Anna Goldman, urodzona w 1937 r.

Wiedziałam, że mam być grzeczną dziewczynką

Urodziłam się w październiku 1937 roku. Rodzice moi mieszkali w Gnaszynie, 5 km od Częstochowy, gdzie oboje pracowali w Gnaszyńskiej Manufakturze. Ojciec był naczelnym inżynierem, Matka – księgową. Pierwsze dwa lata życia upłynęły mi w pełnej sielance, wśród kochającej dużej rodziny.

Ojciec miał dwóch braci i siostrę, Mama miała cztery siostry. Najstarszy brat Ojca był ginekologiem, pracował w szpitalu w Częstochowie, miał żonę i córkę, starszą ode mnie o pół roku. Siostra Ojca była prawnikiem i razem z mężem, też prawnikiem, prowadzili kancelarię adwokacką. Najmłodszy brat Ojca był inżynierem ceramikiem i ożenił się tuż przed wojną. Siostry Mamy żyły w Częstochowie, prócz jednej, która w latach dwudziestych wyjechała za pracą do Francji i tam żyła do 1998 r., straciwszy w czasie wojny męża, który brał udział w Ruchu Oporu. Została z dwojgiem dzieci w Paryżu.

Wojna zastała nas na urlopie w Ciechocinku, więc zaraz wróciliśmy do Częstochowy. Ojciec z braćmi i szwagrem poszli na wschód, żeby walczyć. Najstarszy brat, ginekolog, został wcielony do wojska i zginął 13.04.1940 roku w Katyniu.

Ja z Mamą mieszkałyśmy u rodziny pp. Nowaków, którzy byli nauczycielami. Ojciec był umieszczony oddzielnie z ciotką, wujem i jego siostrzenicą (obecnie pisarką izraelską, piszącą o Holocauście – Irit Amiel) na terenie Politechniki Warszawskiej. Ja wiedziałam, że nazywam się Halinka Gawrońska i mam być cichą, grzeczną dziewczynką.

Kontakt z Ojcem i wujostwem utrzymywaliśmy, ale często nie mogłyśmy przez dłuższy czas wychodzić z domu, bo ktoś poznał nas na ulicy i szantażował, groził, że zaprowadzi nas na Gestapo; zadawalał się w końcu okupem.

W tych dniach siedziałyśmy cicho w mieszkaniu, a żebym miała trochę świeżego powietrza, wieczorem Mama otulała mnie kocami, sadzała przy otwartym oknie, przy zgaszonym świetle w pokoju. Nie wolno mi było hałasować, biegać, głośno mówić i bawić się. Mama mi po wojnie mówiła wielokrotnie, że gdybym nie była grzecznym dzieckiem, to byśmy nie przeżyły. A ja widocznie czułam grozę sytuacji i nie sprawiałam kłopotów.

Kilkakrotnie z powodu szantażu zmieniałyśmy mieszkania, zawsze pod opieką naszych przyjaciół pp. Nowaków, którzy byli dla mnie
„ciocią i wujkiem”.

Moja Mama była bardzo przystojną kobietą, blondynką i czasem zwracali na nią uwagę Niemcy. Pamiętam takie zdarzenie: poszła Mama ze mną do lekarza, bo byłam chora. W poczekalni usiadł Niemiec w mundurze i cały czas przyglądał się Mamie. Gdy weszłyśmy do gabinetu lekarza – był to dr Fisz (chyba Ślązak), zauważył on zdenerwowanie Mamy. Zapytał, o co chodzi i powiedział: „proszę spokojnie wyjść z gabinetu, wsiąść w dorożkę i jechać do domu, ja tego oficera poproszę do gabinetu i przytrzymam.” I tak się stało.

Nazajutrz mama kupiła mi pierwszą zabawkę, drewnianego motyla, który składał skrzydła, gdy się go ciągnęło, za to że byłam grzeczna i mimo strachu nie płakałam.

Mama spotykała się z ojcem w mieście, ja czekałam w domu pod opieką cioci Nowakowej. Gdy Mama wracała, zawsze coś przynosiła, najczęściej jedną babeczkę czekoladową. Jak ją zdobywała, nie wiem. Mówiła wówczas: „Otwórz buzię, zamknij oczy a zobaczysz, co ci wskoczy”. Są to nieliczne miłe wspomnienia.

Powstanie Warszawskie w 1944 roku zastało nas na ul Wspólnej, razem z pp. Nowakami mieszkaliśmy na drugim piętrze. Pamiętam, jak 1 sierpnia 44 r. przed wieczorem Mama, patrząc z okna, zauważyła na podwórzu księdza z biało-czerwoną opaską na ramieniu, radości nie było końca. Mama z ciocią tańczyły wokół stołu a potem piły jakąś nalewkę z kredensu.

