audio: 1

Joanna Kaltman, urodzona w 1929 r.

Pół wieku zwlekałam

Wspomnienie czyta Dorota Liliental

Ojciec mój dr Henryk Kaltman był lekarzem Kasy Chorych w szpitalu na Solcu, Matka dr Ewa Kaltmanowa pracowała w Szpitalu Dzieciątka Jezus na Nowogrodzkiej, a rok przed wojną w Szpitalu Miejskim na Czystem, ja zaś chodziłam do szkoły im. A. Wazówny w Warszawie.

Na Czystem – mowa o Szpitalu Żydowskim (dziś jest to szpital przy ulicy Kasprzaka na Woli).

Ojciec został zmobilizowany jeszcze w 1938 r. i służył w szpitalu Twierdzy Brzeskiej, skąd po 17 września 1939 r. przeszedł z jednostką na Węgry i tam w 1943 r. zmarł w obozie dla internowanych na gruźlicę.

Początek wojny zastał nas z Mamą w Warszawie, w domu na ulicy Nowogrodzkiej 36. Jeszcze zimą 1939 r. wyrzucono nas z mieszkania, ponieważ dom zajęli Niemcy. Przeprowadziłyśmy się na ulicę Mylną, już na teren projektowanej dzielnicy żydowskiej, do mieszkania kuzyna Ojca Henryka Blaufelda (pracował przed wojną wiele lat jako inżynier w Austrii, skąd wysiedlono go wraz z żoną – Wiedenką – i dwojgiem dzieci do Warszawy po zajęciu Austrii przez III Rzeszę).

Po zamknięciu getta Mama pracowała jeszcze jakiś czas w szpitalu na Czystem (miała wtedy przepust­kę), a potem przeszła do szpitala na Lesznie 3.

Warunki życia w warszawskim getcie są znane – nasilające się poczucie zagrożenia, zagęszczenie, narastające braki żywności i zmniejszające się przydziały na kartki, dziesiątkujący tyfus, przymusowa praca w tzw. „szopach”, koszmarne „wachy”, z których strzelano dla zabawy i polowa­nia na głodne dzieci usiłujące przeszmuglować trochę żywności przez mury, coraz większa liczba zmarłych z głodu i wycieńczenia lub choroby po prostu na ulicach, leżące wszędzie przykryte gazetami zwłoki, zanim zebrano je na wózki, żeby gdzieś zakopać jak padlinę, a przy tym wysługujące się Niemcom „żydowskie gestapo” z siedzibą na Lesznie pod 13, brutalne akcje żydowskich „milicjantów” – to wszystko było już wielokrotnie opisywane.

Ale o jednej sprawie chcę napisać szczegółowiej, bo było to najcięższe dla mnie przeżycie w ciągu całej wojny (nie jest zresztą przypadkiem, że trzeba było aż pół wieku, żebym po raz pierwszy zdobyła się na opowiedzenie o tym).

W tym samym domu na Mylnej (nie pamiętam numeru, ale był to duży wielopiętrowy dom na tyłach dawnego szpitala ewangelickiego na Lesznie, którego podwórko łączyło się z terenem szpitala i było wtedy oddzielone od niego murem), w mieszkaniu oddzielonym od naszego kuchenną klatką schodową mieszkała na drugim piętrze rodzina nauczycielska państwa Różyckich z chyba siedmioletnim synkiem Olesiem i sparaliżowanym ojcem oraz wysiedlony z Brwinowa ich szwagier p. Wilner z żoną i dwoma synami (jeden chyba szesnasto lub siedemnastoletni, drugi mniej więcej w moim wieku).Państwo Różyccy prowadzili komplety i wraz z grupą dzieci uczyłam się u nich według normalnego programu szkolnego.

Chyba późną wiosną 1942 r. (daty niestety już nie pamiętam) obudziło nas w nocy ostre głośne wyszczekiwa­nie niemieckich komend, jakby musztry. Cały ogromny (jak na tą dzielnicę) dom zamarł – czuło się fizycznie nieomal, że wszyscy nasłuchują ze zgrozą, ale panowała wokół upiorna cisza, wszystkie okna uchylone i ciemne, tylko w jednym mieszkaniu zapalone światła i cienie poruszające się na tle zasłon, w tym kogoś jakby robiącego przysiady pod rechoczącą komendę.

