Marek Olejniczak, urodzony w 1927 r.

Pamiętam siebie wiecznie głodnego. Strasznie głodnego

Jak się nazywałeś się przed wojną? 

Mojżesz Aron Bialer.

Jak się nazywali twoi rodzice? 

Ojciec – Berek Wolf Bialer, mama Ita Bialer z domu Ajzner.

Kiedy i gdzie się urodziłeś? 

Urodziłem się 19 grudnia 1927 roku w Łodzi. 

Obecnie ile masz lat?

Blisko siedemdziesiąt za kilka miesięcy. 

A w momencie wybuchu wojny w 1939 roku? 

Dwanaście.

Czy miałeś rodzeństwo? 

Brata, młodszego o kilka lat, nazywał się Majer Bialer. 

Czy pamiętasz swoich dziadków? 

Pamiętam babcię ze strony mamy. Dziadka nie pamiętam, jak sięgam pamięcią, to chyba już nie żył. Pamiętam dziadka ze strony ojca.

Możesz o nich opowiedzieć? 

Też mieszkali w Łodzi. Babcia, Lea Ajzner, przy ulicy Narutowicza 36. 

Pamiętam jej dom – mieszkanie na pierwszym piętrze, fenomenalny balkon z mechanicznie podnoszonym dachem, który dziadek kazał zrobić, w związku z jakimiś świętami Fantastyczna rzecz.

W związku z jakimiś świętami — chodzi o Sukę (Kuczkę), specjalny szałas lub altankę, w której Żydzi przebywają podczas Sukkot (Święta Szałasów). Symbolizuje tymczasowe schronienia, w których mieszkali Izraelici po wyjściu z Egiptu. Sukę buduje się pod gołym niebem z drewna, metalu lub innych materiałów, ale musi być tymczasowa, a dach, przez który musi być widoczne niebo z gałęzi, słomy czy liści palmowych. Suka jest ozdabiana owocami, girlandami i świętymi tekstami. W przedwojennej  Polsce prawe każda żydowska rodzona miała swoją kuczkę – budowano je koło domów,  na podwórkach i balkonach. 

To było duże mieszkanie? 

Było całe piętro  budynku.Gdy przyszły gorsze czasy, to podzielili mieszkanie na dwa, a potem jeszcze. W porównaniu do mieszkania, w którym mieszkaliśmy, było bardzo duże. W przepięknym punkcie w Łodzi, od frontu. 

Czy babcia była osobą religijną, chodziła w peruce ?

Zdecydowanie była religijna i prowadziła koszerna kuchnię. Na drzwiach była mezuza. Więcej Nie pamiętam. Zapamiętałem bardziej dziadka ze strony ojca.

Mezuza — mały zwój pergaminu, z zapisanymi ręcznie dwoma fragmentami Tory, umieszczony w ozdobnym pudełku i przytwierdzony do  prawej framugi drzwi w żydowskim domu. Symbolizuje pamięć o Bogu, ochronę domu i zobowiązanie do przestrzegania przykazań.

Ja nazywał się dziadek?

Szulim Bialer. Miał jeszcze większe mieszkanie w kamienicy przy ulicy Piotrkowskiej, w Łodzi. Z bardzo wielką ilością książek. Było mnóstwo wydawnictw obrazkowych z czasów I wojny światowej, albumy itd. Było bardzo dużo książek, których w ogóle nie mogłem czytać, bo jeszcze byłem za mały – pisanych po żydowsku czy hebrajsku. Pięknie wydanych. To była fantastyczna biblioteka. Dziadek miał miał długą białą brodę, piękny gabinet, piękne książki. Często go widywałem nad książką. 

Byłeś kiedyś z dziadkiem w synagodze? 

Nie.

A czym dziadek zajmował się, z czego żył?

Pojęcia nie mam. Wiem, że w ogóle rodzina, zarówno ze strony ojca, jak i matki, kiedyś, jeszcze za caratu, była bardzo bogata. A potem to wszystko jakoś  się porozłaziło. Pozostały tylko: udział w domu, to to, czy tamto. To nie była bogata rodzina.

Czy ojciec miał rodzeństwo? 

Tak. Z tego co wiem, miał brata. Dobrze go pamiętam, bo znałem go jeszcze w późniejszym okresie, w getcie. 

Jak się nazywał?

Wiktor Bialer. Był pracownikiem gminy żydowskiej i  jeszcze przed wojną był kierownikiem cmentarza. I potem w getcie. 

Wiktor  Bialer miał rodzinę, żonę, dzieci?  

Miał żonę, syna i córkę. Kuzyni byli o rok, dwa starsi ode mnie. 

Pamiętasz jak się nazywali?  

Oczywiście, że pamiętam, przeżyli wojnę. 

Cała rodzina przeżyła?

Stryjek Wiktor, z tego, co wiem, zginął w Oświęcimiu po likwidacji getta łódzkiego.  Z jego dziećmi  widziałem się po wojnie w Polsce. Syn został w kraju, jego matka z siostrą wyjechały – żyją w Izraelu. Żona Wiktora wyszła powtórnie za mąż. Co z jej córką – nie wiem. Kuzyn – Seweryn Bialer był dostojnikiem w Polsce Ludowej, po wojnie. Potem, w latach pięćdziesiątych, będąc wysokim urzędnikiem państwowym i członkiem partii podczas wyjazdu na Zachód odmówił powrotu. Publikował rewelacje na temat ustroju, które nadawała Wolna Europa. Teksty drukowano na bardzo cieniutkim papierze i balonami rozsyłano nad Polskę. To była taka akcja w ramach zimnej wojny. Mam taki jeden egzemplarz. 

Z tego, co wiem, to Seweryn Bialer, mój kuzyn, żyje w Stanach Zjednoczonych i jest pracownikiem naukowym gdzieś. Nie nie mam  z nim  kontaktu. 

Seweryn Bialer (3.11.1926 – 8.02.2019) — politolog, sowietolog, ekspert od partii komunistycznych.  Od 1942 działał w podziemnym ruchu antyfaszystowskim w Łodzi. Od lutego 1944 do maja 1945 był więźniem obozu koncentracyjnego Auschwitz i Friedland/Niederschlesien (Dolny Śląsk).W 1945 wstąpił do Milicji Obywatelskiej. Pracował w strukturach komunistycznej Polski – MO i PZPR. W 1956 uciekł do Berlina Zachodniego i udzielił wywiadu Radiu Wolna Europa ujawniając kulisy władzy w PRL. Wyemigrował do Stanów Zjednoczonych i tam obronił pracę doktorską na Columbia University (w 1966 r.). Był dyrektorem  stworzonego przez Zbigniewa Brzezińskiego Instytutu Badań nad Przemianami Międzynarodowymi przy Uniwersytecie Columbia. 

Czy  poza bratem Wiktorem ojciec miał jeszcze rodzeństwo?

Miał  siostrę – Różę Rechtman zamężną z prawnikiem. Ciotka już przed wojną była chorą osobą. Prawdopodobnie umarła w pierwszym roku pobytu w getcie getta, gdy nastał głód. 

Wiem, że  ojciec miał jeszcze dwie siostry: jedna wyszła za lekarza, który przed wojną został lekarzem lekarzem dworskim szacha Persji. Był bardzo ustosunkowanym człowiekiem, jednym z niewielu Europejczyków, który miał w Teheranie klinikę. Leczył cały dwór i miejscowy high life. Mąż drugiej siostry był wysoko postawiony w przemyśle naftowym w Iranie. Wiem tylko tyle. Po wojnie jedna z nich – chyba ta wdowa po lekarzu  – żyła w Londynie. Dowiedziałem się o tym, gdy moja córka ciężko zachorowała na serce i  szukałem dla niej leków. Przez ambasadę usiłowałem znaleźć jakiś kontakt. W odpowiedzi dostałem list, z którego wynikało, starsza pani, mieszka we własnym domu w Londynie, życie upływa jej na zarządzaniu służbą oraz na  wyszukiwaniu i promowaniu młodych talentów. Kontaktu nie utrzymuję. Nawet nie wiem jak się nazywa.

A wiesz coś o rodzeństwie matki?

 Chyba nie.

