Emanuel Tanay, urodzony w 1928 roku

Przepustka do życia

„Będziesz się teraz nazywał Jan Wójcik” – powiedział ojciec, wręczając mi chrześcijańską metrykę urodzenia. Matka wyjaśniła, że mam znaleźć sposób ucieczki z getta w Miechowie i dostać się do mieszkania pani Terleckiej w Rynku.

„Wiesz, jak to zrobić” – powiedziała ze słabym uśmiechem, w którym było trochę wyrzutu, a trochę pochwały. Wymykałem się często z getta po prostu dla zabawy, a rodzice karali mnie za podejmowanie bezsensownego ryzyka. Wychodzenie z getta było bowiem karane śmiercią.

„Pani Terlecka ma znajomego, który zaprowadzi cię do klasztoru w Krakowie” – powiedziała matka. „Nie wiemy na pewno czy się zgodzi, ma przy­jechać dziś wieczorem z Częstochowy. Był kiedyś zakonnikiem w  klasz­torze w Mogile”.  Podobno  jutro  ma  być  ostateczna  likwidacja  getta” – dodał wyjaśniająco ojciec. Dzień  wcześniej  rodzice  kłócili  się, czy  plotkę tę należy traktować poważnie. Matka wierzyła, że to prawda, a ojciec sądził że jest jeszcze czas.

Znałem panią Terlecką, która była właścicielką cukierni i  mieszkała nad sklepem. Ucieczka nie była łatwa. Getto obstawione było przez ukraińską i polską policję, nadzorowaną przez zwiezionych spoza miasta Niemców. Ta zwiększona obstawa była przyczyną plotek o zbliżającej się likwidacji getta. 

Przeskoczyłem przez płot na teren poczty, już poza get­tem. Dwóch Ukraińców podbiegło w moim kierunku. Oddali kilka strzałów, a ja przeskoczyłem z powrotem do getta. Żydowscy Odemani [policjanci] zaczęli udawać, że mnie gonią, więc pobiegłem  do  domu Ruth Fridrich, zwanej „Rutką”. Nigdy nie przepuszczałem okazji, by ją odwiedzić, a teraz miałem dobry pretekst. Budynek, gdzie mieszkała, przylegał do domu w Rynku, który znajdował się już poza gettem. Patrzyła za mną, gdy wspinałem się z balkonu ich mieszkania na dach. Przeskoczyłem wtedy z tego dachu na budynek po drugiej stronie i ześl­izgnąłem się po rynnie, prosto na podwórze domu pani Terleckiej. 

Wszedłem do jej sklepiku, udając klienta. Surowym głosem kazała mi wyjść, bo i tak nic  mi  nie  sprzeda, ale mówiąc  to  mrugnęła  do  mnie. W cukierni był już jakiś klient i sprzedawczyni, a przyjazne zachowanie wobec żydowskiego chłopca bez opaski było  niebezpieczne. Odgadłem, że chciała bym poszedł do jej mieszkania. Wyszedłem więc ze sklepu, prosto w bramę jej  kamienicy i schodami  do  góry. Wkrótce  pojawiła się i ona.

Podróż do  Mogiły

Pani Terlecka posłała mi na kanapie i przykryła kocem. Domyślając się mojego strachu, delikatnie pogładziła mnie po głowie. Zasnąłem, zanim przyjechał Stanisław Gadomski. Następnego ranka pani Terlecka obudziła mnie i przedstawiła panu Gadomskiemu. Był on niskim mężczyzną z wyraźnym garbem. Miał wychudłą, mizerną twarz. Był ubrany w czarny garnitur. Gadomski był brzydki i miał nieprzyjemny sposób rozmowy. Nazywał mnie „Jasiu”, choć ja wolałem „Janek”.

Powiedzieli mi, że rozpoczęła się ostateczna likwidacja getta. Słychać zresztą było pojedyncze strzały. Pan Gadomski zgodził się zabrać mnie do klasztoru, ale nie wiedział, czy przeor zechce mnie przyjąć. Komunikacja telefoniczna była wykluczona, a w mieszkaniu pani Terleckiej nie mogłem zostać. Nie miałem pojęcia, co się stało z rodzicami i siostrą.

„Pójdziesz na dworzec kolejowy, a Pan Gadomski będzie szedł za tobą. Jeśli coś się będzie działo po drodze albo na dworcu, udawaj, że go nie znasz” – poleciła mi pani Terlecka. Idąc z Rynku na dworzec, widzieliśmy długie kolumny Żydów pędzonych środkiem drogi w tym samym kierunku. Zastanawiałem się, czy są wśród nich moi rodzice i młodsza siostra.

Chwila gdy wyszliśmy na ulicę, rozpoczęła nowy rozdział mojego życia. Emanuel Tenenwurzel przestał istnieć, a jego miejsce zajął Jan Wójcik. Niebezpieczeństwo, że będę wysłany wagonem towarowym gdzieś w niez­nane oddaliło się. Teraz groziło mi, że mogę  zostać  zdemaskowany  jako Żyd, udający Polaka. Nie było wcale jasne co jest większym ryzykiem. Wpadka na fałszywych  papierach  oznaczała  śmierć  przez  rozstrzelanie. Czy umrę jak kuzynka Cukier?  Rozstrzelano    właśnie  za  ukrywanie  się na fałszywych papierach.

W czasie drogi oddałem panu Gadomskiemu swój płaszcz.  Chciałem mniej się rzucać w oczy, i uciekać byłoby łatwiej, gdyby pojawiła się taka  potrzeba. Matka nalegała, bym wziął płaszcz, mimo że było ciepło. Szliśmy wolno, bezpiecznie dotarliśmy na dworzec. Bileterka zdawała się mnie poznawać, ale nic nie powiedziała. Gdy pociąg był już poza Miechowem, pan Gadomski przyłączył się do mnie. Chciał powiedzieć przeorowi, że moja rodzina przeszła na chrześcijaństwo, gdy bylem małym dzieckiem. Miałem być teraz Żydem dla Niemców, ale chrześcija­ninem w oczach Kościoła. Była to moja pierwsza lekcja kłamstwa. Półprawdy są bardziej wiarygodne, niż całkowite kłamstwa,a przekony­wające kłamstwo stało się teraz moim kluczem do przetrwania.

Z krakowskiego dworca dojechaliśmy tramwajem do rogatek,a  stam­tąd już piechotą doszliśmy do wsi Mogiła. Dziwna nazwa dla miejsca, gdzie poszukiwałem ratunku przed śmiercią.Kompleks budynków klasztornych  był tak ogromny, że dominował nad krajobrazem wioski. Kościół był z zewnątrz imponująco duży, ale nie przytłaczał. A jednak, gdy weszliśmy do środka, zaskoczyła mnie wysokość budynku. Ogromny drewniany krzyż podtrzymywał naturalnej wielkości postać Chrystusa. Długie, wijące się włosy na głowie i brodzie były tak nat­uralne, że wyglądał jak żywy. Powiadano, że  modlitwa  przy  tym krzyż czyni cuda.

Pan  Gadomski przyklęknął i przeżegnał się przed ołtarzem.Obserwowałem  go uważnie i zrobiłem  to samo. Czy mi się udało? Nigdy przedtem tego nie czyniłem. „Uklęknij i pomódl się. Porozmawiam z Ojcem Kucharem i mam nadzieję, że cię weźmie”…

Ojciec  Robert  Kuchar był zwalistym mężczyzną – wyglądał  jak holywoodzka wersja Świętego Mikołaja. Łagodność bila wprost z jego przy­jaznej, pyzatej twarzy i błyszczących oczu. Miał też jowialny, głośny śmiech, a jego donośny głos nie peszył, lecz dodawał pewności. Ojciec Kuchar przywitał mnie, tak jakbyśmy znali się od dawna. Spytało podróż    Miechowai   wyraził współczucie, że musiałem opuścić dom. Nie zadawał pytań na temat mojej przeszłości, nie musiałem więc opowiadać żadnych kłamstw temu miłemu, starszemu człowiekowi. Ojciec Kuchar miał obcy akcent,  dowiedziałem się  że pochodzi z Jugosławii. Zawołał jednego z  braci i   poprosił, by dano mi celę naprzeciwko jego własnej.

Moja cela była miłym pokojem z łóżkiem, małym stolikiem i szafką nocną, na której stały dzban i miska. Na suficie namalowane były kolorowe sceny z Nowego Testamentu. „Jeden z braci był zdolnym malarzem” – wyjaśnił pan Gadomski. Dodał też, że zostanie kilka dni w klasztorze i pomoże mi się przystosować. Miałem, oczywiście, mnóstwo pytań na temat liturgii i modlitw. Z całą pewnością potrzebowałem pomocy, by móc uchodzić za katolickiego chłopca, kształcącego się na księdza.

Pan Gadomski zaoferował więcej niż pomoc, jego celem było zainspirowanie mnie, bym został prawdziwym katolikiem. Nie poprzestawał na gloryfikowaniu „prawdziwej wiary”, lecz pozwalał sobie na negatywne uwagi o Żydach. Często powtarzał – „Takim jesteś miłym chłopcem, że nikt by nie pomyślał, że jesteś z żydowskiej rodziny”. Czy też – „Czemu Żydzi wszystko robią odwrotnie?”. Nie miał żadnej prawdziwej wiedzy na temat judaizmu i wierzył że Żydzi torturują zwierzęta i używają krwi chrześcijańskiej („tylko w przeszłości”) do wyrobu paschalnej macy.

