audio: 1

Marian Finkielman, urodzony w 1928 r.

Tu艂aczka

Wspomnienie czyta Tomasz Kocuj

Bardzo trudno jest pisa膰 o samym sobie, zw艂aszcza gdy prze偶ycia by艂y a偶 tak tragiczne.

Gdy 1 wrze艣nia 1939 roku nast膮pi艂 najazd niemiecki na Polsk臋, mia艂em 11 lat.Tego pami臋tnego wrze艣nia m贸j ojciec zgin膮艂 w obl臋偶onej Warszawie.

Tak wi臋c od pocz膮tku okupacji mama zosta艂a ze mn膮 bez 艣rodk贸w utrzyma颅nia. By sprosta膰 trudno艣ciom, zacz臋艂a wyprzedawa膰 niekt贸re przedmioty z domu. Czas nie sprzyja艂, bo po utworzeniu getta takich sprzedaj膮cych wci膮偶 przybywa艂o.

Pocz膮wszy od wiosny 1941 roku, sprzeda偶 poszczeg贸l颅nych rzeczy oraz kupno 偶ywno艣ci wzi膮艂em na siebie, dokonuj膮c tych tran颅sakcji poza obr臋bem getta. Zach臋cony osi膮gni臋ciami po 鈥瀌rugiej stronie”, od czerwca po 偶ywno艣膰 chodzi艂em na wie艣. Pomaga艂 mi w tym tzw. dobry wygl膮d i dobra wymowa, bez akcentu 偶ydowskiego.

Tak pozuj膮c na pol颅skiego, katolickiego ch艂opca, na wsi dobrze sobie radzi艂em. Zorientowa艂em si臋 te偶, 偶e je艣li si臋 chce na wsi nocowa膰, nale偶y mie膰 kartk臋 od so艂tysa. Wi颅dz膮c tak膮 kartk臋, gospodarz nie zadawa艂 wielu pyta艅, przed snem otrzymy颅wa艂o si臋 kolacj臋, a rano sute 艣niadanie.

Na wsi wa偶ne by艂y pewne 鈥瀖aniery” (okre艣lony spos贸b zachowania si臋), kt贸re szybko sobie przyswoi艂em, dzi臋ki czemu nie mia艂em wi臋kszych trudno艣ci. Nie bacz膮c na wielkie niebezpie颅cze艅stwo, kursowa艂em jako przemytnik mi臋dzy otwockim gettem a okolicz颅nymi wioskami, przynosi艂em po偶膮dane przez wie艣niak贸w rzeczy na wymia颅n臋 za produkty 偶ywno艣ciowe.

To nabyte do艣wiadczenie obracania si臋 poza obr臋bem getta w p贸藕niejszym, znacznie trudniejszym okresie, by艂o mi po颅mocne w przetrwaniu. Ale na razie, jeszcze w 1941 roku, cieszy艂em si臋 do颅brym jedzeniem przy okazji nocleg贸w u wiejskich gospodarzy.

Niestety, by颅艂a to tylko chwilowa sielanka. Epidemia tyfusu, kt贸ra dziesi膮tkowa艂a ludzi, obj臋艂a te偶 mnie i mam臋. Gdy na pocz膮tku grudnia wyszed艂em ze szpitala, mo颅jej mamy ju偶 nie by艂o w艣r贸d 偶ywych.

Zima 1941/42 by艂a nadzwyczaj mro藕na i solidnie dawa艂a si臋 we znaki ludziom w zamkni臋tym getcie. Zimno i nadal szerz膮cy si臋 tyfus powi臋ksza艂y 鈥炁糿iwo kostuchy”. W tej atmosferze samot颅nie prze偶ywa艂em swoj膮 tragedi臋, a jednocze艣nie cierpia艂em z g艂odu.

Pomimo mrozu ponownie zacz膮艂em chodzi膰 na wie艣. By膰 mo偶e to w艂a艣nie sta艂o si臋 dla mnie ratunkiem, bo wkr贸tce odzyska艂em r贸wnowag臋 psychiczn膮. Przez sam fakt, 偶e znajdowa艂em si臋 poza obr臋bem getta, zmuszony by艂em do pe艂nej koncentracji, co odwraca艂o moj膮 uwag臋 od innych my艣li i rozpaczy po utra颅cie matki.

Tak wi臋c, je艣li tylko pogoda sprzyja艂a, wybiera艂em si臋 w drog臋, maszeruj膮c wzd艂u偶 szosy lubelskiej do r贸偶nych wiosek. Nie maj膮c trudno艣ci z otrzymaniem od so艂tysa kartki na nocleg, przed艂u偶a艂em sw贸j pobyt na wsi.

Ostatecznie, gdy wraca艂em do Otwocka, zatrzymywa艂em si臋 u szkolnego ko颅legi, Judy Cytryna. Mo偶na powiedzie膰, 偶e w tym czasie Cytrynowie stali si臋 dla mnie jakby rodzin膮. 呕ywno艣膰, kt贸r膮 przynosi艂em ze wsi, im oddawa艂em.