Potem zaczęły spadać na Warszawę bomby i pociski z katiusz, które nazywaliśmy „krowy”, bo przed uderzeniem słychać było muczenie.
Trzeba było się przenieść do piwnicy. Siedziało tam wiele ludzi, ciasno, ciemno. Gdy pocisk trafił w nasz dom, w piwnicy zrobiło się ciemno od pyłu. Każdy musiał mieć przy sobie mokrą szmatkę, żeby zasłonić nos i usta. Woda była w kranie na podwórku, trzeba było po nią wybrać się na zewnątrz, co czasem kończyło się śmiercią od zabłąkanej kuli. Nie było też jedzenia, czasem zdarzał się kawałek chleba.

Moją zabawką była wtedy lalka zrobiona z mojego płaszczyka zapiętego na guziki, z rękawami wypchanymi szalikami. Tuliłam ją zapewniając, że nic złego nam się nie stanie, więc żeby się nie bała. Myślę, że te zapewnienia były raczej skierowane do mnie.
Naokoło nas trwały walki, hałas, czasem przez piwnicę przebiegali powstańcy z karabinami lub młode dziewczęta z noszami.

Na każdym podwórku były ołtarzyki z figurą Matki Boskiej, przy których mieszkańcy modlili się w chwilach przerwy w walkach. Do dzisiaj pamiętam wszystkie pieśni i modlitwy, które musiałam znać.

Po upadku Powstania w dniu 6 października 1944 r. hitlerowcy wygnali nas z piwnicy z naszym niewielkim bagażem i pognali w kolumnach w kierunku Pruszkowa. Widziałam wtedy Warszawę płonącą i całą w gruzach.

Przy drodze na polach rosła cebula. Ja byłam tak głodna, że wyrwałam się Mamie, wybiegłam z kolumny na pole, wyrwałam
dwie cebule i zaczęłam je jeść razem z piaskiem i ziemią. Nie można mi było wyrwać z rąk tych cebul. Na szczęście nie zastrzelił mnie konwojujący nas Niemiec, mama zdążyła zawrócić mnie do kolumny, ale cebule były moje!

W nocy był postój. Udało nam się razem z pp. Nowakami oddalić od kolumny i przez pola trafiliśmy do rozwalonej szopy. Tam przeczekaliśmy noc i odejście kolumny, walcząc ze szczurami buszującymi po szopie. Wieczorem, nie wiem jakim cudem, udało nam się dostać na wieś Bąkową Górę. Była to mała wioska, w której były 4 chałupy. Przygarnięto nas tam, uchodźców z Warszawy, nie wiedząc kim jesteśmy, nakarmiono i zostałyśmy tam aż do wyzwolenia w styczniu 1945 r.

Wieś była otoczona lasami. Zima tego roku była mroźna i śnieżna. Światła tam nie było, oświetlało się karbidówką, widno nie było a śmierdziało strasznie. Przed Bożym Narodzeniem robiłam z ciocią łańcuchy z kolorowego papieru i ubierałyśmy choinkę.

Któregoś dnia z lasu wyszedł wysoki chłop, blondyn z niebieskimi oczami i sumiastymi wąsami, który okazał się moim wujkiem, mężem siostry mojego Ojca. Im też udało się uciec z konwoju do Pruszkowa. Byli na wsi Pocieszna Górka około 15 km od nas, razem z żoną i siostrzenicą (Irit Amiel). Wuj chodził po wsiach, handlował i przenosił tajne gazetki. Radość ze spotkania była wielka, bo nie wiedziałyśmy, co się z nimi stało. Niestety o moim Ojcu nie miałyśmy żadnej wiadomości. W chwili wybuchu Powstania Warszawskiego mieszkał w innej części Warszawy i już więcej nie spotkaliśmy się. Nie wiem nawet, jakie nazwisko nosił Ojciec i jak zginął. W każdym razie nie wrócił już do nas, choć Mama przez lata wierzyła, że się znajdzie.

Gdy czytałam artykuł w „Gazecie Wyborczej” p. Michała Cichego „Polacy – Żydzi czarne karty” o pogromie Żydów w Warszawie w czasie Powstania Warszawskiego przy ulicy Prostej, gdzie AK-owcy zabili kilkunastu ocalałych Żydów, pomyślałam, że mój Ojciec mógł tak zginąć. Nigdy się nie dowiem…

Pamiętam, jak cała wieś wybierała się na pasterkę, było bardzo zimno i śnieżnie, wszyscy szli przez las do kościoła parę kilometrów, opatuleni w wełniane zapaski, w filcowych kapciach na nogach, śnieg się skrzył i skrzypiał pod nogami.

