audio: 1

Andrzej Kaźmierczak, urodzony w 1944 r.

Mamo, jak mi na imię?

Wspomnienie czyta Andrzej Szeremeta

Wspomnienia, wspomnienia i te białe plamy. Co z radości życia, kiedy własnej matki nigdy nie poznamy.

Urodziłem się w sierpniu 1944 roku w obozie koncentracyjnym Stutthof koło Gdańska, w szpitalu na terenie kobiecego „Rewiru” Starego Obozu Kobiecego. Nie jest łatwo pisać o sobie, nie znając całej prawdy o swoich rodzicach i tego, co było przede mną ukrywane. Urodziłem się w nocy około 17 sierpnia 1944 roku. Tę datę potwierdziła była więźniarka, Zofia Piasecka (nr obozowy 10624), będąca starszą pielęgniarką w kobiecym Rewirze, która odebrała poród.

Według jej relacji, matka była jakiś czas na Sztubie Matek, gdzie przebywały kobiety w ciąży i po porodzie. Potwierdza to również inna była więźniarka, Wanda Michalak (nr obozowy 34709), która na tym samym Rewirze urodziła córkę Jadwigę w dniu 29 listopada 1944 roku. Z obozowego, kobiecego szpitala dwie pielęgniarki – więźniarki Zofia Piasecka i Dorota Szklarska (nr obozowy 17446) przeniosły mnie w koszu z bielizną do pralni obozowej dla SS, usytuowanej w budynku komendantury.

Jak się okazało, jestem synem francuskiej więźniarki KL Stutthof, katoliczki pochodzenia żydowskiego, której pochodzenie było ukrywane. To niewątpliwie uratowało jej życie. Moim ojcem był francuski oficer, zmobilizowany do obrony Francji w 1939 roku, uwięziony również w KL Stutthof i tutaj rozstrzelany (ekshumowany w 1946 roku i pochowany na Francuskim Wojskowym Cmentarzu w Gdańsku).

Po paru miesiącach ukrywania mnie na terenie pralni obozowej, za cichą aprobatą funkcjonariuszy SS i kapo, co potwierdziła była więźniarka Elżbieta Jaworska (nr obozowy 21619) zatrudniona w tej pralni, zostałem wywieziony z obozu).

W relacji dla Państwowego Muzeum w Stutthofie z dn. 29.06.1970 roku, były więzień Walfred Wallitt (nr obozowy 44526), Niemiec, z Kriegsmarine (hitlerowska marynarka wojenna) karnie osadzony w KL Stutthof, zeznał: „Spalane były także trupy dzieci żydowskich. SS-mani zabijali je, następnie wkładano zwłoki do worków z przeznaczeniem do spalania w krematorium. Zdarzyło się, że jakiś »kapo« udzielił chrztu dziecku, które potajemnie przechowywano. Jaki był dalszy los tego dziecka – nie wiem” (Sygnatura archiwalna: AMS, t. XVI, s. 153–155).

Ochrzcił mnie prawdopodobnie w Stutthofie więzień, ks. prałat Franciszek Grucza, który z narażaniem życia, wbrew zakazowi poruszania się po terenie obozu wyznaczonym dla Żydów, odwiedzał ich, ofiarowując to, co mógł. Wspierał duchowo, udzielając więźniom żydowskim sakramentu chrztu świętego.

Pisze o tym doc. Marek Orski, Rocznice i wspomnienia, „Gwiazda Morza” 9/99, s. 31.

Mógł mnie ochrzcić były przeor klasztoru OO Paulinów w Skępem, ks. Sylwester Niewiadomy, stary więzień Stutthofu, który był kapo w pralni obozowej. Dzięki umiejętnej polityce wobec Niemców, cieszył się ich zaufaniem, nie hańbiąc imienia dobrego Polaka-patrioty. Niósł pomoc więźniom, dostarczając im ciepłej odzieży, obuwia, a niekiedy i żywności

Niemcy, nie znając mojego żydowskiego pochodzenia, uznali dziecko Francuzki i francuskiego oficera za odpowiednio rasowe do germanizacji. Na ustne polecenie komendanta Stutthofu (01.09.1942 – 04.04.1945 roku), SS- Sturmbannfu¨hrera (major SS) Paula Wernera Hoppe, zostałem wywieziony przez konwojenta SS ciężarówką z czystą bielizną, przeznaczoną dla koszar SS w Nowym Porcie (Gdańsk). Po drodze miał on przekazać mnie do zgromadzenia sióstr zakonnych elżbietanek we Wrzeszczu.

