Joanna Sobolewska-Pyz
filmy:
zdjęcia: 5

Joanna Sobolewska-Pyz, urodzona w 1939 r.

W poszukiwaniu śladów

Moje pierwsze wspomnienie sięga chwili, gdy poznałam nowych rodzi­ ców. Było to w mieszkaniu pani Wandy Niczowej.

Bawiłam się, siedząc na podłodze, gdy oni weszli. „To twoja mamusia i twój tatuś” – powiedziała pa­ni Wanda, a ja się bardzo ucieszyłam – moja nowa mama była śliczna, uma­lowana, kolorowa, ojciec też mi się podobał, choć nieco mniej.

Wanda Bruno-Niczowa – nauczycielka języka polskiego, w latach okupacji prowa­dziła tajne komplety. Ukrywała dziecko swoich kuzynów i mnie (sama korzystała z „nieska­zitelnych” aryjskich papierów).

Pani Niczowa ubrała mnie w duży kapelusz i szeroki żakiet i w tym śmiesznym stroju wsiadłam z nimi na furmankę.

Dziewiętnaście lat później ojciec – w liście do mojej izraelskiej rodziny – tak opisywał tamte wydarzenia:
„Był rok 1943 – okres najcięższej okupacji. Niemcy likwidowali getto, łapanki na mieście, potworne wieści o aresztowaniach, o paleniu żywcem w getcie. A nad gettem czarny dym.

Pani Niczowa mieszkała na Krasińskie­go. Komunikacja była przerwana z powodu likwidacji getta. Po kilku dniach uruchomiono komunikację, ale furmankami, które z daleka objeżdżały getto.

Drugiego maja wybraliśmy się z żoną na imieniny Zygmunta do znajomych na Żoliborzu i po drodze zajechaliśmy do pani Niczowej obejrzeć Inkę. Była bardzo ładną dziewczynką o platynowych, jasnych włosach i niebieskich oczach. Żonie bardzo się spodobała i zdecydowaliśmy się, że weźmiemy ją, wracając z przyjęcia.

Imieniny odbywały się w przygnębiającym nastroju, więc przyspieszyliśmy powrót i zajechaliśmy po Inkę. Obawialiśmy się, że będzie płakać i że wzbudzi to podejrzenia, tym bardziej, że ubrana była okropnie – w stary kapelusz i stary żakiet starszej pani.

Kiedy usiedliśmy na jednej z pięciu ławek na furmance, ludzie zaczęli patrzeć na nas podejrzliwie, bo nasz ubiór różnił się bardzo od ubioru Inki. Brakowało tylko jej płaczu, ale na szczęście nie płakała. Dla zachowania pozorów wobec tych ludzi roz­mawialiśmy z żoną, narzekając na kuzynów ze wsi, którzy przysłali Inkę do lekarza tak okropnie ubraną. Nikt pewnie w ten teatr nie uwierzył, ale na szczęście nie było tam ludzi podłych.

Okrążając bocznymi ulicami getto, sie­dzieliśmy na tej furmance jak na rozżarzonych węglach. Na jednej z ulic wychodzących na getto stała grupka ludzi, którzy coś pokazywali. Palił się trzypiętrowy dom w getcie, ludzie z balkonów rzucali się na dół, widzieliśmy skaczącą z okna kobietę z dzieckiem. Z dołu dochodziły krzyki Niemców i Ukraińców.

Nareszcie dojechaliśmy do ulicy Miodowej, skończyła się ta denerwująca jazda, były tam już tramwaje i riksze. Jedną z nich złapałem i bocznymi ulicami dojechaliśmy do Wilczej 8. Inka nie płakała. Żadnego Niemca po drodze nie spotkaliśmy. Odetchnęliśmy, wchodząc do windy.

W mieszkaniu były dwie młode bratanice, więc zaczęły Inkę kąpać, a żona razem z przyjaciółką zabrały się za szycie dla niej sukienki. Na jednej z fo­tografii, którą wysyłam, Inka jest właśnie w tej sukience”.

„Po pewnym czasie – pisze dalej ojciec – znów zaczęliśmy się denerwować. Sąsiadka, mieszkająca piętro niżej, natarczywie przyglądała się Ince na schodach. Baliśmy się, że może coś podejrzewać, a takie podejrzenie, gdy brakło alibi, groziło karą śmierci dla całej rodziny, a w najlepszym przy­padku – kosztownymi szantażami. Trzeba więc było pomyśleć o właściwych dokumentach.