Ale potem nagle zaczął się jakiś rumor wokół jednego z okien, usłyszeliśmy straszny kobiecy krzyk i rozpaczliwy bełkot sparaliżowanego ojca p. Różyckiej, brzęk wypadających szyb i ogromny fotel na kółkach razem ze sparaliżowanym i przypiętym do niego starcem wypchnięty został przez okno, a moment później rozległ się koszmarny łomot jego upadku na podwórko. W chwilę później hałasy na klatce schodowej i strzały niemal pod naszymi drzwiami.

I wtedy moja Matka nie wytrzymała tej upiornej grozy bezsilności, odmachęła się od zastawiającej drzwi gospodyni i wybiegła na klatkę schodową. Leżał tam postrzelony w szyję pan Różycki. Gestapowcy zbiegli niżej i strzelali w kierunku zewnętrznego dziedzińca tego skrzydła domu. To pan Wilner wyskoczył im oknem z klatki schodowej w czasie, gdy ich obu z panem Różyckim wyprowadzali z mieszkania. Strzelili wtedy do tego ostatniego i pobiegli za jego szwagrem.

Mama próbowała opatrzyć mu ranę, potem pobiegła z powrotem przez nasze mieszkanie do sąsiada przez klatkę frontową, chirurga, po pomoc i opatrunki. W tym czasie rozległa się nowa seria strzałów w tamtej części domu i w chwilę potem wszystko ucichło. Mama przybiegła z powrotem razem z chirurgiem (nie pamiętam jego nazwiska) do pana Różyckiego i po chwili usłyszałam głos sąsiada: „Pani doktor, przecież tu już nic nie można zrobić!” A potem mamy: „Oni go dobili!”

Okazało się, że rozwściekleni próbą·ucieczki gestapowcy
wrócili i rzeczywiście dobili lub zabili prawie wszystkich – ocalała tylko pani Różycka z synkiem, ale to dotarło do mnie znacznie później. Po tej nocy mam coś w rodzaju czarnej dziury w pamięci – ostatnie moje wspomnienie z domu na Mylnej to widok podwórka z połamanym fotelem na kółkach. Ciała zamordowanych widocznie już zabrano.

Sądzę – choć tego nie pamiętam – że Mama zabrała mnie wtedy do szpitala i tam już zostałam do końca mojego pobytu w getcie. Było nas tam zresztą kilkoro, na ogół młodszych ode mnie, „szpitalnych” dzieci. Staruszek doktor Mesz (Natan? Stanisław?) opowiadał nam bajki i uczył robić składane zabawki z papieru, żebyśmy tylko siedzieli cicho, bo oczywiście byliśmy tam całkowicie nielegalnie, przy tym przed inspekcjami Niemców nie chronił nas żaden immunitet szpitala, takowy nie istniał, tylko nagromadzenie tyfusowych chorych we wszystkich pomieszczeniach budynku, których Niemcy panicznie się bali.

Tam też dotarła do nas wiadomość, że mój wuj, dr Edward Rozencwajg, popełnił samobójstwo (był inżynierem chemikiem, więc poradził sobie ze zrobieniem trucizny) i stamtąd, chyba wczesną jesienią 1942 r., moja Mama wyprawiła mnie z getta, a sama przeszła do szpitala na Umschlagplatzu.

Wyszłam na tzw. aryjską stronę wraz z grupą wyprowadzanych jeszcze robotników do pracy w którymś z „szopów” (chyba Toebbensa, gdzieś w rejonie Żelaznej czy Chłodnej). Miałam iść na Sienną 90 do mojej dawnej opiekunki, a potem krawcowej, p. Marii Ostrowskiej, która – póki mogła – przychodziła do nas do getta i pomagała, jak mogła i komu mogła.

Wyszłam z getta, odłączyłam się od grupy bez większych trudności i przyszłam do Marii na Sienną. Maria zajmowała jeden mały pokoik na wspólnym korytarzu z kilkoma sąsiadami, powiedziała im wprawdzie, że przyjechała do niej siostrzenica, która ma jej pomagać szyć, ale sprawa była właściwie dla wszystkich jasna, tyle że była to od początku wspólna wersja na użytek dozorcy czy dalszych sąsiadów bądź klientek.