Do dzisiaj jest tam zgromadzenie elżbietanek i mieści się przedszkole. Za okupacji był tam „Nad Radunią” – katolicki sierociniec dla chłopców, których zamierzano germanizować. Siostry zakonne elżbietanki, tak jak inne zakony na tym terenie, podlegały ks. biskupowi gdańskiemu Karolowi Marii Spletowi, który w 1946 roku za swoje faszystowskie działania został skazany na wieloletnie więzienie.

Konwojent SS, zgodnie z rozkazem, odstawił mnie do Wrzeszcza, po drodze zatrzymując się w Pruszczu Gdańskim, gdzie w tamtejszym żłobku kazał mnie nakarmić. Odebrały mnie od konwojenta SS siostry elżbietanki. Siostra Maria Alena Gothe (zmarła w wieku 70 lat 19 marca 1945 roku) oraz siostra Maria Krescencja Baumgart (zmarła 20 paśdziernika 1983 roku). Tej ostatniej zawdzięczam „kolejne życie”.

Nazywały mnie Bronek, później Mirek. Miały mnie doprowadzić do lepszej kondycji i przekazać – o ironio – rodzinie niemieckiego oficera SS. Nie doszło do tego, ponieważ żołnierze 48 Armii 3 Frontu Białoruskiego 9 maja 1945 roku oswobodzili Stutthof, tuż po kapitulacji III Rzeszy i po wcześniejszym zajęciu Trójmiasta.

Gdańsk padł. Wyjątkowo teren dzielnicy Gdańsk–Wrzeszcz był mało zniszczony, ponieważ walki toczyły się blisko fortów, kanałów portowych i tych do-mów, które tworzyły twierdzę, opóźniającą zdobycie przez Sowietów ostatniej drogi ucieczki oddziałów niemieckich i części niemieckiej ludności cywilnej.

Siostry elżbietanki zachowały siedzibę swojego zgromadzenia, zarówno we Wrzeszczu, jak i w Oliwie, jedynie w samym Gdańsku budynek zgromadzenia po silnym ostrzale zmienił się w stertę gruzów. Pamiętam zniszczone miasto i urządzenia portowe z 1947 roku, kiedy operatorzy Wojskowej Czołówki Filmowej z Łodzi sporządzali dokumentację filmową.

Siostry zakonne, mając grupkę sierot wojennych w wieku od 2 do 4 lat, zdecydowały się przewieźć je do Łodzi, która wówczas zastępowała stolicę Polski. Przywiozły nas (i tego nie pamiętam!) do ośrodka UNRRA (Organizacja Narodów Zjednoczonych do Spraw Pomocy i Odbudowy) do Łodzi, aby znaleść nam zastępcze rodziny. Miałem zaledwie dwa lata, ale do dziś pamiętam pomieszczenie, gdzie mnie karmiono, białe fartuchy i kornety sióstr opiekunek. I „baczik” (barszcz czerwony), który ciepło wspominam do dzisiaj.

Wśród swoich gaworzyłem podobno bez przerwy, w sobie tylko zrozumiałym języku, ale wystarczyło, że wszedł ktoś obcy, milczałem, tak jak – instynktownie – w obozowej pralni. Podobno miałem smutne ciemne oczy, ciemne włosy i lekko śniadą karnację skóry. Z wiekiem stałem się ciemnym szatynem o bardzo bladej cerze i piwnych, „ciężkich”, dociekliwych oczach.

Reżyser Jadwiga Plucińska z Filmu Polskiego, która odwiedziła nasz punkt w Łodzi, ponieważ realizowała wtedy film o domach dziecka i sierotach wojennych, poinformowała swoich przyjaciół o możliwości zaadoptowania dziecka.

W czerwcu lub lipcu 1946 roku siostry elżbietanki przekazały mnie (w nieformalnej adopcji) bezdzietnemu małżeństwu, polskiej rodzinie katolickiej. Mieszkali oni w Łodzi przy ul. Narutowicza 67. Kiedy zobaczyłem wyciągnięte ku mnie ręce przyszłego ojca, bez namysłu przylgnąłem do niego i pokochałem tego człowieka.

Był to Wacław Kaźmierczak, reżyser-montażysta z łódzkiej Wytwórni Filmowej, jeden z założycieli Wytwórni Filmów Dokumentalnych w Warszawie przy ul. Chełmskiej 21, nauczyciel wielu pokoleń polskiej szkoły montażu filmowego. Montażysta Polskich Kronik Filmowych od 1945 roku do 1974 roku. Współtwórca wielu filmów dokumentalnych, jak: „Zagłada Berlina”, 1945 rok, „Ostatni Parteitag w Norymberdze”, 1946 rok, „REQUIEM dla 500 000”, 1963 rok i wielu innych. Zdobywca wielu nagród krajowych i międzynarodowych.

