Maria Teresa Zielińska, urodzona w 1927 r. (1)

Jestem bramą między judaizmem a chrześcijaństwem

[Publikujemy dwa wspomnienia Marii Teresy Zielińskiej. Kolejne można przeczytać klikając tu: Maria Teresa Zielińska 2]

Filmowe wspomnienie Marii Teresy Zielińskiej jest dostępne na stronie USC Shoah Foundation, kliknij żeby zobaczyć.

Nazywam się Joanna Sobolewska-Pyz. Dziś jest 13 marca 1997 roku. Przeprowadzam wywiad z siostrą Ancillą, Marią Teresą Zielińską – siostrą benedyktynką. Wywiad prowadzony jest w Sierpcu, w klasztorze  sióstr benedyktynek w województwie płockim.

Chciałam siostrze na wstępie uprzejmie podziękować za to, że się siostra zgodziła na wywiad i poprosić o nazwisko.

Zielińska Maria Teresa.

A przy urodzeniu jak się siostra nazywała? 

Borensztajn.

A jakie jest siostry imię zakonne? 

Ancilla.

Kiedy się siostra urodziła?

15 lutego 1926, tak jest w aktach.

A naprawdę? 

18 stycznia 1927.

To ile teraz ma siostra lat?

Siedemdziesiąt. 

Gdzie siostra się urodziła? 

W Warszawie. W Polsce.

Chciałam siostrę spytać o najwcześniejsze wspomnienia. 

Gdy  wybuchła wojna  w 1939 roku, przestałam chodzić do szkoły. Skończyłam pięć oddziałów i wojna naukę przerwała, do szóstej klasy już nie poszłam.

Siostra była już  wtedy dużą dziewczynką. A chodzi mi o wspomnienia z dzieciństwa, przedwojenne.

Mieszkałam w Warszawie na ul. Żelaznej 79 m. 12, na drugim piętrze, mieliśmy dwa pokoje w amfiladzie i kuchnią. Matka Chata miała z pierwszego małżeństwa dwie córki, a ojciec Herszek troje dzieci. Jego najstarszy syn wyjechał do Paryża,  zaraz za nim drugi. W 1937 roku do braci dołączyła Lonia.

Co siostra zapamiętała z wczesnego dzieciństwa?

Byłam bardzo malutka, coś chciałam, leżałam na podłodze, tupałam nogami i  głośno krzyczała. Tatuś słuchał, wreszcie wszedł do pokoju, zdjął pas i mi przyłożył. Powiedział: „Nie miałaś o co krzyczeć, teraz już możesz krzyczeć, bo już masz, za co”. I od tamtej pory już nigdy nie walczyłam, że coś koniecznie chcę.

W każdym razie nie w ten sposób?

Nie w ten sposób, żeby awantury robić. Pamiętam też, że nie chciałam jeść zupy, którą ugotowała mama. Chyba  to była zapalanka. Mama powiedziała: „Dobrze, nie jedz”.  i postawiła talerz na kredensie. Moniek prosił, żebym zjadła, a ja nie chciałam. Do kolacji nie dostałam nic do jedzenia, a wieczorem ta zimna zupa bardzo mi smakowała.

A kto to był Moniek? 

Mój rodzony bliźniaczy braciszek, który mnie strasznie kochał i nie mógł znieść, że ja nie chcę jeść.

Ten, który miał na imię Mojżesz? W skrócie Moniek? 

Tak. Od tamtej pory nie ma rzeczy, której nie lubię. Pamiętam też, że Zosia kłóciła się z Lonią.

Kto to Zosia, kto to Lonia?

Zosia była córką mamy. Kłóciła się z  Lonią – córką ojca z pierwszego małżeństwa. Zosia była bardzo porywcza. Stanęłam między nim, taki mały brzdąc  – miałam może pięć, może cztery lata.  Zosia złapała stołek rzuciła nim w Lonię, ale trafiła we mnie. I mam tu taką szramę na czole.