Żona pojechała do pani Niczowej, aby ona formalnie przeka­zała Inkę do Domu Wychowawczego imienia ks. Baudouina, z którego zabraliśmy ją na podstawie deklaracji Nr 331/43 z dnia 28 VI 1943 roku. Nie był to dokument gwarantujący bezpieczeństwo, ale dawał chociaż możność tłumaczenia się.

Opisałem Państwu, choć urywkowo, co przeżywaliśmy wówczas i co przeżywała Warszawa, ażeby wykazać, jak często niewłaściwie sprawy te rozumiane są dziś. (…) Jednocześnie proszę Państwa o odwiedzenie nas w Polsce i służę Państwu na czas pobytu swoją gościną. Z poważaniem. Walerian Sobolewski. Warszawa, dn. 28.08.1962 roku.”

Tyle z listu mego ojca. Sarna mało pamiętam z tamtych lat, zaledwie kil­ka scen. Pamiętam moment wejścia do mieszkania na Wilczej, powitała nas bratanica ojca, Halka:„ O, jaka ładna dziewczynka!” – powiedziała. Te słowa bardzo przypadły mi do gustu, próżna widać byłam od urodzenia.

Wspominając tamten czas, nie mogę pojąć, jak to możliwe, że niczego, ale to niczego, nie pamiętam z okresu getta. Absolutna pustka. Życie zaczęło się na Wilczej, no, może chwilę wcześniej, na podłodze u pani Niczowej.

W zimie, w 1943 roku, ojciec został osadzony jako zakładnik na Pawia­ ku. Rodziny więźniów codziennie śledziły porozlepiane na murach listy roz­strzelanych. Na jednej z nich znalazł się Stanisław Sobolewski. Na wiado­mość o tym matka w domu zemdlała, upadła na palącą się karbidówkę. Za­częłam krzyczeć, wybiegłam na klatkę schodową. Nie pamiętam, czy mama sama oprzytomniała, czy też pomógł nam ktoś z sąsiadów, w każdym razie – choć mało brakowało – do pożaru nie doszło.

Zrozpaczona mama zapomniała, że ojciec tylko przez nią nazywany był Stachem, nawet imieniny obchodził 8 maja. Było to jego drugie imię, a tragiczna wiadomość dotyczyła kogoś innego. Ojciec wrócił po kilku miesiącach.

Jako dziecko szczególnie lubiłam wycie syren. Schodziliśmy wtedy z czwartego piętra do mieszkania dozorcy w suterenie. Było to dla mnie i in­nych dzieci z kamienicy wielką atrakcją. Nieświadomi niebezpieczeństwa, cieszyliśmy się, że pomimo późnej pory (naloty były przeważnie w nocy) możemy spotkać się i pobawić przy palącym się piecyku.

Tak minęły – o ile pamiętam – lata kojarzące się z Pawiakiem, lękiem o ojca i wyciem syren. Z końcem lipca 1944 roku cała rodzina wraz z uko­chaną suczką rasy szpic o imieniu Lalka przeniosła się do Milanówka.

Mama tak opisywała rozpoczynającą się podróż: „,Ledwo zdążyliśmy na ostatnią kolejkę EKD. Stach pod jedną pachą trzymał Inkę, pod drugą Lal­kę i pędził, a my z Halką biegłyśmy za nim, krztusząc się ze śmiechu na wi­dok dwóch podskakujących kłębuszków pod pachami Stacha”.
A to była moja głowa i ogon Lalki – jedno i drugie jednakowo kudłate. Tymczasem ostatni wagon kolejki już był ostrzeliwany, bo zaczynało się Powstanie Warszawskie …

W Milanówku przygarnęli nas znajomi rodziców, państwo Michałowiczowie. Dobrze się u nich czułam, bawiłam się w ogrodzie. Pewnego letnie­ go dnia postanowiłam dokonać wielkiego sportowego wyczynu: zeskoczyć aż z trzech schodków na ganku. Zeskoczyłam z łatwością z pierwszego, z pewnym lękiem z drugiego i wreszcie – z wielkim strachem, ale i poczu­ciem sukcesu– z trzeciego.

Byłam całkowicie pochłonięta zabawą, gdy nagle zobaczyłam stojącego za mną niemieckiego żandarma. Nasłuchałam się już tylu strasznych rzeczy o Niemcach, że ogarnęło mnie przerażenie. Zanosząc się płaczem, wpadłam do domu. Nie wiedziałam, gdzie jest mama, pędziłam
po schodach na górę, wtedy usłyszałam jej głos.