W czasie okupacji należał do Referatu Foto-Filmowego Biura Informacji i Propagandy, powołanego przez Komendę Główną Armii Krajowej. Pracował na polecenie wywiadu Armii Krajowej w FIP-ie produkującym m.in. Tygodnik Dźwiękowy Generalnej Guberni (Deutsche Wochenschau). Po wybuchu Powstania Warszawskiego został szefem atelier fotograficzno-filmowego „Falanga” (przy ulicy Leszczyńskiej 6 na Powiślu). Zajmował się też montażem powstańczych kronik filmowych pt. „Warszawa Walczy”. Ich projekcja odbywała się w kinie „Palladium” przy ul. Złotej.

Zmontował ponad 1500 Kronik Filmowych i zrealizował więcej niż 200 filmów dokumentalnych. Był to człowiek nadzwyczaj skromny. Miał wiele cech poznaniaka. Urodzony w Poznańskiem 5 sierpnia 1905 roku, zmarł po ciężkiej chorobie 10 kwietnia 1981 roku.

Siostry zakonne, przekazując mnie zastępczym rodzicom, wręczyły im kopertę z gotycką pieczątką „Feldpost” (poczta polowa), a w niej kartkę z zapisem moich danych, którą rodzice „mieli zniszczyć”. Z tego, co wiem z relacji świadków – kartka ta została zniszczona. Zachowała się koperta, którą posiadam.

Rodzice na pamiątkę przynależności ojca do Armii Krajowej nadali mi imię Andrzej, tak żeby pierwsze litery imienia i nazwiska tworzyły inicjały „AK”. Ojciec zgłosił mnie i zrobił wpis do księgi zbiorczej USC w Warszawie we wrześniu 1946 roku, podając, celem zatarcia śladów (?), inny dzień urodzenia i miejsce urodzenia (4 sierpnia 1944 roku w Warszawie). Prawdziwe są tylko miesiąc i rok. Dopiero postanowieniem Sądu Okręgowego w Warszawie w dn. 10 lipca 2000 roku odzyskałem prawdziwe miejsce urodzenia, jakim jest Sztutowo (KL Stutthof).

Ktoś ze starszych kolegów, którzy pamiętają obóz, może powiedzieć, że miałem szczęście, bo nie pamiętam tamtych wydarzeń. To prawda; jest to bolesna biała plama. Nie pamiętam tamtej hekatomby, smrodu palonych ciał Haftlingów i snujących się wzdłuż baraków „muzułmanów”.

Chociaż nie pamiętam samego obozu koncentracyjnego, to moje ciało nosi trwałe ślady obozu, gdzie cudem przeżyłem czarną ospę i tyfus. Nie byłem karmiony naturalnie. Byłem też niedożywiony. I całkowicie bezbronny; zdany na ludzi, którym w każdej chwili także groziła śmierć. To, że przeżyłem czarną ospę, to kolejna zagadka zastrzyku, jakiejś „szczepionki” zaaplikowanej przez lekarza SS, tego samego, który zabił zastrzykiem fenolu dwumiesięcznego chłopca na tym samym Rewirze, bo mu się jego stan zdrowia nie spodobał. Trup chłopca został wsadzony do worka i jeszcze tego samego dnia spalony. Był to synek 18-letniej Polki, przywiezionej z Powstania Warszawskiego, urodzony na tym samym Rewirze co ja. Mógłbym jeszcze wymieniać inne trwałe ślady mojego pobytu w Stutthofie…

Od połowy 1946 roku zaczęło się dla mnie nowe życie w domu przybranych rodziców. Warunki bytowe miałem jak rzadko które dziecko. Ale czy było mi dobrze? Matka traktowała mnie jak zabawkę, nie dając mi prawdziwego uczucia. Karciła i egzekwowała posłuszeństwo metodą częstego bicia smyczą; pies też potrafił oberwać, gdy warczał w mojej obronie. De facto wychowywały mnie, często zmieniane w naszym domu, gosposie.

Ojciec pochłonięty pracą zawodową, przebywając zresztą coraz częściej w Warszawie, nie zauważył destrukcji i apodyktycznego podejścia żony do przysposobionego dziecka.

Byłem inny – szybko to zauważyłem, ponieważ rodzice to blondyni o niebieskich oczach, ja zaś – ciemny szatyn o oczach piwnych. Zastanawiały mnie niedomówienia i nagle przerywane rozmowy, kiedy wchodziłem do ich pokoju.

Po przeprowadzce z Łodzi do Warszawy w 1951 roku, upragnionej, ponieważ oboje przed wojną tam mieszkali, a ojciec już na stałe pracował w WFD-PKF, matka przestała pracować. Skończyły się gosposie i wygody dużego mieszkania. W miarę mojego dojrzewania narastała niechęć matki do mnie.

