relacje spisane:
audio: 1

Irena (Agata) Bołdok z d. Likierman, urodzona w 1932 r. (1)

Jestem z powrotem sobą!

[Publikujemy dwa wspomnienia Ireny Bołdok. Drugie można przeczytać wybierając „Irena Bołdok (2)” w zakładce „wyszukaj wspomnienie”]

Wspomnienie czyta Weronika Nockowska

Ciągle mi się zdaje, że zobaczę ojca, siostrę, rodzinę… Cały czas czekam, aż mi się nagle ukaże ktoś znajomy.

Ojciec mój nazywał się Henryk Likier­man, ożenił się z Anną z domu Hampel. Ja jestem Irena, z domu Likierman. Miałam siostrę Helenę, która zginęła. Starszą o osiem lat.

Przed wojną miesz­kaliśmy na Marszałkowskiej pod 49, mieszkania 34 – to pamiętam.Pamiętam mieszkanie, kolory tapet i naszą normalną rodzinę… Pamię­tam, że mama chodziła ze mną do Ogrodu Botanicznego, gdzie nie powinna była chodzić, bo miałam uczulenie na róże. Poza tym nie wpuszczano tam dzieci.

W Ogrodzie Ujazdowskim spędzałam dzieciństwo. Chodziłam na Bagatelę, do ogródka jordanowskiego, na parę godzin dziennie. Mama mnie tam odprowadzała. Pamiętam spacery z mamą, wyjazdy nad morze.

Mama karmiła nas jarzynami, bo uważała, że są zdrowe. Pamiętam, że siostra nie­nawidziła szpinaku, a ja – bardzo go lubiłam. I że chodziłyśmy w skarpet­kach, aż do pierwszego śniegu.

Pamiętam, jak mama mnie szorowała i mó­wiła: musisz być tak czysta, żeby ci się kolana świeciły. Dbała o mnie. Siostra chyba była o mnie trochę zazdrosna – długo była jedynaczką.

Ojciec był buchalterem. Pracował w firmie Plutos. Matka oczywiście nie pracowała zarobkowo. Mieliśmy przed wojna służącą.Przypuszczam, że rodzicom powodziło się nie najgorzej.

Mama była bardzo uzdolniona artystycznie, zajmowała się „sztukami pięknymi”. Rysowała, śpiewała i tań­czyła. Może nawet przed naszym urodzeniem tańczyła zawodowo. Kazała mi stawiać nogi nie z pięt, tylko z palców, uczyła nas w domu rytmiki.

Siostra opowiadała mi cudowne bajki; za opowiadanie ich dawałam się namówić na wszystko, co chciała. Wymyśliłyśmy wspólny język, którym się posługiwałyśmy. Nie służył do codziennego użytku. Ona bardzo dobrze ry­sowała, uczyła się rysunków, także w warszawskim getcie.

Niemcy, szukając radia, które trzeba było oddać, w 1939 czy w 1940 roku weszli do nas do domu i zabili na moich oczach mojego psa. Dostałam wtedy zapalenia opon mózgowych. Kiedy szliśmy do getta, nie mówiłam i nie cho­dziłam; rodzice wieźli mnie na wózku. Słabo to pamiętam, ale pamiętam.

W getcie mieszkaliśmy przy ulicy Siennej 30 czy 60 – numery mi się mylą. Było to gdzieś blisko obecnego Pałacu Kultury i Nauki. W czwórkę miesz­kaliśmy w małym pokoiku, gdzieś bardzo wysoko, na szóstym czy siódmym piętrze.

Z czego żyliśmy – nie wiem. Pomagała nam przez jakiś czas sąsiadka z Marszałkowskiej, nazywała się Wiernicka. Matka za namową tej pani – wcześniej – ochrzciła mnie i moją siostrę w kościele św. Krzyża.

Później… pamiętam tylko tyle, że moja matka wyszła ze mną z getta, przeszłyśmy przez jakąś dziurę w murze i pojechałyśmy do Międzyrzeca Podlaskiego, gdzie siostra mojego ojca była żoną lekarza, doktora Kozesa. Wujostwo mieli tam dom.