Zamiast zbiec na dół, włożyłam głowę między słupki poręczy i zaczęłam krzyczeć: ,,Mamo! Niemcy!” Głowa utkwiła mi między tralkami, a Niemiec chciał ją oswobo­dzić. Mama próbowała mnie uspokoić, a ja się darłam i szarpałam. Wszyscy wybiegli na schody, ktoś zaproponował, żeby przynieść siekierę lub piłę. Bałam się, że chodzi o moją głowę.

Szczęśliwie obyło się bez narzędzi i jakoś mi tę głowę wyjęto. Wówczas żandarm wziął mnie na ręce i prosił, żebym go pocałowała. Wyjął z kieszeni czekoladowy batonik i dał mi go. Wyrywałam się, ale mama mówiła:„Pocałuj pana. Pan mówi, że taką córeczkę zostawił w domu”. Cmoknęłam powietrze obok jego policzka, czekoladę zjadłam później, bardzo mi smakowała.

Na pewien czas przeprowadziliśmy się na wieś, koło Mszczonowa. Nie wiem z jakiego powodu, może łatwiej tam było zdobyć jedzenie, a może ro­ zice bali się volksdeutschów, którzy właśnie sprowadzili się do „naszej” willi. Długo jeszcze myślałam, że volksdeutsch to nazwisko.

Pod koniec okupacji wróciliśmy do Milanówka i wówczas okazało się, że owi volks­deutsche to najprzyzwoitsza rodzina pod słońcem; zdobywali dla nas mięso, marmoladę, koks, dzielili się wszystkim, co sami mieli, mnie zapraszali na posiłki, bawiłam się z ich dziećmi. A kiedy w czasie łapanki ojciec znalazł się na placu, w grupie ludzi do wywiezienia, nasz znajomy volksdeutsch wyprowadził go stamtąd.

Wielu mieszkańców Milanówka skorzystało z ich pomocy. Pamiętam, jak matka rozpaczała, kiedy ta rodzina uciekała na Zachód przed bolszewikami. Uciekali w ostatniej chwili i matka obawiała się, że mogą nie zdążyć. Ona, urodzona w Ufie na Uralu, przeżyła rewolucję w Rosji i już sama nie wiedziała, czy bardziej bać się Niemców, czy Rosjan.

Nie rozumiałam jej dziwnych zachowań; gdy zjawiali się rosyjscy żołnierze, częstowała ich „lepioszkami”, wesoło z nimi rozmawiała po rosyjsku, a po ich wyjściu zanosiła się płaczem i drżała ze strachu. Może bała się, żeby nie odkryli, że jest „białą Rosjanką”?

Z ostatnich tygodni wojny pamiętam huk armat, odgłosy bomb, łuny nad miastem. Widać było z Milanówka, jak płonie Warszawa. Ojciec postanowił sprawdzić, czy nasz dom na Wilczej 8 jeszcze istnieje. Okazało się, że w sześciopiętrowej kamienicy z czterema oficynami spaliło się jedno tylko mieszkanie – właśnie nasze.

Rodzice dużo o tym mówili, bo nie wyglądało to na przypadek – mieszkanie mieściło się na czwartym piętrze wewnętrznej oficyny i było podejrzenie, że zostało celowo podpalone. Zostaliśmy bez dachu nad głową. Ojciec zdecydował, że zajmiemy inne mieszkanie w tym samym domu, też na czwartym piętrze, ale od frontu.

Przed wojną należało ono do dr. Gutnera i jego rodziny. Ich losów nie znam. Mieszkanie było zruj­nowane, pełne gruzów, bez szyb w oknach, z kilkoma zniszczonymi mebla­ mi, a całe nasze wyposażenie składało się z jednego nadpalonego stołka od fortepianu.

Zrujnowane miasto było znakomitym miejscem dziecięcych zabaw. W okolicznych gruzach można było znaleźć niewyobrażalne skarby, takie jak:noga od krzesła, potłuczona lalka, dzbanek bez ucha, świeczka, koralik, pocztówka, zdjęcie. Rodzice zabraniali nam tych zabaw, bo bali się niewy­pałów, ale nic nie było w stanie nas odstraszyć.

A gruzy były wszędzie, nawet droga do szkoły wiodła przez ruiny.
Życie powoli wracało do normy. Ojciec postanowił reaktywować swoje przedwojenne przedsiębiorstwo, firmę hydrotechniczno-instalacyjną. Prze­ciwna temu pomysłowi matka mówiła:„Stachu, ty nie znasz bolszewików. Lepsza najgorsza państwowa posada od najlepszego prywatnego interesu”.