Mając 9 lat, dorwałem się do biurka ojca i trzymanych tam dokumentów, gdzie natrafiłem na zachowaną kopertę z nadrukiem Feldpost, a w niej na kartce zapisane czarnym atramentem obce nazwisko. Niestety, zawsze miałem kiepską pamięć do nazwisk i tytułów. Ojciec zastał mnie z tą kopertą i odebrał mi ją, dając mi reprymendę.

Kiedy po jakimś dłuższym czasie odważyłem się znów obejrzeć tę kartkę, by przepisać tajemnicze nazwisko, już jej nie było. Był tylko odpis mojego aktu urodzenia, wydanego na podstawie zgłoszenia ojca; a na kopercie pojawił się napis: „Papiery Andrzeja”, napisany ręką ojca. To, że mi tę kartkę wtedy odebrał, mnie nie dziwi, mam jednak ogromny żal, że kiedy byłem już dorosłym człowiekiem, nie dowiedziałem się całej prawdy o sobie.

W rodzinie mojej przysposobionej matki był dwojaki stosunek do mnie. Bracia matki byli w miarę życzliwi, natomiast bratowe w sposób odczuwalny traktowały mnie jak ekscentryczne dziecko. Chociaż wiele osób nie oceniało mnie źle, uważając, że matka postępowała niewłaściwie i robiła mi krzywdę. Dopiero po wielu latach okazało się, że przeszkadzałem bratowym w wyłudzaniu prezentów i pieniędzy od rodziców.
Muszę jednak oddać matce sprawiedliwość, że to ona potrafiła zdobyć w Łodzi z amerykańskich paczek penicylinę, witaminy, lekarstwa, które uratowały mnie od gruźlicy i śmierci.

Coraz częściej docierało do mnie, że od rodziców różnię się nie tylko urodą i że u nas nie jest tak jak w normalnych relacjach rodziców z dziećmi. Matka w ogóle nie okazywała mi głębszych uczuć, ojciec był dosyć małomówny i wyłączał się ze spraw domowych pod pretekstem pracy, spacerów z psem, zakupów czy zebrań. Niedobra atmosfera w domu nabrzmiewała.

W czasie jakiegoś pobytu na wakacjach zapytałem jednej z „ciotek”, blefując – jak to było z moją adopcją? W odpowiedzi usłyszałem, że tę sprawę zna reżyser – Jadwiga Plucińska. Miałem szesnaście lat i nagle uświadomiłem sobie, że jestem obcy w całym tego słowa znaczeniu. Myślę, że dla każdego nastolatka taka pewność, już bez domysłów, byłaby wstrząsem.

Dopiero teraz w pełni zrozumiałem wiele zachowań matki, jej rodziny i ojca, z którego byłem dumny i bardzo go kochałem. Teraz wiedziałem, czemu z taką łatwością wysyłano mnie w wieku 10–16 lat na trzymiesięczne kolonie, różne obozy, podrzucano w wakacje obcym ludziom i rodzinie matki. Płacąc spore pieniądze, umieszczono mnie w internacie konwiktu oo. pijarów w Krakowie. Nie miałem już złudzeń, że przeszkadzałem „matce”.

Pamiętam taką chwilę – siedziałem sam na ławce na skwerze. Miałem sucho w ustach. Po chwili poczułem słony smak, to bezwiednie spływały mi łzy. Myśli goniły jak wściekłe; co robić; co robić? Nagle wydoroślałem i zacząłem żyć świadomie. Instynktownie szukałem oparcia w dziewczynach, które były starsze ode mnie o parę lat. Moje pierwsze doświadczenia z tymi młodymi kobietami były o tyle ułatwione, że mając siedemnaście lat wyglądałem na ponad dwadzieścia.

Do wielu ludzi całkowicie straciłem zaufanie, stałem się czujny, stanowczy i twardy. Z powodu złej atmosfery w domu zacząłem opuszczać się w nauce. Chcąc się bardzo szybko uniezależnić od domu, nie będąc jeszcze pełnoletnim, zgłosiłem się 25 stycznia 1962 roku na ochotnika do odbycia zasadniczej służby wojskowej, jednak odesłano mnie do domu z kategorią „C”.

W tej sytuacji zgłosiłem się do ZD-PIT w Warszawie, gdzie 30 marca 1962 roku rozpocząłem pracę i nowy rozdział w życiu. Pracowałem i uczyłem się w szkole wieczorowej. Od tego czasu nie wziąłem złotówki od rodziców, przechodząc całkowicie na własne utrzymanie. Bywało, że chcąc opłacić np. stancję, korepetycje itp., pożyczałem w zaufaniu od ojca i zawsze honorowo oddawałem. W okresie wakacji dorabiałem przy montażu filmowym w WFD.