Jakkolwiek oficjalnie mieszka艂em ko艂o sanatorium Marpa (kiedy mama jesz颅cze 偶y艂a), obecnie, wracaj膮c ze wsi, przebywa艂em u kolegi na ulicy D艂uskie颅go nr. 1, ale w艂a艣ciwie nie mieszka艂em nigdzie. Po prostu uprawia艂em w臋d颅r贸wki mi臋dzy wioskami a otwockim gettem.

Zacz膮艂em si臋 zastanawia膰, czy te niebezpieczne w臋dr贸wki maj膮 jaki艣 sens. W Dubecznie ko艂o W艂odawy nad Bugiem mieszka艂 m贸j wujek, wi臋c postanowi艂em uda膰 si臋 do niego.

W ko艅cu marca 1942 roku po偶egna艂em moich drogich przyjaci贸艂 Cytrny颅n贸w i opu艣ci艂em Otwock. Poci膮giem, z przesiadk膮 w Che艂mie, dojecha艂em do W艂odawy, a gdy znalaz艂em si臋 poza W艂odaw膮, na drodze w kierunku Du颅beczna, by艂 ju偶 wiecz贸r. Gdzie tu i艣膰 w nocy w nieznane? Tote偶 postanowi颅艂em skorzysta膰 ze znanej mi metody nocowania za po艣rednictwem kartki od so艂tysa.

Po przenocowaniu w wiejskiej chacie nast臋pnego ranka pomaszero颅wa艂em do Dubeczna i wieczorem znalaz艂em si臋 u celu. Ale jak wkr贸tce si臋 okaza艂o, by艂a to tylko kr贸tka przysta艅 w moich dalszych w臋dr贸wkach.

M贸j niespodziewany przyjazd dla wujka i jego rodziny by艂 niemi艂ym zaskoczeniem. W konsekwencji postanowi艂em opu艣ci膰 niego艣cinny dom. Ju偶 wcze艣颅niej wie艣niacy przy szosie lubelskiej (w okolicy Ko艂bieli) proponowali mi, abym na wiosn臋 zg艂osi艂 si臋 do wypasu kr贸w. Postanowi艂em zrealizowa膰 to ko艂o Dubeczna.

Pozuj膮c na polskiego katolickiego ch艂opca spod Warszawy, szuka艂em takiego zaj臋cia. We wsi Kozaki, oddalonej od Dubeczna o mniej wi臋cej 8 km, zosta艂em zatrudniony do pasienia kr贸w. Okaza艂o si臋 jednak, 偶e 艂atwiej by艂o mi udawa膰 kogo艣, kim nie by艂em, gdy chodzi艂em na wie艣 po 偶ywno艣膰 i przebywa艂em u wie艣niaka jedynie jedn膮 noc.

Natomiast zupe艂nie inaczej, gdy by艂em na sta艂ej s艂u偶bie i w dodatku u Ukrai艅ca (by艂a to ukrai艅颅ska wie艣). Poniewa偶 by艂 to pocz膮tek mego nowego zaj臋cia, gubi艂em si臋 w swoim zachowaniu. No i nie mia艂em 偶adnych dokument贸w na potwierdze颅nie mojej to偶samo艣ci, w wyniku czego wie艣niak od razu domy艣li艂 si臋, kim jestem.

Pocz膮tkowo nie powiedzia艂 mi o tym, ale powiedzia艂a mi to nieco聽p贸藕niej jego 偶ona, gro偶膮c, 偶e za艂o偶y mi postronek na szyj臋 i zaprowadzi do Niemc贸w. Uciek艂em wi臋c z tej wsi.

Ale moje istnienie uzale偶nione by艂o od znalezienia sobie pracy na wsi, wi臋c chodzi艂em od wioski do wioski w po颅szukiwaniu s艂u偶by. Poniewa偶 w okolicy by艂y przewa偶nie ukrai艅skie wioski, mia艂em dodatkowe k艂opoty. S艂u偶b臋 znalaz艂em ostatecznie po kilku dniach, uzgodni艂em te偶 odpowiedni膮 zap艂at臋. Pas艂em krowy, a wieczorami pomaga颅艂em przy obrz膮dzaniu inwentarza.

Pewnego dnia gospodarz zapyta艂 mnie, czy zechcia艂bym pozosta膰 u niego r贸wnie偶 i przez zim臋. Oczywi艣cie wyrazi颅艂em zgod臋. Wtedy o艣wiadczy艂, 偶e b臋d臋 musia艂 si臋 zameldowa膰, wi臋c trzeba napisa膰 do domu, 偶eby mi przys艂ali metryk臋. Nazajutrz, gdy wygna艂em kro颅wy na pastwisko, z 偶alem je tam zostawi艂em.