I rzeczywiście. Okres stalinowski tragicznie odbił się na losach mojej rodzi­ny. Nie wdając się w szczegóły, powiem tylko, że ojciec oskarżony został o gospodarczy sabotaż, dostał najpierw wyrok śmierci i konfiskaty mienia, prawem łaski zamieniony na dożywocie, a wreszcie – dzięki dwóm am­nestiom – wyszedł z więzienia po sześciu latach.

Ale zanim to nastąpiło, w każdą niedzielę z mamą godzinami stałyśmy pod bramą więzienia, najpierw na Rakowieckiej, a później na Gęsiówce, w oczekiwaniu na krótkie widzenie z nim.

Ojciec w więzieniu nie próżnował: robił projekty techniczne i szkolił w swojej branży młodych ludzi. Żartowano wtedy, że politechniczne studia z inżynierii sanitarnej przeniesione zostały na Gęsiówkę. Wielu z tych mło­dych ludzi kończyło później regularne studia i zasilało najlepsze biura archi­ tektoniczno-konstrukcyjne w Warszawie. Jedno z tych biur stworzone zosta­ło przez mojego ojca.

Tymczasem na Wilczej dokwaterowano nam lokatorów. Ojciec jeszcze przed wojną kupił plac w Aninie, a tuż po wojnie rozpoczął tam budowę do­mu. Teraz władze postawiły matce ultimatum: albo wyprowadzka z Wilczej do Anina, albo plac w Aninie wraz z rozpoczętą budową zostanie zarekwiro­wany.

Przebywający jeszcze wówczas w więzieniu ojciec nalegał, żeby Ani­na nie oddawać. Zamieszkałyśmy więc w niewykończonym domu, w którym było bardzo zimno i wilgotno. Wiele wysiłku i pieniędzy kosztowało matkę doprowadzenie go do stanu używalności.

W Aninie mama zaczęła chorować. Słabo znając język polski, musiała pracować fizycznie. Dojeżdżała do Warszawy, gdzie zatrudniono ją w pralni. Warunki pracy były tam koszmarne – w pomieszczeniu panowała tempera­ tura do 50 stopni, a matka miała chore serce i nadciśnienie.

Ojciec wrócił w 1954 roku, zrehabilitowano go w 1956, a w 1958 roku zmarła matka. Kolejnego zawału już nie przeżyła, a przecież nie miała jesz­ cze 60 lat.

Siedziałam przy niej ostatniej nocy w szpitalu na Stępińskiej. Powiedziała mi wówczas:„Na nikogo nie licz. Jesteś moją i tylko moją có­reczką”. Umarła na moich oczach, a ja długo jeszcze nie zdawałam sobie sprawy, że to były jej ostatnie słowa.

Ich sens nie dotarł do mnie w sposób właściwy. Zrozumiałam, że jestem nieślubnym dzieckiem mamy, owocem wielkiej, zapewne zakazanej miłości. Podobał mi się nawet ten pikantny szczegół naszego życiorysu.

Kiedy zostaliśmy z ojcem sami, nie układało nam się najlepiej. Ojciec chciał, żebym zajmowała się domem, a ja uczyłam się do matury, przygoto­wywałam na studia. A poza tym byłam dość niesforną, udzielającą się towa­rzysko dziewczyną, rozgadaną wiercipiętą.

Bardzo lubiłam robić to, czego nie wolno – choćby palić papierosy (najchętniej zresztą te, które ojciec prze­chowywał w szufladzie). Więc kiedy w jednej ze sprzeczek ojciec powie­ dział:„Nie wiesz, co mi zawdzięczasz”, odparłam:„Wiem, nie jestem tatusia córką. Jestem nieślubnym dzieckiem mojej mamy”.„Nie jesteś ani moją córką, ani córką mamy. Jesteś żydowskim dzieckiem uratowanym z getta” – powiedział ojciec.

Ta chwila była straszna dla nas obojga. Wyjęłam ze szkol­nej teczki papierosa i po raz pierwszy zapaliłam przy ojcu. On też zapalił. Najpierw milczeliśmy, potem opowiedział mi tyle, ile sam wiedział. Padło wprawdzie nazwisko pani Niczowej, ale nie przyszło mi do głowy, że mog­ abym się z nią skontaktować. Dopiero na studiach Witold Jedlicki, asystent na socjologii, z którym się przyjaźniłam, podsunął mi tę myśl.

W roku 1961 odnalazłam panią Niczową. Długo i obrazowo opowiadała mi, jak przyniósł mnie do niej granatowy policjant, zawszoną, brudną, w opłakanym stanie. Było to 18 kwietnia 1943 roku. Pani Niczowa dobrze mnie znała, ponieważ już wcześniej – jak mówiła – moja matka przyprowadzała mnie do niej, opuszczając getto kanałami.