Pamiętasz może kolegów ze szkoły?

Oczywiście. Tłukliśmy się razem, graliśmy, bawiliśmy się. 

Do jakiej szkoły chodziłeś?

Mam trudność z odpowiedzeniem. Lekcje trwały cały dzień z przerwą na obiad. Po południu były zajęcia religijno-talmudyczne.  

Czyli chodziłeś do chederu?

Tak, tak. Szkoła mieściła się w Łodzi przy ulicy Kilińskiego, niedaleko naszego domu. Mówiło się „dokąd chodzisz?” – „do Kona” – to było chyba nazwisko dyrektora tej szkoły.

Cheder  to tradycyjna żydowska szkoła, w której dzieci wieku od 3 do 13 lat uczą się podstaw judaizmu, Tory, języka hebrajskiego i zasad życia żydowskiego. 

Ile klas skończyłeś w tej szkole? 

Nie pamiętam, ale wiem, że w getcie przyjęto mnie do siódmej klasy chyba.

Do siódmej klasy chyba — w łódzkim getcie (Litzmannstadt Ghetto) szkoły działały od jego utworzenia w 1940 r. do likwidacji w 1944r. 

Czy przed wojną miałeś polskich kolegów? 

Tak, z podwórka. Był syn dozorcy z drugiej klatki schodowej, ale nie potrafię bliżej nic powiedzieć.

Czy przed wojną byłeś  w jakimś polskim domu? 

Nie.

Co wiedziałeś o świecie, który był obok? 

Bardzo dużo czytałem i to co wiem, prawdopodobnie wiem z książek. Jak sięgam pamięcią, to pamiętam dwa-trzy wyjazdy latem na wieś. I tam pamiętam jakieś święta kościelne. Bo na wsi bardzo trudno było  utrzymać mnie w domu.

Czy w domu była służąca?  

Były lata, że tak, gdy byłem bardzo mały. Później, w okresie tuż przed wojną, już nie.

Co zapamiętałeś z wyjazdów na wieś?

Wieś nazywała się Czarnecka Góra, nad rzeką Czarną. Na letnisku byłem z mamą i bratem, 

ojciec dojeżdżał na sobotę i niedziele.

Czym zajmował się twój  ojciec?

Ojciec był agentem ubezpieczeniowym. Zbierał chętnych do ubezpieczenia się  i z tego miał prowizje.

A mama? 

Mama była w domu.

Jak wyglądała  sytuacja materialna rodziny?

Było różnie. Dochody ojca były różne, zależały od liczby klientów i  koniunktury. Bywały okresy, że szliśmy do babci, bo w domu  było krucho z pieniędzmi. Był również okres, że ojciec siedział – zamknęli go przy jakiejś akcji w latach trzydziestych. Nie wiem czy brał udział czy też wplątał się niechcący. Była taka organizacja MOPR, lewicowa, komunistyczna chyba – która zbierała składki od ludzi na pomoc więźniom politycznym. 

MOPR (Międzynarodowa Organizacja Pomocy Rewolucjonistom) — komunistyczna organizacja pomocowa, działająca w latach 1922–1943, założona z inicjatywy Kominternu. MOPR pełnił rolę swoistego Czerwonego Krzyża ruchu komunistycznego.Organizacja udzielała pomocy prawnej, materialnej i politycznej osobom, które według niej były „ofiarami represji” — głównie działaczom komunistycznym więzionym w różnych krajach. Centrala mieściła się w Moskwie. Polska sekcja działała nielegalnie w okresie międzywojennym i była powiązana z Komunistyczną Partią Polski (KPP). 

A ojciec w był zaangażowany  politycznie? 

Ja tego nie wiem. Sadząc po rodzinie i po tym, co wiem, to chyba nie. 

Długo siedział w więzieniu?

Niedługo, kilka tygodni. Ale to wywarło wpływ na naszą sytuację materialną. Pamiętam pierwsze mieszkanie, potem  okres u babci – mieszkaliśmy wszyscy w jednym pokoju. Potem drugie mieszkanie – już znacznie mniejsze niż to pierwsze. Było różnie i raczej coraz gorzej. 

Czy ojciec był człowiekiem religijnym? 

Jeżeli, to tylko tyle, ile trzeba było ze względu na środowisko. Zachowywał po prostu tradycję, ale nie przestrzegał przepisów religijnych. 

Czy to znaczy, że znaczy nie było koszernej kuchni w domu? 

Chyba była, ale nie pamiętam, żeby było z tego powodu wielkie halo. Boczku nie było, ale kiełbasę jadło się. Może była koszerna, nie pamiętam. Z całą pewnością dom nie był ortodoksyjny. Pamiętam jak matka w sobotę błogosławiła świece.

Błogosławiła świece — w piątkowy wieczór, na rozpoczęcie szabatu, kobieta zapala dwie świece i wymawia błogosławieństwo. Świece symbolizują pokój i świętość Szabatu. 

Miałeś 12 lat gdy zaczęła się  wojna, więc czy miałeś Bar Micwę?

Tak,  była taka pseudo uroczystość zaraz na początku getta. 

Bar Micwa to żydowski rytuał przejścia 13-letniego chłopca w dorosłość religijną. Podczas ceremonii po raz pierwszy publicznie odczytuje fragment Tory i od tej pory jest odpowiedzialny za przestrzeganie przykazań. 

To znaczy, że czytałeś po hebrajsku? 

Tak, nie tylko czytałem – byłem w tym dobry. Znałem komentarze Rasziego oraz Misznę. Szkoła, o której mówiłem, po południu była straszną katorgą dla dzieci, ale uczyła skutecznie. Teraz już nic nie pamiętam

Raszi — Rabbi Szlomo Icchak wybitny średniowieczny rabin uważany za najważniejszego komentatora Tory i Talmudu. Jego komentarze są podstawą nauk judaizmu i są studiowane do dzisiaj. Miszna — jest podstawowym tekstem ustnej tradycji żydowskiej spisanym ok. 200 roku n.e. Zawiera zestaw praw, zwyczajów i przepisów religijnych regulujących życie codzienne, modlitwym święta i prawo cywilne. Jest podstawą Talmudu. 

Czy u was w domu mówiło się po polsku?

Tak

A znałeś jidysz?

Mówiłem po polsku i po żydowsku. A teraz ni czorta – minęło pięćdziesiąt lat.  Mówię dobrze po niemiecku i trochę rozumiem, to co jest zbliżone do niemieckiego. Gdy słyszę, że mówią po żydowsku to, niestety, mnóstwa słów nie rozumiem. 

Czy  twoja mamusia była osobą , jak by to powiedzieć, światową?

Chodziła do teatru, na koncerty, grała na fortepianie. W domu były książki. Byłem zapisany do wypożyczalni i bardzo korzystałem. 

Czy rodzice marzyli o tym, że w przyszłości pójdziesz na studia? 

Tak, tym bardziej, że ojciec byłniedokończonym studentem Szkoły Wawelberga i Rotwanda. Nie ukończył nauk, bo zabrakło pieniędzy. Rodzice  nie wyobrażali sobie  że może być inaczej. Tym bardziej, że ja ciągle siedziałem w książkach – albo majsterkowałem, albo czytałem. Byłem bardzo tęgi, byłem grubasem. W drużynie piłkarskiej grałem na bramce, bo do biegania nie bardzo się nadawałem, natomiast zajmowałem sobą prawie całą bramkę.

Szkoła inżynieryjno-techniczna Wawelberga i Rotwanda, założona w 1920 r., w Warszawie, była jedną z najbardziej prestiżowych szkół technicznych w Polsce.

W harcerstwie żydowskim byłeś? 

Przed wojną? Nie! Na miłość boską – kiedy? Przed południem szkoła, po południu szkoła. Jeszcze książki w domu. To w ogóle wykluczone. To nie tak, że siedziało w szkole, trzeba było mieć wyniki. To nie były żarty.

Czy w okresie przedwojennym zdarzało się, że ktoś na ciebie tam wrzasnął na ulicy: „Żydek”?