Przez te kilka dni, kiedy pan Gadomski przebywał w klasztorze musiałem z nim dzielić łóżko.Jego garb zajmował więcej miejsca niż resz­ta ciała i ciągle się bałem, by go nie potrącić. Poziom higieny pana Gadomskiego nie był najwyższy, nigdy nie widziałem, by mył coś więcej, niż twarz. A jednak nie omieszkał mi powiedzieć, że Żydzi są odpowiedzialni za rozszerzanie się epidemii tyfusu, ponieważ są brudasami.

Pan Gadomski był moim dobroczyńcą i poprzez panią Terlecką moim łącznikiem z przeszłością. Był po prostu moją przepustką do życia, lecz choć tak desperacko go potrzebowałem, trudno mi było go lubić. Bylem przy nim bezpieczniejszy, ale brzydziła mnie jego obecność…

„Nazywam się Jan Wójcik” było kłamstwem, które nie mogło rosnąć samotnie, jak drzewo na pustyni. Musiało stać się częścią lasu, z drzewa­mi i podszyciem, całą nową tożsamością, opartą na fałszu. A nie było to łatwe zadanie dla czternastolatka, zwłaszcza gdy otrzymane z jednod­niowym wyprzedzeniem.

Nauka religii

Nie miałem do swojej nowej roli  żadnego  przygotowania.  Przez ostat­nie trzy lata żyłem w izolacji od Polaków, a moja znajomość  chrześcijań­skich modlitw i obyczajów była, w najlepszym  wypadku,  powierzchowna. Jan Wójcik miał być katolickim chłopcem urodzonym i wychowanym  na wsi. Emanuel Tenenwurzel był  dzieckiem z miasta, z  inteligenckiej rodziny i … Żydem. W owych czasach nazwisko „Wójcik” wskazywało na chłopskie pochodzenie. Przed  wojną,  gdy  mobilność  społeczna  była rzadka, sposób mówienia i wygląd szły zazwyczaj w  parze  z  klasą społeczną, a ja nie wyglądałem, nie zachowywałem się, i nie mówiłem jak chłop.

 Wymyśliłem więc swoją historię życia stopniowo, w ciągu tych kilku pierwszych dni w klasztorze. Mój ojciec miał być technikiem den­tystycznym, który,jako porucznik Armii Polskiej,  został wzięty do  niewoli we wrześniu 1939 i przebywa! gdzieś w obozie w Niemczech. Matka – pielęgniarką z Wilna. Rodzice poznali się we  wschodniej Polsce,  gdy ojciec służył w Korpusie Ochrony Pogranicza. I tak dalej, i tak dalej… Większość była przynajmniej częściowo prawdziwa i łatwa do zapamięta­ nia.  Umiejętność kłamstwa była podstawą dla każdego Żyda ukrywającego się na fałszywych papierach…

Opowiadanie historyjek było znacznie łatwiejsze niż pełnienie funkcji, których spodziewano się po katolickim chłopcu, kształconym na księdza. Zostałem włączony do chóru i musiałem śpiewać pieśni, których  nie znałem. Uważnie się wsłuchiwałem i powtarzałem słowa o ułamek sekundy później. Czasami zdarzało mi się robić błędy w koń­cówkach niektórych słów. Wkrótce po przyjeździe okazało się, że mam służyć do mszy. Musiałem pójść do spowiedzi i do komunii. Pobierałem zaawansowany kurs nauk  religijnych i świeckich  w grupie, składającej  się z trzech uczniów, a przy tak małym zgromadzeniu, moja ignorancja doty­cząca spraw katolicyzmu łatwo mogła się wydać.

Pierwszego  wieczora  nauczyłem  się  na  pamięć  modlitw porannych, które recytowaliśmy przy śniadaniu. W następne dni  intensywnie uczyłem  się  katechizmu,  wkuwałem  na  pamięć  łacińską· liturgię i czytałem żywoty Świętych.

Różnice między życiem w getcie a w klasztorze były znaczne. W getcie byłem otoczony przyjaciólmi – wróg był jasno określony, a zresztą na Niemców natykano  się tylko od  czasu do czasu. W  klasztorze  zaś każdy, z wyjątkiem ojca Kuchara i pana Gadomskiego, mógł spowodować moją śmierć. 

W  klasztorze pełniłem  rolę nowicjusza i przygotowywano  mnie do przyjęcia ślubów. W nowicjacie było nas tylko dwóch,ja i jeszcze jeden chłopak, starszy o dwa, może trzy lata, i także o imieniu Janek. W naszych naukach brał jeszcze udział brat Antoni, który miał aspiracje by zostać księdzem.  Istniał wyraźny  podział  między  księżmi,  których  tytułowało się „Ojcze”,  a  mnichami,  którzy  nie  byli  wyświęceni  i  których  nazywało się „Braćmi”. Ojcowie nosili białe sutanny, na które nakładali czarne szka­plerze. Zajmowali się pracą naukową i pełnili obowiązki kapłańskie. Bra­cia zaś nosili brązowe habity, a oprócz modlitw i medytacji, wykonywali też prace fizyczne. Janek zakładał białą sutannę  bez czarnego szkaplerza,  a ja na początku chodziłem w swoim zwykłym ubraniu, później zamienionym również na białą sutannę, mimo iż nie miałem ślubów.

Ojciec Kuchar przydzielił mi szereg specjalnych obowiązków. Powierzył mi opróżnianie skarbonek kościelnych pod koniec dnia oraz odbieranie przesyłek z poczty we wsi, jako że pieniądze i paczki żywnoś­ciowe przychodziły pocztą. Codziennie maszerowałem przez wieś, niosąc wielką skórzaną torbę z napisem „Klasztor”.  Zacząłem  być wkrótce  znany we wsi jako „Janek z klasztoru”.  Pewnego  dnia  zobaczyłem  kolumnę Żydów z obozu koncentracyjnego w Płaszowie, którzy, pod strażą  SS, zbliżali się do mnie z przeciwka. Ulica była wąska i pełno było na niej wiejskich gapiów. Rozpoznałem wkrótce kilka znajomych twarzy, między innymi Szymka Sosnowskiego, który zaczął machać do mnie ręką  i  krzy­czeć „Emek! Emek!” 

Byłem przerażony, ale szedłem dalej jakby w  ogóle mnie to nie dotyczyło. Wtedy inny chłopak z Miechowa, nie pamiętam teraz jak się nazywał, uderzył Szymka w tył głowy i zawołał „ruszaj się, idioto”. Po powrocie do klasztoru usiłowałem pozbyć się przywileju, ja kim była rola zaufanego posłańca. Ojciec Kuchar jednak, nie znając przyczyny mej prośby, nie chciał przydzielić tego zadania nikomu innemu.

Janek, brat Antoni i ja zostaliśmy przyjaciółmi. W wolnym czasie spacerowaliśmy po wsi, siadaliśmy razem do posiłków, oraz odbywaliśmy„wycieczki do pralni”. Poza murami otaczającymi klasztor znajdowała się pralnia klasztorna, która zatrudniała wiejskie dziewczęta i do której zanosiliśmy ubrania do prania i prasowania. Antoni miał powodzenie u ko­biet – umawiał nas czasem z trzema ładnymi dziewczynami na nocne spotkania w pralni. Po Nieszporach, zgodnie z rutynowym rozkładem dnia, chodziliśmy przez godzinę w milczeniu po wielkiej sali, a następnie udawaliśmy się do swoich cel na rozmyślania. 

Pewnego dnia wym­knęliśmy się we trójkę  do  ogrodu, przeskoczyliśmy  przez  wysoki  mur i spotkaliśmy się z dziewczętami w pralni. Na początku szeptaliśmy, pod­nieceni przygodą. Antoni, jako  najstarszy nadawał ton.  niknął  z jedną z dziewczyn. Ani Janek, ani ja, nie mieliśmy odwagi iść za jego przykładem. Następnego dnia Antoni wyśmiał naszą nieśmiałość i oz­najmił, że miał stosunek  ze swoją dziewczyną.  Zawsze  opowiadał nam  swoich sukcesach z kobietami. Tuż przed wojną zaciągnął się do KOP-u, elitarnych oddziałów wojskowych ochrony pogranicza. „Kobiety lecą na  mundur” –  mawiał  do nas. A mnisi habit był,jego zdaniem, prawie tak dobry jak mundur.

„Dam  wam jeszcze jedną szansę” – zapowiedział i w kilka dni później  zorgani­zował jeszcze jedną „wycieczkę do pralni”. Tym razem Janek i ja byliśmy mniej nieśmiali i też połączyliśmy się z dziewczynami w pary. Pieszczoty nie zaprowadziły mnie jednak do stosunku. Bałem się, że dziewczyna rozpozna, że jestem  obrzezany.Nie  mogłem  doprowadzić  się do erekcji, a nie chciałem dopuścić by dziewczyna dotykała mojego członka, choć próbowała. Tak więc „wycieczki do pralni” stały się dla mnie proble­mem. Miałem na nie ochotę, ale miałem też świadomość, że jeśli zostanę złapany na łamaniu reguł klasztornych, mogę zostać wyrzu­cony. Z drugiej strony, nie chciałem też wypaść na dziwaka przed przy­jaciółmi.