Było mi bardzo ciężko, ale lata, gdy należałem do harcerstwa, pomogły mi znosić różne przeciwności i niewygody w nowej sytuacji. „Rodzicom” płaciłem połowę świadczeń, a na żądanie „matki” zacząłem jej spłacać koszty mojego piętnastoletniego wychowania (czytaj – wydane na mnie pieniądze). Ojciec, gdy się dowiedział (ktoś życzliwy go poinformował), zrobił matce wielką awanturę. Niemniej uważałem, że należą im się te pieniądze i mimo wszystko rozliczałem się z nimi.

Skoncentrowałem się na nauce, pracując już wtedy na umowy płatne od wykonania filmowego tematu, a nie przepracowanych godzin. To pozwalało mi uczyć się i mieć pewną swobodę. Praca była różna, bywało, że miałem zdjęcia nocne, sklejanie (zmontowanego) tematu. Zarobki nie były regularne, ale zapewniały mi utrzymanie i ukończenie liceum. 12 maja 1967 roku otrzymałem świadectwo dojrzałości. Po egzaminach maturalnych bałem się iść do szkoły, by spojrzeć na spis abiturientów. To ojciec pierwszy, w tajemnicy przede mną, poszedł tam się dowiedzieć. Kiedy przeczytałem, że zdałem maturę, spadł mi wielki ciężar.

Brak oparcia w rodzicach stworzył między nami dystans nie do odrobienia. Mając świeżo ukończone osiemnaście lat zapisałem się na mieszkanie. Na jego przydział i klucze czekałem 11 lat. Zaraz po maturze starałem się dostać do Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, ale nie miałem dostatecznego poparcia. Bardzo pragnąłem dostać się do Wyższej Szkoły Filmowej w Łodzi, na wydział reżyserski, ale kolega ojca Jerzy Bossak poradził mi najpierw zaliczyć jakiś fakultet, mogący pomóc w przyjęciu do WSF.

W 1967 roku zdałem na SN w Siedlcach na kierunek Zajęcia Praktyczno-Techniczne i Wychowanie Plastyczne z drugą lokatą – na ponad sto osób zdających, na 21 miejsc. Zaliczyłem rok mając na osiemnaście przedmiotów jedynie trzy trójki, z pozostałych oceny bardzo dobre. Mimo to niespodziewanie w 1968 roku zostałem relegowany za „marzec”. Nie mogłem zrozumieć, co było powodem, ponieważ nie byłem aresztowany w żadnych zajściach, nikt mnie nie przesłuchiwał. Z perspektywy mogę sądzić, że zadecydowały donosy i moje żydowsko-francuskie pochodzenie. Planowane studia filmowe zostały przekreślone.

Błyskawicznie otrzymałem wezwanie stawienia się do WKR Warszawa-Śródmieście celem odbycia zasadniczej służby wojskowej z kategorią „A”. Złożyłem odwołanie, które uwzględniono ze względu na zły stan zdrowia. Nie miałem innego wyjścia jak wrócić do stałej pracy w Wytwórni Filmów Dokumentalnych, gdzie zostałem zatrudniony jako pomoc operatora filmowego.

W tym czasie, mając 24 lata ożeniłem się, pragnąc rodzinnego ciepła, własnej rodziny. Małżeństwo nasze, chociaż trwało 11 lat, nie było udane. Ponieważ mieliśmy syna urodzonego w 1972 roku, moja decyzja o rozwodzie dojrzewała przez sześć lat. Wybrałem mniejsze zło i rozwód nastąpił w 1981 roku, w parę miesięcy po śmierci przysposobionego ojca.

Ze względu na syna zostawiłem żonie mieszkanie M-3 z wyposażeniem, dokładając więcej, niż wyznaczono w alimentach. Zmieniłem pracę, przechodząc z WFD do Ośrodka Dokumentacji i Informacji Naukowej PAN. Dalej podnosiłem kwalifikacje zawodowe, zaczynając drugi raz od zera. Po rozwodzie pracowałem jeszcze w Centrum Informacji Naukowej-Technicznej i Ekonomicznej, żeby w 1988 roku przejść do pracy w rzemiośle.

Ponieważ „matka” zmarła w 1983 roku, wywalczyłem mieszkanie po rodzicach, gdzie byłem zameldowany i nie musiałem się tułać. Ojciec na pięć lat przed swoją śmiercią bardzo się zbliżył do mnie. Na wszelkie sposoby pragnął mi pomóc, choć w tym czasie nie był w stanie nic dla mnie zrobić. Cierpiał, ponieważ rak nieubłaganie się rozwijał i pomimo poważnej operacji były przerzuty.