W styczniu 1945 r. przyszli Rosjanie. Czasem wpadali do domów szukając wódki i wtedy było strasznie. Pamiętam taki incydent: kiedy wpadli żołnierze rosyjscy, a na szafie stała butelka octu bez etykiety, jeden z nich natychmiast tam podbiegł, przewracając mnie brutalnie, bo stałam mu na drodze. Przerażenie malowało się na twarzy mojej Matki, bała się, że jak on się napije tego octu, to nas wszystkich zastrzeli.

Na szczęście kochana ciocia Jadzia pobiegła do kuchni, gdzie była butelka bimbru i podała mu ją, uśmiechnął się i uspokoił. Pamiętam też, jak na saniach żołnierze rosyjscy wieźli rannych Niemców, zima była sroga i śnieżna a oni wołali „Wasser” (wody) i moja kochana Mama natychmiast nalała szklankę wody i chciała biec do nich. Dopiero ciocia Jadzia ją zatrzymała, mówiąc z wyrzutem „to są przecież Niemcy” i Mama się opamiętała.

Po wyzwoleniu od Niemców wróciłyśmy do Częstochowy. Została nas z całej rodziny garstka: Mama ze mną, ciotka (siostra Ojca) z mężem i jego siostrzenicą Irit Amiel. Reszta rodziny zginęła. Ojciec w Powstaniu Warszawskim, stryj w Katyniu, jego żona i córka w Treblince, drugi brat Ojca z żoną w Krakowie w więzieniu na Montelupich. Z sióstr mojej Mamy ocalała najmłodsza, która całą wojnę pracowała w obozie pracy „Hasag” w Częstochowie. Tam prze- żyło wojnę kilkuset młodych Żydów przy katorżniczej pracy i w strasznych warunkach, przekalibrowując naboje dla Niemców. Ale przeżyli.

Większość nich zaraz po wojnie wyjechała z Polski i moja ciocia też. Wyszła tu za mąż i z mężem wyjechała do Palestyny, gdzie zmarła w latach siedemdziesiątych. Była Ona świadkiem śmierci swojego Ojca, a mojego Dziadka. Gdy gnali ich w kolumnie, Dziadek, który miał astmę, nie mógł nadążyć, więc Niemiec na oczach cioci go zastrzelił. Nie wiem, gdzie jest pochowany.

Siostrzenica wujka w 1948 r. uciekła z grupą młodzieży – miała wtedy czternaście lat. Przedzierając się przez Alpy dotarli do morza, gdzie zabrano ich na statek do Palestyny, ale z Hajfy zawrócono ich na Cypr, bo nie chciano ich w Palestynie. Gdy powstało państwo Izrael, przywieziono ich do Haify. Tam Irit pracowała w kibucu, wyszła za mąż, ma dwoje dzieci i sześcioro wnuków. Ma rodzinę w miejsce tej, którą jej zabrała wojna.

W wieku sześćdziesięciu lat, gdy wnuczka prosiła Ją, by opowiedziała coś, bo ma wypracowanie z Holocaustu, stwierdziła, że jak my umrzemy, to nikt już nie będzie tego opowiadał. I postanowiła pisać o Zagładzie. Wydała kilka tomów wierszy i opowiadań o losach żydowskich w Izraelu, Polsce, na Węgrzech i w Anglii. Jest jedną ze znanych pisarek w Izraelu piszących po polsku, angielsku i hebrajsku o Holocauście.

Moja „resztka” rodziny, która przeżyła dzięki dobrym ludziom, aryjskim papierom i Żegocie, po wojnie nie mówiła o przeżyciach wojennych. Był to czas, gdy rany były zbyt świeże, aby je rozdrapywać. A ja byłam zbyt młoda i chyba głupia, by dopytywać się, tym bardziej, że wiedziałam, jak ich te wspomnienia bolą.
Charakterystyczne jest to, że ja wiedziałam od Mamy o jej dwóch siostrach, tej która wyjechała do Francji i tej, co po wojnie wyjechała do Palestyny.

Mama nigdy nie mówiła, że miała jeszcze dwie siostry. Dopiero po śmierci Mamy w 1980 r., gdy byłam u jej siostry w Paryżu, usłyszałam od niej: „Było nas pięć sióstr, wszystkie byłyśmy wysokie, skąd ty się taka mała wzięłaś”. Zaczęłam się wtedy dopytywać i okazało się, że obydwie żyły w Częstochowie w getcie. Jedna została zastrzelona w łóżku z dwojgiem dzieci, a druga brała udział w buncie zbrojnym młodzieży żydowskiej w getcie i zginęła w bunkrze. Moja Mama nigdy nie mówiła o nich. Od cioci dostałam ksero zdjęcia mojego Dziadka z pięcioma córkami.

