audio: 1

Leszek Leon Allerhand, urodzony w 1931 r.

W grobowcu by艂o bezpiecznie, spokojnie, wygodnie

Wspomnienie czyta Andrzej Szeremeta

Pochodz臋 z rodziny 偶ydowskich inteligent贸w, w kt贸rej dawa艂y o sobie zna膰 silne tendencje do asymilacji.

Ojciec m贸j Joachim A. prowadzi艂 ze swym ojcem, a moim dziadkiem Maurycym, kancelari臋 adwokack膮 we Lwowie przy ulicy Jagiello艅skiej 20, pracuj膮c r贸wnocze艣nie w katedrze Prawa Cywilnego Uniwersytetu Jana Kazimierza na stanowisku profesora.

Matka moja Zinaida Rubinstein by艂a Rosjank膮. Wraz z ca艂膮 rodzin膮 uciek艂a podczas rewolucji do Polski. W trakcie ucieczki zgin臋艂a cz臋艣膰 jej rodziny wraz z matk膮. Tutaj, w Polsce, utrzymywa艂a si臋 z lekcji gry na fortepianie.

By艂em jedynakiem. Ucz臋szcza艂em do prywatnej 偶ydowskiej szko艂y, a po wkroczeniu do Lwowa wojsk radzieckich do szko艂y powszechnej. Ojciec m贸j nie wykonywa艂 ju偶 w贸wczas zawodu prawnika, pracowa艂 w fabryce zabawek. Matka zajmowa艂a si臋 domem. Nikt z rodziny nie udziela艂 si臋 ani spo艂ecznie ani politycznie.

Okupacja niemiecka zasta艂a ca艂膮 nasz膮 rodzin臋 we Lwowie. Dla mnie zacz臋艂a si臋 do艣膰 rado艣nie. Raniutko nasza pokoj贸wka Mary艣ka przynios艂a waliz臋 pe艂n膮 cukierk贸w i powiedzia艂a, 偶e w nocy Rosjanie uciekli – miasto Lw贸w jest puste, a sklepy porozbijane. Za par臋 dni wraz z ojcem p臋dzony ju偶 by艂em z ca艂膮 grup膮 z艂apanych 呕yd贸w w stron臋 tzw. 鈥濨rygidek” – wi臋zienia pe艂nego trup贸w.

Plac Kapitulny przechodzili艣my 鈥瀗a czworakach”, p贸藕niej biegiem, p贸藕niej zn贸w na kolanach. Przed samym budyn颅kiem dosta艂em kopniaka w brzuch i kazano mi ucieka膰. Wok贸艂 nas t艂um wrogi, odgra偶aj膮cy si臋 nam, rzucaj膮cy kamienie. Ojciec wr贸ci艂 w nocy zbity, skrwawiony.

Za kilka dni mego dziadka zabrano na Gestapo. Przyjecha艂o dw贸ch oficer贸w samochodami i kazali mu si臋 zbiera膰. Dziadek by艂 osob膮 znan膮, profesorem prawa, cz艂onkiem Trybuna艂u Stanu – kiedy艣 tam dawno by艂 szefem Gminy 呕ydowskiej. Niemcy zaproponowali mu przewodnictwo Rady 呕ydowskiej (Judenratu). Odm贸wi艂.

Min臋艂y dwa dni i Niemcy kazali nam natychmiast opu艣ci膰 mieszkanie. Pakowali艣my si臋 w pop艂ochu, bior膮c tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Pozosta艂a wielotysi臋cz颅na biblioteka, obrazy, kryszta艂y, br膮zy, dywany.

Nasza rodzina rozdzieli艂a si臋. Dziadkowie zamieszkali osobno, a rodzi颅ce ze mn膮 na ulicy Sobieskiego, w naszym drugim mieszkaniu. Naprzeciw budynku, w kt贸rym zamieszkali艣my, by艂a b贸偶nica. Podpalono j膮 nied艂ugo. Niemcy kazali nam sta膰 w oknach i patrze膰. Dziesi膮tki 呕yd贸w otacza艂o p艂on膮cy budynek. By艂em bliski uduszenia.

Po tym nast膮pi艂 wzgl臋dny spok贸j. W naszym nowym mieszkaniu zacz臋li pojawia膰 si臋 polscy znajomi. Wszyscy byli mili, grzeczni i wszyscy byli gotowi przechowa膰 resztki naszego dobytku. Rozdawali艣my, co艣my mogli. Ja tymczasem goni艂em po ca艂ym mie艣cie bez opaski. Z grup膮 kole偶k贸w zbierali艣my drzewo na opa艂, odkupywali艣my od uprzywilejowanych bia艂y chleb, sprzedawa艂em gazety. Ca艂ymi dniami by艂em poza domem.

Jesieni膮 1941 r. otrzymali艣my nakaz udania si臋 do getta. Pami臋tam ten wielokilometrowy sznur za艂adowanych w贸zk贸w, furmanek, kt贸re ci膮gn臋li ludzie, bardzo rzadko z koniem, ludzk膮 chmar臋 z tobo艂ami na plecach, chorych niesionych na krzes艂ach, 艂贸偶kach. Im bli偶ej Zamarstynowa t艂um stawa艂 si臋 coraz bardziej ubity. Ogl膮da艂y nas t艂umy przechodni贸w, nie pami臋tam, aby kto艣 wyci膮gn膮艂 do nas r臋k臋. By艂y drwiny, u艣miechy, najcz臋艣ciej milczenie.