Kiedy od lekarza usłyszałem, że ojcu zostały godziny życia, musiałem go zapytać, kim jestem? I zapytałem, mówiąc: „tato, byłeś, jesteś i będziesz moim ojcem, ale grupa krwi wskazuje, że nie jestem twoim biologicznym dzieckiem, czy to prawda, że jestem dzieckiem z KL Stutthof?” Ojciec potwierdził moje pochodzenie i fakt, że się urodziłem w 1944 roku w obozie koncentracyjnym, ale nie pamiętał mojego nazwiska i już nie chciał dalej na ten temat rozmawiać. Następnego dnia odszedł. Przez pięć lat nie mogłem się z tym faktem pogodzić.

W dwa lata po jego śmierci, w 1983 roku zmarła „matka”. Pochowałem ją z mocnym postanowieniem ustalenia, kim jestem, skąd pochodzę, jak mam na imię i jak brzmi moje prawdziwe nazwisko. Przypomniały mi się dziwne przeżycia lat dziecięcych.

W 1956 roku zgłosiła się do WFD, do ojca, siostra zakonna, pytając o mnie. Wtedy momentalnie ojciec zadzwonił z pracy, co spowodowało w domu istny popłoch i matka taksówką wywiozła mnie do swojego brata na Grochów, gdzie byłem przez trzy dni ukrywany. Szybko mnie spakowali i odstawili na dworzec Warszawa Główna przy ul. Towarowej. Wysłali mnie wtedy na trzy miesiące z domu. Miałem dwanaście lat. O co wtedy chodziło, nie mam na to odpowiedzi do dzisiaj, tak jak na wiele innych pytań.

Kolejna szokująca sprawa miała miejsce po ukazaniu się artykułu w „Exspresie Wieczornym” (nr 142, 16 czerwca 1961 roku) o tym, że popełniłem samobójstwo w czasie, kiedy byłem w internacie w Krakowie. Notatka była tak skuteczna, że w domu zjawiła się dawno nie widziana „rodzina” i delegacja ze szkoły z kwiatami. Wiem, że dla „matki” był to szok, rodzice połączyli się telefonicznie z konwiktem oo. pijarów, żeby mnie usłyszeć przez telefon i upewnić się, że żyję. Myślę, że jedyną osobą, która mogła rzucić jakieś światło na tę sprawę, był ojciec, który milczał.

Po śmierci rodziców, kiedy rozpoczynałem poszukiwania, grono przyjaciół i znajomych rodziców podzieliło się na dwa obozy: tych, którzy mieli mi za złe (ze względu na pamięć ojca i matki), i tych, którzy uważali, że powinienem. Najbardziej życzliwi w tej sprawie byli Joanna i Karol Szczecińscy (operator filmowy WFD-PKF), uważając, że odnalezienie biologicznej rodziny to mój obowiązek. Jestem im wdzięczny za poparcie.

W latach 1980/81 przeistoczyłem się w rzemieślnika (na siedem lat), zdając egzamin na czeladnika w rzemiośle przetwórstwa tworzyw sztucznych. Uzyskałem kolejny zawód i możliwość prowadzenia poszukiwań.

Po likwidacji warsztatu w 1988 r. ożeniłem się po raz drugi. Małżeństwo w ciągu zaledwie paru miesięcy okazało się ogromną pomyłką i już w grudniu 1989 roku uzyskałem rozwód za obopólnym porozumieniem, bez orzekania o winie stron.

Jeszcze w 1988 roku podjąłem pracę w Państwowym Przedsiębiorstwie „Polskie Nagrania” na stanowisku Starszego Inspektora d/s Umów w pionie Inwestycji. Niestety ktoś przedobrzył i przedsiębiorstwo poszło w rozsypkę. W tej sytuacji przeszedłem do pracy w prywatnej firmie na stanowisku Radcy i Kierownika Handlowego. Sprawy prawne stały się niemal moim chlebem powszednim, co bardzo przydaje się obecnie w mojej pracy społecznej.

Życie zmuszało mnie do elastyczności zawodowej. Uzyskałem dyplom Technika Serwisanta maszyn Rank Xerox i operatora tych maszyn, fotografa Fotografii Ogólnej i Przemysłowej, a wcześniej papiery ślusarskie i filmowca. Niestety skończyło się to bezrobociem, bez prawa do zasiłku. Był wtedy okres transformacji w Polsce i nagle okazało się, że jestem za stary do pracy, a do emerytury za młody. Paradoks życia, który zbyt często nas ostatnio dopada.

Po dziesięciu latach kwerendy uzyskałem materiały dowodowe, które pozwoliły mi w 1993 roku uzyskać uprawnienia kombatanckie. Zostałem przyjęty do Stowarzyszenia Więźniów, jak również do Warszawskiego Koła Stutthofu.