Co za pytanie – oczywiście! Chcesz mnie zapytać czy zetknąłem się  z antysemityzmem? Tak, zetknąłem się. Gdy Niemcy weszli, ale jeszcze nie było getta, nie było w domu pieniędzy, więc zacząłem sprzedawać papierosy. Handlowaliśmy papierosami z chłopakami i już trzeba było uważać, żeby nie wyszło, że się jest żydowskim chłopcem. 

Czy w twoim domu przed wojną mówiło się o polityce, czy słyszałeś o Hitlerze?

Sam się nad tym zastanawiałem. Wiem, że jakiś czas w domu była rodzina – mąż z żoną, których Niemcy wyrzucili z Niemiec. Nie znałem tych ludzi. Potem zniknęli. Ojciec był innego zdania niż całe otoczenie. Zresztą nie tylko w tej sprawie. Uważał, że ustrój w Polsce zmierza w kierunku tego, co stało się w Niemczech. Nie pamiętam jednak by padło słowo faszyzm. Wujkowie uważali, że ojciec jest czarnowidzem, że generalnie świat idzie ku pokojowi, demokracji et cetera, et cetera. 

Których Niemcy wyrzucili z Niemiec — w odpowiedzi na uchwalenie przez polski Sejm (31 marca 1938 r.) ustawy o pozbawieniu obywatelstwa osób przebywających za granicą co najmniej pięć lat władze niemieckie rozpoczęły deportacje polskich Żydów z Niemiec, tzw. „Akcja polska”. W październiku 1938 r. przymusowo wysiedlono ok. 17 tysięcy polskich Żydów do przygranicznych miejscowości w Polsce i ulokowano w obozach przejściowych. Ok. 8 tys. osób trafiło do  Zbąszynia.

Było dużo dyskusji na temat Abisynii, na temat wojny w Hiszpanii. Pamiętam śmierć Piłsudskiego, żałobę. Ale gdybym powiedział, że poglądy rodziców były takie czy inne, to wydaje mi się, to nałożyło się na to, czego później się dowiedziałem.

Gdy wybuchła wojna miałeś 12 lat. Czy wyraźniej pamiętasz: wybuch wojny, wejście Niemców czy utworzenie getta? 

To, że Niemcy weszli, widziałem jak na obrazku – wojsko, jakieś samochody, bardzo dziwne karabiny. Potem chłopcy z niemieckiego gimnazjum zaczęli pojawiać się w mundurkach Hitlerjugend i tłuc innych. Zaczęto łapać Żydów do robót, do załadunków. Widziałem jak ich bito, a policja nie reagowała. Zdawałem sobie sprawę, że dzieje się coś złego, że przegraliśmy wojnę.  

Ojciec nie miał pracy, nie było pieniędzy. Próbował chować w domu jakiś kryształ, jakieś  kosztowności. Żeby coś zarobić bardzo szybko zacząłem sprzedawać papierosy.  

Robiłeś to z kolegą, z bratem?  

Z chłopcami ze szkoły i z podwórka. Nie wiedziałem jak to się za to zabrać, gdzie kupić papierosy, jak sprzedać.

Getto w Łodzi utworzono 8 lutego 1940 roku, a jego granice ogrodzono i zamknięto 30 kwietnia. Jak to zapamiętałeś?

Pamiętam, że przed zamknięciem getta, któregoś dnia zdjęliśmy z ojcem opaski i poszliśmy do  naszego mieszkania przy Kilińskiego. W stołowym pokoju stały  dwa fotele i sześć krzeseł  pokrytych skórą. Wycięliśmy tę skórę – matka nie mogła tego ojcu wybaczyć, bo to były bardzo dobre meble. Mówiła: „Przecież my tu wrócimy, a ty to niszczysz”. Ojciec dobrze wiedział, że tak się nie stanie, a skóra bardzo się przydała – na buty się nadawała, na cholewki. Ale to już było, gdy byliśmy w ukryciu. 

Gdzie zamieszkaliście w getcie?
Przeprowadziliśmy się do getta na ulicę Franciszkańską 9, a może 19? Na samym początku Franciszkańskiej. Budynek należał do przedsiębiorcy nazwiskiem Pasmanik, który wyrabiał nagrobki z granitu i marmuru. Warsztat był koło domu i pracowało dla niego kilku robotników. Przez pół roku dopóki Niemcy nie wywieźli zapasów kamienia ja też byłem tam zatrudniony. Pracowałem tam nie za pieniądze tylko za mieszkanie. Muszę powiedzieć, że sporo się wtedy nauczyłem. W ogóle się lubiłem uczyć.

Jakie wyglądało wasze mieszkanie w getcie?

To nie było mieszkanie, tylko pokoik na parterze. Jeden dla całej naszej rodziny. Na szerokości pokoju mieściło się wezgłowie łóżka i stół, a na długości – dwa łóżka. To było wszystko. Ubikacji nie było – trzeba było załatwiać się do kubełka i wynosić na podwórze do  wspólnego wychodka. Wody też nie było.

Czy pamiętasz z okresu początku getta kogoś z rodziny? 

Nie, jedynie Wiktora Bialera z rodziną: synem, córką i żoną. Oni mieszkali przy ulicy bodajże Bazarnej. Może bym tam trafił, ale nie jestem pewny.

Byłeś tam kiedyś u nich? 

Tak, byłem. (U nas nie bardzo można było przyjmować wizyt).Tam były trzy pokoje  i korytarz, w każdym pomieszczeniu mieszkała  jedna rodzina. Getto było małe, a ludzi napchano strasznie dużo. Potem, jak ludzie zaczęli wymierać i zaczęto mordować, to zrobiło się  trochę luźniej, ale na początku było bardzo ciasno.

Czy w getcie miałeś kontakty z polskimi kolegami ? 

Na początku tak, ale w momencie zamknięcia getta to absolutnie się urwało. Po wojnie dowiedziałem się, że łódzkie getto było bardzo szczelne. Może dlatego, że było na terenie Reichu a w Generalnej Guberni. Była różnica pomiędzy polityką niemiecką wobec ludności polskiej w tzw. Reichu i w Generalnej Guberni. Mowy nie było o jakimś wyjściu, telefonie czy coś takiego. To było zupełnie wykluczone. Byliśmy kompletnie odcięci.

Czy pamiętasz swoich rodziców na początku getta, jaki ich zachowałeś obraz? 

Zawaliło się wszystko, poczynając od miejsca zamieszkania, szkoły, a kończąc na tym, że wszyscy poszli do roboty. Ojciec na samym początku administrował budynkami. Potem udało mu się, chyba z pomocą wujka, dostać pracę w piekarni. To było coś niebywale ważnego, pracować w piekarni gdy panował głód. 

Matka pracowała w pralni, a brat był gońcem w urzędzie zieleni. Ja, gdy warsztat kamieniarski stał  zlikwidowany, poszedłem do pracy w zakładach metalowych, i tam pracowałem przez cały czas getta. Tam się nauczyłem zawodu, który mi potem uratował życie.

Co tam konkretnie robiłeś?

Z początku pracowałem w kuźni, z czasem jako kowal, a później w narzędziowni, jako tzw. wzorcarz. 

Czy ktoś w rodzinie chorował na  tyfus czy gruźlicę? 

Jeszcze jak. Z  gruźlicą, to znaczy z ogniskiem w płucu, wróciłem w1945 roku do kraju. To się zupełnie zaleczyło. A w getcie chorowałem na dur brzuszny i tyfus plamisty. Oba przechorowałem w domu.

Czy ktoś z rodziny umarł w getcie śmiercią naturalną?  

Myślę, że tak umarła ciotka Róża Rechtman, dobrze to pamiętam. Poza moją rodziną  i Bialerami  nie kojarzę żadnej rodziny z getta.  Pamiętam tylko, że niedaleko miejsca gdzie mieszkaliśmy stały duże budynki, w których utworzono gimnazjum. Zacząłem tam się uczyć, ale wkrótce potem przyszły transporty Żydów z Niemiec i Czech, których nie było gdzie rozlokować, więc zakwaterowano ich w szkole i nauka skończyła się. Zresztą wszyscy musieli pracować, bo kto nie pracował – nie dostawał kartek.

Jaki był przydział kartkowy? Pamiętasz co jedliście?