Egzamin na kenkartę

„Albowiem zapłatą za grzech jest śmierć” (Rzym. 6, 23) Słyszałem częs­to to zdanie w klasztorze. Moim problemem nie był jednak grzech, ale możliwość wpadki. W tamtych latach Polacy mieli niesamowitą wręcz umiejętność rozpoznawania Żydów. „Jedno spojrzenie i wiem czy Żyd” – słyszało się często. Na szczęście nie było to zawsze prawdą.

Gwarancją przetrwania była w owych czasach „Kennkarta”. Ten wys­tawiony przez Niemców dowód tożsamości był bardzo trudny do podro­bienia, ponieważ drukowano go na specjalnym rodzaju papieru. Zawierał on fotografię, odciski palców i zawiłą niemiecką pieczęć. Wszyscy powyżej czternastego roku życia musieli być w stanie wylegitymować się w każdej chwili. Ja miałem jedynie akt urodzenia, który wskazywał, iż mam czter­naście lat. By dostać kennkartę trzeba było iść na miejscowy posterunek niemieckiej policji, który zatrudniał Polaków i „Folksdojczów”, urod­zonych i wychowanych w Polsce. Mieli oni tę samą władzę co Niemcy, ale z polską umiejętnością rozpoznawania Żydów. Więc ubieganie się dla mnie o kennkartę było dla mnie czysto hazardową zagrywką.

Jako, że w Mogile nie było niemieckiego posterunku policji, musiałem jechać do Krakowa. Urzędnik, który mnie przesłuchiwał, zapytał: „Jeśli jesteś w klasz­torze, pokaż mi jak dobrze znasz modlitwy.” Był to pewny znak, że pode­jrzewa, iż jestem Żydem. Zadał też kilka innych pytań, na które odpowiedziałem. Kiedy opuścił pokój, bałem się, że poszedł po żandar­mów. Umiejscowiłem się koło drzwi Wyjściowych, udając że kogoś szukam. Urzędnik jednak powrócił sam, niosąc upragnioną kennkartę. Wyszedłem z posterunku z paszportem na życie. 

Podrabiana kennkarta była bardzo droga i na ogól łatwa do wykrycia. Jeśli Niemcy podejrzewali że kennkarta jest podróbką, dzwonili na odpowiedni posterunek i po numerach kodowych rozpoznawali czy dokument jest prawdziwy. Posiadanie prawdziwej kennkarty kilka razy uratowało mi życie.

Zostałem przydzielony do pracy w bibliotece. Cóż to było za cudowne miejsce! Witrażowe okna wychodziły na staw. Pośrodku ogromnej sali znajdowały się rozłożyste stoły, a po prawej i lewej stronie masywne  półki na książki.

Moim zadaniem było stemplowanie książek pieczęcią klasztoru. Ojciec Kuchar obawiał się, że Niemcy mogą zarekwirować cenną kolekcję książek. Miałem stawiać pieczęcie na stronie siódmej, siedemnastej, sto siódmej i tak dalej, co miało ułatwić odzyskanie książek po wojnie. U ro­dziców w biurze miałem zwyczaj brać firmową pieczątkę i przybijać ją gdzie bądź. Wtedy byłem za to karany, a teraz było to moje oficjalne zadanie.

Czytałem, ile się tylko dało. Szczególnie pociągały mnie książki z ostrze­żeniem „do czytania tylko za zgodą Przeora”. Żywoty świętych  i  papieży były wyjątkowo interesujące. Niektórzy papieże byli łajdakami według wszelkich kryteriów, a  wierzenia  chrześcijan  brzmiały dla mnie jak baśnie. Wiele lat później spotykałem młode, żydowskie dziewczęta i chłopców, którzy przyjęli  chrześcijaństwo  po  zetknięciu  się z  naukami  ościoła w dzieciństwie. Na mnie zadziałało to odwrotnie.

Byłem pod wrażeniem katolickich ceremonii. Liturgia wzbudzała podziw i onieśmielenie. Katolicyzm był atrakcyjny estetycznie, ale brakowało mu wymiaru intelektualnego. Nigdy nie traktowałem serio opowieści biblijnych, których uczyłem się w trakcie przygotowań do Bar Mitzwa [uznanie chłopca żydowskiego za dojrzałego po ukończeniu 13 roku  życia].  Mało  się  one różniły  od   bajek opowiadanych  dzieciom, a rodzice nie oczekiwali, bym w nie wierzył, chcieli jedynie, bym je znał. W klasztorze spotykałem dorosłych, dobrze wykształconych mężczyzn, którzy szczerze wierzyli w to, co dla mnie było niewiarygodne. Myśli te zachowywałem oczywiście dla siebie. Chrześcijaństwo miało być monoteistyczne, ale zdawało się mieć trzech czy nawet czworo bogów. Bóg Ojciec, Syn Boży, i Duch Święty. A i Maria, Matka Boża, także była czczona jak bogini.

Żydzi byli krytykowani za to, że nie uznali Jezusa za Mesjasza. Ale Mesjasz nigdy przecież nie miał być Bogiem, lecz tylko prorokiem.Jako, że miałem teraz na imię Jan, czytałem o Janie Chrzcicielu, pro­roku, który jeszcze przed Jezusem szerzył nową wiarę. Później odkryłem, że moim prawdziwym patronem był Jan Chryzostom, zaprzysięgły Żydożerca. Dziwiłem się, czytając, że Jezus, cała jego rodzina i wszyscy Apostołowie byli Żydami. W Polsce rzadko się wtedy mówiło o tym, że Jezus był Żydem. Jako dziecko, myślałem, że Jezus był Polakiem zabitym przez Żydów. Wielu dorosłych Polaków podzielało  ten  pogląd. Pamiętam, że wyszukiwanie sprzeczności w Nowym Testamencie spraw­iało mi radość, a że miałem czternaście lat, szczególnie interesujące wydawały mi się odnośniki seksualne…

Tajne spotkania z rodziną

Niepewność dotycząca losu rodziców i siostry dręczyły mnie od dnia, kiedy opuściłem Miechów. Czy udało im się uciec? Gdzie są? Czy jeszcze ich kiedyś zobaczę? Kilka tygodni po moim przyjeździe do Mogiły odwiedził mnie pewien człowiek, który powiedział mi, że matka i Olga ukrywają się u niego w domu. Mieszkał blisko lotniska, niedaleko od Mogiły. Przyszedł zabrać mnie, abym mógł zobaczyć się z matką. Pan Dembiak (nie   pamiętam  jego  prawdziwego  nazwiska) był  mężczyzną w okolicach trzydziestki, niskim, bardzo niespokojnym i nieskłonnym do rozmowy. Większość czasu szliśmy w milczeniu. Opowiedział, że spotka! mojego ojca w bazie Luftwaffe. Ojciec by! dentystą w żydowskim obozie koncentracyjnym, zlokalizowanym  przy  bazie,  a  pan Dembiak  pracował w obsłudze

Wiedziałem że obóz na lotnisku by! dobrym przydziałem. Jako związany bezpośrednio z wysiłkiem wojennym, uważany by! za bez­pieczny. Żydzi nie byli tam pod kontrolą SS, lecz znajdowali się w rękach obsługi Luftwaffe. „Twój ojciec leczy zęby polskim i niemieckim robotnikom i  tak właśnie go spotkałem” – wyjaśnił pan Dembiak. Ojciec przekonał  go by  ukrył matkę  i  Olgę.  Nie wiedział jednak jak matce  udało się uciec z Miechowa i jak ojciec trafił na lotnisko.

Rodzina Dembiaków mieszkała na trzecim piętrze kamienicy, która znajdowała się blisko obwodu lotniska. Kiedy weszliśmy do mieszkania, pomyślałem, że pan Dembiak bardziej boi się swojej żony, niż Niemców. Nie odpowiedziała na moje uprzejme pozdrowienie i zwymyślała męża za zadawanie się z Żydami. Zastanawiałem się,jak taka ładna kobieta może być tak poddła

Upewniwszy się, że nikogo nie ma na klatce schodowej, pan Dembiak zaprowadził mnie na strych. Matka i Olga przebywały w maleńkim pomieszczeniu – były przerażone i brudne. Było tam wiadro, którego używały jako toalety. Sześcioletnia Olga narzekała, że jest głodna. Matka zamartwiała się o mnie, podczas gdy moja sytuacja była znacznie lepsza niż jej. Czas naszego spotkania był ograniczony. Pan Dembiak trzymał straż na zewnątrz schowka i miał pukać w ścianę, gdyby jacyś inni loka­torzy wchodzili na strych. Zapukał raz i zaraz potem wszedł do kryjówki by powiedzieć, że muszę już iść.

Dowiedziałem się od matki, że wraz z Olgą zdołały uciec w czasie ostatecznej likwidacji getta. Dotarły do domu przyjaciół, ale sąsiedzi powiadomili policję. Gdy były już aresztowane, w drodze na dworzec kolejowy matka  dala  polskiemu  policjantowi  pierścionek  z  brylantem, a ten pozwoli! im uciec. Przedostały się wtedy do domu innych polskich przyjaciół, a gdy dom w czasie ich obecności przeszukiwano, ukryły się pod stołem przykrytym długim obrusem. Ojciec z Leonem, technikiem dentystycznym, oraz z całym wyposażeniem gabinetu, zostali w tym czasie przewiezieni do obozu pracy na lotnisku.

