audio: 1

Rut Leisner

A jednak cud się zdarzył 

Wspomnienie czyta Dorota Liliental

Mój ojciec, Nachum Katz, urodził się w polskim Będzinie w 1899 r., zmarł zaś w Sydney, w Australii w 1978 r. Jako młody chło­pak służył w armii polskiej podczas I wojny światowej. Zdobył liczne odznaczenia i medale, z których najważniejszym był krzyż „Virtuti Militari”. Należał do nielicznej grupki Żydów odznaczo­nych najwyższym w Polsce odznaczeniem za męstwo na polu wal­ki. 

Order ów, którego miniaturę zawsze nosił w klapie marynarki, w następnych latach otwierał mu drzwi wielu instytucji, zamknię­tych zwykle dla Żyda. Jeszcze podczas pobytu w armii, gdy stacjo­nował w Wilnie, był jednym z kilku Żydów przyjmowanych w za­możnym domu, w majątku zwanym „Kotłowka”, jakieś siedem ki­lometrów od miasta, własności rodziny Orzechowskich.

Rodzina Orzechowskich liczyła siedmioro dzieci, 5 córek i 3 sy­nów. Przez wiele lat utrzymywali oni mieszkanie w mieście, gdzie dzieci chodziły do szkół, po dwoje i troje zależnie od ich wieku. Przypadkowa znajomość, jaką mój ojciec zawarł z tą rodziną, do­prowadziła do jego związku, dwanaście lat później, z czwartą z ko­lei z ich córek – Bertą, moją matką, urodzoną w Wilnie w 1910 r.

Po zawarciu małżeństwa, matka przeprowadziła się do Będzi­na, gdzie ojciec miał już mieszkanie i zajęcie, ale nie czuła się tam dobrze, ciągle bowiem tęskniła za rodziną. Ojcu niezmiernie podob­ał się styl życia moich dziadków-ziemian – tak bardzo, że zdecy­dował w końcu spróbować swoich sił w rolnictwie, tyle że na większą skalę.

Za pośrednictwem agenta nieruchomości znalazł się ma­jątek należący do rodziny szlacheckiej, mieszkającej w Warszawie, wystawiony na sprzedaż. Zajmował się nim zarządca, ale dobra były źle administrowane i popadały w ruinę. Ojciec rozpoczął ne­gocjacje w sprawie kupna tego majątku, co nie było wcale łatwe, jako że Żydom nie pozwalano na zakup lub posiadanie własnej ziemi. To, że ojcu w końcu się powiodło, zawdzięcza po części swym wojennym zasługom, po części zaś interwencji i poparciu bliskiego przyjaciela mego dziadka, Polaka i wielkiego właściciela ziemskiego.

Tak więc, w 1933 r., w niecały rok po ślubie, rodzice przenieśli się z Będzina do posiadłości pod Wilnem. Dobra, o nazwie Godu­lin, leżały 28 kilometrów od Wilna, przy głównej trasie łączącej Wilno z Kownem i 4 kilometry od najbliższej miejscowości, Mej­szagoła, miasteczka prowincjonalnego i siedziby lokalnych władz z ratuszem, posterunkiem policji, gmachem poczty i przystankiem autobusowym. Istniała tam liczna, nieźle sytuowana, społeczność żydowska.

Godulin zajmował spory obszar, sady owocowe, pola uprawne, własny las i zabudowania gospodarcze z obszerną rezydencją. W Godulinie żyło na stałe jedenaście rodzin chłopskich pracujących w majątku. Rolnictwo w tej części Polski było w owym czasie bardzo zaco­fane. Ojciec, energiczny i zdolny, od razu wprowadził wiele zmian – zmechanizował uprawy, zastosował nowoczesne metody, popra­wił warunki życia pracowników.

W ciągu kilku lat Godulin stał się gospodarstwem wzorowym w całej okolicy i całkiem dochodo­wym. Stał się znany z doskonałych koni, które mój ojciec hodował i z których był niezmiernie dumny. Jak daleko sięgam pamięcią ojciec opowiadał nam historie związane ze swoimi ulubionymi koń­mi. Gdy Hitler napadł na Polskę w 1939 r,. wszystkie konie ojca za-­ rekwirowało wojsko. Godulin miał także byka czempiona, stada mlecznych krów, nie wspominając już o innych płodach ziemi.

Mój ojciec zdobył sobie powszechny szacunek, podziw i sym­patię nie tylko wśród własnych pracowników, ale i wśród sąsia­dów, właścicieli ziemskich, i znany był w całej okolicy jako Pan Katz. Był bardzo szczodry w stosunku do wielu chłopów w okolicy. Ponieważ mój ojciec zawsze ich wspomagał, wielu przychodzi­ło podczas żniw i pracowało u niego po kilka dni, żeby okazać swoją wdzięczność.

Kiedy w środku 1941 r. armia Hitlera zajęła Wilno i całą okolicę, niemal natychmiast zaczęły się prześladowania ludności żydow­skiej, masowe, wręcz obłędne mordy. W czerwcu 1941 r. Wilno miało 80 tysięcy Żydów, w grudniu tegoż roku 60 tysięcy z nich już nie żyło.

Od chłopa do chłopa

Nasza ucieczka rozpoczęła się z chwilą, gdy oddział niemiecki skręcił z drogi do naszego majątku w poszukiwaniu żywności. W tym początkowym okresie zawdzięczaliśmy życie dwóm szerego­wym żołnierzom niemieckim. Weszli oni do naszego dornu żąda­jąc masła. Ojciec odezwał się do nich po niemiecku, co wzbudziło ich ciekawość i pytanie, kim jest i skąd zna niemiecki. Gdy ojciec odpowiedział i dodał:„Tak, jesteśmy Żydami”, żołnierze spojrzeli po sobie, wyszli na zewnątrz, wrócili po chwili i poradzili rodzi­com, żeby ukryli się szybko, bo ich dowódca jest „Judenfeind” [Wrogiem Żydów] i wykończy nas od razu. Przeciągnęli palcem po gardle, żeby nie było wątpliwości. Przerażeni rodzice chwycili nas i natychmiast wybiegli tylnymi drzwiami, potem przez sad, pola i las do najbliższego sąsiada.

Po kilku dniach, gdy Niemcy odeszli, wróciliśmy na krótko do Godulina. Kilka dni potem, a może kilka tygodni, rolnik i przyja­ciel z sąsiedztwa przyjechał do nas konno i  zawiadomił  rodziców, że właśnie wraca z zebrania rady miejskiej Mejszagoły, gdzie mówiono o likwidacji lokalnej społeczności żydowskiej.  Miało  to się stać w najbliższą sobotę. Powiedział moim rodzicom, że jakiś głos odezwał się z pytaniem: „A co z Katzem?”, na co odpowie­dziano: „Katz będzie ostatni!”.

Rodzice pośpiesznie spakowali nieco rzeczy, trochę biżuterii, o zmroku wymknęliśmy się z Godulina w lasy, opuszczając na za­ wsze nasz dom. Taki był początek naszej walki o życie.

Szliśmy tak długo, jak nasze nogi chciały nas nieść. Ojciec znał dobrze okolice i wybierał najodleglejsze gospodarstwa, żeby prosić o pomoc gospodarzy, zwłaszcza tych, którym sam pomagał, gdy tego potrzebowali. W ciągu pierwszych kilku miesięcy ukrywali­śmy się po najróżniejszych stodołach, oborach, poddaszach i wszelkiego rodzaju kryjówkach, ale bardzo często pozostawaliśmy na dworze. Musieliśmy ciągle być w ruchu, nikt bowiem nie chciał przyjąć nas na dłużej, a robiło się z dnia na dzień coraz zimniej.