Maria ściągnęła dla mnie metrykę swojej prawdziwej siostrzenicy (robiono to wtedy dość często ze względu na dodatkowe kartki żywnościowe) Teresy, młodszej tylko o rok (różnica w dacie urodzenia, i to imię dodane do mojego oraz nazwisko pozostało mi do dziś, chociaż po wojnie skorygowa­ne w dokumentach o prawdziwe nazwisko ojca i miejsce urodzenia ).

Ponieważ do Marii przychodziły klientki, sąsiadki praktycznie zapraszały mnie na dzień do siebie, żeby uniknąć wypytywań i objaśnień. Byłam u Marii, na Siennej, do zimy 1942 /43 r., aż do przyjścia z getta mojej Mamy, która też zresztą mieszkała tam jakiś czas u sąsiadki p. Marii, pani Ginalskiej. Potem załatwiła jakoś lewe dokumenty dla siebie na nazwisko Jadwiga Korpalska, i dopiero wtedy znalazła mieszkanie dla nas obu na Żoliborzu u dyplomowanej pielęgniarki pani Haliny Antonowicz.

Pani Halina odstąpiła nam jeden pokój, załatwiła normalny meldunek w oparciu o lipne papiery, dostałyśmy kartki żywnościowe i żyłyśmy pozornie w pełni legalnie. Halina miała syna Leszka, trochę młodszego ode mnie, i maleńką córeczkę (która, nawiasem mówiąc, uratowała jej życie).

Kiedy po jakiejś wpadce aresztowali ją gestapowcy za działalność kon­spiracyjną w AK, była w zaawansowanej ciąży. Po Alei Szucha trzymano ją na Pawiaku i skazano na Oświęcim. Ponieważ wysyłka transportu zbiegła się mniej więcej z terminem porodu, przetrzymano ją w szpitalu więziennym na Pawiaku, a po urodzeniu dziecka jakoś udało się ją stamtąd wyciągnąć razem z dzieckiem).

Nazywało się więc, że daleka kuzynka opiekuje się domem i dziećmi, żeby Halina mogła pracować. Nie miałyśmy zapasów, kosztowności i pieniędzy, żyło się więc bardziej niż skromnie, dorabiając,jak się dało. Między innymi pracowałam w czytelni na ulicy Mickiewicza, obszywałyśmy chałupniczo guziki bieliźniane, robiłam zabawki z papieru i koralików itp.

Równocześnie odnalazłam na Żoliborzu wychowawczynię z mojej klasy ze szkoły (która również musiała się ukrywać, chociaż można rzec z wręcz przeciwnego powodu – jak większość nauczycieli od Reja i Wazówny była ewangeliczką, i Niemką z pochodzenia, i jak prawie wszyscy członkowie Zboru Ewangelicko-Augsburskiego w Warszawie odmówiła podpisania tzw. reichslisty, za co sąd niemiecki tych, których zdołano aresztować, skazał na śmierć lub obóz koncentracyjny za „zdradę III Rzeszy”), utrzymującą się wprawdzie z pieczenia ciastek, ale prowadzą­ cą oczywiście normalne komplety, tak, że znów mogłam się trochę uczyć.

Było ciężko, ale żyłyśmy prawie tak, jak wszyscy wtedy w okupowanej Warszawie, unikając łapanek, ciesząc się z każdego udanego aktu odwetu i każdej gazetki z wiadomościami – a na Żoliborzu było ich sporo – i żyjąc z dnia na dzień w oczekiwaniu, kiedy wreszcie losy wojny się odwrócą, bo w to oczywiście nikt nie wątpił. Problem polegał jedynie na tym, jak do tego dotrwać.

Najtrudniejsze było wcale nie poczucie osobistego zagrożenia
– do tego można się przyzwyczaić i praktycznie nikt na codzień o tym nie myślał, bo w ogóle nie dałoby się żyć – ale koszmarne poczucie bezsilności, najpierw wobec tragedii Powstania w getcie, potem naras­tającego terroru w Warszawie, mordów, wywózek i aresztowań do katowni Gestapo, wieści o obozach, a do tego nieustająca trwoga o bliskich i przyjaciół, których jeszcze udało się nie stracić.

