audio: 1
zdj臋cia: 6

Marian Kalwary, urodzony w 1930 r.

Wszystko pami臋tam

Wspomnienie czyta聽S艂awomir聽Holland

W tym kr贸tkim tek艣cie spisa艂em fragmenty wspomnie艅 z okresu ch艂opi臋cego, w kt贸rym zamiast beztrosko i rado艣nie si臋 rozwija膰, musia艂em wegetowa膰, tak jak moi bliscy i znajomi, w nieludzkich warunkach gett warszawskiego i wo艂omi艅skiego, a potem w ukryciu, z wyrokiem 艣mierci za sam fakt istnienia.

S膮 to do艣膰 chaotyczne przekazy strz臋pk贸w wydarze艅, kt贸rych by艂em uczestnikiem, a kt贸re 鈥 mimo up艂ywu ponad 70 lat 鈥 dok艂adnie pami臋tam i nie b臋d臋 ich m贸g艂 zapomnie膰 do ko艅ca鈥

Urodzi艂em si臋 w 1930 roku w Warszawie w rodzinie zasymilowanej. Zawsze mieli艣my jednak 艣wiadomo艣膰 bycia 呕ydami, chocia偶by ze wzgl臋du na wszechobecn膮 rubryk臋 鈥瀢yznanie moj偶eszowe鈥. Rodzice byli niereligijni, mo偶e nie atei艣ci, ale raczej agnostycy.

Katoliczkami zawsze by艂y s艂u偶膮ce 鈥 dwie przyuczone dziewczyny ze wsi, stale mieszkaj膮ce z nami. Jako dziecko by艂em z jedn膮 z nich, kt贸ra pe艂ni艂a funkcj臋 niani, kilka razy w pobliskim ko艣ciele 艣w. Floriana. Lecz dbaj膮ca o jedynaka matka zakaza艂a dalszych takich wizyt. Nie ze wzgl臋d贸w religijnych, przyczyn膮 by艂 panuj膮cy tam ch艂贸d i jak stwierdzi艂a:鈥瀌ziecko mog艂oby si臋 przezi臋bi膰鈥.

Przed wojn膮 ze 艣wi膮t zna艂em tylko Wielkanoc, bo gotowa艂o si臋 w 艂upinkach cebuli jaja na twardo i malowa艂o farbkami skorupki, oraz Bo偶e Narodzenie, bo klei艂o si臋 z kolorowych papier贸w 艂a艅cuchy i ubiera艂o si臋 choink臋. Oba te zdarzenia by艂y dla dziecka fascynuj膮ce, cho膰 nie wi膮za艂em ich z jak膮kolwiek religi膮.

Ze 艣wi膮t 偶ydowskich wiedzia艂em tylko o istnieniu Kuczek, a to tylko dlatego, 偶e zaciekawia艂y mnie budki ustawiane na niekt贸rych balkonach i cz臋sto obrzucane przez 艂obuz贸w kamieniami.

W domu nie s艂ysza艂o si臋 j臋zyka 偶ydowskiego. Matka zna艂a go chyba tylko dlatego, 偶e pochodzi艂a z ma艂ego mazowieckiego miasteczka, Czerwi艅ska nad Wis艂膮, gdzie 呕ydzi prawie wy艂膮cznie porozumiewali si臋 w tym j臋zyku. Ojciec w og贸le nie zna艂 偶ydowskiego, co mu zreszt膮, jak skar偶y艂 si臋, b臋d膮c ju偶 w getcie, bardzo utrudnia艂o 偶ycie.

Pochodzi艂 z warszawskiej rodziny fabrykant贸w mebli. Rodzina matki 鈥 Wajselfiszowie, jeszcze przed wybuchem I wojny 艣wiatowej przenios艂a si臋 do Warszawy. Po odzyskaniu niepodleg艂o艣ci moja matka Tercja-Mira (imi臋 to nada艂 jej ojciec, pono膰 m臋drzec, kt贸ry uzna艂, 偶e jest dziwna, a poza tym by艂a trzecim dzieckiem, potocznie jednak u偶ywa艂a imienia Teresa) rozpocz臋艂a studia stomatologiczne w 贸wczesnym Pa艅stwowym Instytucie Dentystycznym.

Ojciec Samuel, mimo uko艅czenia Wawelberga wyspecjalizowa艂 si臋 w zawodzie technika dentystycznego i wykonywa艂 wszystkie prace protetyczne dla matki.

Szko艂a Wawelberga i Rotwanda 鈥 wy偶sza uczelnia mechaniczno-techniczna w Warszawie

Mieszkali艣my na Pradze, przy ulicy Targowej 78 mieszkania 2, gdzie przyszed艂em na 艣wiat. Z rodze艅stwa mia艂em tyko siostr臋 Ryszard臋, starsz膮 ode mnie o 8 lat, co w tym wieku stanowi艂o zdecydowan膮 barier臋 鈥瀟owarzysk膮鈥. Chodzi艂a do prywatnego gimnazjum i liceum, bodaj偶e Rzeszotarskiej, i kontakt z ni膮 mia艂em niewielki. W 1939 roku zd膮偶y艂a jeszcze zrobi膰 matur臋.

W naszym mieszkaniu jeden pok贸j by艂 zaj臋ty na gabinet matki, do kt贸rego wchodzi艂o si臋 przez pok贸j sto艂owy pe艂ni膮cy r贸wnie偶 funkcj臋 poczekalni dla pacjent贸w. Na honorowym miejscu, na specjalnym stoliku z kordonkow膮 serwetk膮, sta艂o radio lampowe.

Warsztat ojca zajmowa艂 spor膮 cz臋艣膰 kuchni. Wczesne dzieci艅stwo up艂ywa艂o mi mi臋dzy gabinetem mamy a warsztatem ojca, kt贸rego praca bardzo mnie intrygowa艂a i cz臋sto mu asystowa艂em. G艂贸wnie by艂em wykorzystywany do zbierania skrawk贸w z艂ota dentystycznego. Koronki naz臋bne robiono wtedy przewa偶nie ze z艂otych kr膮偶k贸w, kt贸re odpowiednio modeluj膮c na wyciskarce ojciec obkrawa艂 specjalnymi no偶yczkami. Nie by艂 pedantem, wi臋c 艣cinki l膮dowa艂y przewa偶nie w r贸偶nych miejscach pod艂ogi.

W niedziel臋 sz艂o si臋 albo 鈥瀢 go艣ci鈥, albo go艣cie przychodzili do nas na obiad. W tych spotkaniach nie bra艂em udzia艂u, bo nie by艂o w zwyczaju, aby dziecko uczestniczy艂o w rozmowach doros艂ych, chyba 偶e by艂a to babcia Wajselfisz, z kt贸r膮 by艂em bardziej emocjonalnie zwi膮zany. Przychodzi艂a przewa偶nie z drug膮 c贸rk膮, cioci膮 Pol膮 鈥 farmaceutk膮, rozwiedzion膮, gdy偶 m膮偶 by艂 pono膰 艂ajdakiem.

Dziadk贸w nie mia艂em, bo jeden 鈥 Wajselfisz 鈥 zmar艂 jeszcze przed moim urodzeniem, a Kalwary 鈥 gdy mia艂em chyba dwa lata. Z babci膮 Kalwary kontakty by艂y ch艂odne. (W zasadzie pozna艂em j膮 dopiero w getcie, gdy le偶a艂a zmo偶ona chorob膮. Mia艂a szcz臋艣cie umrze膰 艣mierci膮 naturaln膮 jeszcze w 1941 roku).

Matka bardzo du偶o pracowa艂a. Zasadniczo od rana do wieczora przez ca艂y tydzie艅, woln膮 mia艂a chyba tylko niedziel臋. Przypuszczam, 偶e na jej barkach le偶a艂a ca艂a organizacja domu i jego utrzymanie. Mia艂a jeszcze drugi gabinet w Jab艂onnie, do kt贸rego doje偶d偶a艂a kolejk膮 w膮skotorow膮, ciuchci膮 z dworca przy mo艣cie Kierbedzia.

Na ca艂e lato wyje偶d偶ali艣my na tzw. letnisko. By艂a to prawie ca艂a przeprowadzka furmank膮 do wynaj臋tego domku w okolicach Warszawy. Pocz膮tkowo by艂 to Buchnik, a potem 艢wider.

Na Pradze chodzi艂em, a raczej by艂em zaprowadzany do przedszkola pani Paszke-Folakowej, natomiast gdy w 1937 roku wszed艂em ju偶 w wiek szkolny, to z moim wychowaniem, ze wzgl臋du na nieunikniony kontakt z dzie膰mi z podw贸rka, zacz臋艂y si臋 k艂opoty. Koledzy z podw贸rka wykorzystywali mnie, naiwne dziecko, do podkradania dla nich cukierk贸w z usytuowanego obok bramy sklepu spo偶ywczego.

Jak pami臋tam, uwa偶ali, 偶e w艂a艣cicielka nie b臋dzie dziecka 鈥瀌okt贸rki鈥 podejrzewa膰 o tak niecne dzia艂ania. Widocznie robi艂em to nieudolnie, bo sprawa si臋 wyda艂a. Sprzedawczyni o zdarzeniu mo偶liwie konfidencjonalnie opowiedzia艂a matce. W konsekwencji zosta艂em umieszczony w renomowanym pensjonacie dla dzieci i m艂odzie偶y pa艅 Wilczy艅skiej i Winawerowej w 艢r贸dborowie. (Wg uzyskanej informacji w 呕IH Wilczy艅ska nie prze偶y艂a Holokaustu, natomiast Winawerowa zdo艂a艂a ocale膰).

Teraz my艣l臋, 偶e wys艂ano mnie do 艢r贸dborowa tak偶e dlatego, 偶e relacje mi臋dzy rodzicami stopniowo si臋 psu艂y. W domu by艂y coraz cz臋stsze awantury, co na pewno wp艂ywa艂oby negatywnie na proces wychowawczy dziecka.

W 艢r贸dborowie by艂o wspaniale. Wszystkie dzieci grzeczne, z tzw. dobrych dom贸w. Serdeczna, a jednocze艣nie profesjonalna opieka. Poza zabaw膮 mieli艣my du偶o r贸偶nych zaj臋膰 edukacyjnych. By艂y wy艣wietlane w膮skota艣mowe filmy dla dzieci na przeno艣nym projektorze, a nawet zaj臋cia techniczne. Pami臋tam, 偶e skonstruowa艂em z koleg膮 kryszta艂kowy aparat radiowy, kt贸ry, o dziwo, dzia艂a艂.

Ze 艢r贸dborowa chodzi艂em do szko艂y w Otwocku, do I i II klasy. By艂a to szko艂a 偶ydowska, ale z nauczaniem wy艂膮cznie w j臋zyku polskim. Z pensjonatu by艂o to ok. 2 km, wi臋c chodzi艂em bardzo rzadko, tylko w dni pogodne i niezbyt mro藕ne. Ze szko艂y tej pami臋tam jedynie niesamowity ha艂as i harmider. Nie s膮dz臋, abym si臋 tam czegokolwiek nauczy艂.