Pamiętam podróż do Międzyrzeca. Matka znająca dobrze niemiecki weszła ze mną do przedziału dla Niemców, co było podyktowane koniecz­nością (czy tupetem?), bo był straszny tłok. W tym niemieckim wagonie ofi­cerowie byli pełni galanterii, pozwolili matce ze mną jechać. Przyszedł jed­nak konduktor i nas stamtąd wyrzucił, poupychał w innym wagonie.

Mieszkałyśmy więc przez jakiś czas u naszej rodziny w Międzyrzecu, potem moja matka postanowiła jechać po ojca i siostrę, którzy zostali w war­szawskim getcie.

Z polskim nazwiskiem (na aryjskich papierach), jako Anna Szonert, pojechała do Warszawy. Zabrała jakąś tam ilość pieniędzy czy złota, żeby przekupić granatowych policjantów.

Niestety, podczas łapanki ulicznej zabrano ją na roboty do Niemiec. Pracowała tam w fabryce marmolady. Póź­niej za pomaganie w sabotażu wysłano ja do obozu w Ravensbriick.

Niedokładnie pamiętam kolejność wydarzeń… Ale to było chyba tak: matka jeszcze żyła, rodzina ojca – też, a ja byłam u chłopów na wsi; oddano mnie (za pieniądze) „na przechowanie”, ale jak zachorowałam na żółtaczkę i świerzb – odwieźli mnie pod Międzyrzec i wyrzucili z wozu jak worek kar­tofli, mówiąc, że mam wracać tam, gdzie przedtem byłam.

Więc wróciłam do wujka i ciotki, jeszcze jakiś czas tam byłam. Ale w tym czasie organizowano już transporty do Treblinki. A w tym domu (wielorodzinny dom na rynku w Międzyrzecu) w jednym z pokoi mieszkał Niemiec. Ale tu mi się trochę już myli…

Był także czas, kiedy moja matka jeszcze była w Międzyrzecu i nas wszystkich spędzili na rynek, do wywozu. A ja zostałam w domu i schowa­ łam się (będąc świadoma, że oni idą na śmierć) w pokoju tego niemieckiego oficera, za płaszczem. W końcu ktoś przyszedł i mnie zza tego płaszcza wy­ ciągnął.

Muszę tutaj wrócić jeszcze do 1940, a może 1941 roku. Dlaczego nas nie zabrano, kiedy wszystkich innych wywieziono? Otóż moja matka po­kazała nasze kościelne metryki i udało nam się stamtąd wyjść. A potem chy­ba matka pojechała do Warszawy.

W następnej obławie moją ciotkę, mniei całą rodzinę z Międzyrzeca zapakowano do wagonu, na wywózkę, pewno do Treblinki. Matki z nami nie było. I wtedy, w wagonie, mój wujek, lekarz – sobie, żonie i dziecku wstrzyknął morfinę.

Mnie też chciał zrobić zastrzyk, ale był straszny ścisk, zamieszanie, ktoś mnie odepchnął, znalazłam się w pobliżu drzwi. Ja nawet nie bardzo sobie zdawałam sprawę, że oni już nie żyją, chociaż wiedziałam… Wujek powiedział, że to jest zastrzyk śmiertelny, że my i tak jedziemy na śmierć, więc żeby uchronić wszystkich… Może ja sama uciekłam od tego zastrzyku? Nie pamiętam.

W każdym razie znalazłam się blisko drzwi. Kolejarz, który tam był, zapytał: „Jak masz na imię, dziew­czynko?” Odpowiedziałam: ,,Irena”. Powiedział, że mam oczy niebieskie, podobne do oczu jego córki… Wyciągnął mnie stamtąd, mówiąc: „Chodź prędko, nic nie mów”.

Schował mnie na dworcu, w ubikacji. Kiedy transport odszedł, przyszedł po mnie. Dokąd mnie zaprowadził? Żebym ja pamiętała… Myli mi się kolejność zdarzeń. Więc jak kolejarz kazał mi iść, to chyba poszłam do koleżanki matki, nie-Żydówki.