Jeszcze jak pamiętam. Do dziś potrafię – udowodniłem to dwa razy po wojnie – z naci marchwi i z buraków zrobić danie, które wygląda jak ryba.Trzeba zieleninę odpowiednio sparzyć, usmażyć, przygotować. To jest cała procedura. 

W getcie, poza pracą, dorabiałem produkując damskie ozdoby: spinki do włosów, broszki itd. z zużytych części warsztatów tkackich, których było mnóstwo przed wojną. Ze sprężynek, oczyszczonych i zgiętych, robiłem spinki do włosów. Z drutu można było kręcić ładne  broszki. Do dziś  to jeszcze potrafię. Każda  sprzedana rzecz, to była dodatkowa kromka chleba, którą można było kupić na czarnym rynku..

Jak pamiętasz głód? 

Strasznie. Już jako dojrzały człowiek, syty, po wojnie, czytałem opracowania naukowe o getcie warszawskim i  innych, ale nie wiem czy jest wiele przykładów takiego głodu, jaki był w getcie łódzkim. Całe długie okresy pamiętam kiedy na cały dzień musiała wystarczyć jedna  czy półtora kromki  kromki gliniastego chleba. 

I nic poza tym? 

Zupa w pracy. Zupa to była chochla płynu, trochę kapusty,  brukwi, jak ktoś miał szczęście, to trafiły się dwa ziemniaczki. Jak się nie miało pieniędzy z domu to było  bardzo ciężko.

A jak się miało pieniądze, to co można było kupić? 

Chyba wszystko. W sklepikach, szczególnie w początkowych dwóch pierwszych latach,  można było kupić: cukier, olej, cebulę, chleb. Gdy naszej czteroosobowej rodzinie udało się zdobyć przydział chleba, to trafiał do zamykanej szafki. Nie dlatego, że sobie nie ufaliśmy, tylko dlatego, że człowiek  z głodu czasem nie wiedział co robi. Rodzice próbowali czasem, swoim kosztem, dać nam większą porcję, ale, wiedzieliśmy, że jeżeli chcemy żeby tata żył, to musi jeść. Różne rzeczy w getcie przeżyłem – przechodziliśmy przecież szperę, wysyłki, trzeba się było  się ukrywać. Ale najbardziej pamiętam głód. 

Szpera w łódzkim getcie (Litzmannstadt Getto) — wielka akcja wysiedleńcza z września 1942 r. W czasie szpery wprowadzono całkowity zakaz opuszczania domów, a ulice zostały odcięte przez niemiecką policję i żydowską służbę porządkową. Niemcy zażądali „oddania” 20 tys. osób niezdolnych do pracy — dzieci do 10 lat, osób starszych i chorych). W wyniki przeprowadzonej selekcji mieszkańców getta wywieziono i zamordowano w Chełmnie nad Nerem ok. 15 tys. dzieci oraz tysiące osób starszych i chorych. Po szperze getto stało się faktycznie „gettem pracującym”, w którym pozostawiono niemal wyłącznie ludzi zdolnych do pracy przymusowej.

Jak byś dzisiaj wytłumaczył komuś, kto nie ma pojęcia, co to jest prawdziwy głód? Bo o to najczęściej pytają młodzi ludzie. 

Powiedziałbym – ciężko harujesz całymi miesiącami, cały czas żyjesz w lęku o swoje życie, została z ciebie tylko skóra i kości. Nie ma miłości, nie ma seksu, nie ma zainteresowań, nie ma jawy, nie ma snu – jest tylko jedno marzenie – bułka, chleb, jego zapach! 

Co głód robi z człowieka? Widziałeś może?

Wracając do domu z bochenkiem chleba trzeba było uważać żeby ktoś go nie wyrwał i uciekł.  Gdy  udało się dopaść napastnika połowa chleba była już zjedzona. Ludzie trzymali  w domach, zwłaszcza zimą,  zwłoki bliskich, żeby jak najdłużej korzystać z kartek żywnościowych zmarłego.Kartki to było jedzenie, a jedzenie znaczyło życie.  

Czy miałeś do czynienia  z żydowską policją ( służbą porządkową)? 

Widziałem wysiedlenia, widziałem jak wybierali starych ludzi na, ładowali na fury
i wywozili.

Jak zapamiętałeś szperę w getcie?

Były ogłoszenia, że trzeba się stawić, ale ludzie nie chcieli. Niemcy zarządzili  więc Blokschpere, to znaczy nie wolno było wychodzić na ulicę przez dzień, dwa, czasem trzy. W tym czasie Niemcy i żydowscy policjanci chodzili od domu do domu, wygarniali starych i dzieci. W getcie była policja. Była straż pożarna, były pieniądze (potocznie nazywane „rumkami”), poczta, nawet gazeta jakiś czas. Były fabryki, praca, sklepy.

W getcie była policja — Żydowska Służba Porządkowa (formacja policyjna) w getcie łódzkim została utworzona 11 kwietnia 1940 r. na polecenie niemieckich władz okupacyjnych. Administracyjnie podlegała Judenratowi i wykonywała niemieckie rozkazy. Komendantem został Leon Rosenblatt. Funkcjonariusze nosili  czapki z czerwonymi otokami, a na rękawach opaski z niebieską Gwiazdą Dawida. Byli uzbrojeni w gumowe pałki. Formacja na  początku liczyła  250, a w 1943 r. ok. 1200 osób. Jej główne zadania obejmowały utrzymanie porządku, egzekwowanie zarządzeń, a także, udział w łapankach i deportacjach ludności żydowskiej do obozów zagłady

Miałeś do czynienia z  policjantem żydowskim? 

W getcie należałem do organizacji młodzieżowej, która się nazywała Ha-Szomer Ha-Cair. Spotykaliśmy się na gry i zabawy na przedmieściach getta, koło cmentarza na Marysinie. To był piękny okres – miałem kontakt z dziećmi, z młodzieżą. Dowiadywałem się  i uczyłem nowych rzeczy. Rozmawialiśmy też o tym co będzie po wojnie. Pierwszy raz usłyszałem o  Żabotyńskim i Betarze. Nie mogłem zrozumieć, zadawałem mnóstwo pytań jak to jest: to Żydzi i to Żydzi. Dlaczego mamy ich nazywać faszystami? Obie organizacje (Betar i Ha-Szomer Ha-Cair ) konkurowały ze sobą i bardzo się  nie lubiły. To było moje pierwsze zetknięcie z polityką. I  pierwsze sympatie z dziewczyną też. Przygoda  z Ha-Szomer Ha-Cair trwała  jedno lato – pięć, dziesięć zbiórek. I koniec.

Ha-Szomer Ha-Cair (Młody Strażnik) — lewicowa syjonistyczna młodzieżowa organizacja żydowska, która w pracy wychowawczej stosowała metodę skautową. Powstała w 1916 w Wiedniu z połączenia ruchu Ceirej Syjon (mającego charakter kółek samokształcenia z lekcjami hebrajskiego) oraz organizacji Ha-Szomer „Strażnik” o charakterze skautowym, opartej o brytyjski model skautingu. Na ziemiach polskich organizacja rozpoczęła działalność w 1916 w Galicji. Istniała także w wielu krajach Europy oraz w Kanadzie. W 1935 r. światowy Ha-Sz. Ha-C. liczył ok. 70 tys. członków. Młodzież wychowywana była w duchu samodzielności i dyscypliny, równości i współpracy oraz przygotowywana do wyjazdu do Palestyny (aliji) i pracy na roli w kibucach. W Polsce podczas II wojny światowej organizacja odegrała ogromną rolę w żydowskim podziemiu. Członkowie Ha-Szomer Ha-Cair tworzyli liczne oddziały samoobrony, uczestniczyli w konspiracji, partyzantce żydowskiej i powstaniach (np. M. Anielewicz). Po 1944 roku organizowali opiekę nad sierotami żydowskimi oraz nielegalną emigrację do Palestyny. Ha-Szomer Ha-Cair rozwiązano w Polsce w 1949 roku, ale istnieje nadal w Izraelu i kilkunastu innych krajach jako świecka i lewicowa organizacja młodzieżowa. Betar — syjonistyczna prawicowa organizacja młodzieżowa założona w 1923 r. w Rydze przez Włodzimierza Zeewa Żabotyńskiego. Stawiała na silną obronę żydowskiej społeczności i dążenie do stworzenia państwa żydowskiego w całej Palestynie. Celem organizacji było przygotowanie młodzieży do samoobrony i walki o niepodległość. W wychowaniu kładziono nacisk na patriotyzm i wojskową dyscyplinę. Ideologia Betaru była antagonistyczna do socjalistycznego Ha-Szomer Ha-Cair .  