W styczniu 1999 roku na własne życzenie wypisałem się ze Stowarzyszenia Więźniów Byłych Dzieci Hitlerowskich Obozów Koncentracyjnych, w którym przez pewien okres pełniłem funkcję wiceprezesa Zarządu Głównego.

Jeszcze w 1997 roku zostałem przyjęty do Stowarzyszenia „Dom Sierot żydowskich im. Amalii Wasserbergerowej” w Krakowie, w którym przewodniczącym Rady Naukowej był zmarły w 2000 roku prof. dr hab. Adam Szymusik, kierownik Katedry Psychiatrii w Krakowie i przewodniczący Międzynaodowej Komisji ds. Inwalidztwa Wojennego (badający następstwa psychiczne pobytu w obozach koncentracyjnych).

Po czterech latach starań otrzymałem zaświadczenie Żydowskiego Instytutu Historycznego i zostałem przyjęty w 1998 roku do Stowarzyszenia „Dzieci Holocaustu” w Polsce.

W listopadzie 1999 roku zostałem wiceprezesem Stowarzyszenia „Dom Sierot żydowskich im. Amalii Wasserbergerowej” w Krakowie.

Udzielam się społecznie, mając na uwadze pomoc koleżankom i kolegom ze środowiska ofiar wojny i nie tylko im, w zakresie problematyki administracji państwowej i sądowej. Często są to rozmowy osobiste: jak rozwiązać różne problemy, napisać potrzebny wniosek (podanie) i jak działać; dzielę się wiedzą i doświadczeniami dotyczącymi stosowania przepisów i dzienników ustaw.

Moje poszukiwania trwały konsekwentnie dalej z udziałem mediów, prasy i telewizji. Jeździłem na uroczystości Stutthofu, odnajdując kolejnych świadków, byłych więźniów – jak doktora Lecha Duszyńskiego, więźnia i zarazem lekarza obozowego, który swoją pomysłowością i wiedzą lekarską uratował od śmierci około czterystu więźniów w samym KL Stutthof i filii obozu Stutthof w Nadbrzeżu „Hopehill”, w tym kilkudziesięciu Żydów – kobiet i mężczyzn. Miał odwagę wyrażać własne zdanie w obecności SS-Hauptsturmfu¨hrera Teodora Meyera, zastępcy komendanta KL Stutthof, który osobiście rozstrzelał ponad 300 więźniów. Za te zbrodnie, wyrokiem sądu w procesie gdańskim w 1947 roku, oprawca został skazany na śmierć przez powieszenie.

W kontaktach z byłymi więźniami Stutthofu i dzięki ich relacjom uzyskiwałem cenne informacje. Dużej pomocy udzielili mi: pani Dyrektor mgr Janina Grabowska-Chałka z Państwowego Muzeum Stutthofu oraz mgr Elżbieta Grot i doc. Marek Orski.

Szukałem też przez Polski Czerwony Krzyż, Biuro Informacji i Poszukiwań, a zwłaszcza Croix-Rouge Fran˜aise w osobie wspaniałej madame Evelyne Bousquet, która poświęciła lata uwagi mojej sprawie. Doprowadziła do nadania w telewizji francuskiej programu, który pozwolił odnaleźć osoby potwierdzające nie tylko moje losy obozowe, ale fakt, że moja matka wyszła żywa z obozu Stutthof.

W 1994 roku zostałem zaproszony przez francuską telewizję do Paryża na dokumentację do programu „Perdu de Vue” („Stracony z oczu”). W maju 1996 roku przyjechali dziennikarze francuskiej telewizji TF-1 i nakręcili ze mną w Stutthofie materiał do tego programu. Miesiąc później ściągnęli mnie do studia w Paryżu. Na ekranie pokazali zdjęcia obozu z czasów wojny, a na jego tle nazwiska pięciu więźniarek. Obok pokazano moje zdjęcia z 5, 16 i 20 roku życia.

W ciągu trzech tygodni do redakcji programu zadzwoniło kilkadziesiąt osób z całej Europy, głównie z Francji. Dwie z nich wiedziały, co się stało z moją matką. Po kilku miesiącach dostałem list od kuzyna z Francji. Wszystko wskazuje na to, że jego matka jest rodzoną siostrą mojej matki.

Z dokumentu wydanego przez francuskie Merostwo w Dieppe wynika, że moja rodzona matka zmarła we Francji w 1995 roku. Nie dane było mi jej nigdy zobaczyć i zapytać: mamo, jak mi na imię? A przecież byłem tak blisko matki w 1994 roku, kiedy jeszcze żyła!