Zamieszkali艣my na ulicy Zamarstynowskiej. Kilka颅na艣cie os贸b w jednym pokoju. Po dwie, trzy osoby w jednym 艂贸偶ku, pod艂oga za艣cielona legowiskami. Codzienne rozmowy o pracy, kt贸ra dawa艂a szans臋 prze偶ycia, walka o otrzymanie kolejnych piecz膮tek w tzw.
鈥瀓udenkartach”, kt贸re pozwala艂y na d艂u偶szy pobyt, ratowa艂y przed
鈥炁俛pank膮”. G艂贸d, kontrybucje, wszy, trupy.

Nie mog艂em usiedzie膰 w do颅mu. Goni艂em po ulicach, handlowa艂em, czym mog艂em, jarzyny, kartofle, drewno, buraczana marmolada, chleb. Nie…, nie by艂em szmuglerem, wszystko, co robi艂em, odbywa艂o si臋 wewn膮trz getta. Cz臋sto przychodzi艂em posiniaczony, pokrwawiony – niejedna gumowa pa艂ka mnie dosi臋g艂a.

A w og贸le nie musia艂em tego wszystkiego robi膰. Byli艣my jeszcze lud藕mi bogatymi. Starali艣my si臋 prowadzi膰 jaki taki dom. Ale mnie smakowa艂a buraczana marmolada, fasowana we wiadrach, gliniasty, ciemny chleb.

Zakocha艂em si臋 w dziewczynie z naszego pi臋tra. Nazywa艂a si臋 Ania. Gonili艣my razem, a wieczorami siedzieli艣my na schodach i trzymali艣my si臋 za r臋ce. W sierpniu 1942 r. powiesili j膮 i ca艂膮 jej rodzin臋 ko艂o skarpy kolejowej. Podobno co艣 tam znale藕li w jej mieszkaniu. P艂aka艂em d艂ugo. Mia艂em zaledwie dziesi臋膰 lat.

Zacz臋艂a si臋 tzw. 鈥瀉kcja”. T艂umy policji niemieckiej, ukrai艅skiej, polskiej, 偶ydowskiej. Ojciec wepchn膮艂 mnie w kolumn臋 ustawiaj膮cych si臋 do pracy poza gettem. Matk臋 r贸wnie偶. Nie mieli艣my 偶adnych dokumen颅t贸w. Szli艣my w stron臋 jednej z bram getta, kt贸ra znajdowa艂a si臋 podkolejow膮 skarp膮. T艂um pcha艂 mnie do przodu… i jako艣 mnie przepchni臋to. Matk臋 r贸wnie偶. Matka i ja mieli艣my na szyi zawieszone poka藕ne pakunki z nasz膮 bi偶uteri膮, z艂otem i jeszcze czym艣 tam.

Ojciec m贸j pracowa艂 w tartaku – du偶ym przedsi臋biorstwie na ulicy Lenartowicza. Wprowa颅dzono nas tam i schowano w艣r贸d poka藕nych stert desek. Przedtem jeszcze oddali艣my mu nasze pakunki. Siedzieli艣my w艣r贸d tego drzewa kilkana艣cie godzin. Mieli艣my troch臋 chleba, a deszcz贸wk膮 gasili艣my pragnienie. Ojciec mimo umowy nie wraca艂. Zdecydowali艣my si臋 wyj艣膰 z kryj贸wki. Dowie颅 dzieli艣my si臋, 偶e ojca zabra艂a policja. Zostali艣my sarni. Bez pieni臋dzy, bez godnych zaufania znajomych, bez 偶adnej nadziei na jutro.

Matka po颅 stanowi艂a wr贸ci膰 na ulic臋 Sobieskiego, do domu, gdzie dawniej mieszkali艣颅my, gdzie mieszka艂a te偶 zaprzyja藕niona z nami pani J. F. By艂a to decyzja niebezpieczna, bowiem wszyscy nas tam znali, ale byli艣my bez wyj艣cia. Przyj臋to nas bez entuzjazmu, ale serdecznie. Matk臋 umieszczono za szaf膮 stoj膮c膮 sko艣nie w rogu jednego z pokoi. Dla mnie znaleziono schowek w klozecie. Nad drzwiami do WC by艂a du偶a wn臋ka, w kt贸rej prze颅chowywano bali臋 do prania i r贸偶ne szparga艂y. Wygospodarowano tam kawa艂ek miejsca od strony ust臋pu, zamaskowano sprz臋tem gospodar颅czym…, no i siedzia艂em tam godzinami.

Nasza gospodyni by艂a Ukraink膮, brat jej s艂u偶y艂 w armii niemieckiej, prowadzi艂a o偶ywione 偶ycie towarzyskie – kolacje trwa艂y cz臋sto do samego rana. Wszyscy za艣 korzystali bez przerwy z klozetu. Jak na z艂o艣膰.

Pewnego dnia zjawi艂 si臋 m贸j ojciec. Pad艂 ofiar膮 donosu i szanta偶u, zabrano nam ca艂y maj膮tek. Podczas konwoju do obozu Janowskiego i postoju na cmentarzu 偶ydowskim ojcu uda艂o si臋 zbiec. Rodzice ustalili, 偶e musz膮 si臋 rozsta膰. Ojciec wyjecha艂 do Jaworowa, gdzie prze偶y艂 okupacj臋.

Po kilkunastu dniach zdecydowali艣my si臋 opu艣ci膰 mieszkanie. By艂o zbyt niebezpieczne. Aby jednak opisa膰 nast臋pne miejsce naszego pobytu, musz臋 cofn膮膰 si臋 o kilkana艣cie lat wstecz. Jeden z cz艂onk贸w naszej rodziny przyj膮艂 chrzest i o偶eni艂 si臋 z m艂od膮, 艂adn膮, spolszczon膮 Niemk膮. P贸藕niej dosz艂o do rozwodu. Od czasu do czasu utrzymywali艣my z nimi kontakty.