Pytałaś o zetknięcie z policją –  miało miejsce na zbiórce na terenie Marysina. Tam mieściły się gettowe gospodarstwa rolne i policjanci nas przeganiali. Na terenie getta przy rynku bałuckim była placówka KRIPO – kryminalnej policji niemieckiej. Bito i zabijano tam ludzi. Jak ktoś tam trafił, to wiadomo było, że źle to się skończy. Posterunek KRIPO  znajdował się w budynku dawnej plebanii, wokół którego rósł piękny bez. Przyłapano mnie na kradzieży tego bzu – dostałem tęgie baty, siedziałem zamknięty w komórce kilka godzin, ale mnie wypuścili.   

Posterunek KRIPO mieścił przy ulicy Lutomierskiej 23, w budynku dawnej plebanii przy kościele Wniebowzięcia NMP, w jego bezpośrednim sąsiedztwie. 

Jak zapamiętałeś okres kiedy zaczęły się wywózki?

Na początku myśleliśmy, że jeżeli mają się stawić  ludzie starzy, to nas to nie dotyczy. Ale prędko się okazało się, że gdy brakuje starych, to wygarniają i kobiety i dzieci. Nie patrzą czy ktoś pracuje czy nie. Wedy trzeba się było ukrywać.

Z ulicy Franciszkańskiej przeprowadziliśmy się do do pokoju z kuchnią na pierwszym piętrze (nie pamiętam jaki to był adres). Poprzedni lokatorzy wymarli i przydzielono je nam. Był to dom wolnostojący, wyższy od innych w okolicy. Nie było centralnego ogrzewania, mieszkania były ogrzewane piecykami, więc na dachu było dużo kominów. 

Ojciec był administratorem budynków  i dzięki temu zmajstrował dla nas schowek na dachu –  postawił dodatkowy „lipny” komin. Między nim, a drugim kominem mogły przycupnąć dwie-trzy osoby. Ta kryjówka kilka razy zdała egzamin. 

Powiedziałeś, że kilka razy to zdało egzamin. 

Tak, dwa czy trzy razy tam się ukryliśmy.  Ludzi którzy zostali w budynku Niemcy wygarnęli,  a myśmy się uratowali. 

Czy słyszałeś może o ruchu oporu w getcie?

Wiem, że w fabryce było  lewicowe środowisko. Nie należałem do niego, ale wiem, że byli, czasem coś do mnie docierało.

Czy docierały do was wiadomości z zewnątrz? Np. wiedzieliście, że wybuchło powstanie w getcie warszawskim?

Ojciec miał znajomego o nazwisku Tafel, który miał jakieś kontakty i dostęp do radia. Bywał u nas  czasem i przynosił wiadomości o wojnie w Rosji. Niewiem co się z nim stało – prawdopodobnie ktoś go wydał. Z gazetką, radiem, z organizacją w getcie nie zetknąłem się. 

Czy miałeś nadzieję, że przeżyjesz tę gehennę?

Czekaliśmy końca wojny. Liczyliśmy, że Niemcy przegrają, a jak wojna się skończy, to wrócimy do dawnego życia. Pytasz mnie ciągle  „Czy pamiętasz?” Po wojnie dużo wysiłku kosztowało mnie żeby zapomnieć. A teraz okazuje się, że trzeba pamiętać. Teraz chciałbym mieć zdjęcie rodziców, jakąś pamiątkę.  

Wydaje mi się, że potrafię w miarę wiernie oddzielić co wiem teraz od tego, co wiedziałem wtedy. Bardzo niewiele wiedziałem – najważniejsze było jeść, jeść, jaka zupa, kto dzisiaj wydaje, kto dzieli, skąd wziąć? I ciągle: „Nie zjadaj wszystkiego naraz!” Byłem taki jak inni, ale innych nie pamiętam. Pamiętam siebie – wiecznie głodnego. Strasznie głodnego.

A propos głód – po likwidacji getta, zapamiętałem jeden z transportów. Z pociągu do obozu szliśmy pieszo. Była zima, ładna pogoda i Niemcy byli jakoś w miarę łagodni – nie tłukli nas.I naraz skądś dobiegł zapach pieczonego chleba .(Po wojnie znalazłem na Dolnym Śląsku to miejsce). Przechodząc w pobliżu piekarni kolumna więźniów wdychali zapach chleba, ludzie prostowali się wciągając ten zapach. Tak byli głodni wszyscy. 

To zostało mi  do dziś – może nie być wszystkiego – chleb musi być. Chleb to najważniejsza rzecz na świecie. Nie tęskniłem za mięsem, za masłem, nie pamiętałem nawet ich smaku. Tęskniłem za chlebem.

Opowiedz o transporcie do obozu.

To był jeden z ostatnich transportów – przetrwaliśmy tak długo w getcie dzięki wujkowi, który  do końca pracował Judenracie. Był koniec sierpnia 1944 r.,jechaliśmy  transportem  z administracją getta  i Rumkowskim.

Chaim Rumkowski (ur. 27.02.1877 w Ilinie k. Witebska, zm. po 29.08.1944 w Auschwitz) — przemysłowiec, działacz społeczny, działacz syjonistyczny, przewodniczący Judenratu w getcie łódzkim. Po zajęciu Łodzi przez Niemców, został mianowany zwierzchnikiem Żydów (oficjalnie od lutego 1940 r. „Przewodniczącym Starszeństwa Żydów w Łodzi”). Rumkowski stworzył w getcie prężnie działająca administrację. Powstały zakłady pracy, które zatrudniały nawet do 80 tys. ludzi, bo Rumkowski uważał, że praca jest jedynym ratunkiem dla Żydów. Dbał też o edukację — do 1941 r. w getcie działały szkoły, także zawodowe i muzyczne, dla dzieci i młodzieży. Działalność Rumkowskiego jako przewodniczącego łódzkiego Judenratu oceniana jest przeważnie krytycznie. Zarzuca mu się despotyzm, skrupulatne wykonywanie niemieckich rozkazów, zwalczanie konspiracji antyniemieckiej w getcie. Ponadto Współpracował z Niemcami przy selekcji osób deportowanych na śmierć, licząc na to, że dzięki temu przeżyją inni. Inni badacze twierdzą jednak, że postępował tak, mając nadzieję, że ocali przynajmniej część mieszkańców getta. Rumkowski po likwidacji getta w sierpniu 1944 r. został wywieziony ostatnim transportem do obozu Auschwitz, gdzie zginął.

Niemcy  wygarnęli was z domu?

Nie, sami się zgłosiliśmy, getto już było prawie puste. Nie było wyboru – trzeba było iść do transportu. Pociągi czekały  na bocznicy  na Marysinie, nie wyobrażasz sobie jaki był tłok. Niemcy dopychali żeby zmieścić jak najwięcej ludzi. Byłem razem z rodzicami i bratem. Nie pamiętam jak długo jechaliśmy, może dwie czy trzy doby. Pociąg często stawał, ale wagony ( bydlęce) cały czas były zamknięte. Powietrze dostawało się do środka przed dwa, umieszczone wysoko, zakratowane okienka.   

Wiedzieliście  dokąd jedziecie?

Ja nie wiedziałem. Ale niektórzy domyślali się, bo znali trasę. Po jakimś czasie było wiadomo, że jedziemy w kierunku Krakowa i Oświęcimia. Po wyjściu z wagonów rozdzielono mężczyzn i kobiety – brat był młodszy i  poszedł z mamą, a ja z ojcem.    