Nie przypominam sobie 偶adnej normalnej lekcji ani 偶adnego nauczyciela. Czyta膰, pisa膰 i troch臋 liczy膰 umia艂em ju偶 z domu, a poza tym w pensjonacie te偶 by艂a prowadzona jaka艣 podstawowa nauka, kt贸ra chyba wi臋cej mi dawa艂a ni偶 ta szko艂a.

Przed sam膮 wojn膮 rodzice si臋 rozeszli. Matka zwi膮za艂a si臋 z Zygmuntem Wi艣niewskim, in偶ynierem l膮dowym, kt贸rego udzia艂 w moim przetrwaniu jest nie do przecenienia. Ojciec pozosta艂 w mieszkaniu przy ul. Targowej, natomiast matka ze mn膮 przenios艂a si臋 do mieszkania na Starym Mie艣cie, przy ul. Freta 33, gdzie w 1937 roku, likwiduj膮c ju偶 gabinet w Jab艂onnie, otworzy艂a nast臋pny.

By艂o to ju偶 co艣 wi臋cej ni偶 zwyk艂y gabinet dentystyczny, gdy偶 by艂y dwa stanowiska pracy i na szyldzie przed bram膮 zosta艂 umieszczony napis: 鈥濸rzychodnia dentystyczna鈥. Jak na 贸wczesne czasy by艂a to plac贸wka bardzo nowoczesna.

Osobne wej艣cie z klatki schodowej, poczekalnia dla pacjent贸w urz膮dzona modern (meble tzw. gi臋te z zak艂ad贸w rodziny ojca, za kt贸re 鈥 co zawsze matka podkre艣la艂a 鈥 musia艂a jednak zap艂aci膰 i to s艂ono), no i sam przestronny gabinet z dwoma fotelami i najnowszym oprzyrz膮dowaniem robi艂 odpowiednie wra偶enie. Do pracy na drugim fotelu matka zatrudnia艂a inn膮 dentystk臋, jeszcze na dorobku. By艂o te偶 osobne WC i nawet telefon (!).

GETTO

Niestety, przysz艂a wojna. Polska, kt贸ra mia艂a Niemcom nie odda膰 nawet guzika, w b艂yskawicznym tempie ca艂a sta艂a si臋 艂upem naje藕d藕cy.

Na pocz膮tku 1940 roku siostra wysz艂a za m膮偶 za Polaka, Henryka Kuszy艅skiego (zosta艂 przypadkowo zaaresztowany przez gestapo wiosn膮 1944 roku i rozstrzelany na Pawiaku).

Prawie przez rok 偶yli艣my w okupowanej Warszawie nie odczuwaj膮c jeszcze grozy sytuacji, a偶 do utworzenia getta i konieczno艣ci przeniesienia si臋 do niego. Nast膮pi艂o to w pa藕dzierniku 1940 roku.

Ojciec wynaj膮艂 dla siebie mieszkanie, a w zasadzie male艅ki pokoik z kuchenk膮 gdzie艣 na ulicy Nowolipie. W kuchni tradycyjnie urz膮dzi艂 warsztat, kt贸ry zaj膮艂 prawie ca艂膮 jej powierzchni臋. W pokoiku na otomance le偶a艂a chora babcia Kalwary. (Przed wojn膮 babcia Kalwary mieszka艂a z c贸rk膮, cioci膮 Ank膮 Zylbersztajn, kt贸ra z m臋偶em Stachem i synkiem w moim wieku uciekli we wrze艣niu 1939 roku na wsch贸d i przetrwali gdzie艣 na Syberii, a w 1946 czy 1947 wr贸cili do Warszawy i od razu wyemigrowali do Palestyny).

Matka ze mn膮 przenios艂a si臋 pocz膮tkowo do pokoiku 鈥 wynaj臋tego u bardzo mi艂ej, do艣膰 licznej rodziny 鈥 chyba na ulicy G臋siej. Przewa偶nie przebywa艂em u nich w du偶ym pokoju. By艂em tam go艣ciem zawsze mile widzianym, bo nie mieli syna, tylko jedn膮 m艂odsz膮 ode mnie c贸reczk臋, z kt贸r膮 si臋 bawi艂em. Mia艂em ju偶 zacz臋ty 11. rok 偶ycia, ale 鈥 patrz膮c z dzisiejszej perspektywy 鈥 by艂em bardzo dziecinny.

By艂 to pocz膮tek getta, nie by艂o jeszcze takiego strasznego zag臋szczenia ludno艣ci膮 zwo偶on膮 z innych miast Polski i ludzie nie byli jeszcze tak skrajnie zubo偶eni, wyg艂odniali oraz wycie艅czeni. Widok 偶ebrak贸w i 艂achmaniarzy nie zaskakiwa艂, gdy偶 by艂 typowy, szczeg贸lnie dla tych dzielnic, r贸wnie偶 i przed wojn膮.By艂a jeszcze elektryczno艣膰 i je藕dzi艂 nawet tramwaj oznakowany Gwiazd膮 Dawida.

Matka bardzo cz臋sto przechodzi艂a na stron臋 aryjsk膮 i stara艂a si臋 jako艣 przystosowa膰 do zaistnia艂ych warunk贸w. Przewa偶nie przebywa艂em w pokoju sam i nie opuszcza艂em mieszkania. Nie spotykaj膮c si臋 jeszcze ze spektakularnymi przejawami skrajnej n臋dzy, g艂odu i tragicznego losu ludzkiego, nie zdawa艂em sobie sprawy z powagi zaistnia艂ej rzeczywisto艣ci. Dla mnie, jako dziecka, by艂a to wci膮偶 przygoda, co艣 si臋 dzia艂o, ale by艂a mama i czu艂em si臋 bezpieczny i zadbany.

Po miesi膮cu, a mo偶e dw贸ch, przenie艣li艣my si臋 do nowego lokum przy ulicy Leszno 52/54. Budynek wywar艂 na mnie du偶e wra偶enie; wystr贸j zewn臋trzny i w og贸le 鈥 jakby si臋 dzi艣 powiedzia艂o 鈥 ca艂a infrastruktura. By艂y nawet jeszcze czynne windy, osobne klatki schodowe dla s艂u偶by (bez wind), osobna instalacja na ciep艂膮 wod臋 z piecyka gazowego junkers (ju偶 niedzia艂aj膮ca).

Ta nowoczesna nieruchomo艣膰 sk艂ada艂a si臋 z dw贸ch r贸wnolegle stoj膮cych wzgl臋dem siebie, a prostopadle do ulicy, 6-pi臋trowych bli藕niaczych budynk贸w o elewacji wyko艅czonej secesyjn膮 ornamentyk膮. Nietypowo艣膰 tej budowli polega艂a na tym, 偶e nie by艂o tradycyjnej bramy i podw贸rek studzien, lecz od ulicy mi臋dzy tymi dwoma budynkami zrobiono z a偶urowej kompozycji metaloplastycznej dwuskrzyd艂ow膮 bram臋, przez kt贸r膮 by艂 wjazd na otwart膮 przestrze艅 pod艂u偶nego podw贸rka.

Po bokach bramy sta艂y identyczne dwie ma艂e str贸偶贸wki, niby kordegardy, a mi臋dzy nimi a 艣cian膮 frontow膮 budynk贸w by艂y, wykonane podobnie jak brama, dwie furtki dla pieszych. Podw贸rko by艂o bardzo d艂ugie, bo za obydwoma budynkami mieszkalnymi, a ka偶dy mia艂 osobne wej艣cia do dw贸ch klatek schodowych, ci膮gn臋艂y si臋 w贸wczas ju偶 nieczynne parterowe magazyny w艂a艣ciciela nieruchomo艣ci, firmy Neufeld.

Matka wynaj臋艂a pok贸j na IV pi臋trze u starszego ma艂偶e艅stwa, pa艅stwa Epsztajn贸w. By艂 tam du偶y pok贸j sto艂owy, w kt贸rym mieszkali g艂贸wni lokatorzy, przez niego przechodzi艂o si臋 do kuchni oraz 艂azienki i WC, obok by艂 jeszcze ma艂y pokoik (dawniej chyba dla s艂u偶膮cej), kt贸ry zajmowa艂a doros艂a c贸rka gospodarzy.

Z do艣膰 obszernego przedpokoju wchodzi艂o si臋 bezpo艣rednio do
鈥瀗aszego鈥 du偶ego pokoju oraz do mniejszego pokoju, kt贸ry wynajmowali pa艅stwo Lipszycowie, m艂ode ma艂偶e艅stwo z 12鈥13-letni膮 c贸reczk膮. (Kt贸rej艣 nocy pan Lipszyc zosta艂 wyprowadzony z mieszkania i zastrzelony w bramie s膮siedniego domu. M贸wiono, 偶e zrobili to Niemcy, ale dok艂adnie chyba nikt nie wiedzia艂).

W przedpokoju by艂o tak偶e usytuowane spore (drugie 鈥 sic!) WC z umywalk膮.
Nasz pok贸j matka urz膮dzi艂a jako pomieszczenie uniwersalne. Zawieszona na sznurze zas艂ona oddziela艂a cz臋艣膰 sypialn膮 od prowizorycznie utworzonego gabinetu dentystycznego.

Matka zdo艂a艂a z ulicy Freta uratowa膰 i przenie艣膰 tylko niezb臋dne instrumentarium 鈥 star膮, jeszcze no偶n膮 maszyn臋 do borowania i zapas materia艂贸w dentystycznych. My艣l臋, 偶e te dzia艂ania matki by艂y raczej na wyrost, bo nie pami臋tam, aby poza rodzin膮 i znajomymi byli jeszcze jacy艣 inni pacjenci.

W pokoju sta艂a te偶 koza, w kt贸rej pali艂o si臋 przewa偶nie brykietami. Na niej gotowano, ale g艂贸wnie s艂u偶y艂a do ogrzania pokoju zim膮. W domu tym nie by艂o ju偶 tradycyjnych piec贸w kaflowych, tylko centralne ogrzewanie, oczywi艣cie niedzia艂aj膮ce.

Prawie ca艂y czas sp臋dza艂em na podw贸rku, bawi膮c si臋 z wieloma nowo poznanymi ch艂opcami w moim wieku. Najlepszym placem zabaw by艂 pusty teren wok贸艂 nieczynnych magazyn贸w wspomnianej ju偶 firmy Neufeld. S膮dz膮c po asortymencie resztek walaj膮cego si臋 wok贸艂 towaru, by艂a to firma handluj膮ca wyko艅czeniowymi materia艂ami budowlanymi. 艢wiadczy艂y o tym rozsypane r贸偶ne p艂ytki ceramiczne i le偶膮ce wsz臋dzie strz臋py work贸w po farbach.