W tym czasie ukrywaliśmy się w stodole starego i bardzo pry­mitywnego chłopa, który często się upijał, najczęściej w towarzy­stwie podobnych do siebie kompanów. Przedmiotem ich rozmów nieodmiennie byli Żydzi. W miarę upływu czasu, nasz „opiekun” stawał się coraz bardziej napastliwy, mnożąc obelgi i dzikie oskar­żenia pod adresem Żydów „Z wyjątkiem pana, panie Katz!”.

Rodzice żyli w coraz większym napięciu zdając sobie sprawę z wiszącego nad nimi niebezpieczeństwa. Obawiali się, że chłop mo­że nas zabić po pijanemu. Pewnej nocy opuściliśmy ukradkiem stodołę i wymknęliśmy się do lasu. Ale dokąd teraz pójść?

Nastały już mrozy i ziemia była wszędzie zlodowaciała. Ojciec przypomniał sobie, że gdzieś w okolicy znajdowała się chata leśni­ka, opuszczona lata temu. Szukając jej błąkaliśmy się godzinami po lesie, wreszcie znaleźliśmy ją, na pół rozpadłą ze starości. Dała nam jednak pewne schronienie przed zimnem.

Ojciec zostawiał nas tam w nocy, sarn zaś podchodził do różnych gospodarstw pro­sząc o pomoc. Wszyscy gospodarze odmawiali w obawie o życie swoje i swoich rodzin, bo przechowywanie Żydów karane było śmiercią. Nawet w najodleglejszych i najbardziej izolowanych obejściach wiedziano o siedmiu szubienicach w centrum Wilna, gdzie powieszono siedmiu chrześcijan za pomaganie Żydom. Cia­ła, z zawieszonymi na nich szerokimi tablicami, zostawiono, żeby wisiały długo jak ostrzeżenie.

Noc po nocy ojciec zostawiał nas i ruszał na poszukiwanie lep­szej kryjówki. Niektórzy mówili: „gdyby to chodziło tylko o was, ale dzieci…”. W końcu, były pracownik Godulina, właściciel małego gospodarstwa, zgodził się ukryć nas u siebie w jamie, w której przechowywano ziemniaki na zimę. Była to otwarta jama, gdzie mogliśmy tylko na wpół stać, na wpół kucać, przykryta z wierzchu gałęziami. Chłop przynosił nam co kilka dni chleba i zupy z kartofli, tak że pomimo straszliwego zimna, mogliśmy przeżyć jakiś czas. 

Po kilku tygodniach nasz chłop kazał nam odejść. Bał się przechowywać nas, ponieważ, jak twierdził, ktoś może zauważyć na świeżym śniegu ślady stóp zdradzające drogę do naszej kryjówki. Był to okres, gdy wielu polowało na Żydów, a każdego wykrytego mor­dowano na miejscu, wszystko jedno czym – ulubionym narzę­dziem była siekiera.

Znowu ojciec wychodził co noc do innych gospodarzy błagając o udzielenie schronienia. Stawało się coraz zimniej, a musieliśmy opuścić nawet tę jamę. Nie mieliśmy gdzie pójść, nie mówiąc już o straszliwym niepokoju, jaki ogarniał nas za każdym razem, gdy oj­ ciec wychodził. Jakoś czuliśmy się bezpieczniej będąc wszyscy ra­zem. Czasem jakiś chłop litował się nad nami i dawał schronienie i żywność na kilka dni. Jeśli mieliśmy szczęście, nasza kryjówka znaj­dowała się w stodole lub stajni, czy nawet w chlewie, najczęściej jednak było to na dworze w jakiejś jamie wykopanej w ziemi. 

Od jednej do drugiej kryjówki, czasem tygodniami, czasem miesiąca­ mi, zawsze wygłodzeni, brudni i przerażeni, ale wciąż żywi i ra­zem, dożyliśmy jakoś w ten sposób do połowy 1942 r., Wtedy rodzi­ce zrozumieli, że dłużej nie wytrzymają. Byli całkowicie wyczerpa­ni fizycznie, psychicznie i jedyne, co ich utrzymywało przy życiu, jeszcze dzień i jeszcze jeden dzień, to było rozpaczliwe pragnienie, niemal obsesja, żeby ocalić nas, dzieci, ocalić za wszelką cenę.

W tym czasie najstraszliwsze cierpienia stały się udziałem Ży­dów w Wilnie i całej okolicy, gdzie tysiące Żydów żyły w małych wspólnotach. Niemal natychmiast po zajęciu Wilna przez Niem-­ ców, dziesiątki tysięcy Żydów zostały wymordowane w najokrop­niejszy sposób i pogrzebane w masowych grobach, w lasach w miejscowości Ponary, kilka kilometrów od miasta. Reszta została spędzona i zamknięta w getcie.

Wśród pierwszych, których zabito podczas pierwszej fali mordów, była rodzina mojej matki. Wszyscy oni, z wyjątkiem nas, zgromadzili się w gospodarstwie mego dziadka, żeby być razem. W dzień Yom Kippur [Sądny Dzień] ro­ku 1941, rodzina matki, jej ojciec i matka, siostry, brat, kuzyni, ciotki, wujowie, siostrzenice, wszystkie dzieci, powinowaci, wszyscy młodzi i starzy, razem z wszystkimi Żydami z najbliższych 10-15 kilometrów zostali spędzeni w określone miejsca i stamtąd wywie­zieni na śmierć. 

Zostali wyprowadzeni pod lufami karabinów do małego lasu w miejscowości Wieliciany, zmuszeni do wykopania szerokiego rowu, rozebrania się i w końcu zostali wszyscy bezlito­śnie wymordowani. Podczas tego marszu na miejsce kaźni dopu­szczano się aktów najstraszliwszego okrucieństwa.

Mój biedny dziadek, Zelig, „,sprawiedliwy” (cadyk), który żył życiem czystym i pełnym miłości i współczucia dla innych ludzi, zmarł straszną śmiercią w drodze na Wieliciany, zachłostany na śmierć i pozostawiony tam, gdzie padł. Taki koniec spotkał tego wspaniałego i świętego człowieka, znawcę Talmudu – chochema [mędrca], który jako młody człowiek studiował pod kierunkiem sławnego Chaima Chafetza w jego znanej jesziwie w Radinie. Nie­chaj spoczywa w pokoju!

Żyliśmy zatem jak opisałam przez ponad rok, zawsze w stra­chu, zawsze wygłodzeni i nasłuchujący każdego szelestu. My, dzieci, zdawaliśmy się czuć i rozumieć powagę sytuacji, nie stawialiśmy żadnych pytań, nie prosiliśmy o nic, byliśmy cisi i po­ słuszni, potrzebowaliśmy tylko naszych rodziców.