Matka zdołała jakoś skontak­tować się z ojcem, który załatwi! dla niej kryjówkę u Dembiaków. Był to jednak układ tymczasowy. Matka planowała pojechać gdzieś do jakiegoś kurortu i wynająć tam mieszkanie. Miała fałszywe papiery na nazwisko

„Aniela Rójek”. Siostra zaś nazywała się Irena, zdrobniale „Irka”. Aby matka mogła wyjść z ukrycia i żyć na powierzchni, konieczna była zmiana koloru włosów. Kruczoczarne włosy podkreślały jej żydowski wygląd. Zaprowadzenie matki do fryzjera w centrum miasta było jednak ryzykownym przedsięwzięciem. Farbowanie włosów było w  tych  latach w Polsce bardzo rzadkie. Wymagało też usług prawdziwego profesjonal­isty, który prawdopodobnie domyśliłby się przyczyny, dla której pragnęła zmienić kolor włosów.

Istniał też problem transportu: jazda tramwajem byłaby niebezpieczna.Powiedziałem matce, że to jakoś zorganizuję. Po powrocie  do  klasz­toru zwróciłem się z tym problemem  do ojca Kuchara. Liczyłem  głównie  na poradę i wsparcie moralne, ale otrzymałem znacznie więcej. Ojciec  Kuchar załatwił zaufanego fryzjera w Krakowie. Klasztor miał gospo­darstwo i Przeor używał często  imponującego  powozu konnego z woźnicą w liberii. Ojciec Kuchar zaproponował, że zawiezie matkę do miasta tym właśnie powozem.

Nigdy   nie  zapomnę  tego  widoku.  Ojciec   Kuchar w dużym czarnym kapeluszu wyglądał jak  kardynał. Matka, modnie ubrana, w kapeluszu, który zakrywał włosy, siedziała przy nim, a Olga i ja twarzą do nich. Do Krakowa jechaliśmy w wielkim stylu. Kilka godzin później ojciec Kuchar zabrał nas  z  powrotem.  Matka  z  brązowymi włosami wydawała się dziwna, ale ten nowy wygląd umożliwi! jej życie na fałszywych papierach.

W czasie pobytu w Krakowie poszedłem do okulisty, co okazało się niebezpiecznym ruchem. Podejrzewałem, że mam krótki wzrok. Lekarz potwierdził to i dostałem okulary. Dobry wzrok wydawał mi się ważny, szczególnie w mojej sytuacji. Przeoczyłem jednak fakt, że w Polsce oku­lary były cechą charakterystyczną dla Żydów. „W tych okularach wy­glądaszjak Żyd”, zażartował mój przyjaciel Janek, gdy mnie zobaczył. Na szczęście był on pierwszą osobą na którą natknąłem się po powrocie do klasztoru. Nie muszę mówić, że był to ostatni raz w Polsce, kiedy włożyłem okulary.

Wiele było czynników, które mogły wzbudzić podejrzenie, że jest się Żydem. Jedzenie cebuli, nieczysta wymowa, skłonność do bycia molem książkowym, sprawność w liczeniu, wyraźna gestykulacja rękami, ale przede wszystkim – rysy twarzy. Niebezpieczeństwo czyhało wszędzie, ale nie wolno mi było wyglądać na przestraszonego. Niepokój mógł mnie wydać, smutek był jeszcze gorszy. Często słyszało się komentarz: „Żyda można rozpoznać po smutnych oczach”. Co kilka dni ktoś opowiadał his­torie o zdemaskowaniu jakiegoś Żyda w najbardziej  nieprawdopodobnym miejscu.

„Czy wyobrażasz sobie, że ten urzędnik na poczcie okazał się Mośkiem?” – spytał mnie Janek pewnego dnia. Był moim najbliższym przyjacielem w klasztorze i wiedział o mnie więcej, niż ktokolwiek inny. Czy podejrzewał że jestem Żydem, tak jak ten urzędnik na poczcie? Czy by mnie wydał? Moja wiara w lojalność Janka  znacznie się utwierdziła,  gdy pewnego dnia wpadł  biegiem  do  biblioteki, odciągnął mnie na bok i wyszeptał: „szybko, szybko, chowaj się! Dwóch niemieckich cywilów stoi przy bramie i rozpytuje o ciebie, jeden z nich musi być folksdojczem, bo mówi bezbłędnie  po polsku.  Przyjechali dorożką”.

 Wyszedłem z biblioteki i przez wewnętrzne przejście przedostałem się do  kościoła. Umożliwiło mi to wydostanie się na zewnątrz, bez użycia głównego wejścia do klasz­toru. Gdy byłem już na podwórzu, mogłem z ukrycia obserwować bramę wejściową. Dwóch mężczyzn stało przy bramie. Jeden z nich, ciem­nowłosy, miał na  sobie  czarny  garnitur, a  drugi,  blondyn, ubrany był w sportową marynarkę i długie buty oficerki. Spojrzałem raz jeszcze, nie wierząc własnym oczom. Ale nie mogłem się mylić. To był mój ojciec.

Podszedłem do nich z mieszaniną radości i strachu. „Janek! Przyszliśmy cię odwiedzić. Możemy wejść?”, powiedział do mnie ojciec, zwracając uwagę na furtiana. Poczułem się dziwnie, gdy ojciec nazwał mnie Jankiem. Towarzysz ojca uśmiechał się przyjaźnie, ale nic nie mówił. Wyglądał na Niemca i na klapie miał czerwoną swastykę. „Co jest grane?” zastanawiałem się, prowadząc moich gości w milczeniu przez korytarze klasztoru do mojej celi. Kiedy byliśmy już sami w moim pokoju, ojciec objął mnie ramiona­ mi, a Niemiec uśmiechnął się z wyraźnym zadowoleniem. „Herr Schwarzer” – przedstawił mnie ojciec Niemcowi, który zatrudniony był na lotnisku. „Mam do niego pełne zaufanie. Nosi swastykę na pokaz, a na­prawdę jest komunistą” – wyjaśnił ojciec.

Komendant  lotniska wiedział, że ojciec jest poza obozem i kupuje materiały dentystyczne. Herr Schwarzer poklepał  mnie  po  ramieniu, gdy  podawaliśmy   sobie  ręce, a następnie dał mi kilka tabliczek czekolady. Najlepiej z całej wizyty została mi w pamięci reakcja ojca na moją kennkartę. Nigdy nie zapom­ nę jego promiennego uśmiechu i wyrazów zadowolenia. „Eine echte Kennkartę” [prawdziwa Kennkarta] – powiedział ojciec do Herr Schwarzera, pokazując mu dokument z oczywistą dumą. Wyjaśnił mu też po niemiecku, jak zdobyłem tę cenną rzecz.

Ojciec wyciągnął swoją własną kennkartę, którą trzymał ukrytą w cholewie. Była to dobra podróbka i trudno było zauważyć że jest fałszywa. Chrześcijańskie nazwisko ojca brzmiało „Stanisław Niedziela”. Usiłowałem namówić ojca, żeby uciekł z obozu i ukrył się na fałszywych papierach. Powiedziałem, że ojciec Kuchar przyjąłby go do klasztoru. „Dziesięciu Żydów zostanie zabitych jeśli ucieknę. Chcę tak to zorganizować, by uznano mnie ofic­jalnie za umarłego, wtedy ucieknę, a nikomu nic się nie stanie” – odpowiedział. Ojciec i Herr Schwarzer odwiedzili mnie jeszcze przyna­jmniej dwa razy, za każdym razem w niedzielę. Nie pamiętam już jak wyjaśniłem obecność moich dziwnych gości Jankowi i innym.Ogromnie cieszyłem się tymi odwiedzinami, choć były bardzo niebez­pieczne dla ojca, dla Herr Schwarzera i dla mnie.

Quasimodo i seks  

Pan Gadomski  wyglądał  bardziej jak Quasimodo, niż jak Anioł Stróż, a jak się okazało, zdeformowane ciało mieściło równie chorą duszę. Jego głos nigdy nie zdradzał żadnych uczuć, był zawsze słodki, a wszystkie rze­czowniki występowały w zdrobniałych formach. Nie mówił nigdy „buty,” czy „spodnie”, lecz zawsze pieszczotliwie „buciki” i „spodenki”. Nie cier­piałem tej maniery.

Odwiedzał mnie od czasu do czasu, mniej więcej po tygodniu za każdym razem, a ja bardzo bałem się  tych wizyt. Pan Gadomski  spał ze mną w jednym łóżku. W czasie drugiej wizyty, z przerażeniem zorien­towałem się, że dotyka mojego członka, a swojego wkłada mi między nogi. Przez następne czterdzieści dziewięć lat nie mówiłem o tym niko­mu, nawet doktorowi Harry’emu Augustowi, który był moim psy­choanalitykiem przez dziesięć lat. Kiedy  po  raz pierwszy opowiedziałem o tym przjaciólce w 1992 roku, zaszokowała mnie własna reakcja. Nie byłem w stanie dokończyć historii, ponieważ wybuchnąłem nieopanowanym płaczem. 

Wydało mi się nie do uwierzenia że ja, doświadczony psychiatra sądowy, który tak wiele słyszał potwornych opowieści, mogłem być tak poruszony tym wspomnieniem. Czy to możliwe bym nie wspomniał o tym doktorowi Augustowi? Skończyłem terapię w roku 1970, a kiedy spytałem go o to w 1992, doktor August powiedział – „Jestem pewien, że pamiętałbym tę szczególną część twojej historii. Nigdy mi o tym nie powiedziałeś”. Pamiętał za to, że wiele mówiliśmy o Gadomskim jako o moim „wybawcy”.