„Czy jesteś tylko krwawym mitem? Kim byłaś…

Francuzką–Żydówką… piękną ciemnooką dziewczyną,

czy w łachmany odzianą więśniarką?

A czy wiesz, jak mam na imię i kto mi je nadał…

mamo… czy mogę żyć i umrzeć nie wiedząc, kim jestem”

– napisał zaprzyjaźniony poeta i jeden z moich mentorów, zmarły w sierpniu 2002 roku prof. Tadeusz Płużański, były wieloletni więzień Stutthofu.

W maju 1990 roku w wiosenne ciepłe dni poznałem dziewczynę dużo młodszą ode mnie, z którą pobraliśmy się pod koniec grudnia 1990 roku. W 1991 roku urodziła nam się córka. W tym roku mój syn Konrad kończy 31 lat, a córka Dominika 12 lat. Lata lecą…

Jeszcze w 1993 roku, po uzyskaniu uprawnień kombatanckich, złożyłem wniosek do ZUS o przyznanie mi renty wojennej, której mi odmówiono w sposób urągający prawu i dobrym obyczajom. Po trzyletnich zmaganiach, rewizji nadzwyczajnej Ministra Sprawiedliwości i wyroku Sądu Najwyższego w 1995 roku, sprawa wróciła do ponownego rozpatrzenia. Wyrokiem Sądu Wojewódzkiego w 1996 roku przyznano mi prawo do renty inwalidzkiej w związku z pobytem w obozie koncentracyjnym.

W 1998 roku Prokuratura Rejonowa wniosła (na podstawie mojego wniosku) do Sądu sprawę „o zaprzeczenie macierzyństwa przysposobionej matki”, co automatycznie eliminuje ojcostwo przysposobionego ojca. Wyrok z dnia 29 kwietnia 1999 roku. Sądu Rejonowego otworzył mi drogę do sprawy o unieważnienie mojego aktu urodzenia z 1946 roku i ustalenie treści danych biograficznych zgodnie z faktami.

W październiku 2001 roku pojechałem do Francji na spotkanie z odnalezioną częścią rodziny matki. Pokrewieństwo potwierdziły badania porównawcze grupy krwi. Czekają nas badania kodu genetycznego DNA na polecenie sądu. Ponadto czekamy na dopełnienie informacji z Bad Arolsen (Niemcy) z tamtejszego Archiwum w sprawie rodziny. Dalej szukam informacji na temat mojego ojca.

Coraz bardziej zaczęły się oddalać wspomnienia trupów niemieckich żołnierzy, które widziałem jako bardzo małe dziecko w lesie na Helu. I inne: ostrzelanie nas w samochodzie Wojskowej „Czołówki Filmowej” przez niedobitki Werwolfu; egzekucja byłego hitlerowskiego oprawcy. Zacierają się wspomnienia miejsc i czasu, ale do tej pory miewam koszmarne sny z widokiem ekshumacji pomordowanych ciał, powiązanych drutem.

Mam własną rodzinę, którą staram się chronić przed najgorszym. A mnie pozostaje uczucie, że odchodzą jak we mgle wspomnienia i przyjaciele, zabierając skrawek serca.

do góry

Strona „Zapis pamięci”
Stowarzyszenia
„Dzieci Holocaustu”
w Polsce.

Zrealizowano
dzięki wsparciu Fundacji
im. Róży Luksemburg
Przedstawicielstwo
w Polsce

ul. Twarda 6
00-105 Warszawa
tel./fax +48 22 620 82 45
dzieciholocaustu.org.pl
chsurv@jewish.org.pl

Koncepcja i rozwiązania
graficzne – Jacek Gałązka ©
ex-press.com.pl

Realizacja
Joanna Sobolewska-Pyz,
Anna Kołacińska-Gałązka,
Jacek Gałązka

Web developer
Marcin Bober
PROJEKTY POWIĄZANE

Wystawa w drodze
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice” moirodzice.org.pl

Wystawa stała
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice”
w Muzeum Treblinka
muzeumtreblinka.eu
Strona „Zapis pamięci”
Stowarzyszenia
„Dzieci Holocaustu”
w Polsce.

Zrealizowano
dzięki wsparciu Fundacji
im. Róży Luksemburg
Przedstawicielstwo
w Polsce
Koncepcja i rozwiązania
graficzne – Jacek Gałązka ©
ex-press.com.pl

Realizacja
Joanna Sobolewska-Pyz,
Anna Kołacińska-Gałązka,
Jacek Gałązka

Web developer
Marcin Bober
PROJEKTY POWIĄZANE

Wystawa w drodze
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice” moirodzice.org.pl

Wystawa stała
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice”
w Muzeum Treblinka
muzeumtreblinka.eu