Trafiliśmy do fili Auschwitz w Gliwicach – podobozu, który zajmował się kopaniem schronów.
Kopaliśmy wielki dół, wstawiało się tam stary wagon kolejowy, zasypywało, a na wierzchu wykładało darnią. Robota nie była taka straszna, gdyby Niemcy nie bili, i gdyby nie to, że bardzo trudno jest kopać w piaszczystej ziemi, która się osypuje. Podczas takiej pracy mój ojciec został skatowany przez nadzorcę. Po pracy zanieśliśmy go do obozu i tam trafił  do szpitala, a stamtąd po selekcji do Oświęcimia do pieca. 

Dzięki zatrudnionemu z szpitalu więźniowi, który był znajomym wujka, mogłem dostać się do szpitala i spotkać z ojcem. Wiedział, że za dwa dni trafi do gazu – pożegnał się ze mną, dał mi wskazówki na życie, powiedział jak mam postępować. Zostałem sam.

Co ci ojciec powiedział, pamiętasz?

Wskazówki, które nie wiem czy ja bym komuś teraz dał, ale wtedy były dobre. Jak postępować, komu wierzyć, na co liczyć. Jakie mam obowiązki wobec matki i brata, jeżeli ich odnajdę. Ale przede wszystkim mam przeżyć. Mówił jeszcze, że mam odróżniać co jest ważne od tego, co jest nieważne, i że walcząc o przeżycie, nie wolno krzywdzić innych. To było półgodzinne spotkanie – słuchałem ojca płacząc. Na koniec uściskałem go i musiałem iść.

Lekarz, który umożliwił mi pożegnanie  z ojcem pomógł mi potem jeszcze raz. Miałem zapalenia opłucnej – zebrało  się tam bardzo dużo płynu, ledwo oddychałem a musiałem pracować.  Lekarz zdobył igłę do punkcji, taką grubą, z kranikiem, i więzień, który przed wojną był pielęgniarzem, zrobił mi wieczorem punkcję. Odciągnął ze mnie przeszło litr płynu i było wszystko w porządku. Przed zabiegiem trzeba było zdezynfekować igłę, a że nie było czym, mój ratownik kazał mi ją obsiusiać. Jako opatrunek posłużył pośliniony kawałek starej gazety. Następnego dnia poszedłem do pracy. 

Pracowaliśmy wtedy w warsztatach kolejowych w Gliwicach – to były jedne z większych warsztatów kolejowych, które remontowały zbombardowane wagon i kolejowe pojazdy. 

Gleiwitz I — filia KL Auschwitz-Birkenau utworzona w marcu 1944 r. przy zakładach taboru kolejowego. Więźniowie, głównie Żydzi oraz więźniowie polityczni  pracowali tam w ciężkich warunkach. W styczniu 1945 r. obóz został ewakuowany, a więźniów popędzono w marszu śmierci w głąb III Rzeszy.  

Zacząłem pracować jako niter. Musiałem w transformatorze rozgrzać nit i szczypcami podać w odpowiednie miejsce na wagonie, gdzie z dwóch stron zostanie nitowany. Wymagało to sprytu – żeby za bardzo nie rozgrzać nitu, ani nie za mało. I trzeba było szybko podać ten rozgrzany nit żeby nie wystygł. A potem trafić w otwór. Moja nauka wyglądała tak – majster Niemiec mówił: „ To jest młotek, to jest nit, są różne rozmiary , robisz tak i tak. Rób”. Nie znałem niemieckiego i robiłem źle. Majster powtarzał instrukcję drugi raz. Znowu źle. Za trzecim razem powiedział: „Mówiłem, weź młotek. To jest młotek”  i pac  mnie w głowę. Dziury nie zrobił, ale siniak był. I tak wbijał mi do głowy. Byłem pojętny i po trzech, czterech dniówkach bardzo dobrze  mi szło i zostałem niterem. Pracowałem tak do ewakuacji Oświęcimia.

Czy pamiętasz ludzi, z którymi byłeś  w Oświęcimiu?

Za nic w świecie. Pamiętam tylko z Dachau, już przy końcu. Zapamiętałem tylko Maksa, który mi pomógł. Ewakuowano nas z Oświęcimia, z podobozu  w warsztatach kolejowych – to był marsz pieszy zimą. Była tam też wtedy orkiestra obozowa. Niemcy widocznie chcieli oszczędzić muzyków, bo trąby, bębny i  inne duże instrumenty rozdali więźniom do noszenia. Ja dostałem taką dużą trąbę i nie byłem w stanie z nią iść.  Maks – Żyd z Belgii, który miał poważanie wśród więźniów i strażników – porozmawiał z Niemcem, zdjął mi trąbę i dał innemu więźniowi. Powiedział jeszcze: „Nie waż się ode mnie odchodzić, bo zginiesz. Ja się tobą zaopiekuję.” Rzeczywiście przez dwa-trzy etapy opiekował się mną. Potem dowiedziałem się, że Maks był w Belgii  i Holandii właścicielem całego szeregu domów publicznych i spelunek. Ważną osobą w półświatku.  

Marsz Śmierci z Auschwitz — 17 stycznia 1945 r. Niemcy cofając się przed nadciągającą Armią Czerwoną  rozpoczęli przymusową ewakuacja więźniów z obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau.Ok. 56 tysięcy więźniów, w ekstremalnie trudnych warunkach — mrozie i śniegu — pędzono pieszo 63- kilometrową trasą do Wodzisławia Śląskiego. Wielu zmarło po drodze z wycieńczenia, głodu i zimna lub zostało zastrzelonych przez eskortujących SS-manów. Szacuje się, że podczas marszu i transportu zginęło od 9000 do 15000 osób.  Po dojściu do stacji kolejowych więźniów transportowano odkrytym, towarowymi wagonami do obozów: Mautchusen, Buchenwald czy Dachau. 

W jakim języku rozmawiałeś z Maksem? 

Po polsku,  nie bardzo wtedy jeszcze mogłem rozmawiać inaczej.

Pytam, bo powiedziałeś, że on był z Belgii

Z tego co wiem, to był polski Żyd, który mieszkał w Belgii. Po wojnie miał proces o kolaboracje. Zeznawałem w sądzie, że ten człowiek uratował  mi życie. Było dużo ludzi, którzy zeznawali na jego korzyść. I oskarżenie  upadło . Nie wiem dlaczego on  ujął się za mną,  przecież nie znaliśmy się przedtem. Żadnych kontaktów z tym środowiskiem będąc dzieckiem nie mogłem mieć.

Czy  spotkałeś jeszcze w obozie w Oświęcimu kogoś znajomego z getta?  

Nie. Ja tam byłem tylko z ojcem. Gdy ojciec zginął zostałem zupełnie sam. 

Więźniowie ewakuowani z Oświęcimia trafiali do różnych obozów w Rzeszy. Ty znalazłeś się w Gross Rosen?

W transportach pieszych więźniowie szli ustawieni w  kolumny po tysiąc- dwa tysiące osób. Kto zostawał w tyle, tego zabijano i miejscowa  ludność musiała usuwać ciała. Na noc zatrzymywaliśmy się zazwyczaj  w pobliżu, albo na dziedzińcu jakiegoś folwarku, albo po prostu na polu. Niemcy robili apel, liczono więźniów, dodawano liczbę zabitych, żeby stan się zgadzał. W miarę jak przenosiliśmy się w kolejne miejsce i formowano kolumny marszowe grupy się mieszały i można było  stanąć w innej. Wykorzystałem okazję i z grupy, gdzie byli sami Żydzi, przesunąłem się do mieszanej.  

To było przed czy po pobycie w Gross Rosen?

Gross Rosen to był straszny obóz i wielki bałagan. Gdy Rosjanie byli  blisko Niemcy uciekli, a potem wrócili, bo okazało się, że front zatrzymał się. Więc jak tylko była możliwość to starałem się przejść do grupy mieszanej, albo w ogóle nieżydowskiej.  

Obóz był przepełniony, panował głód, Więźniowie, ktprzy byli tam wcześniej opowiadali o morderczej pracy w kamieniołomach. Na szczęście nie byliśmy tam długo.

Kolejnym transportem trafiłeś do Buchenwaldu? 

W  Buchenwaldzie byłem najdłużej.To był zorganizowany obóz – piękne, piętrowe zagospodarowane baraki, porządek w obozie. Taki cywilizowany obóz koncentracyjny, gdzie mordowano kulturalnie.