Matka postanowi艂a u niej szuka膰 pomocy. Pani 鈥濵” – ciotka, jak j膮 nazywa艂em, mieszka艂a sama, by艂a tzw. 鈥瀝eichsdeutschem” – przyj臋艂a nas sympatycznie. Ustalono, 偶e mnie nie mo偶na pokazywa膰, matka za艣 musi na ca艂y dzie艅 opuszcza膰 mieszkanie. Przedtem jeszcze pr贸bowano zrobi膰 ze mnie dziewczynk臋. W艂osy, brwi i rz臋sy ufarbowano na czarno, przebrano mnie w sukienki, biust troch臋 wypchano. Efekty by艂y fatalne. By艂em kredowo blady, do tego piegowaty. Czer艅 w艂os贸w podkre艣la艂a jeszcze moj膮 blado艣膰.

Zapakowano mnie wi臋c pod 艂贸偶ko. Le偶a艂em pod tym 艂贸偶kiem oblepiony 艣mierdz膮cymi pluskwami, kt贸re t艂uk艂em, ile wlezie, le偶a艂em sparali偶owany strachem, bezruchem, skr臋caj膮c si臋 z b贸lu brzucha, p臋cherza. Cz臋sto za艂atwia艂em si臋 pod siebie. W pokoju stale si臋 co艣 dzia艂o. Widzia艂em r贸偶nego rodzaju buty: 偶o艂nierskie, oficerskie, jakie艣 le偶膮ce spodnie, fragmenty mundur贸w. Nade mn膮 za艣 艂贸偶ko wyprawia艂o przer贸偶颅ne harce – wygina艂o si臋 rytmicznie, skaka艂o. By艂em przera偶ony. Do tego ta ci膮g艂a niemiecka mowa, kt贸rej ka偶de s艂owo przenosi艂o mnie ze strachu na tamten 艣wiat.

Wieczorami nasz dom stawa艂 si臋 spokojny. Matka przychodzi艂a, ciotka spokojnie odpoczywa艂a – by艂 bia艂y chleb i mar颅molada. Matka orientowa艂a si臋 ju偶 we wszystkim – ja nie bardzo. By艂em pe艂en wszy. Gnie藕dzi艂y si臋 wsz臋dzie – w odzie偶y, w艂osach. Zlewano mnie gor膮c膮 wod膮, jakim艣 octem. P贸藕niej czyni艂y to panie. A gdy ju偶 w艂azili艣my do naszych legowisk, rozpoczyna艂a si臋 codzienna, beznadziejna walka z pluskwami.

Tak mija艂y tygodnie. Przyzwyczai艂em si臋 do mojego schow颅ka, a czynione obserwacje poszerza艂y moj膮 wiedz臋 o 偶yciu. By艂o to najbezpieczniejsze miejsce w ca艂ym kraju. Pod 艂贸偶kiem u niemieckiej kurwy.

Pewnego dnia w mieszkaniu ciotki zjawi艂a si臋 niemiecka kontrola sanitarna. Okaza艂o si臋, 偶e zosta艂a podana jako kontakt choroby wenerycz颅nej. Uciekli艣my ze strachem, nie wiedz膮c zreszt膮, gdzie i do kogo.

Matka podczas swoich w臋dr贸wek zaprzyja藕ni艂a si臋 ze starsz膮 pani膮 mieszkaj膮c膮 przy ko艣ciele Karmelit贸w. Udali艣my si臋 do niej i zostali艣my przyj臋ci. Po paru dniach moja matka zachorowa艂a. Wezwany lekarz stwierdzi艂 tyfus, a za op艂at膮 zgodzi艂 si臋 nie zg艂asza膰 tego w艂adzom. Mnie rano chowano do szafy, m贸wi膮c naszej gospodyni, 偶e poszed艂em do szko艂y.

Zbli偶a艂y si臋 艣wi臋ta Wielkanocne, wszyscy chodzili do ko艣cio艂a. Nasza gospodyni zabra艂a mnie na Msz臋 艢w. Sta艂em w ko艣ciele w t艂umie ludzi, zesztywnia艂y ze strachu, automatycznie kl臋ka艂em, wstawa艂em, mamrota艂em modlitwy. Wydawa艂o mi si臋, 偶e wszyscy patrz膮 na mnie.

Nagle kobiecy dono艣ny g艂os zawo艂a艂: 鈥炁粂d jest w ko艣ciele!”. Zrobi艂o si臋 zamieszanie. Zacz膮艂em przepycha膰 si臋 w stron臋 zakrystii. Topografi臋 ko艣cio艂a zna艂em bardzo dobrze. Wypad艂em tylnym wej艣ciem i uciek艂em do naszego pokoiku. Zdecydowali艣my si臋 na ucieczk臋. Towarzyszy艂a nam m艂oda, ukrai艅ska dziewczyna – zaprzyja藕niona z nami s膮siadka. Na ulicy zawsze szli艣my osobno. Porozumiewali艣my si臋 um贸wionym gwizdem.

Na ulicy matka zemdla艂a. Wniesiono j膮 do bramy – ja obserwowa艂em wszystko z daleka. Jaka艣 kobieta wzi臋艂a nas do swego mieszkania. Powiedzieli艣my jej, 偶e przyjechali艣my z Wo艂ynia , sk膮d wysiedlano Polak贸w. Na mnie patrzono podejrzliwie, ale matka moja ze swoimi blond w艂osami, b艂臋kitnymi oczyma i lekko 艣piewnym ruskim akcentem rozwia艂a w膮tpliwo艣ci.