Nie pami臋tam nazwiska tego gospodarza, tak jak nie pami臋tam nazw wiosek oraz imion innych gospoda颅rzy, u kt贸rych kr贸tko przebywa艂em i odchodzi艂em, gdy wyczu艂em, 偶e mog臋 zosta膰 rozpoznany.

Nast臋pnie znalaz艂em si臋 ponownie w ukrai艅skiej wsi o nazwie Soko艂y,聽u wie艣niaka o nazwisku Franiuk. Na pastwisku z ch艂opcami rozmawia艂em wy艂膮cznie po ukrai艅sku i dzi臋ki temu pog艂臋bi艂em znajomo艣膰 tego j臋zyka.

Nast膮pi艂 pocz膮tek pa藕dziernika, so艂tysi z okolicznych wiosek otrzymali na颅kaz dostarczenia podw贸d dla transportu 呕yd贸w z pobliskiego miasteczka do punktu zbornego.

Franiuk by艂 so艂tysem i po powrocie z gminy powiedzia艂 mi, 偶e musz臋 odej艣膰 od niego, bo on musi przestrzega膰 przepis贸w meldun颅kowych, a ja nie mam dokument贸w, wi臋c nie mog臋 by膰 zameldowany. Od颅radza艂 mi te偶 p贸j艣cie do pobliskiego miasteczka.

Nazajutrz poczciwy Fra颅niuk, daj膮c mi jedzenie, ponownie upomina艂: ,,Pami臋taj! Nie id藕 do Perso颅wa”. Postanowi艂em wr贸ci膰 do wujka i wkr贸tce dowiedzia艂em si臋, dlaczego mi odradza艂 p贸j艣cie do pobliskiego miasteczka. Id膮c przez pola i 艂膮ki, dotar颅艂em do drogi wiod膮cej do Dubeczna i po dw贸ch dniach w臋dr贸wki (spa艂em w stogu) by艂em u celu.

Ponownie znalaz艂em si臋 w domu mego wujka, gdzie w izbie kuchennej zebrali si臋 wszyscy, 艂膮cznie z s膮siadami. Na m贸j widok ciocia zawo艂a艂a:聽,,Macie go! Po co tu przyszed艂e艣? Jutro rano wszyscy udajemy si臋 do Sobiboru”.

Z kolei s膮siad powiedzia艂: ,,Wiecie co? Napalimy w piecu, w艂o偶ymy do niego rozmaite obuwie, napijemy si臋 w贸dki, a gdy za艣niemy, zaczadzie颅jemy tu na miejscu. Po co mamy i艣膰 do Sobiboru, 偶eby tam wsadzono nas do pieca?”

S艂ysz膮c to, zerwa艂em si臋 z miejsca i krzykn膮艂em:,,Ja nie p贸jd臋 do Sobiboru! Wol臋 zgin膮膰 od kuli. B臋d臋 si臋 ukrywa艂 tak d艂ugo, jak tylko b臋d臋 m贸g艂, ostatecznie gdy mnie z艂api膮, to przynajmniej zastrzel膮 na miejscu”. Po颅艂o偶y艂em si臋 na 艂awie ko艂o pieca i od razu zasn膮艂em.

Nad ranem, budz膮c mnie, ciocia powiedzia艂a: ,,Wstawaj! Jest ju偶 sz贸sta rano, lada chwila mog膮 tu zjawi膰 si臋 偶andarmi, 偶eby eskortowa膰 nas do Sobiboru”. Wsta艂em i zauwa偶y颅艂em, 偶e wszyscy siedzieli odr臋twieni na tych samych miejscach, jak zasta艂em ich wieczorem. Nikt nie pi艂 w贸dki i nikt nie zdoby艂 si臋 na napalenie w piecu, zm臋czenie i rozpacz wyziera艂a z ich twarzy.

Wsta艂em, wybra艂em co艣 z obu颅wia le偶膮cego na pod艂odze, w艂o偶y艂em na nogi i wyszed艂em. 艁atwo mi by艂o powiedzie膰, 偶e b臋d臋 si臋 ukrywa艂, ale gdzie? Jako艣 mimo woli skierowa艂em si臋 w stron臋, sk膮d przyszed艂em.

Gdy ponownie znalaz艂em si臋 we wsi Soko艂y, by艂 ju偶 wiecz贸r. Zaw臋dro颅wa艂em tam w desperacji, bo po prostu nie wiedzia艂em dok膮d si臋 uda膰. Poza tym, w swojej ch艂opi臋cej naiwno艣ci (14 lat), s膮dzi艂em, 偶e Franiuk mi pomo颅偶e. Gdy wszed艂em do izby kuchennej, gospodyni 鈥 偶ona Franiuka, popatrzy艂a na mnie tak, jakby zobaczy艂a jak膮艣 zjaw臋.