Nazywała się Cydzikowa. Matka musiała być tam kiedyś ze mną. Chowałyśmy się w stodole. A chłop chodził z widłami i nas szukał. Wbijał widły w siano i mówił: „Ja te Żydówki zaraz stąd wypłoszę” – widocznie widział, jak myśmy tam wchodziły. Wbijał widły raz po raz. Pamiętam, że strasznie się bałam, żeby nie krzyknąć. I nie wiem, czy on nas wyrzucił ze stodoły, czy może nas nie znalazł.

Przyszłam z dworca do pani Cydzikowej. Miałam żółtaczkę. Pamiętam, że strasznie się różniłam od innych dzieci. Koleżanka matki jakiś czas trzy­mała mnie u siebie, a potem powiedziała: ,,Wiesz, ja mam dwóch synów, nie mogę się tak narażać”. Oddała mnie do zakonnic.

To były siostry Opatrzności Bożej – donacja hrabiego Potockiego przy ul. Lubelskiej 69. Był tam barak dla sierot. Ja byłam najstarsza i trzydzieścioro drobiazgu. Mógł to być koniec roku 1942 albo koniec 1943 roku…

Siostry zakonne doskonale wiedziały, że jestem Żydówką.Byłam bardzo zabiedzona, z mysimi ogonkami, żółta jak cytryna z powodu żółtaczki. Nie wiem, jak długo byłam u tych zakonnic.

Pewnego razu przyszli Niemcy i powiedzieli zakonnicom, że jeżeli mają ży­dowskie dzieci – muszą je oddać. Skąd przyszły, tam mają iść. Zakonnice postanowiły, że mam wrócić do tej pani, która mnie przyprowadziła. Trzeba było widzieć minę pani Cydzikowej, kiedy mnie zobaczyła…

Powiedziała, że jest jej szalenie przykro, ale niestety nie może mnie trzymać i muszę wró­cić do zakonnic. Nie bardzo wiedziałam, co robić; ze dwa razy chodziłam tam i z powrotem. W czasie tych wędrówek w połowie drogi złapała mnie noc. Mogła to być późna jesień, bo chodziłam już w palcie zimowym. (Pamiętam to palto: z lamparcim kołnierzem, ciemnozielone).

Spędziłam noc na progu kostnicy przy kościele. Bardzo zmarzłam i przeziębiłam sobie pęcherz, co chwila biegałam siusiać. Rano przyszła żandarmeria. Zapytali: „Co tu robisz, dziewczynko?” Odpowiedziałam przytomnie, że czekam na mamusię, choć przecież marny już tam nie było.

– A gdzie mamusia?

– Poszła do sklepu.

Raz wrócili – ja siedzę. Drugi raz – siedzę. Powiedzieli: „Chodź z nami, twoja mamusia chyba nie przyjdzie”, zaprowadzili mnie do ratusza, do burmistrza.

A burmistrzem był volksdeutsch, zdaje się, że nazywał się Majew­ski. Chyba już było po wszystkich wywózkach Żydów. Nie wiem, który rok był wtedy. Burmistrz wpadł na pomysł, żeby mnie dać do domu starców, żebym tam przeczekała najgorszy okres. On się zorientował, że jestem Ży­dówką. Jak się mnie ktoś pytał, jak się nazywam, mówiłam: „Irena Likier­mann”. Cóż więcej…

W domu starców siedziałam pod czyimś łóżkiem. Wychodziłam tylko zjeść, umyć się. Już jakiś czas tam byłam (miesiące czy tygodnie), aż pewne­go razu wyszłam na dwór.

Czy wyszłam dlatego, że już nie mogłam wytrzy­mać pod łóżkiem, czy wyszłam, bo pozwolono mi wyjść? W każdym razie zobaczyła mnie jakaś kobieta i zaczęła krzyczeć: „Jedna Żydówka tu została jeszcze, zaraz zrobię z nią porządek”.

Uciekłam do domu starców i te zakon­nice, które ten dom prowadziły, bojąc się, że ta kobieta po mnie przyjdzie, zaprowadziły mnie z powrotem do sióstr, u których przedtem byłam. I u tych zakonnic przeżyłam kolejny rok.