Po dw贸ch dniach musieli艣my opu艣ci膰 nasze schronienie. Matka zdecydowa艂a si臋 pojecha膰 do ojca, kt贸ry jako stolarz pracowa艂 w tartaku oddalonym od Lwowa blisko siedemdziesi膮t kilometr贸w. Ja mia艂em z Hani膮, nasz膮 ukrai艅sk膮 opiekunk膮, pojecha膰 na wie艣, do jej rodzic贸w.

Wed艂ug metryki nazywa艂em si臋 w贸wczas Bazyli Szczepa艅ski. Jechali艣颅my poci膮giem, p贸藕niej kilka kilometr贸w szli艣my piechot膮. Znalaz艂em si臋 w 艣rodku ukrai艅skiej wsi. Wszyscy mnie ogl膮dali, szeptali co艣. Siedzia艂em za sto艂em i jad艂em makowiec z mas艂em i serem. By艂 wspania艂y, ale trudno go by艂o prze艂kn膮膰.

W nocy obudzono mnie. Izba pe艂na by艂a ch艂op贸w. Hania p艂aka艂a, a mnie kazano 艣ci膮gn膮膰 portki. Patrzono, patrzono – p贸藕niej kazano zm贸wi膰 pacierz. Modlitwy zna艂em tak doskonale, 偶e mog艂em recytowa膰 je od ty艂u. Ale ludzie nie byli przekonani. Hania zabra艂a mnie i ruszyli艣my przed siebie. W臋drowali艣my wiosenn膮 noc膮, nad ranem doszli艣my do innej wsi. Ukryty zosta艂em w stodole z sianem. Le偶a艂em tu przez trzy dni. Hania przychodzi艂a wieczorem, przynosi艂a mi jedzenie. K艂ad艂a si臋 obok mnie, pie艣ci艂a, ca艂owa艂a po nogach. Ca艂y czas szepta艂a po rusku 鈥瀙owiedz, powiedz, 偶e艣 ty nie jest 呕yd”. Zapewnia艂em j膮 solennie, 偶e nie.

Musieli艣my wraca膰 do Lwowa. Z matk膮 um贸wieni byli艣my na okre艣lony dzie艅 i godzin臋 w zau艂ku ko艂o G艂贸wnego Dworca. Czeka艂em wraz z Hani膮, kochaj膮c膮 mnie opiekunk膮. By艂o wczesne popo艂udnie
– wok贸艂 ludzie. Nagle us艂ysza艂em okrzyk:鈥炁粂d!”. Wok贸艂 mnie zacz臋艂a gromadzi膰 si臋 grupa wyrostk贸w, zacz臋to rzuca膰 w nas kamieniami, s艂owo 鈥炁粂d” pojawia艂o si臋 coraz cz臋艣ciej, g艂o艣niej.

Nagle z t艂umu wy艂oni艂a si臋 moja matka. Zacz臋li艣my si臋 wycofywa膰 ze skweru, a banda ch艂opak贸w za nami. Do艂膮czali si臋 doro艣li. Kto艣 sprowadzi艂 ukrai艅skiego milicjanta, zjawi艂 si臋 niemiecki 偶o艂nierz – wartownik z pobliskiego posterunku. Prowadzono nas 艣rodkiem ulicy Pierackiego. Sytuacja by艂a jasna – zmie颅rzali艣my w kierunku ulicy Janowskiej, a tam ju偶 wiadomo co. Ob贸z. Ludzie patrzyli na nas bez wzruszenia. Pami臋tam ten wzrok aprobuj膮cej ciekawo艣ci.

Grupa ch艂opak贸w otacza艂a nas, ale coraz mniejsza. Niemiecki wartownik wr贸ci艂 na swoje stanowisko. Matka i Hania zacz臋艂y prosi膰 ukrai艅skich milicjant贸w, aby nas pu艣cili. Wcisn臋艂a im obr膮czk臋 艣lubn膮, pier艣cionek i reszt臋 pieni臋dzy. Hania w艂膮czy艂a si臋 ze swoim ukrai艅skim 偶yciorysem. Milicjanci byli niepewni. Byli艣my ju偶 tylko sami – niedaleko od obozu na ulicy Janowskiej. Przewa偶y艂a chyba Hania i jej wiarygodno艣膰. Nagle milicjanci znikn臋li, a i my biegiem umkn臋li艣my mi臋dzy wagony pobliskich bocznic kolejowych.

Uradzili艣my, 偶e wracamy do naszego niedawnego mieszkania przy ko艣ciele Karmelit贸w, do naszej 鈥瀊abci”. Zostali艣my przyj臋ci. Opowiadali艣my jakie艣 bujdy o 艣wi膮tecznym pobycie u rodziny, o sprawach, kt贸re mamy jeszcze poza艂atwia膰 i jako艣 to posz艂o. Te par臋dziesi膮t minut, kiedy wraz z matk膮 i Hani膮 szed艂em przez ulice eskortowany do obozu w艣r贸d t艂um贸w, krzyk贸w i kamieni, pami臋ta艂em wiele lat…

Hania gdzie艣 si臋 ulotni艂a, zostali艣my sami. Aby uwiarygodni膰 nasze opowie艣ci, wstawali艣my skoro 艣wit i opuszczali艣my nasz pokoik. Nie mieli艣my gdzie p贸j艣膰. Ulica by艂a podejrzliwa i zdecydowanie wroga. Wybrali艣my cmentarz 艁yczakowski. Tutaj raniutko starali艣my si臋 znale藕膰 jaki艣 zaniedbany gr贸b, najcz臋艣ciej na uboczu i porz膮dkowali艣my go solidnie. Przenosili艣my si臋 z miejsca na miejsce. Na szcz臋艣cie cmentarz by艂 bardzo rozleg艂y.