Czemu to wspomnienie stało się taką tajemnicą? Czemu wywoływało tak bolesne emocje? Nie sądzę, by sama sprawa seksu była tu pełnym wyjaśnieśniem. Gadomski stał się dla mnie symbolem zdrady i wykorzysta­nia.

Pamiętam Gadomskiego jako człowieka, który narażał swoje własne życie, by ocalić moje.Ale pamiętam go także, jako zdeklarowanego antysemitę, który pogardzał Żydami, a swoje potrzeby seksualne zaspokajał wykorzystując żydowskiego chłopca, który był na  jego łasce. Wiem  też, że za udzielenie mi pomocy dostał pieniądze od moich rodziców. Nigdy nie dowiedziałem się ile.

Gadomski stal się dokładną metaforą mojego stosunku do Polski. Wyjechałem z Polski fizycznie, ale nie mogłem się od Polski uwolnić uczuciowo. Polska jest moją ojczyzną, polski jest moim ojczystym językiem. A jednak Polska jest też krajem, gdzie nienawiść do Żydów była niemal narodowym hobby. Dyskryminacja Żydów była nader wyraźnym elementem rzeczywistości w przedwojennej Polsce. Zaś w czasie okupacji wydawanie Żydów było powszechne i nie znajdowało potępienia w o­ czach większości Polaków. Gadomski stal się dokładną metaforą mojego stosunku do Polski. Wyjechałem z Polski fizycznie, ale nie moglem się od Polski uwolnić uczuciowo. Polska jest moją ojczyzną, polski jest moim ojczystym językiem. A jednak Polska jest też krajem, gdzie nienawiść do Żydów była niemal narodowym hobby. Dyskryminacja Żydów była nader wyraźnym elementem rzeczywistości w przedwojennej Polsce.

Zaś w czasie okupacji wydawanie Żydów było powszechne i nie znajdowało potępienia w o­ czach większości Polaków. Pomoc Żydom była aberracją. Polacy, którzy ratowali Żydów narażali się na śmierć z rąk Niemców i na ostracyzm towarzyski wśród rodaków. Jeszcze długo po wojnie wielu „ratowników” utrzymywało w sekrecie fakt pomocy Żydom. Nasz przyjaciel pan Kubiński został zamordowany przez Niemców za pomoc Żydom, ale zadenuncjowali go Polacy. W 1945 roku, już po wyzwoleniu, groziła mi śmierć z rąk Polaków, gdybym został na noc w Miechowie, moim rodzin­nym mieście. Dlaczego? „Bo jesteś Żydem” – wyjaśnił mi przyjaciel rodziny. W Kielcach, w rodzinnym mieście mego ojca, Żydzi, którzy ocaleli, zostali zmasakrowani przez polski motłoch, 4 lipca 1946 roku.

W czasie wojny wielu Polaków aktywnie pomagało Niemcom w prze­prowadzeniu zagłady Żydów. Ukrywających się Żydów wydawano, a po­lowanie na Żyda zdarzało się często. Wielu Polaków robiło to z przyczyn ideologicznych (antysemityzm), wielu innych dla zysku. Ludzie, którzy zajmowali  się  ściganiem  Żydów na fałszywych  papierach zwani byli „szmalcownikami”. Samo ukrywanie Żydów było niebezpieczne, a nie można w końcu oczekiwać od ludzi bohaterstwa. Nie istniał jednak żaden wymóg denuncjowania sąsiada  za  to, że ukrywa  Żyda. Ja sam  żyłem w ciągłym niebezpieczeństwie, że zabiją mnie Niemcy, ale bałem się głównie Polaków, którzy byli w stanie rozpoznać, że jestem Żydem. 

Żyjąc na fałszywych papierach w okupowanej Polsce mogłem bez problemów opowiadać obcym antyniemieckie dowcipy, zwierzać się znajomym, że mój ojciec związany jest z podziemiem, lub też że zajmuje się sabotażem w fabryce amunicji. Nie istniało żadne prawdopodobieństwo, że ktoś mnie wyda za te wykroczenia. Byłoby jednak czystym samobójstwem powiedzieć komuś obcemu, czy nawet znajomemu, że jestem  Żydem na fałszywych papierach.  Wydanie  członka  podziemia  uznawane  było za hańbę, a denuncjacja Żyda nie przynosiła ujmy.

Większość Żydów na fałszywych papierach ukrywała się w Warszawie i Krakowie, które, jako duże miasta, były wystarczająco anonimowe. W wioskach nie było Niemców, ale ryzyko zdemaskowania przez Polaków i wydania Niemcom było znacznie większe. W dużych miastach proble­mem była znaczna ilość Niemców, często sprawdzających dokumenty, oraz Polacy, którzy zajmowali się zawodowo polowaniem na Żydów. Klasztor w Mogile wydawał się znakomitym miejscem do życia na fałszy­wych papierach.

Uciekinier z Treblinki

„Jakiś dziwnie wyglądający facet pyta o ciebie przy bramie” – zawiado­mił  mnie  pewnego dnia  urtian   klasztoru. Pospieszyłem do wejścia i zobaczyłem żydowsko wyglądającego człowieka, po dwudziestce. „Mam list do ciebie” – powiedział, podając mi kopertę z kartką w środku. „Proszę, pomóż mu, musi przeżyć” – widniała niepodpisana, jednozda­niowa wiadomość. Rozpoznałem pismo ojca. Furtian patrzył na nas obu uważnie. Udając, że czytam list, zastanawiałem się co robić. „Dziękuję Panu. Czy możemy pójść na spacer?” – głośno powiedziałem do mojego gościa. Wziąłem go do kościoła, w to samo miejsce, gdzie kilka miesięcy wcześniej Gadomski kazał mi się modlić i czekać. „Proszę udawać, że się pan modli, zaraz wrócę” – powiedziałem do młodego człowieka, nie zadając żadnych pytań. Natychmiast udałem się znów do bramy klasz­tornej. „Jeśli ten facet tu wróci, powiedz mu że mnie nie ma” – poleciłem furtianowi, wkraczając na powrót do klasztoru. 

Przemknąłem się następ­nie do kościoła, używając tajnego przejścia. Poprzez korytarze klasztorne poprowadziłem mego gościa do celi. W czasie drogi zwracałem się do niego używając uprzejmej formy „pan”. „Mów mi Szmulek” – zapro­ponował. „Mogę nazywać cię jak chcesz, ale na pewno nie Szmulek” – odpowiedziałem.Na szczęście w drodze do celi nikogo nie spotkaliśmy. Już w środku, zanim udało nam się zamienić słowo, rozległo się pukanie do drzwi.Powiedziałem Szmulkowi, żeby wczołga! się pod łóżko, jedyną kryjówkę w mojej celi. Przy drzwiach był Janek, który wpadł po mnie w drodze na kolację z ojcem Józefem. Gdy wróciłem po dwóch godzinach, mój gość był nadal pod łóżkiem. Po prostu zasnął.

Szmulek  był kuzynem  mojej przyjaciółki  Rutki Fridrich. Uciekł z obozu śmierci w Treblince. Nie pamiętam, jak udało mu  się  skontak­tować z moim ojcem w  obozie  na  lotnisku. Nie  miał  żadnych  papierów. Po polsku mówił nieźle, ale nie bezbłędnie.  „Za  tydzień  będę  miał aryjskie papiery, czy możesz mnie tu tak długo trzymać?” –  spytał. Zgodziłem się. Mój pokój nie miał ubikacji i był też problem z żywnością – posiłki podawane były we wspólnej jadalni. W każdej chwili mógł też powrócić  pan  Gadomski. Trzymałem  Szmulka  w swojej celi  przez  tydzień i nikt nie odkrył jego obecności.  Przynosiłem  mu  jedzenie,  które  w jadal­ni  upychałem  po  kieszeniach,  tak  żeby  nikt  nie widział. Wiadro  z ekskre­mentami wynosiłem do toalety.

Szmulek opowiedział mi zasady działania obozu śmierci w Treblince. Był członkiem ekipy więźniów, która usuwała prochy z krematoriów. Hałdy prochów odwożono w miejsce, z którego można było uciec. Szmulek wykopał sobie dól w górze prochów, tak że nie  było go widać. W nocy odkopał się i jakoś zdołał wydostać się z obozu. Nie przypominam sobie szczegółów jego ucieczki. Była to pewnie ciężka próba. Miał na sobie kilka warstw ubrań, na wypadek, gdyby trzeba było ich użyć jako zapłaty za pomoc. Pierwszy polski chłop, z którym wszedł w kontakt, zabrał ubranie, a jego wypędził. Dopomógł mu jednak jakiś inny chłop. Jego opowiadanie wydało mi się nierealne. Brzmiało jak okrutna baśń.

To, że opowiadał głównie w nocy i szeptem, przyczyniło się zapewne do wrażenia, że jest to tylko wymysł mojej wyobraźni. Zakopałem jego opowieść głęboko w głowie. Stała się wyrwą w mojej pamięci. Nigdy o tym nie mówiłem, aż do czasu psychoterapii z doktorem Augustem, w latach sześćdziesiątych. Informacje, które miał do przekazania Szmulek,  były tak ważne, że ojciec, przysyłając go, nie zawahał się narazić mnie na wielkie niebezpieczeństwo. W czasie wojny nie miałem komu tego opowiedzieć, a po wojnie opowieści z pierwszej ręki o Treblince były już znane.