Prze偶egna艂a si臋 i wykrzykn臋艂a:,,Jej Bohu! Po co ty tu przyszed艂e艣?” Opowiedzia艂em o wydarzeniu w Dubecznie i o tym, 偶e zamierzam sobie zrobi膰 w lesie kryj贸wk臋, wi臋c potrzebna mi jest do tego 艂opata i siekiera. Pyta艂em o gospodarza. ,,Id藕 za stodo艂臋 i cze颅kaj 鈥 gospodarz przyjdzie, to mu powiem, 偶e tu jeste艣” .

Poszed艂em za stodo艂臋 i po pewnym czasie zjawi艂 si臋 Franiuk. Wtykaj膮c mi chleb, powiedzia艂: ,,Wy颅bacz, nie mog臋 ci pom贸c, 偶eby艣 ukrywa艂 si臋 w lesie i przychodzi艂 do mnie do domu. Nie mog臋 ryzykowa膰, bo mam dzieci. Nie przychod藕 tu wi臋cej! Id藕! Tylko nie przez wie艣, bo mo偶e ci臋 kto艣 zauwa偶y膰, id藕 t臋dy poza stodo艂ami”.

Uda艂em si臋 na 艂膮k臋, tam w stogu siana zagrzeba艂em si臋 na spanie. Pop艂akuj膮c i jedz膮c darowany mi chleb, zasn膮艂em.

Nazajutrz pada艂 rz臋sisty deszcz, nikt kr贸w nie przygna艂, wi臋c nikt mnie nie widzia艂. Po drugiej stronie tej 艂膮ki by艂a jaka艣 wioska, wi臋c poszed艂em w tamt膮 stron臋. Tam w przydro偶nym domu poinformowano mnie, 偶e drog膮 t膮 dojd臋 do miasteczka Komar贸wka, oddalonego o mniej wi臋cej 20 km.

Pod wiecz贸r znalaz艂em si臋 w miasteczku, w kt贸rym nast臋pnego dnia mia艂o nast膮颅pi膰 ,,wysiedlenie”. 呕ydowski policjant zatrzyma艂 mnie i zaprowadzi艂 do szo颅py, w kt贸rej by艂o ju偶 troch臋 ludzi, a przez ca艂膮 noc przybywa艂o wi臋cej; dbali o to policjanci, kt贸rzy pilnowali, 偶eby niemieckie zarz膮dzenie o wyw贸zce na zag艂ad臋 zosta艂o dok艂adnie wykonane.

Nad ranem deszcz ju偶 przesta艂 pada膰 i nasta艂 pi臋kny s艂oneczny poranek. Wkr贸tce wrota szopy zosta艂y rozsuni臋te, po lewej stronie szopy sta艂 rz膮d furmanek, kt贸re kolejno podje偶d偶a艂y i na kt贸颅re kazano wsiada膰 po cztery osoby.

Zauwa偶y艂em, 偶e po drugiej stronie ulicy w p艂ocie by艂a furtka, przez kt贸r膮 ludzie z miasteczka z ma艂ymi tobo艂kami w r臋ku r贸wnie偶 przechodzili i wsiadali na wozy. Niebawem ja tak偶e znalaz颅艂em si臋 na wozie i podobnie jak inni wiedzia艂em, 偶e jestem wieziony na 艣mier膰. Wozy ruszy艂y w kierunku Mi臋dzyrzeca Podlaskiego, do stacji kolejowej.

Policjanci pilnowali porz膮dku, natomiast 偶o艂nierze z karabinami w r臋颅ku uwa偶ali, 偶eby nikt nie uciek艂. Mimo to bezustannie my艣la艂em o ucieczce. Po kilku godzinach jazdy furmanki wjecha艂y w las. Nareszcie jest okazja do ucieczki, pomy艣la艂em. Rozgl膮daj膮c si臋, w kt贸r膮 stron臋 zeskoczy膰 z wozu, za drzewem zauwa偶y艂em 偶o艂nierza czyhaj膮cego na uciekaj膮cych.

Karawana furmanek posuwa艂a si臋 przez ca艂y dzie艅 bez zatrzymania, a pod wiecz贸r fur颅manki wjecha艂y do du偶ej wsi. Niemcy pozwolili ch艂opom napoi膰 i nakarmi膰 konie, pozwolili te偶 ludziom zej艣膰 z woz贸w, by r贸wnie偶 napili si臋 wody. Ze颅skoczy艂em z wozu i uda艂em si臋 do zabudowa艅 gospodarczych stoj膮cych po drugiej stronie drogi.

Gdy zbli偶y艂em si臋, zauwa偶y艂em, 偶e nikogo nie by艂o w obr臋bie gospodarstwa. Id膮c do studni, min膮艂em j膮 i skierowa艂em si臋 w stron臋 stodo艂y, od kt贸rej prowadzi艂a 艣cie偶ka do furtki ogrodu. Dalej poza ogrodem 艣cie偶ka ta wiod艂a na 艂膮k臋 do stogu siana. Dopiero przy stogu odwr贸颅ci艂em si臋 i rozgl膮da艂em, nikogo nie by艂o dooko艂a.