Dla ch艂opc贸w szczeg贸ln膮 atrakcj膮 by艂o wdrapywanie si臋 na dachy niskich zabudowa艅 magazynowych i bieganie po nich. Szcz臋艣liwie nikomu nic si臋 nie sta艂o. Atmosfera by艂a jeszcze do艣膰 beztroska. Budynek mieszkalny by艂, jak na owe czasy, ekskluzywny, wi臋c i dzieci pochodzi艂y z rodzin relatywnie zamo偶nych. Mieszkania niekt贸rych koleg贸w, kt贸rych odwiedza艂em, zachowa艂y nawet przedwojenne status quo i mimo przestronno艣ci by艂y zajmowane tylko przez jedn膮 rodzin臋.

Ca艂y czas pracowa艂 jeszcze dawny 偶ydowski dozorca, m臋偶czyzna o bardzo pot臋偶nej posturze. Mieszka艂 w suterenie w mojej klatce schodowej. Mia艂 偶on臋, kt贸ra pomaga艂a mu w pracy, i dw贸jk臋 dzieci. Ch艂opca i dziewczynk臋 鈥 bli藕niaki w moim wieku. Takich drobnych, piegowatych rudzielc贸w. Bardzo si臋 lubili艣my i przyja藕nili艣my, cz臋sto do nich schodzi艂em.

Sytuacja materialna by艂a tam bardzo ci臋偶ka, bo my艣l臋, 偶e nie mia艂 kto ich ojcu p艂aci膰 za prac臋, a nie s膮dz臋, aby jako dozorca mia艂 zasoby finansowe. Po pewnym czasie zaadaptowa艂 wi臋c jedn膮 ze wspomnianych kordegard na kiosk.

Wybi艂 okno od strony ulicy i poprzez nie wraz z 偶on膮 prowadzili sprzeda偶 r贸偶nych produkt贸w spo偶ywczych, z kt贸rych pami臋tam tylko s艂odycze, a szczeg贸lnie jeden gatunek cukierk贸w 鈥 ze wzgl臋du na r贸偶nokolorowe celofanowe opakowania.

Do艣膰 szybko rozpocz臋艂y si臋 utrudnienia. Wy艂膮czono elektryczno艣膰. Tramwaj przesta艂 kursowa膰 i zast膮pi艂 go (nie na d艂ugo) konny omnibus. Aby wype艂ni膰 mi jako艣 czas, matka wykupi艂a miejsce w ogr贸dku jordanowskim, do kt贸rego je藕dzi艂em w艂a艣nie tym omnibusem. Ogr贸dek by艂 gdzie艣 w tzw. ma艂ym getcie. To tylko troch臋 wi臋ksze podw贸rko z piaskiem i chyba jednym drzewem na 艣rodku pe艂ne by艂o dzieciak贸w, raczej tych zamo偶niejszych, kt贸rych rodzic贸w by艂o sta膰 na op艂acenie tego 鈥瀕uksusu鈥. Ale trwa艂o to bardzo kr贸tko, bo w trakcie ci膮g艂ego pomniejszania getta teren ten znalaz艂 si臋 wkr贸tce poza nim.

Mimo bardzo ograniczonego popytu niezwykle rozwija艂a si臋 w getcie urozmaicona wytw贸rczo艣膰 rzemie艣lnicza. Szczeg贸lnie pami臋tam przebogaty asortyment lamp karbidowych i鈥 opasek. Jak tylko odci臋to getto od elektryczno艣ci, pojawi艂 si臋 handel karbidem i karbid贸wki.

鈥濸rzemys艂 karbid贸wkowy鈥 eskalowa艂 w niesamowicie szybkim tempie. Najpierw by艂y to zwyk艂e puszki po konserwach. Z jednej strony zamiast denka by艂 z deski wyci臋ty korek, a w zachowanym denku z drugiej by艂a zrobiona dziureczka. Do puszki wk艂ada艂o si臋 kawa艂ki karbidu, zamyka艂o szczelnym drewnianym korkiem, zanurza艂o w wodzie i gdy korek nasi膮kn膮艂, wilgo膰 wchodzi艂a w reakcj臋 z karbidem i dziurk膮 od g贸ry uchodzi艂 gaz, kt贸ry si臋 zapala艂o.

Potem robiono ju偶 specjalne szamotowe palniki z jedn膮 dziureczk膮, dwiema, trzema, czterema鈥 Ukaza艂y si臋 specjalne druciki do przepychania tych dziurek, r贸偶ne dostosowane szczoteczki i inne akcesoria. Karbid贸wki zacz臋艂y mie膰 ju偶 dwa osobne zintegrowane pojemniki na karbid i wod臋, kt贸rej dop艂yw do karbidu mo偶na by艂o dozowa膰 odpowiednim pokr臋t艂em. Lampki mia艂y jeden palnik lub kilka. Tak偶e r贸偶ne opcje ozdobne, mniej lub bardziej luksusowe. Powstawa艂y nawet wymy艣lne wieloramienne 艣wieczniki karbidowe.

Wieczorami, szczeg贸lnie zim膮, na ulicach panowa艂y egipskie ciemno艣ci. Nawet gdyby nie obowi膮zywa艂o zaciemnienie przeciwlotnicze, to i tak nie mia艂oby co rozja艣nia膰 ulic. Rozpowszechni艂y si臋 w贸wczas, szczeg贸lnie w艣r贸d dzieci, r贸偶nego rodzaju fosforyzuj膮ce broszki przypinane na piersi. Mia艂o to niby zapobiega膰 wpadaniu jednych na drugich.

Wspomnia艂em o opaskach. Handlowano nimi chyba wy艂膮cznie na ulicy. Wydawa艂oby si臋, 偶e jest to po prostu kawa艂ek pod艂u偶nego bia艂ego p艂贸tna z nadrukowan膮 niebiesk膮 Gwiazd膮 Dawida.

Ot贸偶 nie ca艂kiem. Okaza艂o si臋, 偶e w zale偶no艣ci od mo偶liwo艣ci p艂atniczych klienta, mo偶e by膰 to ca艂a gama tego rodzaju produktu. Opaski r贸偶ni艂y si臋 rodzajem i jako艣ci膮 materia艂u oraz sposobem wykonania i metod膮 mocowania na ramieniu. By艂y mi臋kkie i sztywne, z materia艂u lub z celuloidu, drukowane, haftowane, naszywane, na gumk臋, tasiemki, agrafki lub po prostu nasuwane.

Sprzedawcy byli obwieszeni nimi od st贸p do g艂贸w. Niestety, ani ta produkcja, ani ten handel nie mia艂 zbyt du偶ych mo偶liwo艣ci dalszego rozwoju. Ka偶demu wystarczy艂a w zasadzie tylko jedna opaska i to od momentu zakupu, a偶 do鈥

Zacz臋艂y si臋 coraz wi臋ksze trudno艣ci aprowizacyjne. Porcje, kt贸re nieraz mo偶na by艂o nabywa膰 na tzw. bony, czyli kartki, by艂y w wielko艣ciach chyba lilipucich, nie m贸wi膮c ju偶 o jako艣ci tych produkt贸w. Co prawda s艂ycha膰 by艂o: 鈥濷j dy bone, oj dy bone, ja nie chce odda膰 bone, bo Hitler jest cholera i bony nam zabiera鈥, ale czy faktycznie te bony chroni艂y od, je艣li nie 艣mierci, to choroby g艂odowej? Raczej w膮tpi臋.

Matka stara艂a si臋 o jedzenie. Przewa偶nie przynosi艂a je spoza getta. Standardowo jedli艣my kasz臋 jaglan膮, natomiast z innymi produktami by艂o kiepsko, nie tylko z przyczyn finansowych, ale g艂贸wnie zaopatrzeniowych.

W 1941 roku na ulicy Leszno niedaleko nas zaadaptowano do艣膰 du偶e pomieszczenie handlowe na nowoczesn膮 hal臋 targow膮. Ol艣ni艂o mnie to miejsce, by艂y tam 艂adne, czyste drewniane stragany. Sprzedawcy byli w bia艂ych fartuchach. W krajobrazie getta by艂a to jaka艣 zaskakuj膮ca enklawa. Do艣膰 dziwna ze wzgl臋du na zaopatrzenie i normalniejszy asortyment towar贸w.

By艂y tam r贸偶ne produkty spo偶ywcze, jak: sery, mas艂o, dr贸b, a nawet mi臋so i w臋dliny. Wszystko to by艂o chyba z przemytu. Ceny by艂y na pewno niebotyczne. Nie s膮dz臋, aby matka tam si臋 zaopatrywa艂a. Pokaza艂a mi to miejsce jak co艣 w rodzaju skansenu.

Natomiast niebywa艂ym wydarzeniem, kt贸re zapami臋ta艂em, by艂o to, gdy z matk膮 poszed艂em do sklepiku spo偶ywczego ko艂o naszego domu i kupi艂a mi bu艂eczk臋 z jednym cieniutkim plasterkiem szynki.

Zreszt膮 dom, w kt贸rym mieszkali艣my, mia艂 do艣膰 zamo偶nych lokator贸w. Pami臋tam, 偶e b臋d膮c po s膮siedzku u jednego kolegi, zosta艂em przez niego pocz臋stowany kawa艂eczkiem pieczonego indyka, co by艂o wydarzeniem te偶 nieprawdopodobnym, bo g艂贸wnie jad艂o si臋 kluski zagniatane z grubo mielonego 偶yta, jakie艣 buraki, kartofle (zim膮 s艂odkawe, przemarzni臋te) i t臋 cholern膮 偶贸艂t膮 kasz臋 jaglan膮, no i jeszcze jak膮艣 mama艂yg臋 z m膮ki kukurydzianej, kt贸ra nie wiadomo sk膮d si臋 pokaza艂a w Warszawie.

Moja matka ci膮gle kursowa艂a mi臋dzy gettem a stron膮 aryjsk膮, najpopularniejszym, cho膰 chyba kosztownym przej艣ciem poprzez s膮dy. Budynek s膮d贸w z dumnym, cho膰 ca艂kiem nieadekwatnym do sytuacji wyrytym napisem: 鈥濻prawiedliwo艣膰 jest ostoj膮 mocy i trwa艂o艣ci Rzeczypospolitej鈥 by艂 akurat vis-脿-vis naszego domu.

Po stronie aryjskiej matka obawia艂a si臋 tylko spotkania z kim艣, kto j膮 zna艂 sprzed wojny i wiedzia艂, 偶e jest 呕yd贸wk膮. I tylko dzi臋ki niej mog臋 powiedzie膰, 偶e nie by艂em w贸wczas nigdy g艂odny, co by艂o ewenementem jak na 偶ycie w getcie.

W naszym mieszkaniu przy ulicy Freta 33 pozosta艂a moja niania Marysia Wanionek. Jeszcze przed wojn膮 zosta艂a ona przeszkolona przez matk臋 i pomaga艂a jej w gabinecie ju偶 jako asystentka.

Ulica Freta by艂a po stronie aryjskiej, natomiast okna dom贸w z wej艣ciami od tej ulicy wychodzi艂y ju偶 na pustaw膮, niezamieszkan膮 ulic臋 Ko藕l膮, kt贸ra w pierwszym okresie by艂a w granicach getta. Przez te okna by艂 prowadzony 鈥瀙rofesjonalny鈥 szmugiel 偶ywno艣ci w hurtowych ilo艣ciach.