Ciągle jest dla mnie zagadką, dlaczego nigdy nie mówiłem o epizodzie związanym ze Szmulkiem. Czyżby prawdziwą przyczyną było to, że nie wierzyłem w to wtedy i właściwie nie przyjąłem tego do wiadomości do dnia dzisiejszego? To co wydawało się niewiarygodne, opowiadane ścis­ onym głosem w klasztornej celi, stało się po wojnie faktem histo­rycznym. A jednak ciągle jeszcze z trudem przychodzi mi uwierzyć w to, co opowiedział mi Szmulek. Często mawiam, że nie wierzę w to, czego byłem świadkiem. 

Czasem myślę że ci, którzy kwestionują prawdę Holocaustu, w gruncie rzeczy mają rację.Aby nie popaść w szaleństwo, wszyscy powinniśmy udawać, że Holocaust nigdy się nie zdarzył. Gdybym wierzył w opowieść Szmulka, gdy starałem się przeżyć na aryjskich papierach, wątpię czy by mi się to udało. Potworność tego musiałaby osłabić moją wolę życia. Gdy opuszczał klasztor, mocno się uścisnęliśmy. Miałem słabą nadzieję, że przetrwa. Wyglądał zbyt żydowsko. Wiele lat później dowiedziałem się od Ruth Fridrich, że Szmulek  został  schwytany wkrótce po naszym rozstaniu i nikt więcej nie miał o nim żadnej wiado­mości.

Ucieczka z klasztoru

Ojciec Józef (nie jest to jego prawdziwe imię) był przystojnym, ener­gicznym mężczyzną w okolicach trzydziestki. Był inteligentny, potrafił się wysłowić, był świetnym nauczycielem. Swoje niedzielne kazania wygłaszał interesuąco i z pasją. Był zagorzałym antysemitą i nigdy nie przepuścił okazji do antysemickich uwag. W czasie jednego ze swych kazań ganił parafian za handel w niedzielę.„Dawniej  Żydzi  handlowali  potajemnie w niedzielę, ale, dzięki Bogu, udało nam się ich pozbyć” – powiedział.

Przed wojną otwieranie sklepów w niedzielę było zabronione prawnie. Żydowscy sklepikarze, którzy zazwyczaj mieszkali nad sklepem, sprze­dawali czasem chłopom towary w niedzielę, przez tylne drzwi. Ojciec Józef,jak wielu polskich księży, pochodził z chłopskiej rodziny, był ambit­ny, błyskotliwy i przebiegły. Bardzo dużo palił, a papierosy były trudne do zdobycia. Delikatnie, ale tak, że o pomyłce nie mogło być mowy, dał mi odczuć, że jeśli będę kombinował dla niego papierosy,  on będzie  umiał to docenić. Chciałem być z nim w dobrej komitywie, więc kupowałem dla niego papierosy na czarnym rynku, we wsi. Od samego początku mu nie ufałem.

Ojciec Augustyn (prawdziwe imię) też był moim nauczycielem. Był naukowcem i prawdziwym intelektualistą. Jego kazania były natchnione, ale i umiarkowane. W przeciwieństwie do ojca Józefa, nie był pochłonię­ty problemem Żydów. Spokojnie przechadzał się po korytarzach klasz­toru, podczas gdy ojciec Józef zawsze poruszał się szybko i w jakimś konkretnym celu. W ojcu Józefie było coś z drapieżnika. Uznałem, że jest „fałszywy”, a dalsze wypadki potwierdziły moje przeczucia.

Pewnego dnia ojciec Józef rozpoczął ze mną zwyczajną rozmowę. Był nad wyraz przyjazny. W pewnym momencie, z pełnym samozadowolenia uśmiechem, poprawił moją polską wymowę. Natychmiast poczułem się niespokojny, mimo iż nie zdawałem sobie sprawy dlaczego.

Kilka godzin później zapowiedziałem panu Gadomskiemu, który był właśnie w trakcie jednej ze swych wizyt, że będę tej nocy spal w miechach organów. Miałem dziwaczne przeczucie. Gadomski  również zdecydował, że będzie spal w innej celi.

W nocy słyszałem  hałasy, ale  przypisałem je swojej bujnej wyobraźni. Wczesnym świtem pan Gadomski przyszedł do mojej kryjówki by zaw­iadomić, że było po mnie Gestapo. Wyłamali drzwi do celi, ale ku powszechnemu zaskoczeniu, nie znaleźli mnie. Pan  Gadomski powiedział, że ma przyjaciela we wsi Stary Korczyn, który być może mnie weźmie. Uzgodniliśmy, że pan Gadomski pójdzie kawałek drogą, w czasie gdy ja wymknę się do ogrodu, przeskoczę przez mur i spotkam  się z nim w wyznaczonym miejscu. Ktoś mógł bowiem obserwować główne wejście do klasztoru.

Dotarliśmy do miasta Nowy Korczyn, a następnie piechotą poszliśmy do wsi Stary Korczyn. Nie przypominam sobie, czy płynęliśmy statkiem w dół Wisły, czy też jechaliśmy koleją. Dokładnie za to pamiętam moment wejścia do Starego Korczyna. Był jasny, słoneczny dzień, a ja cały drżałem. Raz jeszcze musiałem opuścić znane mi otoczenie. Udaliśmy się do kościoła, który górował nad krajobrazem. Kościół był o tej  porze pusty. Pan Gadomski powiedział do mnie: „Jasiu, pomódlmy się do dobrego Boga i Najświętszej Panienki, żeby Stefan cię przyjął”. Uklękliśmy więc razem, by się pomodlić. Choć moja niewiara w Boga pozostała  właściwie niewzruszona, klęcząc  przed  ołtarzem zmówiłem „Szma Israel” ,jedyną hebrajską modlitwę jaką znałem.

Po jakimś czasie, który wydal mi się wiecznością, młody, obcesowo wyglądający mężczyzna, wszedł do kościoła. Podchodząc do ołtarza, przeżegnał się. Następnie minął obramowanie ołtarza i wszedł do zakrys­tii. W drodze powrotnej uważnie na mnie spojrzał. Zastanawiałem się kto to może być i oczywiście poczułem niepokój. Za chwilę powrócił znowu, podszedł prosto do mnie i położył mi lewą rękę na ramieniu, prawą wyciągając w moim kierunku. „Jestem Stefan. Od dzisiaj jesteś moim siostrzeńcem. Chodź!”

Pamiętam Stefana za wiele wspaniałych rzeczy, które zrobił, ale ten konkretny moment w kościele pozostaje najbardziej żywo w mojej pamięci.Stefan  był  serdecznym,  pełnym  wigoru  mężczyzną.  Natychmiast go polubiłem. Nie przypominam sobie nawet pożegnania z panem Gadomskim, który miał powrócić do klasztoru, by uniknąć podejrzeń, iż miał coś wspólnego z moim zniknięciem. Poszedłem  ze Stefanem do jego pokoju, który wynajmował w jednym z najbardziej dostatnich domów w wiosce. Właściciel, którego nazywać będę Wojciechowicz, był bogatym chłopem.

Dom Wojciechowicza był inny niż reszta zabudowań Starego Korczyna. Zbudowany był z cegły i nie miał typowego dachu, krytego strzechą. Pomalowany był na biało, a frontowe wejście, wraz z rozłożystymi drzwia­mi, prowadziło do korytarza. Pokój Stefana znajdował się na lewo od wejścia i zajmował cały róg domu. Jedno okno wychodziło na główną drogę, inne – na podwórze zagrody. Zwróciłem uwagę na te szczegóły, ponieważ zawsze myślałem o możliwych drogach ucieczki. W kącie poko­ju znajdował się wybrzuszony piec, a  nad  łóżkiem  wisiał duży krucyfiks z obrazem Jezusa, po jednej stronie, oraz Panienką Częstochowską po drugiej.

Gdy weszliśmy do pokoju, Stefan uklęknął przy łóżku i modlił się przez kilka minut. W przeciwieństwie do Gadomskiego, nie zapro­ponował, bym modlił się razem z nim. Stefan nie zajmował się nawracaniem. Nigdy, przez cały okres mego pobytu u niego, nie pozwolił sobie na nietaktowną uwagę o Żydach. Moja wdzięczność i podziw dla Stefana biorą się nie tylko z tego co dla mnie zrobił, ale również z tego, jak mnie przy tym traktował. Był łagodny i delikatny. Nie przypominam sobie, by był kiedykolwiek w złym humorze, bez względu na to, w jak trud­nym znajdowaliśmy się położeniu.

Skończywszy modlitwę, Stefan opowiedział mi trochę o sobie. „Tutaj nazywam się Józef Smalec. Pracuję przy reperacji organów w kościele. Organom nic nie jest, ale służą mi za podkładkę”. „Dlaczego ty jesteś na fałszywych papierach?” – spytałem. „Brałem udział w akcji sabotażowej w fabryce amunicji w Pionkach i Szwaby chciałyby mnie dopaść” – wyjaśnił Stefan z oczywistym zadowoleniem.

Lubiłem  go z każdą chwilą bardziej.Zaraz zabrał mniedogospodyni i przedstawił jako swego siostrzeńca, sierotę. Pani Wojciechowiczowa przytuliła mnie i dała nam obu ze Stefanem po misce zupy. Pierwszy dzień w Starym Korczynie upłynął mi bardzo dobrze.