Szybko i sprawnie wyci膮颅ga艂em siano ze stogu, robi膮c sobie 鈥瀌ziupl臋”, w kt贸rej si臋 schowa艂em. Wcze艣nie rano, po wyj艣ciu z kryj贸wki, poszed艂em w kierunku pola i tor贸w kolejowych, kt贸re z dala zauwa偶y艂em. Po drodze wyrwa艂em brukiew i ra藕no szed艂em przed siebie.

By艂em szcz臋艣liwy, 偶e uda艂o mi si臋 uciec z transportu. Ale na tak膮 ewentualno艣膰 Niemcy zawczasu wydali specjalne zarz膮dzenie: za pomoc, ukrywanie i dostarczenie jedzenia 呕ydom 鈥 kara 艣mierci. Wi臋c szanse moje na przetrwanie po ucieczce z transportu, bez niczyjej pomocy, by艂y minimalne.

Id膮c torami i rozmy艣laj膮c, ile jeszcze napotkam wiosek, w kt贸rych otrzymam nocleg, zanim dojd臋 do miasteczka Go艂膮bki i dalej do Siedlec, spotka艂em kolejarza wracaj膮cego po sprawdzeniu zwrotnicy. Po zwymy艣laniu mnie, 偶e chodz臋 torami, wda艂 si臋 ze mn膮 w rozmow臋, wypytu颅j膮c o mn贸stwo rzeczy i ostatecznie zaoferowa艂 mi prac臋 na swoim ma艂ym gospodarstwie.

Oczywi艣cie s膮dzi艂, 偶e jestem polskim ch艂opcem. Tak wi臋c w po艂owie pa藕dziernika 1942 roku, po ucieczce z transportu, znalaz艂em dach nad g艂ow膮 jako s艂u偶膮cy i, co najistotniejsze, by艂em traktowany jako jeden z domownik贸w.

Podczas d艂ugich zimowych wieczor贸w mia艂em mo偶no艣膰 czytania ksi膮偶ek, a przede wszystkim czyta艂em i uczy艂em si臋 na pami臋膰 ca颅艂ych ust臋p贸w katechizmu. Zdawa艂em sobie spraw臋, 偶e jeden m贸j nieodpo颅wiedni gest, jedno s艂owo wypowiedziane niew艂a艣ciwie, mo偶e spowodowa膰 kl臋sk臋. Dlatego stara艂em si臋 wm贸wi膰 sobie, 偶e jestem tym, za kogo si臋 pod颅awa艂em.

By to podkre艣li膰, rano i wiecz贸r kl臋ka艂em i odmawia艂em pacierz, przy stole przed posi艂kiem 偶egna艂em si臋, a w niedziel臋 chodzi艂em do ko艣cio颅艂a. Ale mimo tych wysi艂k贸w nadal nie mia艂em dokumentu na potwierdzenie mojej to偶samo艣ci jako Czes艂aw Pinkowski.

Zdaj膮c sobie spraw臋 ze swej sytuacji, stara艂em si臋 stworzy膰 sobie jakie艣 alibi, twierdz膮c, 偶e pochodz臋 z Du颅beczna. Miejscowo艣膰 ta dla wielu by艂a nieznana. Za podstaw臋 wzi膮艂em do颅mek mego wujka, kt贸ry dok艂adnie opisywa艂em, ale m贸wi艂em, 偶e tam miesz颅ka moja matka.

Cz臋sto opowiada艂em o Dubecznie i okolicy, twierdz膮c, zgod颅nie zreszt膮 z prawd膮, 偶e w niekt贸rych wioskach mieszkaj膮 Ukrai艅cy, a Pola颅cy tam zamieszkuj膮cy opr贸cz swego j臋zyka u偶ywaj膮 r贸wnie偶 j臋zyka ukrai艅颅skiego i dlatego znam ten j臋zyk. Wieczorami, siedz膮c przy wyplataniu koszy颅k贸w, celowo 艣piewa艂em ukrai艅skie piosenki.

Wczesn膮 wiosn膮, id膮c przez wie艣, zawar艂em umow臋 na wypas kr贸w pod颅 czas lata u innego gospodarza. Po sze艣ciu miesi膮cach mego pobytu u koleja颅rza, dla kt贸rego w g艂臋bi serca zachowa艂em wiele wdzi臋czno艣ci, odszed艂em do innego gospodarza (bogatszego).

By艂a wtedy zimna, deszczowa sobota, w ko艅cu marca 1943 roku, gdy zjawi艂em si臋 u mego nowego chlebodawcy Jana Siedleckiego. Od pocz膮tku mego pobytu spa艂em w pokoju jego matki颅 鈥瀊abci”, jak wszyscy j膮 nazywali.