呕ywno艣膰 by艂a opuszczana z wy偶szych kondygnacji (bo okna na parterze by艂y zamurowane), na sznurkach, linach i po prostu zrzucana. Mleko by艂o przelewane szlauchem. Odbiorcy mleka, po zlaniu go do baniek, sprawdzali profesjonalnymi przyborami ilo艣膰 zawartego w nim t艂uszczu.

Niedaleko, przy ulicy Franciszka艅skiej, cz臋sto przechadza艂 si臋 policjant granatowy, ale pewnie by艂 przekupiony, bo przymyka艂 na to wszystko oko. Kilka razy tam chodzili艣my, bo okna z naszego mieszkania w艂a艣nie wychodzi艂y na Ko藕l膮.

Pami臋tam, 偶e kiedy艣 Marysia opu艣ci艂a nam przez okno worek z kilkoma kilogramami ziemniak贸w. Mieli艣my ze sob膮 przygotowany w贸zeczek. Jechali艣my ju偶 z tym cennym 艂adunkiem do mieszkania, gdy przy Bonifraterskiej podszed艂 do nas policjant granatowy. 鈥濩o tam wieziecie?鈥. 鈥濧 nic takiego鈥. Kopn膮艂 i przewr贸ci艂 ten w贸zek, ziemniaki si臋 wysypa艂y. My艣la艂, 偶e mamy tam B贸g wie co. Pozbierali艣my ziemniaki i dotarli艣my do domu.

Getto zag臋szcza艂o si臋 bardzo szybko. Ulicami przewala艂y si臋 ju偶 t艂umy. Szerzy艂y si臋 choroby, a szczeg贸lnie tyfus plamisty. Obok g艂odu by艂a to najcz臋stsza przyczyna zgon贸w. Po ka偶dym przyj艣ciu do domu przegl膮da艂o si臋 odzie偶 w poszukiwaniu wszy. Podobnie w艂osy 鈥 w powszechnym u偶yciu by艂 tzw. g臋sty grzebie艅, specjalny do wyczesywania wszy, i nalewka z sabadyli.

Zamo偶niejsi nabywali szczepionk臋 przeciw tyfusowi. Matka, prowadz膮c aktywne, do艣膰 mobilne 偶ycie, by艂a szczeg贸lnie nara偶ona na zara偶enie. Zdoby艂a szczepionk臋, kt贸r膮 podsk贸rnie wstrzykiwa艂o si臋 w kilka miejsc. Matka zaaplikowa艂a j膮 sobie w oba ramiona i jedno udo.

Niestety, na ka偶dym nieszcz臋艣ciu spo艂ecznym 偶eruj膮 te偶 ludzkie hieny. Szczepionki te, kt贸re mia艂y by膰 oryginalnymi weiglowskimi, okaza艂y si臋 fa艂szywkami produkowanymi przez oszust贸w. Nie do艣膰, 偶e nie uodparnia艂y, to jeszcze okaza艂y si臋 niesterylne i powodowa艂y bardzo gro藕ne zaka偶enia, tzw. flegmony, kt贸re na og贸艂 ko艅czy艂y si臋 zgonem.

Robert Weigl 鈥 wynalaz艂 przed wojn膮 szczepionk臋 przeciwko tyfusowi plamistemu i wytwarza艂 j膮 r贸wnie偶 podczas okupacji. (Za uratowanie wielu 呕yd贸w odznaczony medalem Yad Vashem)

Matk臋 dotkn臋艂o to nieszcz臋艣cie i znalaz艂a si臋 w 艣miertelnym zagro偶eniu. W getcie od razu ze strony aryjskiej zjawi艂 si臋 partner matki, kt贸ra z nieprawdopodobnie wysok膮 gor膮czk膮 by艂a ju偶 w sytuacji beznadziejnej. Zwo艂ano konsylium lekarskie, w sk艂ad kt贸rego, jak si臋 potem dowiedzia艂em, wchodzi艂o trzech najwybitniejszych polskich profesor贸w. Zdecydowano si臋 na chirurgiczne otwarcie miejsc zaka偶enia i manualne ich czyszczenie.

Jakim艣 cudem zdobyto sulfonamidy. Operacji dokona艂 te偶 podobno jeden z najlepszych specjalist贸w. Po zabiegu by艂a krytyczna noc, wg opinii lekarzy 鈥 je艣li j膮 prze偶yje, to b臋dzie sukces鈥 Ca艂y czas by艂 obecny z nami partner matki. Przypominam sobie jego powa偶n膮 i zatroskan膮 twarz. Matka by艂a jeszcze m艂oda, mia艂a 41 lat. Przetrzyma艂a鈥 Pami膮tk膮 ju偶 na zawsze by艂y trzy ok. 15-centymetrowe blizny po naci臋ciach, w ka偶dym z miejsc zaka偶enia.

W tym nieszcz臋艣ciu szcz臋艣ciem by艂o to, 偶e wszyscy najwybitniejsi specjali艣ci medyczni, jakich Polska mia艂a, znale藕li si臋 w tym samym miejscu i w podobnej sytuacji.

Zacz膮艂 si臋 rok 1942, ja ju偶 troch臋 wydoro艣la艂em i sam chodzi艂em, a raczej wa艂臋sa艂em si臋 po getcie. Cz臋sto odwiedza艂em ojca. Niestety, warunki materialne sta艂y si臋 u niego beznadziejne. Matka jego, a moja babcia, ju偶 zmar艂a. Nie mia艂 偶adnych dochod贸w, a zasoby si臋 ko艅czy艂y. Mia艂 znajom膮 dentystk臋 w getcie w Wo艂ominie i ona w jaki艣 spos贸b go do siebie 艣ci膮gn臋艂a.

Chodzi艂em te偶 do babci Wajselfisz i cioci Poli. Matka mi zawsze co艣 dla nich przekazywa艂a, a babcia stara艂a si臋 te偶 mnie cz臋stowa膰 czym艣 smakowitym, przez siebie upichconym.

Ulice getta. Obrazy tak g艂臋boko wryte w pami臋膰, 偶e przymykaj膮c oczy widz臋 je ze wszystkimi tragicznymi detalami. Najbardziej wstrz膮saj膮cy widok to trupy przykryte gazetami lub innymi papierami. Trupy szkielety, mijane w zasadzie oboj臋tnie przez przepychaj膮ce si臋 t艂umy. Setki, a mo偶e nawet tysi膮ce 偶ebrz膮cych, tragicznie wyg艂odnia艂ych. Zasadniczo to ca艂a ulica krzycza艂a b艂agalnie: 鈥瀉 sztike艂e brot, a sztike艂e brot, gib a sztike艂e brot鈥. W uszach mia艂o si臋 tylko to.

鈥瀉 sztike艂e brot…鈥 鈥 kawa艂ek chleba, daj kawa艂ek chleba (jid.)

Co kilka metr贸w 偶ebra艂o dziecko, a w zasadzie szkielet dziecka, no i te dziesi膮tki ludzi le偶膮cych na ulicy z opuchni臋tymi z g艂odu stopami, demonstracyjnie uwidoczniaj膮cych swe schorzenia. Masowo艣膰 tego by艂a przera偶aj膮ca. I jeszcze te dzieci beznadziejnie czymkolwiek handluj膮ce i wyst臋puj膮ce artystycznie.

Pami臋tam tak膮 ma艂膮 zabiedzon膮 dziewczynk臋, mo偶e 6鈥7-letni膮, siedz膮c膮 zim膮 na stopniu zamkni臋tego sklepu na ulicy Miodowej z roz艂o偶onym kawa艂kiem papieru i kilkoma wk艂adkami do obuwia na nim. Ca艂y czas s艂ysz臋 jej 艣piewny, rzewny g艂osik: 鈥瀢y艣ci贸艂ki ciep艂e, m臋skie, damskie鈥 i tak w k贸艂ko, prawie bez przerwy.

Nie zauwa偶y艂em nigdy 偶adnego klienta, a sta艂em tam cz臋sto, bo naprzeciwko by艂a kawiarenka z zaciemnionym czarn膮 harmonijkow膮 rolet膮 oknem wystawowym. W papierze rolety by艂 wyci臋ty cz艂owieczek w fezie na g艂owie. Cz艂owieczek by艂 podlepiony br膮zowym celuloidem, a fez czerwonym i by艂 tam te偶 wyci臋ty napis 鈥瀔awa, herbata鈥, r贸wnie偶 podklejony kolorowo. By艂o to pod艣wietlone od wewn膮trz.Reklama ta mnie fascynowa艂a. Mo偶e ze wzgl臋du na kolor w tym szarobrudnym otoczeniu, a mo偶e egzotyk臋 wyci臋tej postaci, a mo偶e po prostu ze wzgl臋du na normalno艣膰 w tym nienormalnym krajobrazie.

Raz na chodniku przed t膮 kawiarenk膮 zas艂ab艂 i upad艂 jaki艣 m臋偶czyzna. Jednak mimo 偶e wszyscy przywykli do takich obraz贸w, kilka os贸b si臋 ulitowa艂o 鈥 posadzili m臋偶czyzn臋 na stopniu i z kawiarenki wysz艂a kelnerka ze szklank膮 gor膮cej herbaty. Oczywi艣cie by艂 to ersatz, niby-herbata, czyli woda zabarwiona przypalonym cukrem z tabletk膮 sacharyny.

Potem, mo偶e po tygodniu czy dw贸ch, jeszcze raz tam poszed艂em, ale stopie艅 pod sklepem by艂 ju偶 pusty, dziewczynki nie by艂o鈥
Na Lesznie, za s膮dami w kierunku ulicy 呕elaznej, oko艂o 12-letnia chudziutka dziewczynka na roz艂o偶onym kocyku wykonywa艂a figury ta艅ca klasycznego.Mia艂a na st贸pkach baletki do ta艅ca na palcach, a ubrana by艂a, jakby si臋 dzi艣 powiedzia艂o, w body oraz w tiulow膮 sp贸dniczk臋. Obok przygrywa艂 jej na skrzypcach chyba ojciec. Pewnie by艂a to uczennica szko艂y baletowej.

R贸wnie偶 na Lesznie, po stronie s膮d贸w, ale w kierunku 鈥瀟rzynastki鈥, gra艂 na skrzypcach ch艂opczyk, mo偶e nawet m艂odszy ode mnie. Nie widzia艂em, aby kt贸ry艣 z gapi贸w wrzuca艂 do puszek jaki艣 datek. Teraz, przypominaj膮c sobie te sceny, widz臋, jaka rezygnacja i beznadziejno艣膰 malowa艂a si臋 na smutnych twarzyczkach tych dzieci.

鈥濼rzynastka鈥 鈥 ulica Leszno nr 13 鈥 komenda policji 偶ydowskiej w getcie

Z ka偶dym miesi膮cem 1942 roku ulica wygl膮da艂a tragiczniej. Le偶膮ce pod murami budynk贸w ledwo ruszaj膮ce si臋 szkielety w 艂achmanach. Szkielety matek ze szkieletami dzieci na r臋kach, bezsilne cienie postaci ludzkich鈥 A obok tego 偶ycie stara艂o si臋 jako艣 toczy膰. Mo偶e widoki te ju偶 spowszednia艂y na tyle, 偶e powsta艂a jaka艣 warstwa oboj臋tno艣ci albo po prostu natura zawsze stara si臋 wype艂ni膰 zaistnia艂膮 pustk臋 cho膰by bakteriami.