Wkrótce jednak nawet ta egzystencja dobiegła końca. Tych kil­ku chłopów, którzy nie wiedząc jeden o drugim, pomagali nam, nie mogło czynić tego dłużej z obawy, że zostaną schwytani. Dru­ga katastrofa zagroziła rodzicom, gdy matka zorientowała się ja­koś, że jest w ciąży i to w zaawansowanym stadium. Jeden z chło­pów, przyjaciół ojca, powiedział mu, że poza gettem istniały ciągle obozy pracy i że znał on lokalizację jednego z takich obozów. Mat­ka, odziana jak wieśniaczka, poszła tam z owym chłopem i przeszła wzdłuż obozu, żeby się zorientować w możliwościach wejścia na jego teren. Był to pojedynczy drewniany barak z piętrowymi nagimi kojami, w których gnieździło się około 400 osób. Otoczony był drutem kolczastym, miał bramę i uzbrojonych strażników li­tewskich. Praca polegała na kopaniu torfu.

Pobyt w gestapo 

Rodzice zdecydowali, że podejmą próbę przeszmuglowania się do obozu wraz z grupą robotników i podzielenia losu innych. Obóz nazwany „Torfowiskiem”, leżał 14 kilometrów od getta i 30 kilometrów, od miejsca, w którym byliśmy. Tak więc nocami szli­śmy przez lasy, unikając dróg i zamieszkałych miejsc, w dzień ukrywaliśmy się w krzakach i na polach, aż dotarliśmy w końcu bezpiecznie do obozu i jakoś wkręciliśmy się do środka. Dzieci by­ły rzadkością, ale było tam ich kilkoro, tak więc mieliśmy szczęście, bowiem strażnicy zdawali się tolerować naszą obecność.

Jedynym budynkiem poza barakiem w obrębie drutów była szopa używana jako kuchnia, skąd wydawano dzienną porcję wodnistej zupy i ka­wałek chleba, oraz latryny. Rodzice pracowali wraz z innymi przy kopaniu torfu, po kolana w błocie, niemal bez jedzenia. My dzieci, trzymaliśmy się z dala od oczu strażników, żeby ich nie drażnić. Podczas dziesięciu miesięcy, które spędziliśmy w obozie, zaszło wiele cudownych i brzemiennych w skutki wydarzeń, bez których nie byłoby nas na świecie.

Wkrótce po naszym przybyciu do obozu, przyszedł czas poro­du matki. Rodzicom powiedziano, że w getcie funkcjonowało cią­gle jeszcze coś w rodzaju szpitala i był lekarz. Moja matka nie mia­ła innego wyboru, jak tylko spróbować przedostać się na teren get­ta z grupą roboczą. Z ciężkim sercem musiała zostawić nas w bara­ku, w pełni świadoma, że może nie zobaczyć nas więcej, bo albo ona, albo my, albo wszyscy możemy zginąć w każdej chwili.

Uda­ło jej się dostać do getta i urodziła dziecko, chłopczyka, którego natychmiast pozbyto się. Matka mówi, że wówczas było beznadziej­ne przekonanie, że dziecka nie da się ocalić, jej jedyną troską i zmartwieniem była myśl o nas, o naszym bezpieczeństwie.

Po porodzie ciężko się rozchorowała, łożysko nie chciało wyjść, zapewne z powodu długiego unieruchomienia w schronach. Był wprawdzie lekarz, ale niczego nie mógł dla niej zrobić, nie mógł jej nawet dać nadziei. Jej stan byłby krytyczny nawet w normalnych czasach, przed wojną, bo takie przypadki kończyły się śmiercią – w getcie sprawa była tym bardziej przesądzona.

Matka zdawała sobie sprawę, że umiera i udało jej się skreślić wia­domość dla ojca, którą ktoś przeszmuglował do niego do obozu. Npisała: „Umieram, nie zobaczymy się więcej, zrób co w twojej mocy, żeby uratować dzieci”. Jej stan pogarszał się, majaczyła w bardzo wysokiej gorączce. Zabrano ją z sali, żeby nie umierała na oczach in­nych. Nikt się o nią więcej nie troszczył, śmierć w getcie była rzeczą powszednią. Była tam jednak pielęgniarka, w której matka rozpo­znała koleżankę szkolną i ona jedna zaglądała do matki od czasu do czasu, w ciemnym kącie korytarza, gdzie ją zostawiono…

Nie wiadomo, jak długo leżała w malignie, ale pewnego dnia pielęgniarka podeszła do niej i ze zdumieniem zobaczyła, że mat­ka jest przytomna, gorączka spadła, kryzys zdawał się mijać. Pielę­gniarka pobiegła po lekarza, który po zbadaniu matki, stał w naj­wyższym zdumieniu wołając: „Jeśli ty to przeżyłaś, to może jest je­szcze nadzieja dla nas wszystkich, może zdarzy się cud i wszyscy w getcie przeżyją!”. Moja matka wysiłkiem woli nakazała sobie żyć. W cudowny sposób wydobrzała i wróciła, by zastać nas przy życiu w obozie.

Chociaż miałam jedynie 7 lat, pamiętam wyraźnie najgłębsza rozpacz, gdy nas opuszczała i szczęście, kiedy wróciła. Pamiętam także, jakby to było wczoraj, że byłam podniecona spodziewając się zobaczyć niemowlę, najcudowniejszą rzecz – dziecko, ale gdy matka wróciła bez dziecka – umiałam ukryć rozczarowanie i nie zadawać żadnych pytań. Jedno z najbardziej prześladujących mnie wspomnień z tego okresu to sposób, w jaki matka patrzyła na mnie i mego brata, gdy wróciła z getta. To było spojrzenie pełne ta­kiej miłości i wdzięczności, że zastała nas przy życiu i że na nią cze­kaliśmy!

Wiele lat później, już jako osoba dorosła, zrozumiałam, jak się musiała czuć wtedy. Nasza mała rodzina zawsze miała po­czucie, że ręka Pana ochrania nas i że przeznaczono nam żyć, prze­żyć jako rodzina, jedna z bardzo nielicznych, którym się to udało podczas nazistowskiej okupacji Wilna.

Czekały nas jednak jeszcze trudniejsze czasy. Podczas naszego pobytu w „Torfowisku” ojciec nawiązał kontakt z polskim ruchem oporu i działał czynnie, gromadząc, kupując, wszelką broń, jaką tylko dało się zdobyć. Przemycano ją następnie do getta. Znał wie­lu Polaków, członków AK, którzy zgromadzili mnóstwo broni po kapitulacji armii polskiej po ataku Hitlera na Polskę. Znał również kryjówkę z niewielką ilością broni na terenie Godulina, z czasów, gdy byli tam bolszewicy w 1939 r.

Ojciec przemykał się nocami pod drutami kolczastymi i szedł polami i lasami, żeby spotkać się z różnymi polskimi łącznikami, kupić broń, jaką tylko się dało – rewolwery, granaty ręczne – i przynieść je do obozu, gdzie ukrywano je pod deskami podłogi. Te operacje odbywały się w ścisłej konspiracji i jedynie niewielu ludzi było w nie zaangażowanych.

Tymczasem warunki życia w getcie stawały się rozpaczliwe: większość ludzi starych i chorych, a także dzieci już nie istniała. Pa­nował krańcowy głód i jedynie najsilniejsi przeżywali, tych nie­ wielu jeszcze żywych nie miało żadnej nadziei. Wtedy właśnie, pod koniec naszego pobytu obozie, jeden z pol­skich łączników ojca z podziemiem wydał go gestapo, i pewnego dnia policja gettowa – szumowiny naszego narodu – weszła do obozu, rozmówiła się ze strażnikami i przyszła tam, gdzie ludzie kopali torf pytając, który z nich jest Katzem. 