Oczywi艣cie, podobnie jak u kolejarza, za颅chowywa艂em si臋 jak pobo偶ny katolicki ch艂opiec. Babci to si臋 podoba艂o i cz臋sto m贸wi艂a mi, 偶e jestem ,,dobrze wychowany”. Syn jej nie by艂 taki ufny. Wiedzia艂, 偶e nie mam dokument贸w, a jednak nie spieszy艂em si臋 napisa膰 do domu w Dubecznie, sk膮d rzekomo mia艂em pochodzi膰, 偶eby mi je przys艂ano.

Zacz膮艂 mnie podejrzewa膰 i m贸j poprzedni pobyt u innego gospodarza w tej wsi dla niego niewiele znaczy艂. M贸j chlebodawca, Jan Siedlecki, zacz膮艂 odnosi膰 si臋 do mnie lekcewa偶膮co, u偶ywa艂 przekle艅stw i wymy艣la艂 mi. A 偶e niezbyt delikatnie odnosi艂 si臋 r贸wnie偶 do domownik贸w, u艣pi艂o to moj膮 czujno艣膰.

W艂a艣ciwie powinienem by艂 odej艣膰 od tego gospodarza, odej艣膰 z tej wioski, tak jak to wielokrotnie robi艂em uprzednio. Niestety, w kwietniu 1943 roku w okupowanej Polsce 偶ydowski ch艂opiec pozosta艂y jeszcze przy 偶yciu nie m贸g艂 swobodnie chodzi膰 po wioskach w poszukiwaniu zaj臋cia. Tym bardziej, 偶e by艂em ju偶 o rok starszy i bez okazania dowodu (aryjskiego) nikt nie przyj膮艂by mnie do pracy.

Zdaj膮c sobie z tego spraw臋, znosi艂em t臋 poniewierk臋, nie wiedz膮c, jak wielkie niebezpiecze艅stwo czyha艂o na mnie ze strony gospodarza oraz jego kolegi Klimka. Gdyby wtedy, w kwietniu, zre颅alizowali sw贸j plan sprawdzenia mnie, tak jak zamierzali, straci艂bym 偶ycie.

W ko艅cu kwietnia zacz膮艂em swoje prawdziwe zaj臋cie, pastwiskiem by艂 mie颅szany las, w kt贸rym spotyka艂em innych ch艂opc贸w ze wsi i kt贸rym zazdro艣颅ci艂em ich beztroskiego 偶ycia. Marzy艂em nieraz: gdyby tak mie膰 metryk臋 jed颅nego z nich. Nawet nie spodziewa艂em si臋, 偶e w艂a艣nie w tej wsi zrealizuj臋 to swoje marzenie.

Pewnego lipcowego dnia po po艂udniu, gdy gospodarza nie by艂o w domu, 偶ona jego, podaj膮c mi jedzenie, zacz臋艂a opowiada膰, jaki plan mia艂 jej m膮偶 wraz ze swoim koleg膮 Klimkiem. Ot贸偶 mieli zamiar zwabi膰 mnie do lasu, rzekomo do wycinania drzew, i sprawdzi膰 mnie. Gdyby po 艣ci膮gni臋ciu mi spodni okaza艂o si臋, 偶e ich podejrzenie jest s艂uszne, zamierzali zwi膮za膰 mnie i zawie藕膰 do miasteczka na policj臋.

W dalszej rozmowie gospodyni pyta艂a mnie, dlaczego tak cz臋sto chodz臋 do miasteczka, skoro nie mam dokumen颅t贸w. Twierdzi艂a, 偶e gdybym zosta艂 zatrzymany, mogliby mnie wzi膮膰 za 呕yda. Robi膮c dobr膮 min臋 do z艂ej gry, roze艣mia艂em si臋 i powiedzia艂em, 偶e 鈥瀙rzecie偶 chodz臋 jedynie do ko艣cio艂a, a czasem na poczt臋, 偶eby wys艂a膰 list do matki. Poza tym, gdyby nmie zatrzymano, to przecie偶 policja mo偶e sprawdzi膰 w Dubecznie, sk膮d pochodz臋, wi臋c wyja艣ni艂oby si臋…”.

Zuchwa艂o艣膰 ta by膰 mo偶e doda艂a mi odwagi, przypuszczalnie przekona艂a moj膮 gospodyni臋, ale niebezpiecze艅stwo nie min臋艂o i wisia艂o nade mn膮 jak przys艂owiowy miecz Damoklesa.

Bezustannie marzy艂em i rozmy艣la艂em o zdobyciu 鈥瀉ryjskich papier贸w”, kt贸re pomog艂yby mi przetrwa膰. Ostatecznie moje marzenie mog艂em zreali颅zowa膰 dzi臋ki temu, 偶e spa艂em w pokoju babci. Przytrafi艂o si臋 to, po prostu ,,spad艂o jak z nieba”. Wiadomo, 偶e niekt贸rzy starsi ludzie sk艂onni s膮 do roz颅m贸w, tak by艂o i z babci膮 鈥 matk膮 Jana, kt贸ra wieczorami opowiada艂a mi o ludziach ze wsi.