Obok nas, na Lesznie 56, dzia艂a艂o nawet co艣 w rodzaju domu publicznego, bo zawsze przed bram膮 przechadza艂y si臋 bardzo elegancko ubrane i umalowane m艂ode panie. Ch艂opc贸w w moim wieku to niezwykle intrygowa艂o i nieraz chodz膮c za nimi, bezmy艣lnie im si臋 naprzykrzali艣my.

Kilka dom贸w dalej, chyba pod 60, by艂a w podw贸rzu piekarnia i co pi膮tek niekt贸rzy okoliczni mieszka艅cy nie艣li garnki z czulentem (jeden raz zrobi艂a go moja mama, ale ze skrajnie ograniczonym asortymentem ingredient贸w).

Dzia艂a艂y te偶 domy modlitwy, a w艂a艣ciwie pomieszczenia na parterach lub w suterenach, do kt贸rych z zaciekawieniem zagl膮da艂em przez okna, obserwuj膮c kiwaj膮cych si臋 m臋偶czyzn.

Czas, kt贸ry w normalnym 偶yciu zawsze zbyt szybko przemija, w getcie d艂u偶y艂 si臋 i d艂u偶y艂 niesamowicie. Ka偶dy dzie艅 mija艂 bardzo powoli, jakby na przek贸r.

Jeszcze raz chcia艂bym podkre艣li膰, 偶e tylko dzi臋ki swej matce nale偶a艂em do grona nielicznych szcz臋艣ciarzy, kt贸rzy nie zaznali w getcie g艂odu i mieli zapewnione warunki egzystencji.

Nie wiem, czy kto艣 powiedzia艂 mojej matce o tym, co Niemcy planuj膮, czy intuicja kobieca albo po prostu matczyna sprawi艂a, 偶e oko艂o 17鈥18 lipca 1942 roku przesz艂a na stron臋 aryjsk膮. Nie wiem te偶, w jakiej sprawie, czy handlowej, czy innej, w ka偶dym razie, co si臋 cz臋sto zdarza艂o, by艂em pozostawiony sam w mieszkaniu z odpowiednim zapasem jedzenia na kilka dni.

Niespodziewanie, bodaj偶e 20 czy 21 lipca, wcze艣nie rano us艂ysza艂em stukanie do drzwi. Po otwarciu zobaczy艂em go艅ca z s膮du, w uniformie i w s艂u偶bowej czapce, z wezwaniem dla mnie jako 艣wiadka na spraw臋. Z takim szelmowskim u艣miechem powiedzia艂 mi: 鈥濻艂uchaj, zbieraj si臋 bardzo, ale to bardzo szybko i id藕, tam ju偶 czekaj膮 na ciebie w s膮dzie鈥.

I id臋 z tym papierkiem naprzeciwko do s膮du, do tego wej艣cia, kt贸re jest po艣rodku budynku bezpo艣rednio od ulicy. By艂 to jedyny dost臋p dla 呕yd贸w do s膮du. Oba wej艣cia boczne poprzez dziedzi艅ce by艂y od ulicy odgrodzone murem. Przy wej艣ciu sta艂, jak mi si臋 w贸wczas wydawa艂o, pot臋偶ny i opas艂y granatowy policjant. Sprawdzi艂 wezwanie, spojrza艂 na mnie. 鈥濪laczego nie nosisz opaski?!鈥 鈥 warkn膮艂 gro藕nie. 鈥濨o nie mam jeszcze sko艅czonych 12 lat鈥漮dpowiedzia艂em grzecznie, zgodnie z prawd膮.Faktycznie mog艂em wygl膮da膰 na wi臋cej, by艂em do艣膰 wyro艣ni臋ty.

W 艣rodku czeka艂 um贸wiony wo藕ny, kt贸ry od razu podszed艂 do mnie. Szli艣my, jak mi si臋 w贸wczas zdawa艂o, nieko艅cz膮cym si臋 labiryntem korytarzy. Po drodze mijali艣my wiele os贸b, ale wszyscy jakby byli zaaferowani w艂asnymi sprawami. Nikt na nas nie zwraca艂 uwagi. I tak przeprowadzi艂 mnie w pobli偶e wyj艣cia na stron臋 aryjsk膮.

W holu przy wyj艣ciu z drugiej strony s膮d贸w czeka艂 partner matki, kt贸ry spojrza艂 na mnie z przera偶eniem, bo na g艂owie mia艂em kruczoczarn膮 czupryn臋, kt贸r膮 teraz nazwaliby艣my afro. 鈥濶ie mog艂e艣 si臋 ostrzyc?鈥. 鈥濶ie wiedzia艂em鈥. 鈥濧 dlaczego czapki nie wzi膮艂e艣?鈥. 鈥濶ie wiedzia艂em鈥. Poszed艂 do szatni i od szatniarza kupi艂 jak膮艣 czapk臋 z daszkiem, kt贸r膮 nasadzi艂em na g艂ow臋. By艂a troch臋 za du偶a, ale umo偶liwi艂a mi wyj艣cie bez przyg贸d na ulic臋 Ogrodow膮, ju偶 aryjsk膮.

Przypuszczam, 偶e w s膮dach wszyscy byli przekupieni. Wo藕ni, urz臋dnicy, 艂膮cznie z tym policjantem, kt贸ry przecie偶 musia艂 wiedzie膰, 偶e te wezwania s膮 lipne. A mo偶e sta艂a si臋 rzecz wprost nieprawdopodobna i wi臋kszo艣膰 by艂a przyja藕nie nastawiona? Ja nie mia艂em ani zabiedzonego wygl膮du, ani rzucaj膮cego si臋 w oczy wygl膮du semickiego, ale demaskowa艂y mnie piwne oczy i ta czarna k臋dzierzawa czupryna.

Zaraz po wyj艣ciu zosta艂em zaprowadzony do pobliskiego fryzjera z poleceniem ogolenia mnie na 艂yso (w贸wczas nazywa艂o to si臋 na zero). Opiekuj膮cy si臋 mn膮 partner matki, mimo 偶e brunet, mia艂 wyj膮tkowo polski wygl膮d typowego warszawiaka, a ja natomiast nie wygl膮da艂em jak dziecko z getta. Nic si臋 nie wydarzy艂o. Fryzjer, jak pami臋tam mi艂y cz艂owiek, porozumiewawczo u艣miechn膮艂 si臋 i zabra艂 do roboty. Widocznie te偶 si臋 orientowa艂 w sytuacji, a ja nie by艂em jego pierwszym klientem z podobnym zleceniem.

Jak si臋 potem dowiedzia艂em, nast臋pnego dnia s膮dy na Lesznie by艂y ju偶 dla 呕yd贸w zamkni臋te. Przeszed艂em chyba ostatniego dnia. Nazajutrz zacz臋艂a si臋 deportacja. W getcie pozosta艂y babcia Wajselfisz i ciocia Pola. Nie wiem nawet, kiedy zgin臋艂y. Czy jeszcze przed Umschlagplatzem, czy ju偶 w Treblince.

Zaraz po fryzjerze partner matki zawi贸z艂 mnie riksz膮 do jakiego艣 pustego mieszkania. Nie wiem, gdzie to by艂o. Mia艂em jednak kategoryczny zakaz podchodzenia do okna. Nie trwa艂o to d艂ugo, wieczorem tego samego dnia przyszed艂 po mnie i zn贸w zawi贸z艂 riksz膮 do innego mieszkania tylko na jeden nocleg.

By艂em zaskoczony atmosfer膮 tam panuj膮c膮. Jakby z innego 艣wiata. W pokoju, w kt贸rym mia艂em przenocowa膰, mieszka艂y dwie m艂ode dziewczyny i jaka艣 pani. Toczy艂o si臋 normalne 偶ycie. Dziewczyny w艂a艣nie wr贸ci艂y z kina i z przej臋ciem komentowa艂y fabu艂臋 filmu. Og贸lnie by艂o do艣膰 beztrosko i pogodnie.

Dosta艂em co艣 do jedzenia i rano odwieziono mnie na stacj臋 kolejow膮 Warszawa Wile艅ska. Mia艂em jecha膰 sam do ojca, do getta wo艂omi艅skiego. Kto艣 mia艂 si臋 mn膮 zaj膮膰 po przybyciu na stacj臋 w Wo艂ominie. Widocznie matka ustali艂a, 偶e tamto getto jest pewniejsze.

Lecz w poci膮gu ju偶 mia艂em przygod臋. Jaki艣 stoj膮cy przy drzwiach m臋偶czyzna, s膮dz膮c po fragmentach uniformu prawdopodobnie kolejarz, zacz膮艂 mi si臋 przygl膮da膰. 鈥濻艂uchaj 鈥 m贸wi 鈥 jeste艣 偶ydziak, poka偶 dokumenty鈥. Ja m贸wi臋, 偶e nie mam 偶adnych dokument贸w, jestem dzieckiem i jestem Polakiem, a nie 呕ydem. 鈥濼o ja przyprowadz臋 tutaj policjanta鈥 鈥 i wyszed艂 z przedzia艂u na poszukiwania.

W 贸wczesnych wagonach poci膮g贸w podmiejskich przemieszczanie si臋 mi臋dzy przedzia艂ami, a co dopiero wagonami, by艂o do艣膰 skomplikowane. Wagon nie mia艂 korytarza wewn臋trznego, ka偶dy przedzia艂 mia艂 osobne drzwi zewn臋trzne oraz stopnie boczne na ca艂ej d艂ugo艣ci. Chc膮c przej艣膰 z jednego przedzia艂u do drugiego czy z wagonu do wagonu trzeba by艂o przechodzi膰 na zewn膮trz w czasie jazdy po takim stopniu.

W przedziale siedzia艂o kilka kobiet wiejskich, prawdopodobnie szmuglerek, kt贸ra艣 z nich powiedzia艂a konspiracyjnie: 鈥濻艂uchaj, uciekaj鈥, a ju偶 byli艣my pod Wo艂ominem. Nie pami臋tam dok艂adnie, w ka偶dym razie nastraszy艂a mnie 鈥 jeszcze mi powiedzia艂a, gdzie b臋dzie poci膮g zwalnia艂 i chyba co艣 wspomnia艂a o getcie.

Faktycznie, poci膮g prawie przystan膮艂 przed jakim艣 przejazdem przy samym getcie. Nie by艂em zbyt sprytnym ch艂opcem, bo skoczy艂em tak niefortunnie, 偶e zahaczy艂em o s艂up lewym ramieniem. Skutki tego wypadku nosz臋 do dzisiaj. Dok艂adnie ju偶 nie pami臋tam szczeg贸艂贸w kto i jak mi pom贸g艂, ale jednak bezpiecznie znalaz艂em si臋 w getcie z ojcem.