Pamiętam też, że gdy sąsiadka – staruszka pani Bronisława – chodziła po węgiel czy bieliznę wieszać, to leciałam, żeby jej pomóc. Gdy mnie gdzieś posyłali, żebym coś załatwiła, to bardzo chętnie szłam i wszędzie trafiłam. Nie umiałam jeszcze czytać, bo przecież do szkoły nie chodziłam. Szybko nauczyłam się  liczyć i liczyłam w pamięci.  Gorzej było później z polskim, bo nie bardzo się przykładałam. Na pamięć się uczyłam.

Siostro, jak było w domu? O dzieci chcę zapytać. Kto był najstarszy? Rodzice oboje mieli dzieci z poprzednich małżeństw. Rozumiem, że mama i tata byli wdowcami. W którym roku się pobrali?

Dwa lata przed moim urodzeniem. A może trzy lata, bo Zosia powiedziała  kiedyś, że mama jedno dziecko poroniła, więc musiało to być 2-3 lata wcześniej.

Jak synowie ojca mieli na imię?

Motek i Lejbek, chyba jakoś tak, a córka – Lonia. Nazwisko po ojcu –  Borensztajn. Mama miała córki z pierwszego małżeństwa, bliźniaczki – Ewę- Lidkę i Zosię-Zeldę Cederbaum.

Mieszkają wszyscy przy ul. Żelaznej? To znaczy mama, tata i  piątka dzieci?

Lejbek – starszy syn ojca – wyjeżdża do Paryża. Nie pamiętam czy to było przed ślubem rodziców, czy po ślubie? Wyjechał, bo nie chciał mieszkać z macochą.Niedługo potem wyjechał Motek.

I co tam robili?

Motek uczył się i pracował, a Lejbek nie chciał się uczyć i później miał pretensje do taty, że go nie uczył. Tego starszego brata nie pamiętam, bo albo byłam maleńka, albo jeszcze nie przyszłam na świat, gdy on wyjechał. W 1937 roku była wystawa w Paryżu, Lonia pojechała na tę wystawę i już została z braćmi. W domu zostały tylko dzieci mamy – Ewa-Lidka i Zosia.

Wystawa w Paryżu w 1937 roku była międzynarodową ekspozycją poświęconą sztuce i technice w życiu nowoczesnym. Miała pokazać osiągnięcia technologiczne i kulturalne państw w okresie międzywojennym, ale stała się także areną propagandy politycznej. Najbardziej znane były, ustawione naprzeciw siebie, pawilony III Rzeszy i ZSRR, symbolizujące napięcia ideologiczne tuż przed wybuchem II wojny światowej.

Lidka uczyła się, była bardzo zdolna. Zosia pracowała jako bieliźniarka. Starsze siostry dużo pomagały w domu, pamiętam jak  robiły pranie, a ja plątałem się między nimi. Bardzo mnie kochały i rozpuszczały. Woziły mnie i brata w wózku, szczęśliwe, że mogą nas prowadzić. Lonia przysyłała nam ubranka z Paryża, bo też  bardzo nas kochała.

Jak wyglądały stosunki między rodzicami? Była ciepła atmosfera w domu czy rodzice byli dobraną parą?

Nie wiem. Mama kochała syna, bo miała jednego, a ojciec kochał mnie, bo miał córkę.

Dzieci były tak samo kochane?

No właśnie dzieci bardzo były kochane.

Ojciec kochał dzieci matki?

Nie umiem powiedzieć, była duża  rozpiętość wieku. Siostry czuły, że to jest ojczym. Ojciec był bardzo wierzący, chodził się modlić, a córki były niewierzące. Więc już tu była rozbieżność.

A mama?

Mama chodziła w peruce, zachowywała święta, paliła świeczki w każdy piątek, szykowała stół. To był prawdziwie  żydowski, chasydzki  dom.

Czy siostra pamięta święta?

Pamiętam wszystkie święta. Pamiętam Paschę – musiałam drzwi otwierać, bo Eliasz przychodzi. Wszystkie święta były bardzo uroczyście przestrzegane. Sądny Dzień, jak były przeprosiny. Mama szła wtedy do bożnicy,  gdzieś na Twardą. Na balkonie były kobiety, na dole mężczyźni. I ja tam byłam z mamą. Dokąd mama żyła, to chodziłam, ale posty obowiązywały dopiero od dwunastego roku życia u Żydów.