W ten spos贸b dowiedzia艂em si臋 o wielu s膮siadach, o ich rodzinach i zwi膮zanych z tym historiach. Opowiada艂a te偶 o rodzinie ch艂opca, kt贸rego codziennie spotyka艂em na pastwisku. Dzi臋ki temu Jan Czerwi艅ski, bez jego wiedzy i wbrew jego ch臋ci, urzeczywistni艂 moje marzenia zdobycia lewych dokument贸w.

Babcia szczeg贸lnie lubi艂a rozmawia膰 o tej rodzinie. Wed艂ug niej by艂a to szlachecka rodzina, bo matka Janka pochodzi艂a 鈥瀘d szlachty”. Je偶eli mam wierzy膰 w si艂y nadprzyrodzone, to mog臋 powiedzie膰, 偶e podobnie jak kolejarza, tak i t臋 babci臋 sam B贸g mi zes艂a艂. Bo w艂a艣nie dzi臋颅ki jej opowiadaniu o s膮siadach zdoby艂em potrzebne wiadomo艣ci, by uzyska膰 katolick膮 metryk臋.

U艂atwieniem by艂o to, 偶e do parafii, kt贸ra mie艣ci艂a si臋 w miasteczku, nale偶a艂o wiele wiosek, wi臋c niemo偶liwo艣ci膮 by艂o, aby ksi膮dz m贸g艂 zapami臋ta膰 wszystkich ch艂opc贸w z ka偶dej wsi.

By艂 listopad 1943 roku. Pewnego popo艂udnia oznajmi艂em swoim gospo颅darzom, 偶e id臋 na poczt臋 do miasteczka. Uda艂em si臋 do biura parafialnego i o艣wiadczy艂em kancelistce, 偶e potrzebna mi jest metryka, podaj膮c 鈥瀞woje” wszelkie dane. Po wypisaniu mi metryki pos艂a艂a mnie do ksi臋dza po podpis i piecz膮tk臋, a po zap艂aceniu pi臋ciu z艂otych za t臋 czynno艣膰 sta艂em si臋 posiadaczem oryginalnej metryki.

Po kilku dniach opu艣ci艂em swego gospodarza. Tym razem pomaszerowa艂em torami w przeciwnym kierunku, oddalaj膮c si臋 od miasteczka Go艂膮bki. Starym zwyczajem s艂u偶膮cego na wsi przyjmo颅wa艂o si臋 na ca艂y rok podczas 艣wi膮t Bo偶ego Narodzenia.

Obyczaje te ju偶 zna颅艂em, a prac臋 na gospodarstwie r贸wnie偶. W kieszeni mia艂em glejt w postaci oryginalnej metryki, wi臋c czu艂em si臋 bezpiecznie, tote偶 za swoje us艂ugi 偶膮da艂em wysokiego wynagrodzenia.

Gospodarz, u kt贸rego zosta艂em zatrud颅niony na ca艂y rok, za偶膮da艂, abym si臋 zameldowa艂. W zwi膮zku z tym opr贸cz metryki potrzebne by艂o r贸wnie偶 za艣wiadczenie wymeldowania. Postanowi颅艂em spr贸bowa膰 szcz臋艣cia ponownie. 呕eby tego dokona膰, nale偶a艂o si臋 zg艂osi膰 do gminy mieszcz膮cej si臋 po drugiej stronie tor贸w, naprzeciw wioski, gdzie pas艂em krowy i sk膮d na podstawie metryki rzekomo mia艂em pochodzi膰.

Gdy dotar艂em do celu i stan膮艂em przed budynkiem, gdzie mie艣ci艂a si臋 gmina, zawaha艂em si臋; mo偶e ten urz臋dnik zna rodzin臋 Czerwi艅skich? Przecie偶 ta wie艣 znajduje si臋 o nieca艂e 4 km, tu偶 po drugiej stronie tor贸w. Ale od tego wymeldowania uzale偶nione by艂o moje dalsze istnienie, wi臋c po chwili wa颅hania poprosi艂em o za艣wiadczenie wymeldowania, za kt贸re zap艂aci艂em trzy z艂ote.

Mia艂em ju偶 potrzebne dokumenty, o kt贸rych marzy艂em ponad rok. Wkr贸tce zameldowa艂em si臋 jako Jan Czerwi艅ski zamieszka艂y we wsi Ustrzesz i zatrudniony jako robotnik rolny. W Radzyniu Podlaskim po z艂o颅偶eniu w gminie wniosku na kenkart臋 otrzyma艂em za艣wiadczenie:,,Tymcza颅sowy Dow贸d Osobisty”. Oryginaln膮 kenkart臋 obiecano przekaza膰 so艂tysowi wsi, w kt贸rej przebywa艂em, za dwa miesi膮ce.

Kenkarta (niem. Kennkarte ) 鈥 dow贸d to偶samo艣ci wydawany przez okupacyjne w艂adze niemieckie.