Gdy go wskazano, aresztowali go, zanim miał czas pomyśleć o ucieczce, nie zoriento­wał się bowiem od razu, że przyszli po niego. Rodzice błagali poli­cjantów, żeby puścili ojca, żeby powiedzieli po powrocie, że męż­czyzny o tym nazwisku nie było w obozie, ale bez rezultatu.

Na znak dany przez mego ojca, matka wymknęła się z torfowej jamy i dotarła lasami do pobliskiego gospodarstwa, gdzie ojciec ukrył parę rewolwerów; ojciec przypuszczał, że z rewolwerem bę­dzie w stanie uciec swoim strażnikom w drodze do getta. Ci jednak wyczuli coś i bez zwłoki wrzucili mego ojca na wóz zaprzężony w konia i pojechali do getta, gdzie przekazali ojca gestapo. Zanim przekazano go gestapo, postawiono ojca przed szefem Judenratu [wileńskiego] Gensem i naczelnikiem policji getta, Desslerem. Oj­ciec błagał ich, żeby nie wydawali go gestapo, ale nie chcieli go słuchać.

Kiedy matka wróciła do obozu z dwoma rewolwerami ukryty­ mi na piersiach, niemal mdlejąc ze zmęczenia – było już za późno. Jej rozpacz i przerażenie były bezgraniczne. Aresztowanie przez gestapo nawet za najmniejsze wykroczenie niemal zawsze ozna­czało śmierć, a oskarżenie o przemyt broni do getta – pewną śmierć.

Pomimo wszystko jej pierwszym instynktownym odru­chem było ratować dzieci. Miała tyle przytomności umysłu, żeby nas wyprowadzić z obozu i znaleźć chłopa o miękkim sercu, który zgodził się ukryć nas w stodole do czasu, aż matka wróci. Chłop przynosił nam jedzenie i zostaliśmy tam około dwóch tygodni, zu­pełnie sami. Nie ruszaliśmy się z miejsca i, co najważniejsze, za­chowywaliśmy się bardzo cicho, spełniając dokładnie polecenia matki.

Matka z przyjacielem z obozu, młodym rabinem, jedynym rabi­nem z Wilna, który przeżył okupację i pozostał na całe życie przy­jacielem rodziców, przemycili się do getta z grupą robotników. Chcieli podać ojcu trochę żywności, o ocaleniu go nie mogło być nawet mowy. Z najwyższym trudem matce udało się zdobyć dla niego kilka kartofli i trochę cebuli, chociaż sama zagłodzona była niemal na śmierć.

Matka i rabin poszli do Judenratu i błagali o interwencję – a zna­lazły się też osoby gotowe do wyłożenia dużych sum w złocie, że­ by uzyskać zwolnienie ojca, bo gdyby zarzuty się potwierdziły, re­perkusje wobec wszystkich Żydów w getcie mogłyby być straszne. Ojca trzymano na gestapo przez 10 dni. Przesłuchiwano go dniem i nocą, torturowano, bito, wieszano za ramiona wykręcone do tyłu, bito na nowo i na nowo, ale on się nie przyznał, nie zdra­dził też żadnych kontaktów ani miejsc. Zaprzeczał wszystkiemu i ani na chwilę się nie załamał podczas tortur. Wiedział, że czeka go śmierć, ale chciał ocalić getto. Wiedział, że jeśli przyzna się do prze­mycania broni do getta, gestapo zlikwiduje getto.

Możemy się tylko domyślać, co naprawdę zaszło i jak tego do­konano, ale pewnego dnia mój ojciec został po cichu zwolniony i wrócił do getta. Był to cud, jakiego nie znają kroniki getta. Rodzice odnaleźli się i razem wrócili do obozu. Matka przypomina sobie z wielkim smutkiem, że po drodze z getta zostali zmuszeni do pa­trzenia, jak chłoszczą kobietę, którą przyłapano, gdy wnosiła do obozu kilka ziaren fasoli w węźle z włosów na głowie. Kobietę tę, która była przed wojną sławną żydowską śpiewaczka, rozebrano do naga, położono na czymś w rodzaju ławki i policjanci z getta bezlitośnie ją biczowali. Jej nieludzkie krzyki prześladują moją matkę do dzisiaj.

Ucieczka z obozu

Podczas gdy przesłuchiwano ojca na gestapo, podsłuchał on rozmowę, z której wynikało, że przyszły rozkazy likwidacji wszy­stkich obozów pracy poza gettem. Po cudownym ocaleniu od śmierci, gdy rodzice wrócili do obozu, ojciec przekazał tę wiado­mość innym w obozie i wszyscy zgodzili się, że nasze dni są poli­czone. Informacja rozeszła się błyskawicznie i tej nocy doszło do próby masowej ucieczki. Przecięto druty kolczaste na tyłach latry­ ny, w miejscu najmniej widocznym z wartowni i ludzie rzucili się do ucieczki biegnąc na oślep do lasów.

Zaraz zostaliśmy otoczeni przez strażników litewskich. Wy­strzelili kilka razy i otoczyli nas ciasno w ciągu kilku minut, bijąc ludzi jak popadło lufami karabinów i zaganiając nas z powrotem do obozu; każdy czuł już tylko głęboką rezygnację. Większość, która nie znała zupełnie okolicy, biernie pozostawała w baraku czekając, co przyniesie los. Nawet gdyby udało im się uciec – to do­kąd mają pójść? Wielu było fizycznie i psychicznie złamanych, bez­ radnych w swojej bezsile.

Rodzice zdecydowali, że nie będą czekać do następnego dnia, ponieważ straże mogły być do tego czasu podwojone i mogłoby być za późno na cokolwiek. Jeszcze raz rodzice ujęli nasze życie w swoje ręce. Później, tej samej nocy, gdy nieco uspokoiło się, rodzi­ce wraz z nami, dziećmi, rabinem, jego żoną i córeczką, w tym sa­mym wieku, co ja, pomyślnie wymknęli się z obozu, przeczołgaw­szy się pod drutami, które ojciec w stanie najwyższego napięcia przytrzymywał w górze. Pod jego przewodnictwem i dzięki jego sile, udało nam się odczołgać od drutów, najpierw w wysoką tra­wę, a potem, tak szybko, jak nasze nogi mogły nas nieść, do lasów i przez pola, uciekaliśmy coraz dalej od obozu, dopóki nie padli­śmy z wyczerpania.

Bez wątpienia byłoby lżej bez dzieci: dorośli częściowo ciągnę­li, częściowo dźwigali nas. Rodzice jednak postanowili dawno te­mu, że jeśli to tylko będzie w ludzkiej mocy, przeżyjemy razem lub zginiemy. Powiedziano nam po wojnie, że z wyjątkiem kilku in­nych – przeważnie samotnych – mężczyzn, którym udało się, podobnie jak i nam, uciec, wszyscy w baraku zostali wymordowa­ni a budynek podpalony.

Ukrywaliśmy się w ciągu dnia w lesie, na polach lub w wyso­kich trawach, a następnej nocy poszliśmy ku okolicom znanym oj­cu i do chłopów, którzy nam pomagali. Dzień po dniu robiliśmy to samo i w ten sposób oddaliliśmy się tak daleko, że nie baliśmy się już pogoni.