Pesach (Pascha) to żydowskie święto upamiętniające wyjście Żydów z Egiptu i uwolnienie z niewoli. Obchodzone jest wiosną przez 7-8 dni. Centralnym punktem jest seder – uroczysta kolacja z czytaniem Hagady, spożywaniem macy i symbolicznymi potrawami. Podczas sederu zostawia się wolne miejsce przy stole i otwiera drzwi dla proroka Eliasza, który według tradycji zwiastuje przyjście Mesjasza. To symbol oczekiwania i nadziei na odkupienie. 
Jom Kipur (Sądny Dzień) to najważniejsze święto w judaizmie. Obchodzone jest 10. dnia miesiąca tiszri (wrzesień-październik). Jest to dzień postu, modlitwy i pokuty. Wierni proszą Boga i ludzi o przebaczenie oraz dokonują rachunku sumienia. Według tradycji w tym dniu zapada ostateczny wyrok dotyczący losu człowieka na nadchodzący rok. 
Do bożnicy – chodzi o Synagogę Nożyków w Warszawie, najstarszą zachowaną synagogę w stolicy, otwarta w 1902 roku. Jest czynna do dziś i pełni funkcje religijne oraz kulturalne. Budynek przetrwał II wojnę światową, choć został częściowo zniszczony. Znana jest z pięknej architektury w stylu neoromańsko-mauretańskim oraz jako centrum życia żydowskiej społeczności Warszawy. 
Posty – w judaizmie posty są sposobem na pokutę, refleksję i zbliżenie się do Boga. Najważniejsze posty to:Najważniejsze posty to m.in. Jom Kipur (Sądny Dzień) – 25-godzinny post, najświętszy dzień w roku, czas całkowitej skruchy i modlitwy.Tisza be-Aw – upamiętnia zniszczenie Świątyni w Jerozolimie; post od zmierzchu do zmierzchu, czas żałoby i modlitwy.

Ile lat miała siostra,  gdy mama zmarła?

Osiem. Jeszcze wtedy nie pościłam. Pamiętam, że strasznie płakałam. Usiadłam w kącie, przy piecu, gdy powiedzieli, że: „Mamusia twoja jest w stanie krytycznym”. Nie wiedziałam, co to znaczy, ale strasznie płakałam. Dopiero gdy dowiedziałam się, że mama umarła, to przestałam płakać. Na pogrzebie ani jednej łezki nie uroniłam. Stałam się bardzo poważna i wszędzie widziałam, mamę przykrytą całunem. Śmierć mamy była dla mnie wielkim wstrząsem.

Czy można powiedzieć, że któraś z osób w rodzinie była przez siostrę bardziej kochana a inne mniej?

Tak, z Zosią bardziej byłam związana. Najbardziej kochałam Mońka, on musiał być ze mną wszędzie.

Swojego brata bliźniaka?

Tak. Wszędzie ze mną chodził. Bez niego nigdzie się  nie ruszałam. Na cmentarz razem, wszędzie razem, tylko do szkoły chodziliśmy  osobno – on do innej, ja do innej.

Do jakich szkół chodziliście?

On do chederu ja do szkoły przy ul. Okopowej w Warszawie. Miałam może jakieś dziesięć  minut drogi. Moniek chodził w chałacie, miał pejsy. To były religijne szkoły, osobna dla dziewczynek i osobna dla chłopców. To już  było po śmierci mamy. Przedtem chodziliśmy do przedszkola, też było żydowskie, ale świeckie i dzieci były razem. Dwa lata tam chodziliśmy, na ulicy Waliców 10.

Cheder to tradycyjna żydowska szkoła religijna dla chłopców, w której uczono przede wszystkim czytania Tory, modlitw, podstaw  języka hebrajskiego i zasad religijnych. Nauka zaczynała się zwykle w wieku 5–6 lat i trwała kilka lat, przygotowując dzieci do dalszej edukacji religijnej i życia w społeczności żydowskiej. W chederze dużą rolę odgrywał nauczyciel zwany melamed. Szkoły tego typu funkcjonowały głównie w Europie Wschodniej do XX wieku.

W domu było biednie, bojkotowano żydowskie sklepy i było mało klientów. Było coraz gorzej, coraz ciężej. Gdy dostawaliśmy  od rodziny jakieś pieniążki,  to oddawaliśmy je mamie i ona je składała. Mama nieraz mówiła: „Nie mam na sobotę na rybę”, to prosiliśmy, żeby pożyczyła sobie z tych  naszych.