Getto w Wo艂ominie, cho膰 nie by艂o otwarte, to chyba nie stosowano w nim takich rygor贸w jak w Warszawie. By艂a tam co prawda jaka艣 brama i przy niej wacha, ale ruchu przy niej prawie nie by艂o. Jednak tam po raz pierwszy zobaczy艂em, jak wachmistrz zastrzeli艂 star膮 呕yd贸wk臋, kt贸ra chcia艂a wyj艣膰 z getta.

Teren getta graniczy艂 z jeziorkiem, a obok niego znajdowa艂o si臋 w og贸le niestrze偶one przej艣cie do strefy aryjskiej. W getcie wo艂omi艅skim warunki bytowe by艂y dosy膰 ci臋偶kie, cho膰 nie by艂o takiego zag臋szczenia jak w Warszawie. Nie by艂o te偶 tam takiego g艂odu. Uprawiano ogr贸dki przydomowe, ma艂e poletka, by艂y nawet drzewa owocowe.

Przebywa艂em z ojcem w niewielkim mieszkaniu jego znajomej dentystki. Nie mia艂a m臋偶a tylko c贸rk臋, dorastaj膮c膮 ju偶 pann臋. Mieszkanie to znajdowa艂o si臋 w jedynym w tym getcie ci膮gu murowanych pi臋trowych dom贸w. By艂o ich razem chyba oko艂o dziesi臋ciu. W ka偶dym mie艣ci艂y si臋, jak sobie przypominam, cztery mieszkania, po dwa na parterze i na pi臋trze. Przed wojn膮 zosta艂y wybudowane dla kolejarzy i chyba z konieczno艣ci topograficznej znalaz艂y si臋 na terenie wydzielonym pod getto.

Przed domem by艂 ogr贸dek, a w nim dojrzewaj膮ce pomidory (!). By艂a to dla mnie rewelacja i chyba kilka ich podkrad艂em. Pami臋tam stamt膮d te偶 objawienie w postaci ul臋ga艂ek na drzewie i pod nim. Nie by艂em tam d艂ugo, oko艂o dw贸ch miesi臋cy. We wrze艣niu rozesz艂a si臋 pog艂oska o likwidacji getta. M贸j ojciec zaniepokojony da艂 zna膰 matce 鈥 kt贸rego艣 dnia zn贸w zjawi艂 si臋 partner matki i wyszli艣my z getta w艂a艣nie tym przej艣ciem ko艂o jeziorka. Zaprowadzi艂 mnie do jakiego艣 domku w Wo艂ominie.

W UKRYCIU

By艂 ju偶 wiecz贸r. Znalaz艂em si臋 u bardzo mi艂ej kobiety w 艣rednim wieku. Mia艂a syna, mojego r贸wnolatka. Zaprowadzi艂 mnie do kom贸rki na w臋giel, gdzie u艂o偶ono siennik, na kt贸rym mia艂em si臋 przespa膰. Zaraz potem ch艂opiec przyni贸s艂 mi jedzenie i wiadro do wiadomego przeznaczenia. Siedzia艂 ze mn膮 jeszcze do艣膰 d艂ugo i przyjacielsko nam si臋 rozmawia艂o. Wydaje mi si臋, 偶e byli to serdeczni ludzie, mo偶e jacy艣 znajomi.

Jedn膮 noc tam przenocowa艂em. Rano przyszed艂 partner matki, zabra艂 mnie na dworzec i pojecha艂 ze mn膮 do Wieliszewa ko艂o Legionowa. W Wieliszewie szli艣my przez jakie艣 lasy, piaski, dosy膰 daleko od stacji 鈥 do samotnie stoj膮cego domku, w kt贸rym mieszkali pa艅stwo D膮browscy. Bardzo mili, starsi (tak mi si臋 w贸wczas wydawa艂o) ludzie, on chodzi艂 codziennie gdzie艣 do pracy, ona by艂a w domu.

Jeszcze tego samego dnia partner matki nauczy艂 mnie na pami臋膰 ca艂ego pacierza. Zawiesi艂 mi te偶 medalik na szyj臋. Mia艂em tam male艅ki pokoik na pi臋terku i co wiecz贸r kl臋cz膮c przy 艂贸偶ku demonstracyjnie g艂o艣no odmawia艂em pacierz.

S膮dz臋, 偶e D膮browscy albo wiedzieli o moim pochodzeniu, albo si臋 domy艣lali. Zreszt膮 zawsze mogli pozby膰 si臋 wszelkich w膮tpliwo艣ci, gdy spa艂em. Jednak by艂a pe艂na konspiracja, a oni nigdy nie poruszali tego tematu. Przedmiotem naszych rozm贸w by艂y problemy 偶ycia codziennego.

Nie byli to ludzie maj臋tni i bardzo ci臋偶ko im si臋 偶y艂o. Jada艂o si臋 p艂ody ogr贸dka przydomowego, nawet ziemniaki stamt膮d pochodzi艂y. Jedynym mi臋sem by艂 kr贸lik z w艂asnej niewielkiej hodowli. W zasadzie nie ukrywa艂em si臋, bo domek by艂 na zupe艂nym odludziu.

Gdy pani D膮browska musia艂a wyj艣膰 gdzie艣 z domu, a zdarza艂o to si臋 bardzo rzadko, zawsze z ni膮 chodzi艂em. Przedstawia艂a mnie jako siostrze艅ca. Szed艂em z ni膮 kilka kilometr贸w do jakich艣 zabudowa艅, gdzie nabywa艂a woreczek 偶yta 鈥 i razem go nie艣li艣my. Potem by艂a jeszcze wyprawa przez du偶y las do kogo艣, kto mia艂 偶arna i w nich me艂艂o si臋 to zbo偶e na m膮k臋 o grubo艣ci drobnej kaszy. Robi艂a z tego kluski, placki i piek艂a co艣 w rodzaju chleba. Nie przypominam sobie, aby poza sol膮 i sacharyn膮 jeszcze co艣 kupowano.

Moim g艂贸wnym zaj臋ciem by艂o wypasanie kozy w okolicznych chaszczach. By艂a to g艂贸wna 偶ywicielka rodziny i jedyne 藕r贸d艂o nabia艂u. Pewnego razu poszed艂em z koz膮 troch臋 dalej i spostrzeg艂a mnie grupka dzieci ze wsi, kt贸ra te偶 oddali艂a si臋 od w艂asnych dom贸w. By艂em w ich wieku, ale by艂em nieznajomym, a wi臋c obcym, a wi臋c 呕ydem. Zacz臋艂y si臋 wyzwiska: 鈥濷, gud艂aj, gud艂aj鈥. Wycofa艂em si臋 ze swoj膮 koz膮, a oni za mn膮 nie szli.

Opowiedzia艂em o tym zdarzeniu pani D膮browskiej. Ona zamilk艂a, nic nie powiedzia艂a, wi臋cej mnie ju偶 nie pu艣ci艂a z t膮 koz膮, a za kilka dni przyjecha艂 po mnie partner matki i zawi贸z艂 mnie do S臋dziszowa Kieleckiego. Sam mia艂 bardzo dobre za艣wiadczenia, bo pracowa艂 jako in偶ynier w firmie wodno-kanalizacyjnej, co prawda polskiej, ale pracuj膮cej dla Niemc贸w. M贸g艂 dosy膰 swobodnie porusza膰 si臋 po Generalnej Guberni.

W S臋dziszowie zaprowadzi艂 mnie do matki. Mieszkali razem w cz臋艣ci starego baraku ko艂o stacji kolejowej, gdzie by艂 pokoik z kuchni膮. Pomieszczenie by艂o bardzo prymitywne. W pobli偶u mieszkali niemieccy kolejarze w nowo pobudowanym osiedlu domk贸w. Zar贸wno matka, jak i jej partner znali bardzo dobrze niemiecki. Matka w sfa艂szowanych dokumentach figurowa艂a jako jego 偶ona, a ja jako ich syn.W zwi膮zku z tym uleg艂a zmianie forma zwracania si臋 do partnera matki. Z 鈥瀙rosz臋 pana鈥 na 鈥瀙apa鈥, bo uwa偶a艂em, 偶e 鈥瀟ata鈥 jest zarezerwowane wy艂膮cznie dla ojca rzeczywistego.

Byli艣my tam chyba jedyn膮 polsk膮 rodzin膮. Papa kierowa艂 jakimi艣 robotami kanalizacyjnymi na stacji kolejowej S臋dzisz贸w Kielecki, matka natomiast zajmowa艂a si臋 sprawami administracyjnymi w zwi膮zku z jego prac膮.

W tym偶e baraczku w dw贸ch pokoikach mieszka艂o te偶 kilku robotnik贸w pracuj膮cych z pap膮. Byli to przyjezdni ch艂opcy wiejscy. (Zaraz po wyzwoleniu jeden z nich przyjecha艂 jeszcze do nas. Okaza艂o si臋, 偶e by艂 呕ydem i m贸wi艂, 偶e si臋 domy艣la艂, i偶 my te偶 jeste艣my 呕ydami, a szczeg贸lnie ja. Faktycznie obdarza艂 mnie przedtem du偶膮 sympati膮. Niestety, pojecha艂 na swoj膮 wie艣 i tam go zabito).

Matka chodzi艂a te偶 do Niemc贸w w charakterze dorywczej pomocy domowej, a g艂贸wnie zajmowa艂a si臋 cerowaniem im skarpet (podstawowe zaj臋cie 偶e艅skie w okresie przed- i wojennym). Niemc贸w raczej si臋 nie bali艣my, bo ci rozpoznawali 呕yd贸w tylko takich, jakich im propaganda goebbelsowska pokaza艂a na plakatach. W cha艂atach, z pejsami i garbatymi nosami, no i oczywi艣cie jeszcze takich, kt贸rzy zostali zadenuncjowani, niestety, przez niekt贸rych Polak贸w. Mieli艣my te偶 maszynk臋 do strzy偶enia w艂os贸w i matka strzyg艂a mnie na zero prawie co tydzie艅.

W pobli偶u naszego baraku ros艂o kilkana艣cie drzew. Pami臋tam, 偶e cz臋sto chodzi艂em tam z jakim艣 Niemcem, kt贸ry strzela艂 do ptaszk贸w, a ja nosi艂em za nim 鈥瀟rofea鈥. Kilkakrotnie kolejarze niemieccy przyszli nawet do nas. By膰 mo偶e przynosili skarpety do cerowania. Skar偶yli si臋 na partyzant贸w, nazywaj膮c ich oczywi艣cie 鈥瀊anditen鈥, 偶e strzelaj膮 w lesie, 偶e napadaj膮. Inny skar偶y艂 si臋, 偶e partyzanci (鈥瀊anditen鈥) za po艣rednictwem polskiej policji przekazuj膮 im z las贸w 呕yd贸w i 偶e oni musz膮 tych verfluchten Juden zabija膰. Chyba mu chodzi艂o o to, 偶e traktowali to jako zwyk艂膮 banaln膮 czynno艣膰, kt贸r膮 mogli przecie偶 wykona膰 sami partyzanci czy polska policja.