Gdy Gadomski zostawiał mnie w kościele, przeżegna! się pobożnie. Pięćdziesiąt lat później (w 1993 r.) Stefan powiedział mi, że Gadomski poprosił go – „Potrzymaj chłopaka przez tydzień, aja wrócę go zabrać jak się trochę uspokoi w klasztorze”. Nigdy więcej już się nie pojawił. „Nie moglem tak po prostu cię wyrzucić” – powiedział Stefan. Było to dla niego typowe, że nigdy mi o tym nie wspomniał.

Mój główny problem w Starym Korczynie polegał na tym że moja kennkarta pozostała w klasztorze. Gadomski obiecał wziąć ją z celi, ale nie mieliśmy od niego żadnych wiadomości. Po dwóch tygodniach Stefan sam pojechał po nią do klasztoru w Mogile. Bez dokumentów było niebezpiecznie. Polska policja i Niemcy często bywali we wsi i w każdej chwili mogli zażądać kennkarty. Stefan miał być nieobecny dwa dni. Czwartego dnia tak się zaniepokoiłem jego przeciągającą  się  nieobec­nością, że zdecydowałem się zadzwonić do klasztoru.

Jedyny telefon we wsi był w domu Sołtysa. Gdy właśnie się  tam  zbliżałem, dosłownie skoczyło na mnie dwóch polskich policjantów, którzy wymierzyli we mnie broń i zażądali bym podniósł ręce do góry. W okolicy przebywali par­tyzanci, a ja nie wyglądałem na wieśniaka. Po dokładnej rewizji zorien­ owali się, że nie mam broni, ani dokumentów. W trakcie przeszukiwania jeden z policjantów powiedział do drugiego – „Ten dzieciak wygląda na Żyda”. Natychmiast zareagowałem śmiechem. „,Nie uważam tego za kom­plement” – powiedziałem. Obydwaj żandarmi zaśmiali się ze mną. Dokładnie w tym momencie  ten,  który mnie  właśnie  obszukiwał,  miał ręce  między  moimi  nogami,  sprawdzając  czy  nie ma tam ukrytej broni.

„Zaraz rozepnie mi spodnie i to będzie mój  koniec”    pomyślałem, usiłując zachowywać się naturalnie. W niedalekim Krakowie, Niemcy ciągle wyłapywali ludzi na ulicy, spędzali ich do jakiegoś dużego korytarza i przy użyciu latarki sprawdzali genitalia. Nazywało się to „Schwantz­ parade” [parada ogonów]. Jeśli członek był obrzezany, oznaczało to stuprocentową identyfikację Żyda.

„Czemu nie masz żadnych dokumentów?” – zapytał jeden z policjan­tów, gdy okazało się że  mam  puste kieszenie. „Zostawiłem  w domu”. W tym momencie z chaty wychylił się sołtys i spytał co się dzieje. „Czy znacie tego chłopaka?” – odpowiedział pytaniem policjant. „O tak, znam go bardzo dobrze , mieszka o kilka domów stąd”. Wątpię czy sołtys mnie znał, jako że nigdy go w życiu nie widziałem. Starszy rangą policjant oz­najmił wtedy, że przebywanie bez dokumentów jest przewinieniem, za które przewidziana jest kara więzienia, bądź grzywna. Sołtys zapro­ponował, że zapłaci za mnie grzywnę, co zabrzmiało bardziej jak łapówka i bylem wolny. Ten nieznany mi człowiek był jednym z wielu, którzy sprawili, że przeżyłem.

Gdy następnego dnia powrócił Stefan, daliśmy sołtysowi trochę pieniędzy i butelkę wódki. Stefan przywiózł moją kennkartę i dobre wiadomości. Okazało się, że odwiedził mojego ojca w obozie na lotnisku. Było to jak podróż na księżyc i z powrotem.

Po mojej graniczącej z cudem ucieczce, ojciec z Herr Schwarzerem raz jeszcze zjawili się z wizytą w klasztorze. Ojciec powiedział wtedy Gadomskiemu, że można się z nim zobaczyć, przychodząc pod bramę lot­niska wojskowego i prosząc o Komendanta. Hasłem było zdanie – „Proszępowiedzieć Komendantowi, że ma się do sprzedania  szczotki  do  czyszczenia samolotów”. 

Stefan posłuchał instrukcji i został przyjęty w biurze Komendanta. W kilka minut później pojawił się mój ojciec. „Twój ojciec jest bardzo przystojny, jasnowłosy,  niebieskooki  i  mówi  bezbłędnie po polsku. Nikt by nie uwierzył, że jest Żydem”    powiedział  Stefan. Stefan był też w gabinecie dentystycznym ojca, gdzie poznał Leona,  tech­nika dentystycznego i piękną, młodą kobietę, która pracowała jako asys­tentka dentystyczna. Wiele lat później Stefan powiedział  mi, że wydawało mu się wtedy, że ta młoda kobieta była dla ojca kimś więcej niż tylko asys­tentką. Ojciec poprosił Stefana, żeby pomógł matce  i  Oldze,  które  nie mogły już dłużej zostać w swoim obecnym  miejscu  pobytu.

Nie było czasu do stracenia, więc Stefan pojechał po nie i zabrał statkiem do wioski, niedaleko Starego Korczyna. Mieszkała tam  młoda  nauczycielka,  która  była jedną z wielu dziewczyn Stefana. Poinformował ją, że matka jest jego kuzynką i że Niemcy poszukują jej za działalność podziemną. Nauczy­cielka zgodziła się, by matka i Olga z nią zamieszkały, a matka bardzo dobrze jej zapłaciła.

„Jesteś wspaniałym człowiekiem” – mówiłem Stefanowi, który z całą pewnością był dla mnie bohaterem. Pomagał mnie i mojej rodzinie. Wszędzie, gdzie się pojawiał, od razu miał przyjaciół. Kobiety za  nim szalały.

Stefan, dziewczyna i kontrabanda

Był przystojny i zawsze świeżo ogolony. Z fascynacją patrzyłem zawsze jak się goli.  Najpierw  ostrzył  żyletkę.  Robił  to  wkładając  ją do  szklanki z wodą i pocierając o wewnętrzną powierzchnię . Żyletki były trudne do zdobycia i trzeba było  używać ich  wielokrotnie.  Stefan  golił  się dwa razy, w międzyczasie ostrząc żyletkę. Wiele lat później, gdy kupiłem mu duży zapas amerykańskich żyletek, śmialiśmy się obaj z ostrzenia używanych żyletek.

Gdy już odzyskałem kennkartę, mogliśmy zacząć zarabiać na szmuglu. Szmugiel w owych czasach miał odcień bohaterstwa. Przywożenie żywnoś­ci do miast było sposobem zarabiania pieniędzy, ale też i działalnością antyniemiecką. By zostać szmuglerem,   niezbędne  były odwaga i po­mysłowość. Było to bowiem niebezpieczne zajęcie, karane obozem kon­centracyjnym lub egzekucją na miejscu. Rodzaj przewożonego towaru i  kaprys  Niemców decydowały o tym, jaka  będzie  kara. Posiadanie  mięsa i boczku w większych ilościach podlegało często karze śmierci. 

Wszystkie pociągi kursuące do dużych miast pełne były ludzi szmuglujących żywność dla siebie lub na sprzedaż. Mięso i boczek, ze względu na wysoką wartość i ryzyko kary, ukrywano na własnym ciele. Ziemniaki, fasolę, buraki i inne warzywa woziło się w torbach, które po prostu  zostawiano, jeśli Niemcy przeszukiwali pociąg. Polską policję przekupywało się.

Stefan odkrył technikę szmuglowania przy użyciu statków na Wiśle. Były to statki parowe, więc wymagały składowania dużych ilości węgla pod pokładem. Przekupieni członkowie załogi ukrywali w węglu naszą kon­trabandę.  Gdy  statek  wpływał  do   Krakowa, Niemcy  przeszukiwali  ludzi i bagaże. Mieliśmy przy sobie tylko niewielkie ilości warzyw, więc udawało nam się przejść bez trudu. Po kilku godzinach wracaliśmy odebrać niele­galne towary od załogi statku.

Najbardziej dochodowe, ale i najbardziej niebezpieczne były podróżedo Warszawy. Do miasta dostarczaliśmy żywność, a z powrotem wieźliśmy bimber. Wódka robiona na wsi miała okropny zapach i czasem powodowała ślepotę, zaś bimber warszawski był praktycznie nie do odróżnienia od alkoholu produkowanego przez monopol państwowy. Butelki miały oficjalne nalepki wskazujące na przedwojenną produkcję  a przymiotnik „przedwojenny” oznaczał wysoką jakość. Wszystkie towary, z wódką włącznie, dzieliły się na dwie  kategorie – wykonane  przed  lub w czasie wojny. Wpadka z taką kontrabandą oznaczała obóz koncentra­cyjny. Wykonaliśmy to tylko kilka razy, ostatni – 19 kwietnia 1943 roku.