Obóz Buchenwald, założony w 1937 r., w Turyngii, był jednym z największych niemieckich obozów koncentracyjnych. W wyniku morderczej pracy, głodu i egzekucji zginęło tam przeszło 56 tysięcy więźniów. Z początku więziono tam przeciwników politycznych nazistów, potem także Żydów, Romów, homoseksualistów, jeńców wojennych i osoby uznane za aspołeczne. W obozie lekarze SS prowadzili na więźniach pseudomedyczne eksperymenty. Obóz wyzwoliły wojska amerykańskie 11 kwietnia 1945r.

Cywilizowany, co masz na myśli? 

Można człowieka powiesić na gałęzi i można na przyzwoitej, ze schodkami, szubienicy. Efekt jest, koniec końców, ten sam, prawda? Ale to jednak nie to samo. Co innego jak stoją nędzne, podszyte wiatrem baraki, a w ubikacji musisz uważać, żeby nie wpaść do dołu  i nie utopić się. A co innego jak jesteś w porządnych, czystych barakach – co prawda za nie sprzątnięty pyłek można zostać zatłuczonym na śmierć, ale jest czysto.

Z Buchenwaldu do Dachau droga prowadziła przez  Flossenburg? 

W Flossenburgu byliśmy niecałe tydzień. W drodze nocowaliśmy w  folwarku, było strasznie zimno,  z grupą więźniów ukryliśmy się w prasowanej słomie. Słychać było z daleka armaty, to znaczyło, że front jest już blisko. Mieliśmy, że w użyciu doczekamy wolności. Niestety nasza grupa okazała się zbyt liczna – 15-20 osób, a, takiego braku w transporcie strażnicy nie mogli nie zauważyć i na apelu odkryto naszą ucieczkę. 

Transport poszedł dalej, ale Niemcy obstawili folwark i nas wszystkich wygarnęli. Żołnierze kazali  nam stanąć na dziedzińcu w rzędzie, przeszli wzdłuż raz, drugi, obejrzeli nas, potem kazali rozpiąć spodnie. Rozpiąłem, jak wszyscy,  a zimno było, jak diabli. Wszystko się kurczyło, za przeproszeniem. Od razu wyłowiono kilka osób jako Żydów, ale chyba było nas więcej. Potem całej  naszej dwudziestce  kazali odliczać do trzech i co trzeciego rozstrzelano. Pozostałych  wsadzili na samochód i dowieźli do reszty transportu. 

Mnie się udało – nie trzeba tracić przytomności umysłu nawet wtedy, kiedy zdaje się, że to już koniec. 

Twoim ostatnim obozem było Dachau?

Dotarłem do Dachau, gdzieś w lutym, w transporcie aryjskim i już nie miałem z Żydami nic wspólnego poza tym, że byłem Żydem. Byłem chory na ciężką dyzenterię, z krwawą biegunką. W szpitalu obozowym była duża grupa polskich więźniów, którzy pracowali jako lekarze i pielęgniarze. Ukryli mnie pod schodami, przynosili lekarstwa i udało mi się wyzdrowieć. Koledzy uczyli mnie mierzyć temperaturę, robić zastrzyki – można było ćwiczyć na trupach. Gdy się nauczyłem – przedstawili mnie Niemcowi  z oddziału, gdzie robili doświadczenia na więźniach. Zakażali więźniów chorobami, testowali działanie leków, sprawdzali działanie niskich temperatur. Bardzo dużo było tam rosyjskich jeńców – służyli jako króliki doświadczalne. Zacząłem tam pracować, odżywiłem się i wróciłem trochę do siebie. W szpitalu była wysoka śmiertelność, więc pielęgniarze mieli więcej jedzenia.

Tam doczekałem wyzwolenia przez armię amerykańską. Zostałem w szpitalu jeszcze jakiś czas, potem Amerykanie zaczęli odsyłać więźniów, pod opieką Czerwonego Krzyża, do ich rodzinnych krajów. Ale transportu do Polski nie było.

Pamiętasz kogoś kto cię ratował w szpitalu w Dachau?

To byli Polacy. Jeden z nich nazywał się  Olejniczak – na jego papierach wróciłem do kraju i potem zmieniłem nazwisko na Olejniczak. To był chyba łodzianin. Lekarz czy prawie lekarz, a może pielęgniarz? Nie wiem. 

Powiedziałeś, że wróciłeś na jego papierach, czy znaczy, że on zginął? 

On nie chciał wrócić do Polski, został na Zachodzie. Ja, zgodnie z jedną ze wskazówek ojca, uważałem, że jeszcze  nie wiadomo co może się wydarzyć. Ojciec powiedział mi,  na co muszę uważać i komu ufać. Wróciłem z transportem polskich pracowników szpitala jako pielęgniarz transportu czeskiego, do Czechosłowacji. Tam przekazaliśmy chorych  służbie zdrowia i zgłosiliśmy się do czeskiego Czerwonego Krzyża

Czy w tym transporcie byli jeszcze jacyś Żydzi?

Pojęcia nie mam. W obozie Żyd mógł być swobodny tylko wśród Żydów. Nie ryzykowałem w obozie reklamowania się czymś takim. W Dachau było dużo inteligentów – był cały blok księży, inteligenci różnych opcji  politycznych i bycie Żydem nie było najlepszą rekomendacją. Ja nie ukrywałem się, nie byłem Żydem, więc nie miałem się czego bać. Bali się  ci, którzy ukrywali, że są Żydami. Trzeba przestać być Żydem.To potem sprawdziło. Raz, po powrocie do Polski, o tym zapomniałem, bo mi się wydawało, że już można zapomnieć, to się okazało, że o mało nie straciłem życia. 

Kiedy wróciłeś do Polski?
To był późne lato 1945 roku, sierpień chyba. Pojechałem do Łodzi i tam znalazłem  kuzyna, kuzynkę i ich mamę, tzn. znaczy żonę  wujka Wiktora z dziećmi. Kuzyn zaczął wtedy działać w lewicowej organizacji, a mnie to wtedy zupełnie nie odpowiadało. Byłem sam,  rodzice zginęli – mamę podobno wywieziono transportem do Ravensbruck. Podobno, bo nie zetknąłem się z kimś, kto powiedziałby mi: „Ja widziałem”. Podobno była w transporcie więźniarek, który zatopiono na morzu.

Była w transporcie więźniarek, który zatopiono na morzu — brak wiarygodnych źródeł historycznych świadczących o zatopieniu przez Niemców barki z więźniarkami. Relacje na ten temat pojawiają się fragmentu świadectw  lub przekazów, a nie jako potwierdzone fakty.  W literaturze i źródłach pojawiają się takie przypadki np. dotyczące ewakuacji Stutthofu, ale nie dotyczą więźniarek Auschwitz. 

Kto ci powiedział o mamie? 

Chyba ciotka, ale nie jestem pewny. Wiem, że miałem taką świadomość. Stwierdziłem, że nikogo nie mam i  trzeba jakoś się urządzić. O wyjeździe z Polski nie myślałem.

 Czy próbowałeś szukać ciotek, które mieszkały za granicą? 

Nie. Nie pamiętam jak nazywały się po mężach, poza tym dostałem się
w środowisko lewicujące i wydawało się, żet w Polsce  będziemy budować nowe społeczeństwo, nowe życie itd. Pojechałem na Wybrzeże z moim żydowskim nazwiskiem – Bialer. I chciałem pracować – zawsze marzyłem o morzu. Pomyślałem sobie, że gdzieś trzeba się zaczepić i zgłosiłem do przedsiębiorstwa w Nowym Porcie (Neuvarwasse po niemiecku). Zanim jeszcze zacząłem pracować przyszło trzech facetów, powiedzieli:  „Uchowałeś się? To się już nie uchowasz” i  stłukli mnie serdecznie. Nie znałem ich a oni mnie. Wiedzieli tylko, że ja jestem Żyd. Stłukli mnie i nieprzytomnego wrzucili do kanału. W wyniku działań wojennych było tam mnóstwo żelastwa, gruzu, połamany parkan i upadając nadziałem się na sztachety. Leżałem częściowo zanurzony w wodzie, ale tego nie pamiętam.  Znaleziono mnie następnego dnia rano – wyciągnięto, opatrzono (miałem siniaki, podbite oko, wybity ząb, zadrapania) i po kilku dniach wyjechałem. 