Babcia zmarła młodo na raka i Dziadek sam wychowywał córki. Co robił i kim był z zawodu, nie wiem, nie zapytałam. Mam o to do siebie wielki żal, że nie dowiedziałam się więcej o mojej rodzinie, ale takie to były czasy. Niestety zainteresowanie tym tematem na całym świecie zaczęło się, gdy moi krewni, ocaleni, już nie żyli. Zostałam zupełnie sama, bez rodziny i bez dokładnej wiedzy o Niej. Nawet na zdziczałym, zarośniętym jak dżungla cmentarzu żydowskim w Częstochowie nie mogę znaleźć grobu Dziadków ze strony Ojca, którzy umarli na długo przed wojną.

Ja po wojnie dowiedziałam się od Mamy, że nie nazywam się Halinka Gawrońska, tylko Ania Goldman, bez bliższych wyjaśnień. Przyjęłam to jako rzecz naturalną. Skończyłam szkołę ogólnokształcącą w Częstochowie, następnie medycynę w Zabrzu. Pracowałam w szpitalu od 1965 r. a następnie w przychodni do dziś (42 lata). Jestem internistą. Pracuję, by nie odczuwać samotności, być wśród ludzi i w zawodzie, choć jestem już dziewięć lat na emeryturze.

Nigdy, poza okresem okupacji, nie zmieniłam nazwiska, wszyscy wkoło wiedzą, że jestem Żydówką. Bezpośrednio nigdy nie spotkałam się z antysemityzmem skierowanym do mnie. Jednak spotykam się z nim często, bardzo mnie boli i zawsze ostro reaguję.

W latach dziewięćdziesiątych usłyszałam w telewizji o Stowarzyszeniu „Dzieci Holocaustu” w Warszawie. Napisałam o sobie i wysłałam posiadane dokumenty i znalazłam tam przyjaciół, z którymi czuję się jak w rodzinie.

Zdrowie fizyczne na razie mi dopisuje, gorzej ze zdrowiem psychicznym. Po śmierci ostatniej osoby z mojej ocalonej Rodziny, wpadłam w depresję, z której wyciągnął mnie psychiatra. Niestety, często zdarzają się nawroty – sny, lęki, obawa przed samotną, niedołężną starością. Choć mam dużo przyjaciół, najlepiej czuję się na psychoterapii w Śródborowie i na zjazdach Stowarzyszenia. Wtedy jestem wśród swoich, takich samych „osmalonych” jak ja.

Często mam poczucie winy, dlaczego inni zginęli, a ja żyję. Czy to jest sprawiedliwe? Wciąż szukam odpowiedzi i jej nie znajduję.

2007 rok

do góry

Strona „Zapis pamięci”
Stowarzyszenia
„Dzieci Holocaustu”
w Polsce.

Zrealizowano
dzięki wsparciu Fundacji
im. Róży Luksemburg
Przedstawicielstwo
w Polsce

ul. Twarda 6
00-105 Warszawa
tel./fax +48 22 620 82 45
dzieciholocaustu.org.pl
chsurv@jewish.org.pl

Koncepcja i rozwiązania
graficzne – Jacek Gałązka ©
ex-press.com.pl

Realizacja
Joanna Sobolewska-Pyz,
Anna Kołacińska-Gałązka,
Jacek Gałązka

Web developer
Marcin Bober
PROJEKTY POWIĄZANE

Wystawa w drodze
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice” moirodzice.org.pl

Wystawa stała
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice”
w Muzeum Treblinka
muzeumtreblinka.eu
Strona „Zapis pamięci”
Stowarzyszenia
„Dzieci Holocaustu”
w Polsce.

Zrealizowano
dzięki wsparciu Fundacji
im. Róży Luksemburg
Przedstawicielstwo
w Polsce
Koncepcja i rozwiązania
graficzne – Jacek Gałązka ©
ex-press.com.pl

Realizacja
Joanna Sobolewska-Pyz,
Anna Kołacińska-Gałązka,
Jacek Gałązka

Web developer
Marcin Bober
PROJEKTY POWIĄZANE

Wystawa w drodze
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice” moirodzice.org.pl

Wystawa stała
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice”
w Muzeum Treblinka
muzeumtreblinka.eu