Znale藕li艣my gr贸b z p艂yt膮, kt贸r膮 mo偶na by艂o 艂atwo przesun膮膰. Wewn膮trz by艂o do艣膰 du偶o miejsca. Ukradkiem nanie艣li艣my tam mas臋 ga艂臋zi i li艣ci. W艂azi艂em tam, kiedy matka wychodzi艂a do miasta. W grobowcu by艂o bezpiecznie, spokojnie, wygodnie. Przesta艂em si臋 ba膰. By艂o lato. Zdecydowali艣my pozosta膰 na cmentarzu kilka nocy, a w domu o艣wiadczy膰, 偶e wyje偶d偶amy do rodziny.

Stawali艣my si臋 przez to bardziej wiarygodni dla naszych gospodarzy. Noce na cmentarzu by艂y spokojne. Nie by艂o duch贸w, strach贸w, trup贸w – tego wszystkiego, co prze艣ladowa艂o nas dotychczas. Mija艂y tygodnie. Wprawdzie wchodzili艣my na cmentarz r贸偶nymi bramami, ale kilkakrotnie zetkn臋li艣my si臋 z tymi samymi osobami.

Uznali艣my to za niebezpieczne, i matka zdecydowa艂a si臋 zmieni膰 nasz膮 kryj贸wk臋. Nie by艂o to 艂atwe. Nie mieli艣my znajomych, brakowa艂o pieni臋dzy. Mama odgrzeba艂a w pami臋ci nasz膮 dawn膮 pokoj贸wk臋, kt贸ra przed laty deklarowa艂a si臋 z pomoc膮. Nazywa艂a si臋 Ry艣ka, by艂o zezowata i bardzo niechlujna. Ale to dawne czasy. Teraz by艂a najpi臋kniejsza. Przyj臋艂a nas i obieca艂a pom贸c. Po pewnym czasie otrzymali艣my adres osoby, kt贸ra zdecydowa艂a si臋 nas wzi膮膰 do siebie. Nie by艂o ju偶 偶adnego udawania, wiadomo, kim jeste艣my i za ile.

Parterowe mieszkanie -pok贸j z kuchni膮, ulica Na Bajkach. W艂a艣cicielk膮 okaza艂a si臋 do艣膰 sympatyczna krawcowa, wdowa, z pi臋tnastolet颅nim synem Mietkiem. W mieszkaniu znajdowa艂a si臋 pracownia krawiecka. Co chwila kto艣 wchodzi艂, wychodzi艂

Nale偶a艂o nas jeszcze dodatkowo ukry膰. W pokoju sta艂o ogromne ma艂偶e艅skie 艂o偶e. Pe艂ne pierzyn i poduszek, przykryte drewnian膮 ram膮, kt贸ra nadawa艂a mu kszta艂t. I w艂a艣nie tam, mi臋dzy tymi poduchami, zdecydowano si臋 zrobi膰 schowek. Le偶eli艣my z matk膮 za艣cieleni w jednym 艂贸偶ku, nieprzytomni z gor膮ca i zaduchu, zdr臋twiali z bezruchu. Problem potrzeb fizjologicznych sta艂 si臋 bolesnym, niewyobra偶alnym koszmarem. Mia艂em wyuczony spos贸b wstrzymywania si臋 od swoich naturalnych potrzeb – ale cz臋sto nie udawa艂o si臋.

Po kilku tygodniach ub艂agali艣my gospodyni臋, aby nas przeniesiono gdzie indziej. Niestety nie by艂o gdzie. Pok贸j by艂 ma艂y, zagracony. Zdecydowano, 偶e b臋dziemy le偶eli pod 艂贸偶kiem. Nawet si臋 z tego ucieszy艂em, mia艂em ju偶 wpraw臋. W艂azili艣my pod 艂贸偶ko, zasuwali艣my kufry i walizy, tworzy艂a si臋 ma艂a wn臋ka z nocniczkiem i poduszk膮. Mo偶na by艂o oddycha膰. Pok贸j by艂 zawsze pe艂en klientek – nikt si臋 nie spodziewa艂, 偶e w tym pomieszczeniu znajduje si臋 dwoje 呕yd贸w. Raz tylko jaki艣 piesek obszczekiwa艂 gwa艂townie nasz schowek, ale nie m贸g艂 przebi膰 si臋 przez mur walizek.

P贸藕nym wieczorem wychodzili艣my z naszej kryj贸wki.Chodzili艣my po mieszkaniu na czworakach. Wyprostowanie si臋 by艂o niebezpieczne – m贸g艂 nas kto艣 zobaczy膰 przez parterowe okno. Tak monotonnie, ale spokojnie mija艂y tygodnie. Systematycznie zjawia艂 si臋 nasz dobry znajomy, dawny s膮siad, u kt贸rego mieli艣my cz臋艣膰 rzeczy na przechowaniu i kt贸ry op艂aca艂 nam pobyt.

Pewnego popo艂udnia do mieszkania naszej gospodyni wesz艂o dw贸ch ukrai艅skich milicjant贸w z karabinami. Bez 偶adnych ceregieli wyci膮gn臋li nas z ukrycia i nie zwracaj膮c uwagi na nasze metryki i 艂zy kazali zbiera膰 si臋 do wyj艣cia. Po chwili zacz臋艂y si臋 pertraktacje, pro艣by, w wyniku kt贸rych przystano na okup. Poniewa偶 nie mieli艣my przy sobie 偶adnych pieni臋dzy, zgodzono si臋 na wypuszczenie matki, ja za艣 zosta艂em jako zastaw.