W styczniu 1944 roku szuka艂em znowu nowego miejsca. Prac臋 zna颅laz艂em u gospodarza Albina we wsi oddalonej od Radzynia o mniej wi臋cej 10 km. Rozpocz膮艂em prac臋 u tego gospodarza w pe艂ni nadziei, 偶e jestem ju偶 bezpieczny.

Pech chcia艂, 偶e zanim otrzyma艂em kenkart臋, przyszli partyzanci. Wygodnie rozsiedli si臋 na krzes艂ach i zacz臋li wypytywa膰 o cz艂onk贸w rodzi颅ny, r贸偶ne sprawy gospodarcze, a nast臋pnie wskazuj膮c na mnie:鈥瀉 ten ch艂o颅piec?” 鈥濼o jest m贸j s艂u偶膮cy” 鈥 odpowiada gospodarz. Wtedy jeden z tych ni颅by to partyzant贸w powiedzia艂: 鈥濼o 呕yd!” A do mnie: 鈥濩hod藕 z nami na dw贸r! Sprawdzimy, je偶eli si臋 oka偶e, 偶e jeste艣 呕ydem, to widzisz? Wskaza艂 na luf臋 karabinu.

鈥濸artyzanci” domagali si臋, 偶ebym poszed艂 z nimi na dw贸r na sprawdzenie. Po raz drugi wi臋c sprawdzenie mnie mia艂o zadecydowa膰 o moim 偶yciu; tym razem pod gro藕b膮 karabinu.

Jakkolwiek Albin nie wie颅dzia艂 o moim prawdziwym pochodzeniu, 偶eby unikn膮膰 zamieszania, stan膮艂 w mojej obronie. U偶ywaj膮c wszelkich s艂贸w perswazji, m贸wi艂: 鈥濩o wy, panowie! Ja znam jego rodzin臋, osobi艣cie przywioz艂em go z jego domu ze wsi, niedaleko miasteczka Go艂膮bki. Janek! Poka偶 sw贸j dokument! Widzicie, pa颅nowie, to jest Tymczasowy Dow贸d Osobisty wystawiony w gminie, tam, gdzie z艂o偶y艂 wniosek na kenkart臋”.

W mi臋dzyczasie gospodyni przynios艂a kie艂bas臋, samogon i ci 鈥瀙anowie” solidnie tym si臋 zaj臋li. Kr贸tko po tym zda颅rzeniu (w lutym) uda艂em si臋 do wsi Ustrzesz do so艂tysa, kt贸ry mia艂 ju偶 dla mnie dokument. Tak wi臋c w lutym 1944 roku sta艂em si臋 ostatecznie posia颅daczem kenkarty. W ko艅cu lipca tego偶 1944 roku tereny lubelskie zosta艂y wyzwolone spod okupacji niemieckiej.

do g贸ry

Strona 鈥瀂apis pami臋ci鈥
Stowarzyszenia
鈥濪zieci Holocaustu鈥
w Polsce.

Zrealizowano
dzi臋ki wsparciu Fundacji
im. R贸偶y Luksemburg
Przedstawicielstwo
w Polsce

ul. Twarda 6
00-105 Warszawa
tel./fax +48 22 620 82 45
dzieciholocaustu.org.pl
chsurv@jewish.org.pl

Koncepcja i rozwi膮zania
graficzne 鈥 Jacek Ga艂膮zka 漏
ex-press.com.pl

Realizacja
Joanna Sobolewska-Pyz,
Anna Ko艂aci艅ska-Ga艂膮zka,
Jacek Ga艂膮zka

Web developer
Marcin Bober
PROJEKTY POWI膭ZANE

Wystawa w drodze
鈥濵oi 偶ydowscy rodzice,
moi polscy rodzice鈥 moirodzice.org.pl

Wystawa sta艂a
鈥濵oi 偶ydowscy rodzice,
moi polscy rodzice鈥
w Muzeum Treblinka
muzeumtreblinka.eu
Strona 鈥瀂apis pami臋ci鈥
Stowarzyszenia
鈥濪zieci Holocaustu鈥
w Polsce.

Zrealizowano
dzi臋ki wsparciu Fundacji
im. R贸偶y Luksemburg
Przedstawicielstwo
w Polsce
Koncepcja i rozwi膮zania
graficzne 鈥 Jacek Ga艂膮zka 漏
ex-press.com.pl

Realizacja
Joanna Sobolewska-Pyz,
Anna Ko艂aci艅ska-Ga艂膮zka,
Jacek Ga艂膮zka

Web developer
Marcin Bober
PROJEKTY POWI膭ZANE

Wystawa w drodze
鈥濵oi 偶ydowscy rodzice,
moi polscy rodzice鈥 moirodzice.org.pl

Wystawa sta艂a
鈥濵oi 偶ydowscy rodzice,
moi polscy rodzice鈥
w Muzeum Treblinka
muzeumtreblinka.eu