Jednak pod koniec 1943 r. doczekałyśmy się wizyty szmalcownika.
Przyszedł wieczorem, po godzinie policyjnej i po cywilnemu (potem
dowiedziałyśmy się, że był to współpracujący z Niemcami pracownik jednego z komisariatów Policji Państwowej, starszy syn sklepikarza z naszego domu) i oświadczył, że wie o fałszywych papierach Mamy, ale jak mu zapłaci – wymienił przy tym jakąś astronomiczną sumę – to nie zrobi z tego użytku.

Moja Matka była kobietą dość impulsywną i odważną z natury. Wysłuchała, nie zaprzeczyła i powiedziała krótko i jednoznacznie: „Wiem, że niektóre osoby zajmują się takim procederem, ale tu źle pan trafił. Płacić nie będę, bo nie mam. Pan zrobi, co zechce, może pan nawet iść na Gestapo. W czasie wojny wielu ludzi ginie. Ale dziś zginę ja, a jutro pan, i to zabity jak łajdak. Jestem żoną oficera i znajdą się tacy, którzy się z panem rozliczą. A teraz proszę się wynosić!”

I wyniósł się. Myślę, że częściowo z zaskoczenia, chociaż we drzwiach powiedział jeszcze coś w rodzaju:„Radzę się zastanowić, daję pani trzy dni czasu!” Kiedy przyszła Halina, Mama opowiedziała jej to zajście i uznała, że w każdym razie nie ma prawa narażać Haliny i jej dzieci, więc musimy się natychmiast wyprowadzić.

Sprawa nie była jednak prosta, w dodatku wymagała trochę czasu. Zaczęłyśmy się zastanawiać, kto nadał sprawę, i kim był sam szmalcownik. Ponieważ nie można było wykluczyć jednej z sąsiadek, zatrudnionej w ówczesnym magistracie, chyba w biurze meldunkowym, znalezienie jakiegoś mieszkania w Warszawie z zameldowaniem się na tych samych papierach (a bez tego nie byłoby kartek) byłoby tylko potwier­dzeniem faktu i ułatwieniem szantażu, który odbywałby się już nie „we własnym domu”. Na nowe papiery nie było pieniędzy.

Jedynym wyjściem był wyjazd poza Warszawę, ale to wymagało przygotowania. Halina powiedziała wówczas:„Trudno, co będzie z wami, będzie i ze mną, proszę zostać, póki coś sensownego się nie znajdzie”. I tak się stało. Zostałyśmy tam jeszcze kilka dni, wynosząc chyłkiem, przy pomocy Haliny, nasze rzeczy – na szczęście dość nieliczne – na Pragę do mieszkania dawnej woźnej ze szpitala mojej Mamy na Nowogrodzkiej. Potem przeniosłyśmy się do niej na kilka dni, oczywiście bez meldunku.

W tym czasie Mamie udało się znaleźć przez jakąś znajomą mieszkanie w Otwocku pod pretekstem konieczności pobytu tam ze względu na zagrożenie gruźlicą (Otwock, a właściwie graniczący z nim Śródborów był znanym przeciw­ gruźliczym ośrodkiem sanatoryjnym).

Sytuacja w Otwocku ukształtowała się podobnie, jak na Żoliborzu. Sądzę, że i dla naszych gospodarzy i na kompletach, na które zostałam przyjęta niemal zaraz po przeprowadzce, mimo formalnie dobrych doku­mentów i względnie prawdopodobnej wersji, faktyczny stan rzeczy był dosyć jasny. Można tak sądzić z zachowania się naszej gospodyni, która w bardziej niespokojnych okresach łapanek i buszowania gestapo w Ot­wocku przychodziła niekiedy do nas na noc, „żeby było raźniej”, i z tego, że sprawujący wtedy rzeczywiście „rząd dusz” w Otwocku wikary ksiądz Raczyński wciskał mi do ręki karteczkę z poświadczeniem rzekomo odbytej spowiedzi, którą potem wręczałam temuż kapelanowi Raczyńs­kiemu na lekcjach religii w czasie zajęć na kompletach, ponieważ w okresach przedświątecznych było to dla uczniów obowiązkowe (nie miałam wówczas pojęcia, że właśnie wtedy ukrywała się u niego na plebanii uratowana z getta pani Różycka z Olesiem), i z wielu innych drobnych – ale jakże istotnych wówczas – oznak pomocy i życzliwości ze strony wielu różnych ludzi.