Dowiedziałam się wówczas, że moi rodzice nazywali się Halina z Zylberbartów Grynszpanowa i Tadeusz Grynszpan. Pani Niczowa wiedziała tyle, że oboje poszli na Umschlagplatz, a ja zostałam. Nie wiedziała jednak, co działo się ze mną od tego momentu aż do chwili, kiedy znalazłam się u niej, a więc niejasny dla mnie pozostał związek pomiędzy tym, o czym pisze ojciec we wspomnianym wcześniej liście do moich krewnych w Izraelu, a granatowym policjantem, który „dostarczył” mnie do pani Niczowej, chowając jak kociaka za pazuchą.Pozostaje też bez odpowiedzi pytanie, skąd ów policjant wiedział, do kogo ma mnie przynieść.

Pani Niczowa zaprzyjaźniona była z rodzicami mojej matki. Dziadkowie: Marian Zylberbart i Rozalia Ewelina z domu Gesundheit, byli lekarza­mi, pracującymi między innymi w otwockich sanatoriach. Dzięki pani Ni­czowej dowiedziałam się również, że jestem spokrewniona z żoną Adama Czemiakówa, Felicją z domu Zwayer.

Pod wpływem rozmowy z panią Niczową zaczęły mi się przypominać zdarzenia z przeszłości, które miały związek z tym, o czym ona mówiła, a których do tej pory nie rozumiałam lub rozumiałam niewłaściwie.

I tak przypomniałam sobie, że kiedy byłam małą dziewczynką, usłysza­łam od naszej sąsiadki: ,,Mnie każetsa, czto wasza Inoczka eto Jewriejka”. Słowa te wypowiedziała do mojej mamy pani Tkaczenkowa, teściowa prof. Aleksandra Gieysztora. Matka pochodziła z rosyjskiej arystokratycznej ro­dziny i obie panie uwielbiały konwersować po rosyjsku.

Może pod wpływem tych słów mama się zmieszała i dlatego je tak dokładnie zapamiętałam. Po wielu latach, kiedy w szkole zaczęłam uczyć się rosyjskiego, znalazłam w słowniku słowa „Jewriej, Jewriejka – Żyd, Żydówka”, które też nic mi nie mówiły.

Prawie co roku na wakacje jeździłam do stryjka, który był proboszczem na białostockiej wsi. Do swoich dziadków przyjeżdżała na tę samą wieś moja rówieśnica, z którą spędzałam całe dnie. Bawiłyśmy się też z wiejskimi dziećmi. Zdarzało się, że chłopcy krzyczeli za mną: „Przeżegnaj się!”.„O co wam chodzi?”, pytałam. Odpowiedzią były głupie miny i znaczące spoj­rzenia.

Gospodyni księdza powiedziała mi kiedyś (kontekstu nie pamiętam):
„,Nie ta matka, co urodzi, ale ta, co wychowa”. Byłam mała i nie rozumiałam, o czym ona mówi. Moja wakacyjna przyjaciółka, z którą utrzymuję bliski kontakt do dziś, powiedziała mi, że wszyscy na wsi wiedzieli, że jestem ży­dowskim dzieckiem, adoptowanym przez rodzinę księdza.

Czy wiedziano o tym w mojej szkole średniej? Nie wiem, ale w Aninie – jak na wsi – wszyscy się znali i dużo o sobie wiedzieli. Jedna z koleżanek powtórzyła mi, że jej mama powiedziała: „Inka jest bardzo podobna do Ży­dówki”. Czy to był przypadek? Dla mnie to znaczyło tyle, że jestem bardzo brzydka.

Moją żydowską rodzinę znalazłam na początku lat sześćdziesiątych. Zwróciłam się do poselstwa izraelskiego z prośbą, by umieszczono moje ogłoszenie i zdjęcie w jakiejś poczytnej gazecie w Izraelu. Ogłoszenie, a zwłaszcza zawarta w nim informacja, iż jestem krewną żony Adama Czer­niakówa, zwróciła uwagę mego kuzyna, Bolka Prusaka.

