ale wpadali co pewien czas z grubymi kijami w r臋ku, kt贸rymi zadawali 艣miertelne ciosy, rozwalaj膮c czasz颅ki wybranym przez siebie ofiarom. Byli pijani, ale na tyle przytomni, 偶eby 偶膮da膰 z艂ota, kosztowno艣ci, zegark贸w.

Wtykano im co艣, najpewniej pieni膮dze, co dawa艂o na jaki艣 czas wytchnienie. Wyj艣膰, a nawet wstawa膰 nie by艂o wolno. Robi艂o si臋 pod siebie. Siedzieli艣my przera偶eni, tul膮c si臋 do siebie i chroni膮c r臋koma g艂owy, gdy tylko pojawia艂 si臋 kt贸ry艣 z oprawc贸w. Te godziny na Umschlagplatzu nale偶膮 do najgorszych, jakie prze偶y艂em podczas okupacji. Dopiero pod wiecz贸r pozwolono nam ma艂ymi gru颅pami schodzi膰 na dziedziniec do hydrantu, z kt贸rego wyp艂ywa! obfity strumie艅 wody. I tu ujawni艂a si臋 przezorno艣膰 mojej mamy. Nale偶eli艣my do nielicznych, kt贸rzy mieli jakie艣 naczynie, z kt贸rego mo偶na by艂o si臋 napi膰 po ludzku, albo prawie po ludzku. Nie oby艂o si臋 bez szykan. Jak kto艣 nie spodoba! si臋 pilnuj膮cemu nas Ukrai艅cowi, ten wsuwa艂 mu g艂ow臋 pod hydrant i tak d艂ugo trzyma艂, a偶 biedak zaczyna艂 si臋 d艂a颅wi膰.

Nie wiem, jak d艂ugo byli艣my na Umschlagplatzu. Na pewno sp臋dzili艣my tam noc. Rankiem pierwszego lub drugiego maja wyprowadzono nas na dziedziniec, zaprowadzono do bocznicy kolejowej, gdzie ju偶 sta艂y towarowe wagony z okienkami zakra颅towanymi drutem kolczastym. Upychano nas po 120-150 ludzi do wagonu. Ciasnota by艂a niewyobra偶alna. My z mam膮 i Imkiem starali艣my si臋 trzyma膰 razem, ale by艂o to niemo偶liwe. Ludzie le偶eli jedni na dru颅gich. Z wielkim trudem udawa艂o si臋 poruszy膰 r臋k膮 lub nog膮, kt贸re bez ruchu dr臋twia艂y. Wreszcie zasuni臋to drzwi i poci膮g ruszy艂.

Wyboru dokona艂a i przygotowa艂a do druku Aleksandra Doma艅ska

Midrasz, nr.5(193), wrzesie艅/pa偶dziernik 2016

do g贸ry

Strona 鈥瀂apis pami臋ci鈥
Stowarzyszenia
鈥濪zieci Holocaustu鈥
w Polsce.

Zrealizowano
dzi臋ki wsparciu Fundacji
im. R贸偶y Luksemburg
Przedstawicielstwo
w Polsce

ul. Twarda 6
00-105 Warszawa
tel./fax +48 22 620 82 45
dzieciholocaustu.org.pl
chsurv@jewish.org.pl

Koncepcja i rozwi膮zania
graficzne 鈥 Jacek Ga艂膮zka 漏
ex-press.com.pl

Realizacja
Joanna Sobolewska-Pyz,
Anna Ko艂aci艅ska-Ga艂膮zka,
Jacek Ga艂膮zka

Web developer
Marcin Bober
PROJEKTY POWI膭ZANE

Wystawa w drodze
鈥濵oi 偶ydowscy rodzice,
moi polscy rodzice鈥 moirodzice.org.pl

Wystawa sta艂a
鈥濵oi 偶ydowscy rodzice,
moi polscy rodzice鈥
w Muzeum Treblinka
muzeumtreblinka.eu
Strona 鈥瀂apis pami臋ci鈥
Stowarzyszenia
鈥濪zieci Holocaustu鈥
w Polsce.

Zrealizowano
dzi臋ki wsparciu Fundacji
im. R贸偶y Luksemburg
Przedstawicielstwo
w Polsce
Koncepcja i rozwi膮zania
graficzne 鈥 Jacek Ga艂膮zka 漏
ex-press.com.pl

Realizacja
Joanna Sobolewska-Pyz,
Anna Ko艂aci艅ska-Ga艂膮zka,
Jacek Ga艂膮zka

Web developer
Marcin Bober
PROJEKTY POWI膭ZANE

Wystawa w drodze
鈥濵oi 偶ydowscy rodzice,
moi polscy rodzice鈥 moirodzice.org.pl

Wystawa sta艂a
鈥濵oi 偶ydowscy rodzice,
moi polscy rodzice鈥
w Muzeum Treblinka
muzeumtreblinka.eu