Matka wkr贸tce zjawi艂a si臋 – przynios艂a, co trzeba. Milicjanci kazali nam opu艣ci膰 mieszkanie i ucieka膰, po czym sami znikn臋li. Ub艂agali艣my nasz膮 gos颅podyni臋, aby zezwoli艂a nam pozosta膰 na noc. Zdawali艣my sobie spraw臋 z niebezpiecze艅stwa, jakie nam grozi, ale ulica by艂a jeszcze bardziej niebezpieczna. Zostali艣my. W nocy matka, myszkuj膮c w kuchni, znalaz艂a w schowku naszej gospodyni cz臋艣膰 pieni臋dzy z naszego okupu. Te same pi臋膰setki, r贸wno pouk艂adane. Sta艂o si臋 dla nas jasne, 偶e wszystko, co prze偶yli艣my, by艂o zaplanowane, uzgodnione, zwyczajny szanta偶.

Raniutko uciekli艣my z naszego mieszkania. Znowu cmentarz, znowu m贸j, a raczej nasz schowek – znowu kawa艂ek nieba przebijaj膮cy si臋 przez niezasuni臋t膮 p艂yt臋 grobowca. Przesiedzieli艣my tak kilka dni. Matka wychodzi艂a w okoli颅c臋, przynosi艂a jedzenie, szuka艂a kontakt贸w. Pewnego dnia wr贸ci艂a z wiado颅mo艣ci膮, 偶e kto艣 tam zgodzi艂 si臋 wpu艣ci膰 mnie do mieszkania, kt贸rego w艂a艣ciciele na pewien czas wyjechali zostawiaj膮c klucze. Zgodzono si臋 tylko na mnie.

Znalaz艂em si臋 w ogromnym mieszkaniu z obrazami, dywanami, pokrowcami na meblach. Na kartce mia艂em napisane, czego mi nie wolno czyni膰. Mia艂em nie chodzi膰, nie rusza膰 si臋, nie u偶ywa膰 gazu,
wody, 艣wiat艂a, klozetu, 艂azienki. Spa膰 mia艂em na pod艂odze, zbli偶anie si臋 do okien, balkonu by艂o podw贸jnie zakazane. Mia艂em by膰 nie偶ywy. I tak ledwo 偶y艂em.

Czyni艂em to, co mi kazano. Co par臋 dni rano znajdowa艂em jedzenie i kartk臋 od matki. Mija艂y tygodnie. Woko艂o 偶ywej duszy. Gada艂em sam do siebie. Marzy艂em, aby popatrze膰 na ulic臋. Czyta艂em jakie艣 stare gazety, kalendarze. Przy oknie sta艂a szafa. Stwierdzi艂em, 偶e gdy na ni膮 wejd臋 i nakryj臋 si臋 kocem, mog臋 niezauwa偶ony obserwowa膰 ulic臋. I rzeczywi艣cie. Moje 偶ycie sta艂o si臋 interesuj膮ce i barwne. Le偶a艂em na tej mojej szafie, s艂oneczko 艣wieci艂o, by艂o ciep艂o. Patrzy艂em i marzy艂em. Pewnego popo艂udnia zasn膮艂em i zlecia艂em z szafy.

Oprzytomnia艂em po chwili. Wieczorem przyszli moi opiekunowie, w bramie czeka艂a ju偶 matka – odebra艂a mnie i tak zako艅czy艂 si臋 jeden z etap贸w mojego ukrywania si臋. Przez kilka dni mieszkali艣my w prywatnych pokojach wynajmowanych przez kolejarzy. Przychodzili艣my wieczorem, pokoje by艂y pe艂ne chrapi膮颅cych handlarzy – ja w we艂nianej chu艣cie na g艂owie, matka te偶; natychmiast na wyro – do k膮ta. Skoro 艣wit opuszczali艣my schronisko i na cmentarz.

Dwa razy natkn臋li艣my si臋 na szmalcownik贸w. Jako艣 si臋 uda艂o, tym bardziej, 偶e i oni nie byli pewni, czy trafili na w艂a艣ciwy obiekt. M贸j absolutnie 偶ydowski wygl膮d neutralizowa艂a matka swoj膮 a ryjsko艣ci膮.

Zdecydowali艣my si臋 wr贸ci膰 do mieszkania na ulicy Na Bajkach. Mimo faktu, 偶e w艂a艣nie tam dokonano na nas szanta偶u, 偶e zamieszana w to by艂a nasza gospodyni, matka postanowi艂a jej zaufa膰. Zgodzono si臋 nas przyj膮膰. Znowu potoczy艂o si臋 wszystko jak dawniej. Schowek pod 艂贸偶kiem, wieczorne spacery na czworakach, ws艂uchiwanie si臋 w wiadomo艣ci fron颅towe.

Opanowa艂o nas szale艅stwo modlitw. R贸偶ne ojcze nasz, nowenny, roraty, pie艣ni religijne, r贸偶a艅ce, obrazki 艣wi臋te. Trwa艂o to godzinami, ba, dniami. Gospodyni przyjmowa艂a to z aprobat膮. Cz臋sto sama bra艂a w tym udzia艂, cz臋sto z synem.

Na s膮siedniej ulicy znaleziono ukrywaj膮cych si臋 呕yd贸w. Wszystkich wraz z gospodarzami zabrano. Gospodyni nasza by艂a blada, przestraszona. Chcieli艣my odej艣膰 od niej. Powiedzia艂a, aby艣my zostali. Wybaczyli艣my jej wtedy ca艂膮 histori臋 z ukrai艅sk膮 milicj膮 i wsp贸艂颅udzia艂 w szanta偶u.