Jaki to był sklep?

Piśmienno-galanteryjny  przy ulicy Żelazna 81. Moje siostry pomagały w tym sklepie. Przeważnie Zosia, Lidka mniej się udzielała. Ona jakoś tak uciekała z domu.

Czym zajmowały się siostry?

Zosia  była bieliźniarką. Bardzo ładnie szyła poszwy, bieliznę pościelową. Moja ciocia mieszkała na Koźlej, miała dużą pracownię i ona dla niej szyła. Bardzo dużo pracowała i jeszcze Lidce  pomagała z tego, co ona zarobiła, żeby ta mogła uczyć. Lidka chodziła do dwóch szkół. – handlowej i jeszcze jakieś. Obie potem zostały komunistkami. Gdy w 1939 roku wybuchła wojna –  uciekły do Rosji.

Czyli już przed wojną zaczęły komunizować?

Tak. Siedziały w więzieniu. Ciągle w domu były rewizje.Policjanci przychodzili i szukali, a tu chasydzki dom. Ojciec tego nie znosił. Mama też przeżywała strasznie.

Kiedy ojciec ożenił się po raz trzeci?

W 1937 roku, a rok później, w listopadzie, urodziła się jeszcze jedna dziewczynka. Nazywała się Salcia. Macocha była wdową, 20 lat  żyła z  mężem i nie miała dzieci. Dopiero u nas urodziła. I to akurat na wojnę.

Czy siostra była zazdrosna, gdy urodziła się Salcia?

Nie, o nią nie. Byłam zazdrosna o mojego brata. Wydawało mi się, że mama daje mu więcej, a mnie mniej. Ciągle się o coś upominałam. Mama mówiła: „Przecież to jest chłopiec, potrzebuje”. Naprawdę nie dawała mu więcej, dzieliła równo.

Później, gdy mama umarła, ojciec się nim  bardziej zajmował – wysłał do chederu, pomagał w nauce,  a mnie tak trochę zostawił na uboczu. Musiałam pomagać sprzątać, robić różne rzeczy w domu. Czułam się pokrzywdzona, że przestał mnie zabierać w gości, bo już byłam duża.

A jaki siostra miała stosunek do macochy i ona do siostry? 

W pierwszej chwili nie chciałam jej przyjąć. Mońka ojciec wywiózł do wujka, żeby nie był w domu, gdy przyjdzie macocha, bo on był delikatny i wrażliwy. A mnie zostawił. Później już  było normalnie. Jest dziecko, to jest.

Czy macocha była dobra dla siostry?

Dobra była.

Siostrzyczko, czy coś tę wojnę zapowiadało?

To bojkotowanie Żydów. Nikt nie przychodził do naszego sklepu. Musieliśmy sprzedawać towar na Kercelaku, za grosze.

Jaka panowała atmosfera? Czy siostra, jako nastoletnia dziewczynka, coś z tego rozumiała ?

Nic nie rozumiałam. Zaprzyjaźniłam się serdecznie  z koleżanką, starszą ode mnie o pięć lat. Byłam nią zajęta i ona mną. Dzięki tej przyjaźni mniej cierpiałam po stracie matki.

A czy siostra pamięta wybuch wojny?

Oczywiście. Było okropnie – zabici ludzie na ulicach. Zięć, sąsiadki, pani Stępień, wyszedł z bramy z i zginął od bomby. Siedziałam w piwnicy, gdy Niemcy bombardowali  Warszawę. Wody nie było, chleba  nie było. W 1939-40 roku w ogóle nie było co jeść.

Pierwsze bombardowania przeżyła siostra w piwnicy ze swoim braciszkiem i  całą rodziną? 

Tak, w piwnicy naszego domu.  Warszawa przez miesiąc była bombardowana. Co poszło się na górę do mieszkania, to zaraz trzeba było  na dół. Waliły pociski i katiusze, a myśmy stali w kolejce za chlebem, za wodą z wiaderkami. Nieraz bomba wpadła w taką kolejkę. Strach było iść, ale było trzeba.