W parę dni potem napotkaliśmy leżące na zupełnym odludziu gospodarstwo, w głębi lasu. Ojciec znalazł właściciela i błagał go, żeby dał schronienie przynajmniej kilkorgu z nas, choćby na jakiś czas. Z wielka niechęcią i wahaniem gospodarz przystał na to, i zdecydowano, że rabin i jego mała rodzina przechowają się u chło­pa, zwłaszcza, że pozostawieni samym sobie, byliby zupełnie bez­radni. Rabin nigdy nie miał kontaktów z gojami i gdyby musiał sa­modzielnie walczyć o życie w lasach, z pewnością wszyscy by zginęli. Szczęśliwie rabin, jego żona i córka przeżyli tam aż do wy­ zwolenia.

My nie mieliśmy tyle szczęścia – błąkaliśmy się po lasach przez wiele dni, bez jedzenia i wody. Jedno z moich najżywszych wspomnień z tamtego okresu do­ tyczy chwili, gdy pewnej nocy, musieliśmy przebyć niewielką rzeczkę czy strumień o wyjątkowo stromych brzegach. Kładkę sta­nowił gruby pień drzewa zaopatrzony w rodzaj poręczy, jaką był sznur przywiązany z obu końców; a może to były drewniane koł­ki, w każdym razie coś bardzo chybotliwego.

Najpierw ojciec prze­prowadził na drugą stronę matkę, potem wrócił, wziął na ręce me­go brata, przeniósł go i wrócił ponownie po mnie. Miał ze mną pro­blem, bo byłam za duża, żeby mógł mnie przenieść – sam był wów­czas bardzo słaby – a ja, ze strachu, odmawiałam wejścia na pień. Nie pamiętam już, jak ojciec skłonił mnie w końcu do przejścia – myślę, że po prostu nie miałam wyjścia, jak tylko przebyć tę kład­kę – ale po dziś dzień widzę wyraźnie czarną wodę daleko w dole i czuję tamten strach.

W końcu dotarliśmy do gospodarstwa położonego na skraju la­su. Ojciec nieśmiało zapukał do okiennicy i gdy pojawił się gospo­darz, ojciec zaczął go prosić, żeby nam pozwolił zostać w stodole chociaż, przez jeden dzień, jako że byliśmy zbyt wyczerpani, żeby iść dalej. Chłop ulitował się nad nami i pozwolił zostać przez kilka dni i dawał nam jedzenie. Potem, pewnej nocy, zaprzągł konia do wozu i wywiózł nas, gdzie mieliśmy znowu szukać schronienia. Ponownie więc spędzaliśmy dni w lesie, podczas gdy ojciec cho­dził do różnych gospodarzy, którym, jak czuł, mógł zaufać, i prosił ciągle o pomoc. Niektórzy dawali mu chleb i inne pożywienie, które było dla nas wszystkich, ale nikt nie zgodził się wziąć nas do siebie, z obawy o własne i swej rodziny życie.

Szlachetni biedacy

Była to wiosna lub wczesne lato 1943 r. Ojciec spotkał się z go­spodarzem – miał on na imię Sylwester – i jego żoną Zuzanną. Mieli dwoje dzieci, mniej więcej naszych rówieśników, i żyli z nie­wielkiego gospodarstwa na skraju wioski Osinówka, głęboko wśród lasów. Oboje, Sylwester i Zuzanna, pracowali przed wojną w naszej posiadłości i odeszli od nas, gdy odziedziczyli swoją wła­sną ziemię. Byli tak ubodzy, że z ledwością mogli wyżywić samych siebie, jedną krowę, jedną świnię i kilka kur. Konia nie posiadali. 

Ojciec ubłagał ich, żeby jeszcze raz dali nam schronienie – (przy­garnęli nas już na krótko w 1942) Ojciec przekonywał, że skoro przeszliśmy już tak wiele, dotarliśmy aż tutaj, i ciągle jesteśmy przy życiu, to może jest nam pisane przeżyć. Sylwester namyślał się chwilę i powiedział: „Innego Żyda nie wpuściłbym za próg mo­jego dornu, ale z wami podzielę się ostatnim kęsem chleba”. I zgo­dzili się ukryć nas ponownie.

Ich chata była mała i prymitywna, nawet jak na tę okolicę. Skła­dała się z jednej izby z klepiskiem zamiast podłogi, ze słomianą strzechą nad chlewikiem i niewielką stodółką – wszystko pod jed­nym dachem. Wewnątrz stał ceglany piec z płaskim wierzchem, gdzie było miejsce do spania. Cegły wyrobione były ręcznie z gli­ny i kamienia, a piec służył jako rodzaj przepierzenia, oddzielając pomieszczenie, w którym się gotowało i grzało, i gdzie stało łóżko ukryte za wypłowiałą zasłoną, stół zbity z surowych desek i ławki, trochę najprostszych garnków, drewnianych talerzy i sztućców, jednym słowem – cały ich doczesny majątek.

Sylwester wykopał jamę pod piecem, wielkości mniejszej niż powierzchnia małego stołu, z wejściem dużym na tyle, żeby mógł się przecisnąć dorosły człowiek. Wejście zostało potem przykryte deską, a na wierzch narzucono mnóstwo rupieci, starej odzieży, i co tylko było pod ręką, w końcu postawiono na tym wszystkim łóżko jako ostateczny kamuflaż. Nasza czwórka wciskała się do środka pojedynczo i siadała po dwoje z tyłu i przodu podciągając nogi jedne między drugimi, bez ruchu i w całkowitych ciemnościach.

Nie było można wykopać głębszego schronu, bo podcho­dził wodą. W ten sposób siedzieliśmy w wilgoci i mroku po całych dniach, wychodząc tylko w nocy. Mogliśmy spać na wierzchu pie­ca tylko wtedy, gdy uznano to za bezpieczne. Sylwester i jego ro­dzina byli tak bardzo biedni, że nawet kawałek chleba i wodnista zupa, którą dzielili się z nami, stanowiły dla nich duże obciążenie. Ojciec starał się pomagać wychodząc po nocach, zwłaszcza ciemnych, do mieszkających daleko chłopów, jak najdalej, żeby nie na­ rażaćna wykrycie naszego schronienia, i żebrał o jakiekolwiek po­ żywienie, o cokolwiek co mogli mu dać, a także, żeby zdobyć wia­domości o tym, co działo się na zewnątrz.

Kilkakrotnie ofiarowywano mu smakołyki: kilka kostek cukru, parę jabłek – i choć zagłodzony i słaby z niedożywienia, odmawiał ich sobie i przynosił dla nas, dzieci. Matka przechowywała kostkę cukru jak skarb i pozwalała nam od czasu do czasu ją polizać – wy­jątkowa uczta. W ten sposób minęło kilka miesięcy i przyzwyczailiśmy się do naszej szczurzej egzystencji. Z każdym kolejnym dniem nasza nadzieja rosła.

Pewnej nocy, we wrześniu lub październiku 1943 r., podczas jednej z nocnych wędrówek mego ojca, jeden z przyjaznych chło­pów ostrzegł go, żeby szczególnie uważał, bo, kiedy był w Mejsza­gole, podsłuchał przypadkiem, jak ktoś przechwala się głośno, że wie, gdzie ukrywa się Katz i że tym razem „go dostanie”.