Był to dzień powstania w getcie i po tym dniu już nigdy tam nie wróciliśmy. Wódkę   produkowano i sprzedawano w starej części miasta,  blisko getta. Gdy już odebraliśmy towar, musieliśmy go długo nieść, jako że tramwaje były często zbyt zatłoczone dla naszego cennego ładunku. 19 kwietnia 1943 roku był ciepłym, słonecznym dniem. Zwróciliśmy uwagę na wzmożony ruch niemieckich samochodów wojskowych. Dwukrotnie zatrzymały nas patrole motocyklowe. Sprawdzili nam dokumenty, ale nie wykazali zainteresowania pakunkami. Na dworcu było też więcej Niemców,  niż zazwyczaj.  Dopiero wtedy dowiedzieliśmy się, że w getcie jest powstanie…

Po powrocie z Warszawy, w Wielki Piątek, wyjechaliśmy ze Starego Korczyna, udając że jedziemy do domu na Wielkanoc. Niestety, nie mieliśmy żadnego domu. Poszliśmy więc do wioski, gdzie ukrywała się matka z Oleńką. Nasze pokrewieństwo powinno było być tajemnicą. Dziwnie mi było zwracać się do matki formalnym „Pani Rójek”. Nauczycielka była atrakcyjną kobietą około dwudziestki. Stefan jednakże nie był nią specjalnie zainteresowany, ponieważ wydawała mu się niez­grabna. Pogardliwie nazywał ją „gruba”.

Prowadziła małą szkołę, składającą się z jednej klasy, do której przylegało mieszkanie dla nauczy­ciela, z sypialnią i kuchnią. Matka z Olgą spały w klasie, podobnie  zresztą jak my ze  Stefanem.  W  Niedzielę  Wielkanocną  spożyliśmy  uroczysty posiłek, na który zaproszony był również tamtejszy ksiądz. Siedzieliśmy wszyscy wokół kuchennego stołu. W czasie jedzenia  rozmowa  kilkakrot­nie schodziła na Żydów. Rzadko się w Polsce zdarzało  spotkanie towarzyskie bez uwag na  emat  Żydów. Ksiądz zaczął się  zastanawiać, jak to możliwe, żeby Żydzi byli w stanie ukryć się na fałszywych papierach. „Rozpoznałbym Żyda w ciemności, zanim zdążyłby powiedzieć dobry wieczór” – oznajmił ksiądz, a wszyscy się roześmieli. Nie domyślał się, że to on sam był przedmiotem żartu – wśród sześciu osób przy stole było troje Żydów.

Po posiłku, położyliśmy się wszyscy na podłodze w klasie i śpiewaliśmy piosenki. Wkrótce zapadła całkowita ciemn ość. Elektryczności, natural­nie, nie było. Ksiądz już wyszedł i zaczynaliśmy wszyscy zasypiać. Nauczycielka przytuliła się do mnie. Przywarła do mnie ciałem, a następ­ nie wzięła moje ręce i położyła sobie na piersiach. Czułem się zawsty­dzony i przerażony, ale i chętny. Zakładałem, że na tym się skończy. Tu się   myliłem.  Rozpięła  mi spodnie, jedną  ręką sięgnęła do  członka, a drugą włożyła mi palce do swojej pochwy.

Wpadłem w panikę. Matka była tuż obok. Ponadto, podejrzewałem, że jej motywacja nie jest seksu­alna. Dotykając mego członka chciała się przekonać czy jestem obrzezany, a więc czy jestem Żydem. Uważałem, że jestem nieatrakcyjny, a kobieta w jej wieku i o jej wyglądzie nie mogla seksualnie interesować się chudym chłopakiem o krostowatej twarzy. To nie było uwodzenie, to była inspekcja! Natychmiast straciłem erekcję. Mimo, iż się nie poddała, żadne ręczne manipulacje nie prowadziły do  pożądanego  rezultatu. Byłem i podniecony i przerażony. W końcu jednak znalazła rozwiązanie problemu. Podniosła spódnicę (nie miała bielizny) i położyła sobie na pochwie mój miękki  członek, podtrzymując go  ęką. Doszło do  erekcji i byłem w stanie pomyślnie odbyć stosunek. Od tamtego czasu zawsze miałem początkowe problemy z  erekcą w wypadku, gdy kobieta nie była Żydówką. Za pomocą psychoanalizy odkryłem, iż źródłem tego jest strach, że zostanę rozpoznany jako Żyd.

Kiedy opuściliśmy dom nauczycielki, zabrałem ze sobą swój straszny sekret. Czy powinienem powiedzieć Stefanowi? Czy  będzie  zazdrosny? A czy ona wie, że pani Rójek jest moją matką? Czy wydałaby ją jako Żydówkę? Nie powiedziałem mu.

Z rozmysłem szliśmy bardzo wolno w kierunku Starego Korczyna, ponieważ musieliśmy być na wakacjach przez jakiś przyzwoity czas. Po południu wchodziliśmy do wsi i szliśmy do sołtysa, który, zgod­nie z polskim obyczajem, przydzielał podróżnym kwaterę u chłopa.

Ostatniego dnia naszych Wielkanocnych „wakacji” szliśmy wzdłuż Wisły. Na lewo mieliśmy „królową polskich rzek”, w owych czasach czystą i błękitną, zaś po prawej stronie kilometrami ciągnął się wysoki wał, chroniący rzekę przed powodzią. Na szczycie wału biegła wąska ścieżka. Był słoneczny, piękny dzień. Usiedliśmy twarzą do rzeki. Nagle usłyszeliśmy dźwięk końskich kopyt. Zobaczyliśmy zbliżających się konno dwóch Niemców, a przed nimi cywila na rowerze. Zobaczywszy nas, naty­chmiast się zatrzymali. Niemcy wycelowali w nas swoje karabiny maszynowe i wrzasnęli znajome „Hantle Hoch!”. [„ręce do góry”] Wykonaliśmy polecenie. W tym momencie jeden z Niemców krzykną! po polsku – „Do wody!” Byliśmy przekonani, że jak tylko odwrócimy się tyłem, będzie to dla Niemców pretekst, by nam strzelić w plecy.

„Janek! Leć na lewo, aja pobiegnę na prawo.Jednemu z nas się może uda – wyszeptał Stefan. Właśnie miałem startować, gdy cywil, wyraźnie zdając sobie sprawę z tego, co mamy zamiar zrobić,  krzyknął po polsku z żydowskim akcentem – „Hej, chłopaki, nie macie żadnych dokumen­tów?” Te kilka słów zapewne uratowało nam życie. „Dowody” oznacza też przecież i dokumenty, choć brzmi identycznie jak „Do wody”. Wycią­gnęliśmy dokumenty i weszliśmy na wał.

Cywil na rowerze był Żydem. Ciągle jeszcze trzymano go przy żandarmerii w Korczynie, gdzie używano go do wykrywania min. Okoliczni partyzanci często układali miny  na  drodze  niemieckich patroli. Niemcy dokładnie oglądali nasze dokumenty. Ku mojej zgrozie, podawali sobie moją kennkartę i coś do siebie mówili, ale nic nie słyszałem. Za chwilę padło bezpośrednie pytanie: „Wie alt bist Du?” [„Ile masz lat?”] Udawałem że nie rozumiem. Żyd przetłumaczył, a ja podałem po polsku swój wiek. Jeden z Niemców zauważył że wyglądam na więcej niż piętnaście lat. „Nie wierzą że masz tylko 15 lat” – Żyd starał się dopomóc. Kazali mi podejść bliżej, długo patrzyli na mnie i  na kennkartę, aż w końcu pozwolili nam odejść. Przyjąłem, że to bliskie spotkanie ze śmiercią było moją karą za seks z nauczycielką.

Po powrocie do Starego Korczyna  podjęliśmy  nasze  stale  zajęcia, udając że prcujemy nad kościelnymi organami i szmuglując żywność do Krakowa…

Wspomnienie pochodzi z książki„ Losy żydowskie świadectwo żywych”, Tom I, Stowarzyszenie Żydów Kombatantów i Poszkodowanych w II Wojnie Światowej, Warszawa 1996

do góry

Strona „Zapis pamięci”
Stowarzyszenia
„Dzieci Holocaustu”
w Polsce.

Zrealizowano
dzięki wsparciu Fundacji
im. Róży Luksemburg
Przedstawicielstwo
w Polsce

ul. Twarda 6
00-105 Warszawa
tel./fax +48 22 620 82 45
dzieciholocaustu.org.pl
chsurv@jewish.org.pl

Koncepcja i rozwiązania
graficzne – Jacek Gałązka ©
ex-press.com.pl

Realizacja
Joanna Sobolewska-Pyz,
Anna Kołacińska-Gałązka,
Jacek Gałązka

Web developer
Marcin Bober
PROJEKTY POWIĄZANE

Wystawa w drodze
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice” moirodzice.org.pl

Wystawa stała
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice”
w Muzeum Walki
i Męcześntwa w Treblince
treblinka-muzeum.eu
Strona „Zapis pamięci”
Stowarzyszenia
„Dzieci Holocaustu”
w Polsce.

Zrealizowano
dzięki wsparciu Fundacji
im. Róży Luksemburg
Przedstawicielstwo
w Polsce
Koncepcja i rozwiązania
graficzne – Jacek Gałązka ©
ex-press.com.pl

Realizacja
Joanna Sobolewska-Pyz,
Anna Kołacińska-Gałązka,
Jacek Gałązka

Web developer
Marcin Bober
PROJEKTY POWIĄZANE

Wystawa w drodze
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice” moirodzice.org.pl

Wystawa stała
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice”
w Muzeum Walki
i Męcześntwa w Treblince
treblinka-muzeum.eu