鈥瀡erfluchten Juden鈥 鈥 przekl臋ci 呕ydzi (niem.)

Cho膰, jak dochodzi艂y do nas informacje, partyzanci, a na tym terenie byli to tzw. J臋drusie, cz臋stokro膰 faktycznie wykonywali to za Niemc贸w. Pami臋tam Niemca, kt贸ry opowiada艂, 偶e w Aachen w nalocie alianckim zgin臋艂a mu ca艂a rodzina, rozp艂aka艂 si臋 i wygadywa艂 na Hitlera. Wydaje mi si臋, 偶e w tej naszej izdebce by艂o jedyne miejsce, gdzie jaki艣 skrajnie zdesperowany kolejarz niemiecki m贸g艂 si臋 wy偶ali膰.

To wszystko jest do艣膰 nieprawdopodobne, ale tak pami臋tam. Moja matka emanowa艂a dobroci膮 i mia艂a wielki dar zjednywania sobie wszystkich ludzi, kt贸rzy z ni膮 si臋 zetkn臋li; niekt贸rych chyba nawet wbrew swej woli, a z wymog贸w zaistnia艂ej sytuacji.

W S臋dziszowie mieli艣my nawet sporo jedzenia. Matka zajmowa艂a si臋 przydzia艂owym zaopatrzeniem wspomnianej grupki robotnik贸w. Spotykali艣my si臋 tak偶e z kobietami ze wsi, kt贸re przynosi艂y Niemcom, a r贸wnie偶 i nam, nabia艂 oraz dr贸b. Od Niemc贸w dostawa艂a za us艂ugi wy艂膮cznie 偶ywno艣膰: m膮k臋, cukier, margaryn臋.

Matka by艂a te偶 my艣lami przy mojej siostrze, poczuwa艂a si臋 do obowi膮zku pomocy c贸rce i jej m臋偶owi w Warszawie. Mieli podobno du偶e trudno艣ci aprowizacyjne. Matka zacz臋艂a robi膰 i wysy艂a膰 poczt膮 paczki 偶ywno艣ciowe. Przewa偶nie by艂y to jajka, mas艂o do艣膰 silnie solone, mi臋so peklowane w weckach i makaron, kt贸ry robili艣my sami nawet w sporych ilo艣ciach.

Do dzi艣 pami臋tam dok艂adnie spos贸b pakowania jajek: owijanie ka偶dego z osobna w poci臋te kawa艂ki 鈥濳rakauer Zeitung鈥6, jedynej dost臋pnej tam gazety, i wk艂adanie potem w takie zbiorcze, rozk艂adane z harmonijki kartoniki.

Gazeta krakowska wydawana by艂a w j臋zyku niemieckim dla po艂udniowej cz臋艣ci Generalnej Guberni

Z tymi paczkami chodzi艂em na poczt臋 do miasteczka, kt贸re by艂o oddalone od stacji ok. 2鈥3 km. Paczki wysy艂ali艣my do Warszawy na adres apteki, w kt贸rej pracowa艂 m膮偶 siostry, a poniewa偶 nazywa艂 si臋 Henryk Kuszy艅ski, pisa艂o si臋 w adresie wielkimi literami: 鈥濬眉r Herr Heinrich鈥, aby nada膰 odpowiedni膮 rang臋 przesy艂ce.

鈥濬眉r Herr Heinrich鈥 鈥 dla pana Henryka (niem.)

Po pewnej liczbie paczek wys艂anych z S臋dziszowa matka dosz艂a do wniosku, 偶e dobrze by by艂o zmieni膰 plac贸wk臋 pocztow膮, aby zminimalizowa膰 ewentualne podejrzenia. Najbli偶sza poczta by艂a w s膮siednim J臋drzejowie.

Nast臋pnym razem z paczk膮 wsiad艂em ju偶 do poci膮gu i pojecha艂em do J臋drzejowa. Po p贸艂godzinie powolnej jazdy by艂em na miejscu. Poczta by艂a niedaleko dworca, w naro偶nym budynku. Nada艂em bez problemu przesy艂k臋 i wr贸ci艂em do domu.

Po tygodniu postanowili艣my powt贸rzy膰 manewr. Id臋 wi臋c na stacj臋. Na peron wje偶d偶a osobowy z Krakowa do Kielc. Na froncie lokomotywy jak zawsze olbrzymia litera 鈥濾鈥 (victoria) i nieodzowny napis 鈥濺盲der m眉ssen rollen f眉r den Sieg鈥.

鈥濺盲der m眉ssen…鈥 鈥 ko艂a musz膮 si臋 kr臋ci膰 dla zwyci臋stwa (niem.)

Jestem ju偶 w przedziale, poci膮g rusza, jedziemy. Siedz膮 jakie艣 kobiety, a naprzeciwko mnie polski kolejarz. Przygl膮da mi si臋, przygl膮da i m贸wi: 鈥濻艂uchaj, ty jeste艣 偶ydek鈥. 鈥濩o pan, pracuj臋, widzi pan, paczk臋 zawo偶臋 na poczt臋鈥. 鈥濧 gdzie pracujesz?鈥. Pokazuj臋 mu legitymacj臋 pracownicz膮.

By艂a to legitymacja firmy, w kt贸rej pracowa艂 papa, taka sama, jak膮 posiadali inni pracownicy. Legitymacje te wystawia艂a moja matka, kt贸ra dysponowa艂a piecz膮tk膮 i drukami. 鈥濩hod藕 ze mn膮 do ubikacji, to sprawdzimy鈥. 鈥濶igdzie z panem nie id臋, zwariowa艂 pan? Nie jestem 偶adnym 呕ydem, prosz臋 mi nie zawraca膰 g艂owy鈥. 鈥濶o ju偶, idziemy do ubikacji!鈥. Wzruszy艂em ramionami, uda艂em, 偶e nie rozumiem o co mu chodzi. Wszystkie siedz膮ce kobiety zachowa艂y absolutne milczenie, jak gdyby w og贸le nic nie s艂ysza艂y.

Jest J臋drzej贸w, ja wysiadam, on mnie chwyta mocno za rami臋 i wysiada ze mn膮. Ca艂y czas mocno mnie trzyma. Rozgl膮da si臋 za 偶andarmem. Nie ma w pobli偶u ani nawet nie ma granatowego policjanta. Kolejarz zaczyna prawie histerycznie krzycze膰 do ludzi na peronie: 鈥濩holera, nigdzie nie ma 偶andarma, ludzie wo艂ajcie banszuca鈥.

Bahnschutzpolizei 鈥 niemiecka policja kolejowa

A tu ju偶 zbiegowisko i to do艣膰 spore. 鈥濩o? 呕ydka z艂apali! 呕ydka z艂apali!鈥. Rado艣膰, euforia, zupe艂nie jakby by艂 jaki艣 odpust i sztuczki magika albo dwug艂owe ciele. Mia艂em niebywa艂e, wprost nieprawdopodobne szcz臋艣cie 鈥 nie by艂o 偶andarma. Jest ich zawsze pe艂no na stacji. Cud?

Kolejarz spieszy艂 si臋 na dy偶ur do Kielc, poci膮g ju偶 rusza艂, pu艣ci艂 mnie, wskoczy艂 w biegu do poci膮gu i odjecha艂. Jeszcze zd膮偶y艂 mi odszczekn膮膰, 偶e gdyby nie s艂u偶ba, to bym si臋 przekona艂. (My艣l臋, 偶e d艂ugo bym si臋 nie musia艂 przekonywa膰鈥).

Kolej by艂a zmilitaryzowana i taka nieobecno艣膰 w wyznaczonym terminie mog艂a dla niego samego mie膰 powa偶ne konsekwencje. Szcz臋艣liwie te偶, 偶e w艣r贸d zbiegowiska nie znalaz艂 si臋 czynny kontynuator dzie艂a tego kolejarza. T艂um si臋 rozszed艂, chyba troch臋 zawiedziony brakiem puenty. Uznali wi臋c, 偶e widowisko si臋 zako艅czy艂o.

Poszed艂em na poczt臋, nada艂em paczk臋 i wr贸ci艂em do domu. Matka i papa byli przera偶eni. Bali si臋, 偶e m贸g艂 zapami臋ta膰 dane z legitymacji i zjawi si臋 w S臋dziszowie. Ale chyba by艂 tak zacietrzewiony i zamroczony nienawi艣ci膮, 偶e o tym zapomnia艂. A ja ju偶 od tego momentu nosa z domu nie wy艣ciubia艂em.

Mieszkanko mia艂o te偶 piwnic臋. Wej艣cie do niej by艂o zakamuflowane w pod艂odze przy drzwiach wej艣ciowych. By艂 to asekuracyjny schowek dla mnie. Kr臋c膮ce si臋 nieraz grupki cywil贸w, a szczeg贸lnie cywil贸w wygl膮daj膮cych na Polak贸w, a do tego jeszcze w towarzystwie umundurowanego Niemca, to by艂o ju偶 potencjalne zagro偶enie. W razie ewentualnego ich wej艣cia do naszego baraczku lepiej abym nie istnia艂. Wielokrotnie wi臋c z tej piwnicy korzysta艂em, raz na kr贸cej, raz na d艂u偶ej.

W zwi膮zku z prac膮 papy przychodzi艂o te偶 do nas kilku miejscowych Polak贸w. Pami臋tam bardzo poczciwego pana Suchar臋, stolarza, kt贸ry wykona艂 wiele nieodzownych urz膮dze艅 zar贸wno dla nas, jak i dla mieszkaj膮cych obok wspomnianych robotnik贸w. Prycze, 艂awki, sto艂y oraz dla matki wiele urz膮dze艅 gospodarstwa domowego. A nawet desk臋 sedesow膮 do k艂adzenia na wiaderku.

Pami臋tam te偶 niejakiego Muszy艅skiego, emerytowanego kolejarza pracuj膮cego w charakterze str贸偶a. By艂 to ju偶 starszy wiekiem osobnik z sumiastymi w膮sami, cz臋sto wpada艂 na plotki. Antysemita nieprawdopodobny, krwio偶erczy. Opowiada艂 nam o bardzo bogatym 偶ydowskim gospodarstwie, 偶e jak Niemcy przyjechali zabra膰 ich ca艂膮 rodzin臋, to dw贸ch syn贸w, dwudziestokilkuletnich, uciek艂o.

鈥濼akie dorodne, w oficerkach, wie pani鈥 鈥 opowiada艂 matce. 鈥濧 jak ubrani, a ile z艂ota ze sob膮 mieli鈥. Chcieli tylko przenocowa膰. On ich bardzo ch臋tnie przyj膮艂, a w nocy poszed艂 na 偶andarmeri臋. Zabrali ich i zabili. l jak on si臋 chwali艂, ile to on dobrego zrobi艂 dla Polski. Po wyzwoleniu i tak go los kiepski spotka艂. Pojecha艂 na szaber na ziemie odzyskane i w drodze powrotnej dosta艂 zawa艂u i zmar艂.