Miałeś przy sobie  dokumenty na nazwisko  Olejniczak? 

Nie. Tylko przepustkę z Dachau. Jeden papierek na to nazwisko. Nic więcej.

Wróciłem do Łodzi. Stamtąd pociągiem pojechałem do Bogumina, przy granicy czeskiej,  i czekałem na pierwszy transport Polaków z Zachodu. Dołączyłem do nich i w PUR-e (Państwowy Urząd Repatriacyjny) zgłosiłem się z przepustką na nazwisko Olejniczak. Prawdziwy Olejniczak miał na imię Antoni, ale powiedziałem, że to błąd, a ja od urodzenia jestem Marek. Dostałem zaświadczenie repatriacyjne, pieniądze na bilet i  pojechałem na Dolny Śląsk, do Jeleniej Góry.Tam zacząłem nowe życie już jako Marek Olejniczak. 

Wiele lat później – 15 czy 20 –  zgłosiłem się do sądu żeby  zalegalizować  nazwisko i inne dane. Zachowałem  tylko  imiona rodziców (Ita i Berek) na pozostałych dokumentach – aktach ślubu, metrykach dzieci jestem Markiem Olejniczakiem. Nigdy nie byłem kimś innym. Całe życie żyłem w środowisku polskim, nie znam tradycji, zwyczajów i  religii żydowskiej. Ze środowiskiem żydowskim nie mam kontaktów.  Dwadzieścia lat przepracowałem w fabryce, w której pełniłem różne funkcje: majstra, kierownika i sekretarza partii komórki oddziałowej. Żydzi, którzy mnie znali uważali  mnie za bardzo przyzwoitego goja. Jeden albo dwóch wiedziało o moim pochodzeniu, bo uznałem, że im mogę powiedzieć, ale większość chyba nie. 

A w rodzinie, żona wiedziała? 

Żony wiedziały. Pierwsza wiedziała, druga wiedziała. Dzieci długi czas nie wiedziały. Później zaczęły się domyślać. Syn, już jako dorosły człowiek, zapytał mnie kiedyś: „Tato, czy ty jesteś Żydem?” „Tak. – Odpowiedziałem.  – „To kim ja jestem?” „Ty jesteś pół Żydem, a w ogóle to jesteś tym, kim się czujesz.” „No to ja nie jestem Żydem” – odpowiedział. Dowiedziałem później, że zgodnie z żydowskim prawem, moje dzieci nie są Żydami, bo ich matki nie są Żydówkami.

Czy dzieci cię kiedyś pytały, co przeżyłeś w czasie wojny czy jak przeżyłeś?

Do dziś syn i córka mówią mi, że jeśli nie chcę opowiadać o tym co było, to może im powiem dlaczego nie chcę opowiadać.  Ale i na to  pytanie nie mogę odpowiedzieć. 

Czy pytali o twoich rodziców, o twoją rodzinę?

Tak, ale nie miało to związku z  narodowością. Pytali czym się zajmowali gdzie pracowali? Odpowiadałem, że mój ojciec pracował jako agent ubezpieczeniowy, dziadek żył z kapitału. 

A nie zapytali dlaczego nie masz nikogo z rodziny?
 Oczywiście, że zapytali. Powiedziałem, że zginęli w czasie okupacji, to nie jest tylko żydowska cecha. Innym ludziom też zginęli bliscy. Nieduża rodzina była, zginęli wszyscy.  

Czy wiedzą, że miałeś brata? 

Chyba nie, o bracie nie było mowy. W ogóle ja o okupacji, poza takimi okazjami, jak ta, nie rozmawiam. Owszem, byłem w Oświęcimiu, owszem, mam numer, zgłosiłem się o uprawnienia kombatanckie, których mnie zresztą później pozbawiono, bo dostałem rentę inwalidzką, czy jak trzeba było udowodnić, że byłem w getcie i w obozie, to wystąpiłem do kartoteki Czerwonego Krzyża w Arolsen.  

To są jedyne okazje kiedy wracam pamięcią  do tych czasów. Nie dlatego, że uważam, że lepiej jest zapomnieć. Może podświadomie tak jest, ale właściwa przyczyna jest inna –  jeżeli ktoś to przeżył, to wie o czym mowa, ma własne doświadczenia i niczego nowego mu nie powiem. Może jakiś szczegół. A jeżeli ktoś tam nie był, to żadne moje opowiadanie mu tego nie przybliży. Żadne, więc to nie ma sensu.

Chcesz powiedzieć, że tego nie da się opisać?

Nie wiem czy się da, wiem, że ja nie potrafię. Nie ulega kwestii, że ja tego nie wyrzucę z pamięci, z mojego charakteru, z postawy życiowej, z hierarchii wartości. Numer na ręku można wywabić – ale tego nie da się usunąć. Każdy z nas żyje z taką pieczęcią, jak mu życie odcisnęło.

A co po wojnie? 

Pracowałem, studiowałem, dalej pracowałem. Przeszedłem na emeryturę.

Czy uważasz swoje powojenne życie za udane? Masz rodzinę, dzieci, wnuki.

Jeśli uwzględnić start, zasadę: „Nie proszę o nic nikogo.” Osiągnąłem dużo, wszystko   sam, o własnych siłach.Wróciłem do kraju mając skończonych 5-6 klas, pracowałem na bardzo różnych i bardzo poważnych stanowiskach. Wykres mojego życia był  raz bardzo wysoko, raz nisko. Dorabiałem się: studia, dwoje dzieci urządzonych, ustawionych, sporo wnucząt – jak na razie doskonale radzących sobie w życiu. Z tego punktu widzenia  moje życie jest udane. Ale  jeśli chodzi o mnie, o moje życie życie uczuciowe – jestem oziębły.
Nie potrafię okazywać uczuć. To mają  mi za złe i żony i dzieci. Nie potrafię pokazać, że strasznie się przejmuję, że bardzo mi zależy. 

Gdy syn poszedł do wojska i trafił fatalnie, trzeba było, żeby zmienił jednostkę, i udało mi się to załatwić.  Ale on nie wie, że ja to zrobiłem. Bo uważam, że nie jest dobrze jak się wie, że ktoś nad nim czuwa. Człowiek musi być samodzielny, liczyć tylko na siebie.

Masz czwórkę wnuków,  jakie przesłanie chciałbyś im przekazać?  

Po wojnie dużo chorowałem, byłem wiele razy operowany,  bywało różnie. Lekarze  twierdzili, że bardzo duży wpływ na leczenie miała moja wola życia.  Bo ja bardzo chciałem żyć. Uważam, że jak człowiek bardzo chce, to może dużo osiągnąć.

Mam nadzieję, że moje wojenne doświadczenia nie będą wnukom  potrzebne. Wiesz co? Zostawmy to.

Dziękuję bardzo.  

 

Wywiad przeprowadzony przez Zofię Zaks 26 maja 1997 roku, w Warszawie, dla VHA USC Shoah Foundation, opracowała Anna Kołacińska-Gałązka

Poznaj inne wspomnienia

Teresa Wieczorek (2)

[Publikujemy dwa wspomnienia Teresy Wieczorek. Drugie można przeczytać wybierając „Teresa Wieczorek (1)” w zakładce „wszystkie osoby”] Zdecydowałam się napisać o poszukiwaniu swojej tożsamości dopiero teraz.

Dowiedz się więcej

Maria Ochlewska

Filmowe wspomnienie Marii Ochlewskiej jest dostępne na stronie USC Shoah Foundation, kliknij żeby zobaczyć. Urodziłam się w Chełmie Lubelskim. Zapamiętałam, że moi Rodzi­ce nazywali się

Dowiedz się więcej

Wanda Ziemska

Zaglądam w moje dzieciństwo jak do najciemniejszej studni. Przypomi­nam sobie to, co dawno wykreśliłam z pamięci, bo z takim bagażem nie moż­na żyć. Postanowiłam jednak

Dowiedz się więcej