Później rodzice dowiedzieli się, że był to ten sam Polak, który wydał mego ojca gestapo, wtedy, kiedy byliśmy w obozie. Potem wykrył, że oj­ciec pozostał przy życiu i żeby zapewnić samemu sobie bezpie­czeństwo, usiłował go odnaleźć i wydać ponownie. Osoba ta była związana z polskim ruchem oporu i miała kontakt z grupą partyzantów, w której było kilku uciekinierów z „Torfowiska”. Podczas pobytu w obozie mój ojciec utrzymywał z nimi bliskie stosunki opowiadając im, jak i gdzie ukrywaliśmy się, zanim trafiliśmy do obozu. Pod pozorem, że chce pomóc Katzowi, otrzymał informacje co do przypuszczalnych okolic, gdzie ukrywaliśmy się wcześniej, i gdzie prawdopodobnie znajdujemy się obecnie.

Zadenuncjował ponownie ojca na gestapo i kilku gestapowców po cywilnemu zaczęło kręcić się po okolicy w poszukiwaniu Katza. Ta wiadomość wstrząsnęła rodzicami, nie mogli jednak nic zrobić. Nie było nikogo w okolicy – tam gdzie moglibyśmy dotrzeć w cią­gu jednej nocy – do kogo moglibyśmy zwrócić się o pomoc. Rodzi­ce nie powiedzieli nic Sylwestrowi i Zuzannie, z obawy, że każą nam odejść, i wbrew rozsądkowi mieli nadzieję, że nic się nie zda­rzy. 

Ich obawy i napięcie były tak wielkie, że nawet Sylwester zau­ważył zmiany w ich wyglądzie – ważyli oboje połowę swej zwy­kłej wagi. Mój ojciec ważył przed wojną dobrych 105 kilo. Był wy­jątkowo silny fizycznie i dowodził tego zginając stalowe pręty na kolanie, rozrywając żelazne łańcuchy, podnosząc ogromne ciężary – po wyzwoleniu ważył 48 kilogramów.

Pod ciężarem wiszącej nad nami śmiertelnej groźby doczekali­śmy lutego 1944 r., kiedy to pewnego dnia Sylwester zauważył ob­cych w wiosce i zorientował się, że zmierzają do jego obejścia. Tym razem nie było żadnej nadziei na ucieczkę.Gestapo przyszło i zażądało informacji, gdzie jest Katz. Z początku Sylwester twierdził, że wprawdzie znał Katza, ale słyszał, że nie żyje. Gestapowcy nie patyczkowali się z nim długo, postawili go w kącie chaty z rewolwerem przy głowie i Sylwester w strachu o swoje życie, wskazał naszą kryjówkę.

Wewnątrz schowka słyszeliśmy wszystko, co się działo. Onie­mieli z rozpaczy i przerażenia, rodzice zdawali sobie sprawę, że to koniec. Nie jestem w stanie opisać słowami, co w tym momencie czuli; my, dzieci, jeśli nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy z grozy sytuacji – wiedzieliśmy, że jest bardzo źle i byliśmy śmiertelnie przerażeni.

Drugie spotkanie z gestapo

Gestapowcy rzucili się w kierunku łóżka, odsunęli je nogami, roz­rzucili rupiecie, które przykrywały wejście, otworzyli jamę i z wy­mierzonymi w nas rewolwerami, zaczęli krzyczeć: „Heraus!” [wy­chodzić]. Byłam najbliżej wejścia, więc wyczołgałam się pierwsza, a po mnie mój brat, który siedział przy mnie. Potem wyszła matka i w końcu ojciec. Chociaż gestapowcy natychmiast zaczęli nas obszuki­wać, zwłaszcza dzieci, (bo zdarzały się przypadki, że ukrywano cen­ne rzeczy przy dzieciach) w pierwszej chwili zrobił na nich wrażenie widok całej naszej rodziny, a nasz wygląd musiał nawet im powie­dzieć, ile już przeszliśmy. 

Zażądali złota, biżuterii, broni – matka wspomina, że ja, kiedy mnie obmacywali, blada jak płótno i przera­żona, załamywałam ręce jak stara kobieta, w rozpaczy i we łzach. Kiedy gestapowiec zażądał, żeby ojciec powiedział, gdzie jest biżuteria i broń, ojciec nagle, jak człowiek nawiedzony, upadł mu do nóg i zaczął błagać, żeby nas nie zabijali, żeby pozwolili nam odejść, żeby mieli litość, oszczędzili nas itd. Mówił z taką drama­tyczną elokwencją, z takim uczuciem, że zdumiał nawet gestapow­ców; wręcz zafascynowała ich niepojęta zuchwałość tego Żyda. 

Powiedział im między innymi: „Panowie, przecież macie zapewne własne rodziny, dzieci, żony – wszystko, czego pragniemy, to żyć, proszę, oszczędźcie nas. Chcę tylko ocalić moje dzieci; wojna nie­ długo się skończy” – i mówił im dużo dużo więcej. Matka wspomi­na, że sądziła wówczas, że ojciec postradał zmysły. Zachowywał się jakby wstąpiła weń jakaś moc lub szaleństwo, kiedy tak błagał gestapowców, by pozwolili nam odejść, bo przecież mają rozkaz odszukać i zabić jego, a nie nas, których się nawet nie spodziewa­li.

Cudem było już to, że gestapowcy go słuchali. Ojciec, jakkol­wiek wycieńczony, musiał być obdarzony w owej chwili szczegól­na siłą, skoro dowódca gestapowców zawahał się pociągnąć za spust. I to trwało przez wiele godzin, w pewnym momencie jeden z nich zniecierpliwił się i zaczął powtarzać: „Dość już tego, skoń­czymy z nimi wreszcie”, ale dowódca ciągle się wahał. Coś zdumiewającego zdarzyło się owego wieczoru. Wszech­mocny sprawił, że zmiękły serca morderców, którzy zabili już niezliczonych Żydów i zapewne zabijali potem znowu innych, że zo­stawili nas przy życiu.

Zignorowali całkowicie Sylwestra i jego rodzinę, i gdy tylko za­padł mrok, wyprowadzili nas do lasu – ale nawet wtedy rodzice nie byli do końca pewni, co z nami zrobią. Istniała możliwość, że nas zastrzelą, ale oni powiedzieli, że musimy opuścić tę okolicę, muszą bowiem złożyć raport, że albo nie znaleźli Katza, albo go zli­kwidowali. Dla nas był to cud niewiarygodny. Gdy gestapowcy zniknęli w mroku, zostaliśmy na śniegu pod drzewem; rodzice usi­łowali zebrać myśli i postanowić, co robić dalej, nie wiedząc, w którą stronę się zwrócić, do kogo zapukać – w szoku i ciągle nie wierząc, że żyjemy i jesteśmy wszyscy razem.

Od tej chwili, nasze życie stało się jeszcze trudniejsze, warunki już całkowicie niemal nie do zniesienia. Był środek zimy, ostry mróz, nagie drzewa. Ukrywanie się w lesie w otwartym terenie by­ ło niemożliwe, a nie było absolutnie nikogo w sąsiedztwie, do ko­ go ojciec mógłby zwrócić się o pomoc. Mimo tego wszystkiego, co Sylwester i Zuzanna wycierpieli z powodu przyjaźni dla nas, nie zaprzestali nam pomagać, ale nie mogliśmy zostać u nich. Jakiś czas siedzieliśmy w lesie, po czym postanowiono, ze ojciec wróci do Sylwestra, żeby mu powiedzieć, że żyjemy, porozmawiać o sytuacji i zabrać trochę odzieży, która u nich została, a była nam niezbędna.