Pewnego razu, przed 1944 rokiem, gdy nie wolno mi było wychodzić do miasta, poszłam zobaczyć dom Kozesów. Sta­nęłam przed wystawą ich apteki. Myślałam o wszystkim, co się stało. Poczu­łam, że za mną staje Niemiec z psem. Widziałam jego odbicie w szybie. Pies zaczął mnie obwąchiwać.

Pamiętam swoją determinację. Bałam się odwró­cić. Niemiec wziął mnie za ramię i odwrócił twarzą do siebie.

– Jude?

– Jawohl – odpowiedziałam.

Popchnął mnie i powiedział: Raus. Nie pobiegłam. Poszłam (ten Niemiec był podobno katem Międzyrzeca).

W 1944 roku weszli Rosjanie. Jakiś czas przedtem, jeszcze kiedy szedł front i nie było co jeść, zakonnice oddały mnie jako najstarszą z dziewczynek do pani nauczycielki na służącą. Miałam już dwanaście lat.

Opowieść o na­uczycielce – to osobna historia. Smutna, barwna, długa. Ta nauczycielka nie pozwalała mi czytać ksiażek, bo uważała, że jestem za mądra. Więc po co… Właśnie w tym czasie było Powstanie w Warszawie i miała mi za złe, że ja,ta Żydówka, w bezpiecznym miejscu siedzę, a jej siostrzeniec jest w Warsza­wie i nie wiadomo, czy przeżyje.

Z dniem zakończenia wojny kojarzy mi się tylko widok chłopa z siekierą i jego słowa: „Oni cię nie dobili, to ja cię jeszcze dobiję”.

Kiedy minął front, wróciłam do zakonnic (tych od dzieci, nie od star­ców), a w 1945 roku poszłam do szkoły. Przedtem w ogóle nie chodziłam do szkoły: kiedy miałam iść do pierwszej klasy, wybuchła wojna, potem było getto, zakonnice… Widocznie czytać i pisać nauczyłam się jeszcze w domu, gdy miałam sześć lat.

Jedne zakonnice były dobre, inne – nie. Siostra Bolesława była dla mnie bardzo dobra i bardzo ją lubiłam. Gdy po wojnie została matką przełożoną w Wodzisławiu Śląskim, zaprosiła mnie na wakacje i wysłała na obóz harcer­ski koło Kłodzka.

Naszym zastępem opiekował się profesor Jerzy Soplica. On z miejsca się połapał, że jestem Żydówką. Mówił do mnie: „Ty jesteś dziecko zakonnic, ale pamiętaj, jeżeli będziesz miała jakieś kłopoty, możesz na mnie liczyć, ja ci pomogę”.

Nie chciałam być „tą grzeczną dziewczynką”, która musi być grzeczniej­sza od innych tylko dlatego, że jest Żydówką. Przestało mi się też układać z zakonnicami, nie byłam łatwa – wiek dorastania.

Niektóre zakonnice z Za­mościa (tam trafiłam z Międzyrzeca) prawdopodobnie wychowały się w mniejszych miastach, znały Żydów. Potrafiły mnie budzić w nocy, żeby mnie zmusić do mówienia po żydowsku, a ja ani słowa po żydowsku nie umiałam. Ale one nie wierzyły i chciały, żebym się „przyznała”.

Opowiada­łam im różne historie: a to miałam ojca Żyda, matkę nie Żydówkę, a to – na odwrót. Stosowałam różne wybiegi. To zostaje potem na całe życie…

Po skończeniu pierwszej czy drugiej klasy licealnej wsiadłam w pociąg i jadąc niby do „swojej zakonnicy”, pojechałam do profesora. Na co liczy­łam? Po prostu wiedziałam, że dłużej u zakonnic nie wytrzymam.

A jeszcze do tego doszły perypetie z księdzem; był szalenie amoryczny i przyciskał mnie do ściany. A byłam przecież bardzo wierzącą osobą w tym czasie, jak człowiek, który ma żarliwość neofity i jedyne oparcie w wierze.