I wreszcie właśnie tam, w ostatnim tygodniu lipca, doczekałyśmy się ucieczki Niemców i zajęcia (zupełnie bez walki, przynaj­mniej w tej części miasteczka) Otwocka przez jednostkę radzieckich czołgów, a potem oddziały I Armii Wojska Polskiego. W kilka dni później Mama pojechała do Lublina, wstąpiła jako lekarz do wojska, dostała przydział do szpitala stacjonującego w Otwocku i zezwolenie· zabrania mnie ze sobą, kiedy szpital będzie się przenosił dalej. Ale aż do stycznia 1945 r. staliśmy właśnie tam, patrząc tym razem równie bezsilnie na dymy płonącej Warszawy i wiedząc o dogorywającym tragicznym Powstaniu …

W sierpniu nasze komplety przekształciły się w gimnazjum w Otwocku
i we wrześniu rozpoczęła się normalna nauka w szkole, do której chodziłam aż do wyzwolenia Warszawy, kiedy szpital nasz przerzucono właśnie tam, jako jedyną zresztą jednostkę poza saperami, która sta­cjonowała w lewobrzeżnej Warszawie (w budynku po dawnym szpitalu Szkoły Pielęgniarek na Koszykowej, gdzie zresztą do dziś jest szpital wojskowy).

Otrzymane wtedy świadectwo szkolne, wydane na okupacyjne nazwisko, bo innych dokumentów przecież nie miałam, przesądziło praktycznie o tym, że zachowałam to nazwisko i później, bo ciągnęło się z jednego świadectwa szkolnego na drugie.

Koniec wojny zastał nas w Bydgoszczy (tam również zdążyłam chodzić trochę do szkoły), potem odnalazł nas wracający z tego samego obozu na Węgrzech kolega mojego Ojca z wiadomością o jego śmierci i miejscu, gdzie został pochowany. I tak rozpoczął się dla mnie powojenny okres życia (ale to już – jak mawiał Kipling – całkiem inna historia).

Warszawa, 3 grudnia 1992 r.

do góry

Strona „Zapis pamięci”
Stowarzyszenia
„Dzieci Holocaustu”
w Polsce.

Zrealizowano
dzięki wsparciu Fundacji
im. Róży Luksemburg
Przedstawicielstwo
w Polsce

ul. Twarda 6
00-105 Warszawa
tel./fax +48 22 620 82 45
dzieciholocaustu.org.pl
chsurv@jewish.org.pl

Koncepcja i rozwiązania
graficzne – Jacek Gałązka ©
ex-press.com.pl

Realizacja
Joanna Sobolewska-Pyz,
Anna Kołacińska-Gałązka,
Jacek Gałązka

Web developer
Marcin Bober
PROJEKTY POWIĄZANE

Wystawa w drodze
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice” moirodzice.org.pl

Wystawa stała
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice”
w Muzeum Walki
i Męcześntwa w Treblince
treblinka-muzeum.eu
Strona „Zapis pamięci”
Stowarzyszenia
„Dzieci Holocaustu”
w Polsce.

Zrealizowano
dzięki wsparciu Fundacji
im. Róży Luksemburg
Przedstawicielstwo
w Polsce
Koncepcja i rozwiązania
graficzne – Jacek Gałązka ©
ex-press.com.pl

Realizacja
Joanna Sobolewska-Pyz,
Anna Kołacińska-Gałązka,
Jacek Gałązka

Web developer
Marcin Bober
PROJEKTY POWIĄZANE

Wystawa w drodze
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice” moirodzice.org.pl

Wystawa stała
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice”
w Muzeum Walki
i Męcześntwa w Treblince
treblinka-muzeum.eu