Zbli偶a艂 si臋 front. Na Wo艂yniu i Podolu zacz臋艂y si臋 polsko-ukrai艅skie pogromy. Do Lwowa i okolic zje偶d偶a艂y dziesi膮tki uciekinier贸w z pacyfiko颅wanych przez ukrai艅skich nacjonalist贸w polskich wiosek.

By艂 marzec 1944 r. Pewnego dnia do naszej gospodyni zapuka艂a jaka艣 daleka rodzina jej m臋偶a. Po chwili by艂o nas ju偶 siedem os贸b, wraz z gospodarzami dziewi臋膰. Zacz臋li schodzi膰 si臋 s膮siedzi, by ogl膮da膰 uciekinier贸w, pogada膰. Nie mogli艣my si臋 jako艣 d艂u偶ej ukrywa膰. Matka w chu艣cie bra艂a udzia艂 w rozmowach, wspominkach – ze mnie zrobiono chorego. Le偶a艂em w 艂贸偶ku, zawini臋ty po oczy, obok mnie troje zasmarkanych, zabiedzonych ch艂opak贸w. Nikt od nas nic nie chcia艂. Co chwil臋 kto艣 g艂aska艂 mnie przez chust臋, kt贸ra zakrywa艂a mnie ca艂ego. W chaosie, kt贸ry zapanowa艂, nikt na nikogo nie zwraca艂 uwagi. Po kilkunastu dniach wszystko si臋 uspokoi艂o. Ludzie rozjechali si臋. My oficjalnie te偶, a faktycznie wr贸cili艣my na nasze miejsce pod 艂贸偶kiem.

Zbli偶a艂 si臋 front. Zacz臋艂y si臋 bombardowania miasta. Mieszkali艣my w okolicy Dworca G艂贸wnego i na pograniczu tzw. Niemieckiej Dzielnicy. By艂 to rejon szczeg贸lnego zagro偶enia. Podczas cz臋stych nalot贸w dom pustosza艂 – wszyscy uciekali do piwnic. Siedzieli艣my p贸艂偶ywi ze strachu. Szcz臋ka艂em z臋bami jak karabin maszynowy. Po kolejnym nalocie i bom颅bie, kt贸ra spad艂a niedaleko naszego domu, postanowili艣my przenie艣膰 si臋 gdzie indziej.

Wyboru du偶ego nie mieli艣my – udali艣my si臋 do ko艣cio艂a Karmelit贸w. Nasza 鈥瀊abcia” przyj臋艂a nas. W piwnicznych lochach ko艣cio艂a koczowa艂y setki ludzi. Nie by艂o 艣wiat艂a – dla nas znaleziono niewidoczny k膮t. Poniewa偶 by艂o mroczno i ch艂odno, nikt nie zwraca艂 uwagi na ludzi zawini臋tych dla niepoznaki w r贸偶ne koce i chusty. Tak doczekali艣颅my 27 lipca 1944 r. Tak zako艅czy艂a si臋 nasza okupacja.

Ojciec m贸j uratowa艂 si臋, pracuj膮c ca艂y czas jako stolarz na 鈥瀉ryjskich papierach” w Jaworowie. Natomiast z ca艂ej pozosta艂ej mojej rodziny, zar贸wno ze strony Ojca jak i Matki, licz膮cej trzydzie艣ci pi臋膰 os贸b, nie odnalaz艂 si臋 nikt po zako艅czeniu wojny.

Na pocz膮tku 1945 r. zostali艣my repatriowani do Polski, do Krakowa. Kontynuowa艂em nauk臋 w szkole. Sz艂o mi dobrze. By艂o 艣wie偶o po okupacji i nie zawsze mo偶na by艂o znale藕膰 akceptacj臋 otoczenia. Dla moich szkolnych koleg贸w by艂em ci膮gle 鈥炁粂dkiem”. Nie potrafi艂em 艂adnie si臋 gimnastykowa膰, nie umia艂em z艂apa膰 pi艂ki. Moje mi臋艣nie by艂y wiotkie i jeszcze ci膮gle przestraszone. Zacz膮艂em samotnie 膰wiczy膰 wieczorami. Czyni艂em to w pocie czo艂a, z ogromnym samozaparciem. Moje niepozorne cia艂o zaczyna艂o p臋cznie膰 i nabiera膰 kszta艂t贸w. Wreszcie uda艂o mi si臋 wtopi膰 w klimat klasy. Sta艂em si臋 jednym z 鈥瀗ich”.

P贸藕niej by艂a matura, studia medyczne, wreszcie dyplom lekarza medycyny w 1957 r. Prac臋 rozpocz膮艂em w III Klinice Chor贸b Wewn臋trznych, nast臋pnie przenios艂em si臋 do innego miasta, w kt贸rym zreszt膮 przebywam do dzi艣.

Moja praca lekarza dawa艂a mi du偶o satysfakcji. W 1968 r. dosta艂em zwolnienie – przenios艂em si臋 na inne, mniej atrakcyjne stanowisko. Prze偶y艂em ci臋偶ki okres. Wytoczono przeciwko mnie spraw臋 prokuratorsk膮. Przes艂uchiwano wielu moich pacjent贸w. Koledzy przyjmowali moje perypetie ze wsp贸艂czuciem, nikt jednak nie by艂 w stanie mi pom贸c. Po kilku miesi膮cach wszystkie moje sprawy umorzono. By艂em zrehabilitowany i czysty. Pozosta艂 jednak osad prze偶ytych upokorze艅.