Kiedy się zjawiłam bladym świtem u profesora Soplicy, popatrzył na mnie, jakby zobaczył upiora. Dał mi jeść, pić i powiedział, że pojedziemy do Długopola Zdroju, gdzie będę pracowała w bibliotece, a po wakacjach umieści mnie w jakiejś szkole z internatem i będę się dalej uczyła.

Pojecha­liśmy do Długopola. Pewnego razu usłyszałam, jak profesor rozmawia ze znajomą, która do niego przyjechała. Pytała o mnie: „Kto to jest ta młoda dziewczyna?” On mówi: „Moja kuzynka”. A ona: „Od kiedy masz Żydów w rodzinie?” Zrobiło mi się nieswojo, zaczęłam myśleć o tym, że ja jednak jestem Żydówką, że muszę szukać innego środowiska. Ale wtedy przecież nie znałam żadnego Żyda prócz siebie samej.

Do biblioteki w Długopolu przyszła jakaś pani i powiedziała, że pracuje w ambasadzie izraelskiej.

– Jesteś Żydówką? – zapytała.

– Żydówką – odpowiedziałam.

– Co ty tu robisz? Jesteś młoda, powinnaś pojechać do Izraela. Jedź prędko do Warszawy.

Dała mi dwa adresy: jeden był adresem izraelskiej ambasady, drugi – Ko­mitetu Żydowskiego. Kazała mi napisać do Komitetu Żydowskiego, żeby mi przysłali pieniądze na bilet do Warszawy. Radziła, żeby w Warszawie nie iść do Komitetu, tylko do ambasady.

Napisałam, gdzie się znajduję. Dostałam natychmiast odpowiedź i pieniądze na bilet; napisano mi, że mam się zgłosić do Komitetu. Prawdę mówiąc, nie bardzo rozróżniałam te instytucje. Zgłosi­łam się do Komitetu, a Komitet był nastawiony na to, żeby w Polsce budować komunizm.

Oświadczyłam w Komitecie: przyjechałam do Warszawy, żeby jechać do Izraela. Ci, którzy mnie wysłuchali, mówili mi tak:
– Ty masz jechać do Izraela? Masz kogoś w Izraelu? – Nie mam. Chcesz się uczyć dalej? – Chciałam. – Pojedziesz do Nowego Dworu na wakacje – postanowili. Od nowego roku szkolnego pójdziesz do szkoły w Warszawie. Byłam skołowana. Myślałam: po co mam jechać do Izraela, jeśli mogę być w Warszawie? I tak się też stało.

Zawieźli mnie, jak stałam, a byłam w jednej sukience, do Nowego Dworu. Tam była kolonia dla młodzieży ży­dowskiej. Od nowego roku szkolnego poszłam do liceum. Zamieszkałam w bursie przy ul. Jagiellońskiej. Maturę zdałam w liceum pedagogicznym.

Pominęłam bardzo ważne wątki mego życia. Matka moja przeżyła Ravensbriick, przyjechała w 1946 roku do Łodzi (do Radogoszczy). Miała raka żołądka i wkrótce zmarła, ale zdążyłam ją jeszcze zobaczyć żywą. Widziałyśmy się dwie godziny. Pytała: „Czy wiesz, że jesteś Żydówką?”, „dlaczego masz tak bardzo spuchnięte ręce?” (miałam odmrożenia drugiego stopnia), „dlaczego masz okropnie żółte zęby?” (u zakonnic w ogóle nie myłam zębów).

Matka zmarła, o czym mi napisano, ale przedtem przysłała po mnie do Międzyrzeca jakichś ludzi – Żydów. A skądże ja do Żydów? By­łam ogarnięta „świętą wiarą” katolicką. Uważałam, że Żydzi to coś gorszego. Zakonnice wpoiły we mnie to przekonanie. „Oni Pana Jezusa ukrzyżowali!”

– Ja mam jechać do Żydów? – Mowy nie ma. Długo mnie namawiali. Ja, gówniara, miałam chyba wtedy trzynaście lat, za ich plecami robiłam głupie miny. Popisywałam się przed zakonnicami, mówiąc: „Ja ze świętej wiary nie będę rezygnowała, do żadnej Palestyny (wtedy jeszcze nie było Izraela) z obcymi ludźmi nie pojadę”.