A oto fragmenty je­go listu do mnie:„… Ja wyjechałem do Izraela jeszcze w 1935 roku. W os­tatnim liście z 25 sierpnia 1939 roku moja matka zawiadamia mnie, że: «Hala urodziła 31 lipca córkę, czuje się dobrze, również dziecko; nazywa się Joan­na». W Izraelu masz też kuzynkę Twojej matki, Bronkę Diamant z domu Milner. Twoja babka i jej matka były siostrami. W Warszawie mieliśmy dom na ulicy Nowolipie 57 i tam mieszkała cała rodzina. (…)

Mam nadzieję, że po tych objaśnieniach nie będziesz miała wątpliwości, że dzięki Twemu ogłoszeniu znalazłaś rodzinę. Droga Joasiu! Odpisz natychmiast, przecież nic o Tobie nie wiemy, jak przeżyłaś ten okres? Co robisz dzisiaj? Mam nadzieję, że zechcesz przyjechać do Izraela i złączyć się z rodziną. (…) Z Twoją matką żyliśmy wiele lat jak rodzeństwo i dziś już mi się zdaje, że znam Cię od dziecka”.

Bolek i Bronka natychmiast zaprosili mnie do Izraela, ale władze polskie wielokrotnie odmawiały wydania mi paszportu. W 1974 roku nareszcie udało mi się pojechać tam nielegalnie. Dostałam paszport na wyjazd do Szwecji i stamtąd z izraelską wizą nie wstemplowaną do paszportu zjawiłam się u mo­jej rodziny. Przyjęto mnie nadzwyczaj serdecznie. Ja dla nich byłam dziec­kiem osób im bliskich, z którymi spędzili dzieciństwo i młodość. Oni z po­czątku wydawali mi się ludźmi obcymi, ale szybko nawiązaliśmy serdeczne i bliskie więzi.

W roku 1994 byłam w Izraelu ponownie i pobyt ten miał charakter szczególny, ponieważ, niestety, w krótkim czasie Bolek i Bronka zmarli. Do dzisiaj utrzymuję bardzo serdeczny kontakt z żoną Bolka oraz córką Bronki, Zosią, i jej mężem Amiramem. Z Zosią dzieli mnie czas wojny, ja urodziłam się z jej początkiem, a Zosia z końcem. Po wojnie Zosia z matką – po powro­cie ze Związku Radzieckiego – zamieszkały na MDM-ie. Ja z rodzicami mieszkałam na Wilczej. Być może mijałyśmy się na ulicy, nie wiedząc, że jesteśmy rodziną.

W Izraelu, dzięki kwitnącej w tym kraju poczcie pantoflowej, nieocze­kiwanie trafiłam na ślad przyrodniej siostry mego ojca, która obecnie miesz­ka w Anglii. Nawiązałam z nią kontakt i odwiedziłam w Londynie, gdzie moja cudem odnaleziona ciocia Marysia wraz z córką i zięciem przyjęli mnie bardzo gościnnie. Ciotka, jakkolwiek oceniająca siebie jako osobę mało­mówną, ku własnemu zdumieniu mówiła, mówiła i mówiła…

Do tej pory bowiem nie miała sposobności rozmawiać o swojej rodzinie. Trauma wo­jenna spowodowała, że swoje pochodzenie ukrywa nawet przed własną córką. Przedmiotem naszych niekończących się rozmów było codziennie życie Grynszpanów. Była to bardzo liczna rodzina, a postacią szczególnie ciekawą i barwną był mój dziadek Herman Grynszpan, człowiek jak na owe czasy wielce wyzwolony: wolnomyśliciel, filozof i wielbiciel kobiet (niekoniecz­nie platonicznie). Zginął w getcie warszawskim w roku 1942.

Dopiero od cioci Marysi dowiedziałam się, że matka i siostra mego ojca uciekły z getta, ukrywały się w Warszawie, zmarły prawie jednocześnie w połowie lat sześćdziesiątych i pochowane zostały na Bródnie. Mieszkam niedaleko i odwiedzam je dość często.

W roku 1965 zmarł mój ojciec. Jego rodzina – druga żona i troje jego rodzeństwa – postanowili pozbawić mnie prawa do spadku. Wystąpili do są­du z wnioskiem o unieważnienie mego aktu urodzenia, w którym figurowa­łam jako rodzone dziecko Anastazji i Waleriana Sobolewskich. W przekona­niu wnioskodawców, gdyby okazało się, że moja tożsamość jest inna, niż zapisano w dokumentach, i że nie jestem ani rodzoną, ani formalnie adopto­waną córką moich rodziców, dom w Aninie odziedziczyliby oni.

Niekompe­tentny ich pełnomocnik nie wiedział o tym, że z wnioskiem o unieważnienie aktu urodzenia może wystąpić tylko osoba zainteresowana lub jej rodzice. Proces przegrali. Cała ta sprawa zaważyła na moich, dotąd w miarę po­ prawnych, stosunkach z rodziną ojca. Zaważyło przede wszystkim to, że wniosek o unieważnienie aktu urodzenia uzasadniali w sposób kłamliwy i niegodny.