Wiosn膮 1944 roku b臋d膮c w Kielcach w 艂apance wpad艂 papa. Mimo ausweisu zawie藕li go na roboty, gdzie艣 na zach贸d. Moja matka otrzyma艂a jako艣 wiadomo艣膰, zdoby艂a adres i tam pojecha艂a. Przekona艂a Niemc贸w, 偶e jest chory na gru藕lic臋, 偶e mo偶e zarazi膰 innych i zdo艂a艂a go wyci膮gn膮膰 z tych rob贸t.

By艂a jeszcze jedna taka historia, 艣wiadcz膮ca o niezwyk艂o艣ci mej matki. Moja siostra ju偶 jako wdowa bra艂a udzia艂 w powstaniu warszawskim jako sanitariuszka. Po kapitulacji powstania znalaz艂a si臋, podobnie jak inni, w Pruszkowie. Po ni膮 te偶 pojecha艂a moja matka i przywioz艂a j膮 do S臋dziszowa. Siostra zna艂a jeszcze ze szko艂y do艣膰 dobrze niemiecki, wi臋c matka za艂atwi艂a jej prac臋 s艂u偶膮cej u jakiego艣 treuh盲ndera, kt贸ry zarz膮dza艂 miejscowymi maj膮tkami ziemskimi.

鈥濼reuh盲nder鈥 鈥 niemiecki zarz膮dca maj膮tkiem ziemskim

Pewnego dnia siostra postanowi艂a na niedziel臋 pojecha膰 sobie na wycieczk臋 do Krakowa. Uwa偶a艂a si臋 za stuprocentow膮 Polk臋. Nie mia艂a zreszt膮 wygl膮du 偶ydowskiego, a nawet sta艂a si臋 w tym czasie bardzo religijn膮 chrze艣cijank膮. Lecz natychmiast jak tylko wysiad艂a w Krakowie, to j膮 na dworcu zatrzymali szmalcownicy, 偶eby im da艂a pieni膮dze. Poniewa偶 ich nie mia艂a, to j膮 oddali 偶andarmom, a oni j膮 wzi臋li na Montelupich.

Montelupich 鈥 wi臋zienie w Krakowie

Stamt膮d trafi艂a do obozu w P艂aszowie. Ale zd膮偶y艂a nam wys艂a膰 gryps i matka pojecha艂a do Krakowa do gestapo (sic!). Za pierwszym razem nic nie za艂atwi艂a, ale za drugim razem dopu艣cili j膮 do komendanta. Opowiedzia艂a mu histori臋, 偶e zna t臋 kobiet臋 od dziecka, 偶e widzia艂a jej chrzest, 偶e na pewno nie jest 呕yd贸wk膮. Nie wiem, jak przekonywa艂a tego Niemca, ale podobno spojrza艂 jej w twarz, zawo艂a艂 adiutanta i stwierdzi艂: 鈥濪iese Frau hat das Recht鈥 oraz kaza艂 zwolni膰 moj膮 siostr臋. Wydarzenie wr臋cz nieprawdopodobne.

鈥濪iese Frau…鈥 鈥 ta kobieta m贸wi prawd臋 (niem.)

Przyjecha艂y obie do S臋dziszowa. Siostra opowiada艂a, 偶e by艂a ju偶 konwojowana do rozstrzelania i przed egzekucj膮 w ostatniej chwili przylecia艂 Niemiec, wr臋czy艂 pismo. Wywo艂ano j膮 i zwolniono.

I tak, ograniczaj膮c do minimum kontakty z Polakami, uda艂o nam si臋 przy tym osiedlu niemieckich kolejarzy dotrwa膰 do ko艅ca wojny.

WYZWOLENIE
Kt贸rej艣 nocy w po艂owie stycznia 1945 roku Niemcy nagle znikn臋li. I rano od razu pojawili si臋 Rosjanie, kt贸rzy zaj臋li osiedle. Obok, w jedynym dwupi臋trowym budynku, zrobili szpital. Zacz膮艂em wtedy chodzi膰 swobodnie po osiedlu i najbli偶szej okolicy, zawiera膰 znajomo艣ci z polskimi ch艂opcami i okoliczn膮 ludno艣ci膮, kt贸r膮 stanowi艂y przewa偶nie rodziny kolejarskie. Nie mia艂em ju偶 golonych w艂os贸w, szybko odrasta艂a mi czarna czupryna.

鈥濻膮siedzi鈥 nagle zorientowali si臋, 偶e przeoczyli prawie ko艂o siebie 呕yd贸w (!). Niemc贸w ju偶 nie by艂o, wi臋c chocia偶 zadenuncjowali nas do Rosjan. 呕e niby sprzedajemy 偶o艂nierzom bimber. Nie robili艣my tego, bo sk膮d mieliby艣my wzi膮膰 bimber? Rosjanie widocznie pilnowali, 偶eby nie rozpija膰 wojska, a w ka偶dym razie chcieli utrzyma膰 takie pozory.

I nagle pukanie do drzwi, wchodzi politruk rosyjski, komisarz polityczny. M艂ody brunet w okularach. Rozk艂ada papiery do wype艂nienia, kwestionariusz osobowy. Zaczyna zadawa膰 pytania. Imi臋, nazwisko itd. Narodowo艣膰? Matka (poza niemieckim zna艂a r贸wnie偶 bardzo dobrze rosyjski) przytomnie m贸wi: 鈥濲ewreje鈥. Komisarz jakby zdr臋twia艂. Nagle stan膮艂 na baczno艣膰, zasalutowa艂 i bez s艂owa wyszed艂. W ten spos贸b by膰 mo偶e nie pojechali艣my w celach wychowawczych na daleki wsch贸d.

Potem matka zaj臋艂a si臋 odtwarzaniem 偶ycia. Wr贸cili艣my po kilku miesi膮cach do Warszawy. Matka sformalizowa艂a sw贸j zwi膮zek, wychodz膮c za m膮偶 za dotychczasowego partnera. Przedtem jeszcze dowiedzia艂a si臋 o losach ojca. Spotka艂a znajomego sprzed wojny 鈥 technika dentystycznego, kt贸ry na jesieni 1942 roku natrafi艂 na ojca w poci膮gu jad膮cym z Wo艂omina do Warszawy.

By艂 w op艂akanym stanie. Uciek艂 w czasie likwidacji getta. Pyta艂 go, co robi. 鈥濲ad臋 do getta albo do Niemc贸w. Niech mnie zastrzel膮, ja ju偶 nic nie mam. Obrabowali mnie, 艣ci膮gn臋li mi nawet obr膮czk臋 z palca, ledwo im uciek艂em, bo ju偶 mnie prowadzili na policj臋. Ja ju偶 nie mam wyj艣cia. Ju偶 mam dosy膰鈥. Mia艂 44 lata. M贸g艂 偶y膰 鈥 ani nie mia艂 semickiego wygl膮du, ani 偶ydowskiego akcentu. Niestety, nie dali mu.

W po艂owie 1945 roku poprzez Gmin臋 呕ydowsk膮 dosta艂em si臋 do 呕ydowskiego Domu Dziecka w Zatrzebiu pod Warszaw膮. W przyspieszonym trybie, wraz z ca艂膮 grup膮 koleg贸w i kole偶anek z Domu Dziecka, uko艅czyli艣my gimnazjum w Falenicy, uzyskuj膮c tzw. ma艂膮 matur臋. Na jesieni 1947 roku wr贸ci艂em do Warszawy. Moja matka z m臋偶em mieli ju偶 mieszkanie. Matka urz膮dzi艂a gabinet i pracowa艂a. Ja poszed艂em do liceum, w 1949 roku zda艂em matur臋. Potem studia, praca, ma艂偶e艅stwa itd. itd., no i 偶ycie wartko si臋 potoczy艂o鈥

POS艁OWIE
Opisa艂em te zdarzenia, bo nie mo偶na ich wymaza膰 z pami臋ci, ale nie mo偶na te偶 wy艂膮cznie nimi 偶y膰, gdy偶 mog艂oby to doprowadzi膰 do ob艂臋du. Do艣wiadczenia Holokaustu niew膮tpliwie zintegrowa艂y mnie z 偶ydostwem, no i鈥 przepo艂owi艂y serce na Polsk臋 i Izrael.

Nie jest moim zamiarem przedstawi膰 w negatywnym uog贸lnieniu Polak贸w i nie chcia艂bym, aby powy偶szy tekst by艂 tak odczytany. Prawie wszyscy ocaleni z Holokaustu 呕ydzi w Polsce, w mniejszym lub wi臋kszym stopniu, zawdzi臋czaj膮 swe przetrwanie ich pomocy, ich po艣wi臋ceniu, a niekiedy i heroizmowi.

My艣l臋 jednak, 偶e jeszcze wi臋cej zgin臋艂o wskutek ich pod艂o艣ci, nikczemno艣ci i chciwo艣ci. Pami臋tajmy o tych pierwszych, ciep艂o o nich my艣lmy i serdecznie ich wspominajmy, tych drugich zepchnijmy w otch艂a艅 niepami臋ci.

Fotografie i pami膮tki
do g贸ry

Strona 鈥瀂apis pami臋ci鈥
Stowarzyszenia
鈥濪zieci Holocaustu鈥
w Polsce.

Zrealizowano
dzi臋ki wsparciu Fundacji
im. R贸偶y Luksemburg
Przedstawicielstwo
w Polsce

ul. Twarda 6
00-105 Warszawa
tel./fax +48 22 620 82 45
dzieciholocaustu.org.pl
chsurv@jewish.org.pl

Koncepcja i rozwi膮zania
graficzne 鈥 Jacek Ga艂膮zka 漏
ex-press.com.pl

Realizacja
Joanna Sobolewska-Pyz,
Anna Ko艂aci艅ska-Ga艂膮zka,
Jacek Ga艂膮zka

Web developer
Marcin Bober
PROJEKTY POWI膭ZANE

Wystawa w drodze
鈥濵oi 偶ydowscy rodzice,
moi polscy rodzice鈥 moirodzice.org.pl

Wystawa sta艂a
鈥濵oi 偶ydowscy rodzice,
moi polscy rodzice鈥
w Muzeum Treblinka
muzeumtreblinka.eu
Strona 鈥瀂apis pami臋ci鈥
Stowarzyszenia
鈥濪zieci Holocaustu鈥
w Polsce.

Zrealizowano
dzi臋ki wsparciu Fundacji
im. R贸偶y Luksemburg
Przedstawicielstwo
w Polsce
Koncepcja i rozwi膮zania
graficzne 鈥 Jacek Ga艂膮zka 漏
ex-press.com.pl

Realizacja
Joanna Sobolewska-Pyz,
Anna Ko艂aci艅ska-Ga艂膮zka,
Jacek Ga艂膮zka

Web developer
Marcin Bober
PROJEKTY POWI膭ZANE

Wystawa w drodze
鈥濵oi 偶ydowscy rodzice,
moi polscy rodzice鈥 moirodzice.org.pl

Wystawa sta艂a
鈥濵oi 偶ydowscy rodzice,
moi polscy rodzice鈥
w Muzeum Treblinka
muzeumtreblinka.eu