Dwukrotnie starali艣my si臋 o wyjazd do Izraela – za ka偶dym razem otrzymywali艣my odmow臋. P贸藕niej – choroba rodzic贸w i ich wiek wyklucza艂y opuszczenie kraju. We wszystkich sytuacjach, kt贸re tego wymaga艂y, akcentowa艂em sw贸j rodow贸d. Stara艂em si臋, aby poj臋cie
鈥炁粂d-Polak” czy te偶 鈥濸olak-呕yd” by艂o czym艣 normalnym. Nie zawsze mi si臋 to udawa艂o.

POS艁OWIE
Losy ludzi, kt贸rzy nam pomogli i z kt贸rymi stara艂em si臋 mie膰 kontakt, potoczy艂y si臋 r贸偶nie.

1. Moja 鈥瀋iotka”, Niemka M. R., uciek艂a z Niemcami. Po wojnie wr贸ci艂a na 艢l膮sk, zamieszka艂a w ma艂ym miasteczku, unika艂a z nami kontaktu, ale odnale藕li艣my j膮. Przed 艣mierci膮 ofiarowa艂a mi dziewi臋tnasto颅wieczne lustro, kt贸re jest dot膮d u mnie.

2. Pani J. F. 鈥 Ukrainka, u kt贸rej siedzia艂em schowany w klozecie, osiedli艂a si臋 w Bytomiu, zachorowa艂a na gru藕lic臋, leczona by艂a w Zakopa颅nem, mi臋dzy innymi by艂a pod moj膮 opiek膮.

3. W艂a艣cicielem pustego mieszkania, w kt贸rym siedzia艂em par臋 tygodni, okaza艂 si臋 lwowski nauczyciel, po wojnie w Warszawie pracownik etatowy KC. Pom贸g艂 mi przy staraniach o przyj臋cie na studia.

4. 鈥濨abcia” z ko艣cio艂a Karmelit贸w ewakuowa艂a si臋 wraz z ko艣cio艂em do Krakowa, gdzie opiekowali艣my si臋 ni膮 a偶 do 艣mierci.

5. Pani M. M., u kt贸rej mieszkali艣my na ulicy Na Bajkach, pozosta艂a we Lwowie, sk膮d p贸藕niej zosta艂a repatriowana do Polski gdzie艣 w okolice Lublina. Nie uda艂o si臋 nawi膮za膰 z ni膮 kontaktu.

6. Osob膮, kt贸ra krzykn臋艂a 鈥炁粂d jest w ko艣ciele!” podczas wielkopost颅nych nabo偶e艅stw, by艂a dwudziestoletnia dziewczyna – volksdeutschka pani J. S. mieszkaj膮ca na ulicy Sobieskiego i znaj膮ca mnie z widzenia. Zosta艂a wraz z ca艂膮 rodzin膮 aresztowana przez NKWD.

7. Nasz przedwojenny s膮siad, pan J. G., kt贸ry op艂aca艂 nam pobyt podczas ukrywania si臋 spieni臋偶aj膮c powierzone mu mienie, zamieszka艂 we Wroc艂awiu, gdzie zmar艂. Utrzymywali艣my z nim kontakty. Nie uda艂o mu si臋 sprzeda膰 portret贸w mojej rodziny oraz porcelanowej lampy i dywanu. Odda艂 nam te rzeczy, i do dzi艣 dnia pozostaj膮 one nadal moj膮 w艂asno艣ci膮.

do g贸ry

Strona 鈥瀂apis pami臋ci鈥
Stowarzyszenia
鈥濪zieci Holocaustu鈥
w Polsce.

Zrealizowano
dzi臋ki wsparciu Fundacji
im. R贸偶y Luksemburg
Przedstawicielstwo
w Polsce

ul. Twarda 6
00-105 Warszawa
tel./fax +48 22 620 82 45
dzieciholocaustu.org.pl
chsurv@jewish.org.pl

Koncepcja i rozwi膮zania
graficzne 鈥 Jacek Ga艂膮zka 漏
ex-press.com.pl

Realizacja
Joanna Sobolewska-Pyz,
Anna Ko艂aci艅ska-Ga艂膮zka,
Jacek Ga艂膮zka

Web developer
Marcin Bober
PROJEKTY POWI膭ZANE

Wystawa w drodze
鈥濵oi 偶ydowscy rodzice,
moi polscy rodzice鈥 moirodzice.org.pl

Wystawa sta艂a
鈥濵oi 偶ydowscy rodzice,
moi polscy rodzice鈥
w Muzeum Walki
i M臋cze艣ntwa w Treblince
treblinka-muzeum.eu
Strona 鈥瀂apis pami臋ci鈥
Stowarzyszenia
鈥濪zieci Holocaustu鈥
w Polsce.

Zrealizowano
dzi臋ki wsparciu Fundacji
im. R贸偶y Luksemburg
Przedstawicielstwo
w Polsce
Koncepcja i rozwi膮zania
graficzne 鈥 Jacek Ga艂膮zka 漏
ex-press.com.pl

Realizacja
Joanna Sobolewska-Pyz,
Anna Ko艂aci艅ska-Ga艂膮zka,
Jacek Ga艂膮zka

Web developer
Marcin Bober
PROJEKTY POWI膭ZANE

Wystawa w drodze
鈥濵oi 偶ydowscy rodzice,
moi polscy rodzice鈥 moirodzice.org.pl

Wystawa sta艂a
鈥濵oi 偶ydowscy rodzice,
moi polscy rodzice鈥
w Muzeum Walki
i M臋cze艣ntwa w Treblince
treblinka-muzeum.eu