Cała sytuacja wydawała się nierzeczywista. Zuzanna, która całe to popołudnie chowała się na zewnątrz chaty i siedziała z uchem przy oknie słysząc wszystko, co działo się wewnątrz, żegnała się ciągle i powtarzała, że mój ojciec przemawiał jak największy adwokat na świecie i z pewnością ob­darzony został specjalną mocą, żeby móc skłonić gestapo do za­chowania się jak się zachowali. Tego, co zrobili.

Sylwester przypomniał sobie o starej opuszczonej chacie, gdzieś na drugim krańcu lasu i przeprowadził nas tam nocą. Tej chaty oko­liczne chłopstwo używało jako swego rodzaju „bani”. Miała kilka zawieszonych desek do siedzenia i stos wielkich kamieni. Wszędzie pełno było zamarzniętej wody i… żadnej możności ogrzania się. Ro­dzice posadzili nas na deskach; matka pamięta, że wyjęła jedyną pozostałą jej jeszcze sztukę bielizny. Była tak długo w torbie, że tka­nina zupełnie zesztywniała; matka owinęła nią przemarznięte nóżki mego brata. Nie było gdzie usiąść, więc skuliła się na ziemi i nie­mal zamarzła na śmierć, ale przynajmniej nie byliśmy już tak zupeł­nie na dworze.

Sylwester przynosił nam, ile tylko mógł jedzenia, i spędziliśmy w ten sposób kilka tygodni. Pewnej nocy usłyszeliśmy strzelaninę, która wydawała się blisko. Rodzice bali się pozostawać dłużej w chacie, nie wiedząc, kto kręci się w pobliżu. Rodzice postanowili zaufać instynktowi i opuścić chatę, w której czuli się zagrożeni.

Ostatnia kryjówka

Pewnej nocy wzięli każde z nas za rękę i poszliśmy przez lasy. O świcie dotarliśmy do polany i do obejścia, które ojciec rozpoznał i w ten sposób zorientował się, gdzie jesteśmy. Świtało – dzień był naszym wrogiem – więc wsunęliśmy się do stajni. Psy szczekały tak głośno, że zbudziły gospodarza. Ten wyszedł z domu i otwo­rzył stajnię pytając: „Kto tam?” Ojciec znał tego chłopa sprzed woj­ny, odpowiedział zatem: „To ja, Katz”. Gospodarz rozpoznał ojca, ale kiedy zobaczył go, był wstrząśnięty jego straszliwie wynędz­niałym wyglądem i tylko potrząsał głowa z niedowierzaniem.

Nasz wygląd musiał wzbudzić w nim litość, bo pozwolił nam zostać w swojej stodole przez kilka dni i nawet przyniósł z domu trochę gotowanego jedzenia. W nocy ojciec wyszedł znowu usiłu­jąc znaleźć dla nas jakieś miejsce. Nasz gospodarz był dobrym człowiekiem, ale musieliśmy odejść, spodziewał się bowiem wizy­ty swej córki i zięcia, a ten zięć nie zaliczał się do przyjaciół Żydów. 

Ojciec wybrał się do innego jeszcze gospodarza, który przed wojną uzupełniał szczupłe dochody ze swojej chudej ziemi, pracu­jąc w Godulinie. Ojciec pomagał mu wiele razy na przednówku. Dotąd ojciec unikał spotkania z tym chłopem z wielu powodów. Małe obejście było położone tuż przy głównej drodze, a poza tym moi rodzice zupełnie mu nie ufali. Był niesłychanie prymitywny i gdyby podejrzewał, że posiadamy coś cennego, zapewne mógłby nas zamordować. Ale to był już niemal koniec, nawet my wiedzie­liśmy, że Niemcy są w odwrocie. W naszej sytuacji rodzice nie mie­li wyboru. Nie było nikogo innego.

Ojciec poszedł do owego gospodarza w środku nocy i po wielu prośbach i obietnicy wynagrodzenia go po wojnie, ten zgodził się nas przechować, pod warunkiem, że kryjówka nie będzie w żad­nym budynku. Wykopał jamę, niewiele większą od grobu na tyłach stodoły, z niewielkim otworem w jej ścianie, żeby można było wchodzić od środka. W stodole, dziura zakryta była snopkiem słomy, zewnętrz­ ny otwór zakamuflowany był stosem drewna, gałęzi i wszelkich rupieci.

W tej jamie siedzieliśmy w dzień i w nocy. Gdy padało – było mokro, póki woda nie wsiąkła w ziemię. Chłop przynosił nam trochę jedzenia co parę dni, tyle, żeby nie umrzeć z głodu. Spra­wiało mu przyjemność mówienie rodzicom, że Niemcy wciąż od­stępują.

Pozostawaliśmy tam aż do lata 1944 r., gdy hitlerowcy rzeczywi­ście zaczęli ustępować pod naporem armii sowieckiej. W tym mo­mencie znaleźliśmy się w dodatkowo niebezpiecznej sytuacji – na linii frontu, pomiędzy dwiema armiami. Cała okolica jak daleko okiem sięgnąć, była pod ostrzałem i niemal wszyscy chłopi wraz z rodzinami schronili się w bezpieczniejsze miejsca. Uczynił tak i nasz dobroczyńca. Przyszedł z pośpiechem, żeby powiedzieć nam, że opuszczają dom, i podał do dziury jako pożegnalny dar boche­nek chleba i dzbanek mleka. „Zostając tutaj to tak, jakbyście już by­li martwi” – powiedział wzruszając ramionami.

Pozostaliśmy zupełnie sami. Nie mogliśmy zrobić nic innego, jak tylko pozostać na miejscu, wszędzie pełno było bowiem żołnie­rzy niemieckich; tak byliśmy blisko głównej drogi Wilno – Kowno. Pola pełne były czołgów niemieckich, wszystkie w odwrocie. Wie­dzieliśmy, że jeśli wytrwamy jeszcze trochę będziemy wolni.

Podczas tych ostatnich dni doświadczyliśmy kolejnego cudu. I tym razem dzięki przytomności ojca. Czołg niemiecki zjechał z szosy i wjechał na podwórze gospodarstwa. Prawdopodobnie szu­kali wody. Załoga rozeszła się wszędzie myszkując. Gdy przecho­dzili obok sterty drewna nad naszym schowkiem, któryś zaczął ją przerzucać, mówiąc, że wygląda podejrzanie: „Założę się, że są tam pod nią Żydzi albo partyzanci. Przynieście parę granatów i za­ raz się przekonamy!” i wysłał jednego z żołnierzy do czołgu po granaty.

Ojciec, nie tracąc głowy nawet w tak tragicznym momencie, na­tychmiast kazał matce i nam wyczołgać się ze schronu przez dziu­rę do stodoły, do tej, którą zakrywała słoma. Nie mógł pokazać się Niemcom, bowiem jego wygląd natychmiast zdradziłby nasze po­ chodzenie. Kazał więc matce, żeby wzięła nas, wyszła ze stodoły i podeszła do Niemców udając właścicielkę gospodarstwa, która ukrywa się w zabudowaniach.