Pisali między innymi, że od kiedy ojciec wyjaśnił mi moje spra­wy rodzinne, „przerwały się wszystkie więzy uczuciowe między uczestnicz­ką postępowania a jej przybranym ojcem”. Pisano dalej, że „uczestniczka postępowania zupełnie nie poczuwa się do narodowości polskiej. Otwarcie przyznaje się do pochodzenia żydowskiego i – przez poselstwo izraelskie – czyni starania o odnalezienie swej bliskiej rodziny w Izraelu.(…) Przy każdej okazji akcentuje swą odrębność narodowościową”.

W artykule pt. Dzieci Holocaustu napisanym po 33 latach, tak „odpowiadam” na te zarzuty: „Na zasygnalizowanie zasługuje problem tożsamoś­ci, szczególnie ważny i bolesny dla osób, które późno odkryły swoje żydow­skie korzenie. Sama do tych osób należę. Dowiedziałam się o swoim pocho­dzeniu, mając 18 lat. Wychowana jestem w rodzinie polskiej. Mówiąc „ro­dzice”, myślę o moich «drugich» rodzicach, bo innych nie znałam.

Artykuł w: Tematy żydowskie pod red. Elżbiety Traby i Roberta Traby, wyd. Wspólnota Kultu­rowa Borussia, Olsztyn 1999 i Kronika Stowarzyszenia „Dzieci Holocaustu” nr 7.

Jedno­cześnie tropię ślady «tamtego» świata. O swojej żydowskiej Rodzinie wiem bardzo dużo. Znalazłam dalszych i chyba jedynych, którzy przeżyli, krew­nych w Izraelu. Szukam ludzi, którzy mogą mi cokolwiek o moich bliskich powiedzieć, penetruję archiwa.
Losy ludzi, którzy zginęli w Holocauście, a także tych, którzy przeżyli, są przedmiotem mego zainteresowania od lat kilkudziesięciu i śmiało mogę powiedzieć, że mało co obchodzi mnie tak żywo.

Jednocześnie nie czuję żadnej więzi z nieznaną mi religią i kulturą żydowską i nie mam żadnych ciągot, żeby ją głębiej poznać. Jestem osadzona w kulturze i tradycji polskiej, bliskie mi jest wszystko, co się z nią wiąże.

Uważam jednak, że zwłaszcza w obliczu antysemickich zachowań nie godzi się nie przyznawać do żydowskiego pochodzenia. I to właśnie dlatego, że moi bliscy zostali zamordowani tylko «za to», że byli Żydami. Dla mnie to sprawa honoru. Prawdę mówiąc, moja żydowskość jest głównie hołdem dla tych, którzy zginęli”.

W innym miejscu tego samego artykułu piszę: „Stowarzyszenie (Dzieci Holocaustu” – przyp. mój) stara się pomagać swoim członkom w odnajdy­waniu rodzin. Szukają wszyscy, i ci, którzy już czegoś się o sobie dowiedzie­ li, i ci, którzy kogoś z rodziny już odnaleźli, a także ci, którzy nie tracą nad­ziei, że zdarzy się cud i kogoś bliskiego odnajdą”.

Moja biografia obfituje zarówno w cudowne odnalezienia, jak i w nie­oczekiwane skutki szukania śladów. W archiwum otwockim jest przedwo­jenna książka meldunkowa, a w niej m.in. rok urodzenia mojej mamy.

W Głównej Bibliotece Lekarskiej znalazło się opracowanie Witolda Trybo­wicza pt. Dzieje Otwocka jako uzdrowiska zawierające wiele informacji o moich dziadkach, Rozalii i Marianie Zylberbartach.

W Żydowskim Insty­ tucie Historycznym jest Spis Właścicieli Kont Pocztowej Kasy Oszczędności. Pod numerem 166 widnieje Herman Grynszpan – mój dziadek. Nareszcie zo­baczyłam, jak się pisze moje nazwisko. W ŻIH-u znalazłam też Listę lekarzy nie-aryjczyków opracowaną przez Izbę Lekarską Warszawsko-Białostocką . Jest na niej nazwisko mojej babki, ale nawet już samo istnienie takiej listy z datą 1 maja 1940 roku jest czymś bardzo ciekawym.

W Informatorze z 1925 roku pod nazwą Otwock – Uzdrowisko listę lekarzy praktykują­cych w Otwocku zamyka mój dziadek: „dr M. Zylberbart – ul. Warszawska Nr 32 A – Chor. uszu, gardła i nosa, przyjmuje od godz. 5 – 7″.