Oni nawet na milicję chodzili, chcąc mnie odebrać. Nic z tego nie wyszło. To zakonnice swym stosunkiem do Żydów przez wszystkie lata, kiedy u nich byłam, stworzyły we mnie rodzaj zahamo­wania, jakiegoś oporu.

Ciągnęło mnie do kolegów z żydowskiej bursy i jed­nocześnie odpychało od nich. Kiedy słyszałam, że oni mówią po żydowsku, cierpła na mnie skóra. Nie umiałam się z tym oswoić. Mnie się wydawało, że zaraz ktoś przyjdzie i zrobi z „tym” porządek.

Niemożliwe, żeby oni byli ta­cy spokojni, żeby rozmawiali, śmiali się. Ja wśród nich nie umiałam się od­naleźć. Patrzyłam na nich i te osoby mi się podobały, które najmniej wyglądały na Żydów. Ci najbardziej podobni – przerażali mnie. Od nich uciekałam, gdzie pieprz rośnie.

Tak było i później. To uciekałam od Żydów, to garnęłam się do nich. Już mi się zdawało, że „z tymi Żydami mogę być”, to znów na­prawdę – nie mogłam. Uciekałam i udawałam, że nie mam z nimi nic wspólnego; za jakiś czas znowu mnie do nich ciągnęło i wracałam.

Od małego dziecka musiałam się wypierać tego, że jestem Żydówką, i to pozostawiło ślady, które nie pozwalały mi normalnie myśleć, patrzyć, żyć. Głośna była książka żony Chagalla „Ucieczka od zapachu świec”. Ludzie uważali, że jest to cudowna książka, zachwycali się żydowskim folklorem.

Kiedy ją wzięłam do ręki, nagle uświadomiłam sobie, że w niej jest świat żydostwa, który we mnie tępiono, o którym usiłowałam zapomnieć. Nawet nie można powiedzieć, na czym polega to przyciąganie i odpychanie.

Wracam ciągle do naszego (żydowskiego) środowiska, ale gdzieś na dnie duszy pozostaje jakiś opór. Żeby przeżyć, nie wolno było „przyznać się” do tego, że się jest Żydówką; nie wolno było tego mówić.

Miałam jechać do Izraela, do koleżanki z żydowskiej bursy na Jagiellońskiej. Baba w dzielni­cowej aptece – obrzydliwa, wścibska – zapytała, czy jadę z pielgrzymką . Po­wiedziałam: „Tak, z pielgrzymką”. Później przeżywałam męki, wymyślając sobie w duchu za tchórzostwo.

Ale pomyślałam też sobie, że może to ostatni odzew przeszłości, a może to jakieś echo, i to pozostało. Zresztą wiele jest w życiu takich momentów, gdy czuję się obca, nie wiadomo, gdzie należę. Co ja będę o tym opowiadała: trudno nawet o tym mówić, żeby to nie wyglądało na kabotynizm. Jest to syndrom „cudzoziemki” .

Aluzja do książki Marii Kuncewiczowej „Cudzoziemka”.

Do dzisiaj, choć jes­tem pogodzona (pogodzona – niewłaściwe słowo) ze swoim pochodzeniem, ja się nie do końca czuję „tu”, nie do końca – „tam”.

Co zostało jeszcze ze wszystkich tamtych lat, co mnie jako osobę starszą gnębi – to niewątpliwy egoizm. Myślę, że gdybym nie była egoistką, mając osiem, dziewięć lat, tobym się nie uratowała. Już jako dziesięcioletnie dziec­ko musiałam podejmować wiele decyzji, które kazały brać pod uwagę wy­ łącznie własne dobro, po to tylko, żeby przeżyć.

Doskonale pamiętam to zda­rzenie, kiedy jeszcze moja matka była przy mnie i ona (albo ciotka) miały mnie oddać do chłopa, na wieś. Matka zapytała, czy nie jest mi przykro, że muszę tam iść, a ja, mając absolutne poczucie, że muszę, jeśli chcę się urato­wać, powiedziałam: „Mogę zrobić wszystko, bylebym tylko przeżyła”. Zapewne matka boleśnie to odczuła.