Matka była półprzytomna z przera­żenia, a jednak potrafiła opanować się tak, że nie wzbudziła podejrzeń Niemców. Wyczołgała się ze schronu wraz z nami, którzy się czepialiśmy jej spódnicy. Matka zaczęła mówić po polsku, zwraca­jąc się do tego, który wyglądał na dowódcę. Powtórzyła dokładnie to, co kazał jej mówić ojciec, że schowaliśmy się przed bombami i że szła właśnie do studni po wodę dla dzieci. Szczęśliwie wydawało się, że Niemiec rozumie po polsku i nie kwestionuje tego, co mówi­ła matka. Jeden z nich nastawał dalej pytając: „Gdzie mąż? Niech wyjdzie!”, ale dowódca zignorował go. Podczas tej rozmowy, wrócił żołnierz z naręczem granatów, ale dowódca tylko machnął ręką.

Gdy Niemcy odeszli, rodzice – jeszcze nie mogąc uwierzyć, że znowu udało nam się przechytrzyć śmierć – postanowili opuścić kryjówkę i poszukać szansy na otwartej przestrzeni, na polach i bagnach, które mogą dać nam lepsze schronienie.Przez wiele dni błąkaliśmy się wokół linii frontu; bomby i poci­ski padały wokół nas. Niemcy stawiali zacięty opór, Rosjanie mu­sieli toczyć walkę o każdy metr ziemi. Ojciec zmuszał nas do cią­głego ruchu i zmiany miejsca, żeby uniknąć zranienia odłamkami. Mówił, żebyśmy nasłuchiwali gwizdu: „Kiedy słyszycie gwizd, to znaczy, że pocisk was minął”. Wszystko wokół nas płonęło, cały horyzont był w ogniu, zabudowania, czołgi, wszystko. Najlepsze schronienie zdawał się ofiarowywać las, ale ta okolica była bagni­sta, ciągle się zapadaliśmy.

Tego ostatniego brzemiennego dnia oj­ciec szedł przodem badając grunt, a my szliśmy za nim,  pojedyń­czo, przez wiele godzin, tam i z powrotem, aż wreszcie  wyszliśmy na polanę. Zobaczyliśmy gospodarstwo w oddali  i  skierowaliśmy się tam zupełnie wyczerpani. Zabudowania były nieco bardziej od­dalone od głównej szosy i może dlatego nietknięte. Gospodarz nie opuścił domu, bo, jak twierdził, jego dzieci były bardzo chore i nie można ich było ruszyć z miejsca. Powiedział ojcu, że możemy zostać w stodole, ale ojciec czemuś to nie skorzystał z zaproszenia i zaprowadził nas w zarośla za stodołą, gdzie przycupnęliśmy w najdalszym kącie. 

Kilka godzin potem pojawiła się grupa żołnierzy niemieckich. Wyraźnie zdezorientowani szukali partyzantów, wpadli do stodoły, do obory, kręcili się tu i tam strzelając na ślepo. Wystrzelili kilka razy do zarośli, w których się kryliśmy, a ojciec trzymał nas silnie każde jedną ręką i oczami nakazywał absolutne milczenie. Widzieliśmy ich wyraźnie. Dzięki Panu, kule nas ominę­ły, a chociaż jedna z nich przebiła czapkę mojego brata, nie wydał on najmniejszego głosu.

Siedzieliśmy w krzakach jeszcze kilka godzin, aż wszystko uci­chło, nie słychać było wybuchów ani salw, cisza była niesamowita. Słyszeliśmy tylko bzykanie owadów. Powoli wyszliśmy z zarośli na światło dnia, które wydawało się nam dziwaczne i nowe, bo nie byliśmy przyzwyczajeni swobodnie poruszać się w blasku słońca. W chwilę potem dostrzegliśmy dwóch mężczyzn, żołnierzy, którzy nagle wyszli z lasu i szli w naszym kierunku. Pierwszym odruchem naszych rodziców było uciekać, ale jakoś nie poruszyli się, gdy żołnierze podchodzili bliżej. Nawet z dużej odległości widać było wyraźnie, że nie są to Niemcy. To byli rosyjscy żołnierze. Byli zmęczeni, nieco oszołomieni, z jednym karabinem na ramieniu.

Ulga, jaką odczuli rodzice, była nie do opisania. Stali oto nare­szcie twarzą w twarz z naszymi wybawcami. Ci dwaj rosyjscy sze­regowcy to był widok, o którym marzyliśmy przez długie trzy lata. Jeden z żołnierzy zapytał rodziców, czy widzieli jakichś Niemców, a gdy odpowiedzieli: „Nie w ciągu ostatnich kilku godzin”, żoł­nierz dodał chwytając się za ucho: „Czy możesz zobaczyć swoje le­we ucho? Tak też zobaczysz tu znowu Niemców!” i z pytaniem: „Którędy do Berlina?” – odeszli…

Wiedzieliśmy, że zostaniemy naprawdę wyzwoleni, znowu wolni po trzech latach niewiarygodnych cierpień i wyrzeczeń. Dzięki Wszechmocnemu i bezgranicznej odwadze naszych rodzi­ ców, ich wytrzymałości i woli, na przekór wszelkim przeciwno­ściom, przeżyliśmy.

Matka rozpłakała się, my tuliliśmy się do niej, i wszyscy, także ojciec, płakaliśmy. Rodzice obejmowali nas mocno, przepełnieni nagłymi uczuciami, uwolnieni od napięcia, które opanowywali tak długo, jeszcze niezdolni do uwierzenia, że naprawdę wszystko się skończyło, że jesteśmy żywi, że jesteśmy wszyscy razem.

Do końca moich dni zachowam w pamięci z gorącą wdzięczno­ścią owych dwóch szeregowych żołnierzy rosyjskich, którzy przy­ szli jako nasi wyzwoliciele, tak długo oczekiwani zbawcy.

Wspomnienie pochodzi z książki „Losy żydowskie świadectwo żywych”, Tom II, Stowarzyszenie Żydów Kombatantów i Poszkodowanych w II Wojnie Światowej, Warszawa 1999

do góry

Strona „Zapis pamięci”
Stowarzyszenia
„Dzieci Holocaustu”
w Polsce.

Zrealizowano
dzięki wsparciu Fundacji
im. Róży Luksemburg
Przedstawicielstwo
w Polsce

ul. Twarda 6
00-105 Warszawa
tel./fax +48 22 620 82 45
dzieciholocaustu.org.pl
chsurv@jewish.org.pl

Koncepcja i rozwiązania
graficzne – Jacek Gałązka ©
ex-press.com.pl

Realizacja
Joanna Sobolewska-Pyz,
Anna Kołacińska-Gałązka,
Jacek Gałązka

Web developer
Marcin Bober
PROJEKTY POWIĄZANE

Wystawa w drodze
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice” moirodzice.org.pl

Wystawa stała
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice”
w Muzeum Walki
i Męcześntwa w Treblince
treblinka-muzeum.eu
Strona „Zapis pamięci”
Stowarzyszenia
„Dzieci Holocaustu”
w Polsce.

Zrealizowano
dzięki wsparciu Fundacji
im. Róży Luksemburg
Przedstawicielstwo
w Polsce
Koncepcja i rozwiązania
graficzne – Jacek Gałązka ©
ex-press.com.pl

Realizacja
Joanna Sobolewska-Pyz,
Anna Kołacińska-Gałązka,
Jacek Gałązka

Web developer
Marcin Bober
PROJEKTY POWIĄZANE

Wystawa w drodze
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice” moirodzice.org.pl

Wystawa stała
„Moi żydowscy rodzice,
moi polscy rodzice”
w Muzeum Walki
i Męcześntwa w Treblince
treblinka-muzeum.eu