Nie sposób wymienić wszystkich ludzi ani wyliczyć wszystkich dokumentów, które pozwoliły mi choć częściowo odtworzyć zaginiony świat. Nie mogę jednak nie napisać o tym, co spotkało mnie niedawno.

Dość przypadkowo znalazłam się na zebraniu członków Towarzystwa Miłośników Otwocka i Ziemi Otwockiej. Jednego z tam obecnych, starszych panów spytałam o moją rodzinę. Okazało się, że dziadka pamięta, ale o babce i mamie nic nie może powiedzieć. Obiecał jednak mi pomóc. I słowa dotrzy­mał.

Skontaktował mnie ze swoją znajomą, panią AnnąP., która w domowym archiwum ma zdjęcie klasy gimnazjalnej swojej matki. Na tym zdjęciu jest też moja mama i siostra mego taty. Wśród kilku podpisów z tyłu zdjęcia widnieją: Hala Zylberbartówna i Krysia Grynszpanówna. Zdjęcie pochodzi z drugiej połowy lat dwudziestych. Przed budynkiem Miejskiego Gimnaz­jum Koedukacyjnego w Otwocku stoi malownicza grupa około trzydziestu uczniów i uczennic, a wśród nich poważna nastolatka w okularach. Tym się wyróżnia. Nikt prócz niej nie nosi okularów, nawet nauczyciele. Trudno opisać moje wzruszenie, gdy zobaczyłam to zdjęcie.

Pisanie życiorysu sprzyja podsumowaniom. Śmiało mogę powiedzieć, że urodziłam się pod szczęśliwą gwiazdą i nieporównanie więcej spotkało mnie w życiu dobrego niż złego. Szczęściem jest już samo to, że żyję. Na swej drodze od początku spotykałam przyjaznych ludzi; najpierw ktoś uratował mi życie, później otoczył opieką, a następnie dostałam wszystko, co dziecko może dostać od rodziców – miłość, troskę, ciepło rodzinne.

Z ro­dzeństwem mego ojca i ich dziećmi też łączyły mnie przez wiele lat serdecz­ ne stosunki, dużo dobrego w dzieciństwie od nich zaznałam.

Mój obecny dom – to mąż Julek, syn Wojtek i dwie kotki:Mysia i Malusia. Mój mąż jest najbliższym mi człowiekiem, mogę na nim polegać w każdej sytuacji, sekunduje moim poszukiwaniom, a w sprawach judaizmu orientuje się lepiej niż niejeden znawca tematu. Mam też serdeczne oparcie w rodzinie męża, a nieżyjący już, niestety, teściowie okazywali mi zawsze wyjątkową sympatię i życzliwe zainteresowanie.

Na studiach i w pracy otaczali mnie na ogół życzliwi i ciekawi ludzie. Mam wielu oddanych przyjaciół i przeświadczenie, że jednak mi się udało i to pod każdym względem.

Fotografie i pamiątki
do góry

Strona „Zapis pamięci”
Stowarzyszenia
„Dzieci Holocaustu”
w Polsce.

Zrealizowano
dzięki wsparciu Fundacji
im. Róży Luksemburg
Przedstawicielstwo
w Polsce

ul. Twarda 6
00-105 Warszawa
tel./fax +48 22 620 82 45
dzieciholocaustu.org.pl
chsurv@jewish.org.pl

Koncepcja i rozwiązania
graficzne – Jacek Gałązka ©
ex-press.com.pl

Realizacja
Joanna Sobolewska-Pyz,
Anna Kołacińska-Gałązka,
Jacek Gałązka

Web developer
Marcin Bober
PROJEKTY POWIĄZANE

Wystawa w drodze
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice” moirodzice.org.pl

Wystawa stała
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice”
w Muzeum Walki
i Męcześntwa w Treblince
treblinka-muzeum.eu
Strona „Zapis pamięci”
Stowarzyszenia
„Dzieci Holocaustu”
w Polsce.

Zrealizowano
dzięki wsparciu Fundacji
im. Róży Luksemburg
Przedstawicielstwo
w Polsce
Koncepcja i rozwiązania
graficzne – Jacek Gałązka ©
ex-press.com.pl

Realizacja
Joanna Sobolewska-Pyz,
Anna Kołacińska-Gałązka,
Jacek Gałązka

Web developer
Marcin Bober
PROJEKTY POWIĄZANE

Wystawa w drodze
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice” moirodzice.org.pl

Wystawa stała
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice”
w Muzeum Walki
i Męcześntwa w Treblince
treblinka-muzeum.eu