Przez wszystkie lata pobytu u zakonnic, u obcych nie miałam nic włas­nego i nie było we mnie nic trwałego. Jak się przyzwyczaiłam do jakiejś osoby, już mi ją zabierano. Zmieniały się zakonnice wokół mnie, zmieniały się dzieci. Nie miałam własnego łóżka, niczego własnego. To wytworzyło we mnie przeświadczenie, że nie ma nic trwałego.

To chyba zaważyło na moim życiu uczuciowym w późniejszych latach. Poczucie niestabilności, przeko­nanie, że nie można się do niczego przyzwyczajać ani z czymś silnie wiązać, bo i tak zostanie odebrane. I że niestałość, niestabilność jest cechą stałą, z którą się człowiek musi w jakiś sposób godzić; nie wpłynęło to dodatnio na życie dorastającej dziewczynki, a później na życie rodzinne.

Mój pierwszy mąż był Żydem. Poznałam go w bursie na Jagiellońskiej w Warszawie. Studiował u Wawelberga. Był spokojny, flegmatyczny, co uznawałam wtedy za zaletę.

Byłam sama. W 1952 roku już wiadomo było, że nic z tego małżeństwa nie będzie, a w 1953 urodził się mój syn. Kiedy się rozwiodłam, przeżyłam bardzo gwałtowny odwrót od Żydów. Zaczęłam pracować, weszłam w zupełnie inne środowisko.

Moje ucieczki od żydostwa przybierały i taką formę, że nagle postana­wiałam przestać być Ireną; na drugie mam na imię Augusta i część moich znajomych zna mnie pod tym imieniem. To było jakieś chowanie się: nie to imię, nie to nazwisko, nie ta osoba.

A mój drugi mąż (pracowaliśmy razem w jednym wydawnictwie) poznał mnie jako „Agatę”. W moim najbliższym środowisku znają mnie jako Agatę. W pewnym momencie, nie tak dawno – pomyślałam – jakie to symptomatyczne, że nawet… jestem schowana pod nie swoim imieniem…
Koniec z Agatą. Teraz jestem z powrotem Ireną!

Fragmenty wywiadu, który z Ireną Boldok przeprowadziła w 1991 roku. Katarzyna Meloch.

do góry

Strona „Zapis pamięci”
Stowarzyszenia
„Dzieci Holocaustu”
w Polsce.

Zrealizowano
dzięki wsparciu Fundacji
im. Róży Luksemburg
Przedstawicielstwo
w Polsce

ul. Twarda 6
00-105 Warszawa
tel./fax +48 22 620 82 45
dzieciholocaustu.org.pl
chsurv@jewish.org.pl

Koncepcja i rozwiązania
graficzne – Jacek Gałązka ©
ex-press.com.pl

Realizacja
Joanna Sobolewska-Pyz,
Anna Kołacińska-Gałązka,
Jacek Gałązka

Web developer
Marcin Bober
PROJEKTY POWIĄZANE

Wystawa w drodze
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice” moirodzice.org.pl

Wystawa stała
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice”
w Muzeum Walki
i Męcześntwa w Treblince
treblinka-muzeum.eu
Strona „Zapis pamięci”
Stowarzyszenia
„Dzieci Holocaustu”
w Polsce.

Zrealizowano
dzięki wsparciu Fundacji
im. Róży Luksemburg
Przedstawicielstwo
w Polsce
Koncepcja i rozwiązania
graficzne – Jacek Gałązka ©
ex-press.com.pl

Realizacja
Joanna Sobolewska-Pyz,
Anna Kołacińska-Gałązka,
Jacek Gałązka

Web developer
Marcin Bober
PROJEKTY POWIĄZANE

Wystawa w drodze
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice” moirodzice.org.pl

Wystawa stała
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice”
w Muzeum Walki
i Męcześntwa w Treblince
treblinka-muzeum.eu