Tatuś wysłał mnie kiedyś  do Tomaszowa Mazowieckiego – chyba to był 1940 rok. Miałam 13 lat, wujek dał nam dziesięciolitrową bańkę oliwy. Wracałam do domu po godzinie policyjnej.Miałam szczęście, bo  Niemcy mnie nie zaczepili.

Czy siostra wiedziała, że jest nagonka na Żydów? 

No pewnie. Ojciec przyszedł pobity, połowę brody mu obcięli. Słyszałam, że  Niemcy biją Żydów pałkami. Bałam się śmierci – nigdzie nie wychodziłam. Bałam się ciemności, wydawało mi się, że moja mama tam stoi. Nie chciałam sama zejść do piwnicy – bałam się, że ktoś tam mnie złapie. Ładna byłam, to się mogłam bać. W dzieciństwie miałam jasne włosy i czarną oprawę oczu.

Zosią mi opowiadała, że kiedyś przyjechała kuzynka z Lublina  i zabrała mnie wieczorem na koncert Kiepury, który śpiewał na Placu Piłsudskiego. Liczyła na to, że  ktoś zwróci na mnie uwagę i w ten sposób znajdzie męża. Stąd wiem, że byłam ładna.

Co się dzieje w Warszawie, gdy powstaje getto? 

Na ulicach panuje duży ruch – Polacy przenoszą się na stronę aryjską, a Żydzi z aryjskiej na stronę polską. Mnie ten problem nie dotyczył, bo nasza ulica należała do getta. Brakowało opału –  okrywaliśmy się pierzynami, na ścianach był szron, nie było co jeść. Raz dziennie gotowało się  jakąś zupkę. Czasem pływały w niej kartofle. Najwięcej czasu spędzałam w łóżku, bo w mieszkaniu było zimno. Panowały wtedy straszne  mrozy. Pamiętam – głód i mróz.

Przed wojną ojciec dwukrotnie chodził do bożnicy –  przed pracą, o siódmej  rano i po zamknięciu sklepu od ósmej do dziesiątej wieczorem. A w czasie wojny, jak mu się udawało, bo od dziewiątej była godzina policyjna, więc wracał wcześniej. Brat też chodził z ojcem, ale tylko rano. W sobotę u nas się nie gotowało, tylko zanosiło czulent do piekarza w piątek. Ojciec nam wszystko sam gotował, gdy mama umarła. Rybę pamiętam, ryż z rosołem, a rosół był zrobiony z podrobów, bo nie było nas stać na coś lepszego.

Tak było przed wojną? 

Przed wojną. Ojciec gotował, robił pranie i szył na maszynie. Potrafił  robić zastrzyki, bańki stawiać, był takim felczerem. Zanosił do szpitala  mleko i cukierki z jakieś organizacji charytatywnej. Chodził na cmentarz, pomagał myć zmarłych. Ojciec dużo się udzielał społecznie. Jeszcze w czasie wojny na cmentarz chodził i  do szpitala. Jak tylko mógł, to się wyrywał i chodził.

W piątek przygotowywało się czulent na sobotę. Na spodzie była fasola i pęczak, na wierzchu kartofle, w środku trochę tłuszczu i jeszcze odrobina wody. Kamienny garnek z czulentem przykrywało się pokrywką, uchwytem do środka, okrywało papierem i obwiązywało  sznurkiem. Zanosiliśmy z bratem czulent do piekarza  i rano, gdy tata wracał z bożnicy gdzieś koło dziesiątej, jedliśmy. W szabas u nas się nie gotowało ani nic nie robiło, nawet światła nie zapalaliśmy. Budzik gasił światło elektryczne.

Dokąd byłam w domu, zasady religijne zawsze były przestrzegane. W Wielkanoc były specjalne garnki i naczynia. Na co dzień używaliśmy innych, z podziałem na dania mleczne i mięsne.

W Wielkanoc – chodzi o Pesach (Pascha), jedno z najważniejszych świąt żydowskich, upamiętniające wyjście Izraelitów z niewoli egipskiej pod wodzą Mojżesza. Trwa siedem dni w Izraelu i osiem dni w diasporze. Rozpoczyna się 15 dnia miesiąca nisan (marzec–kwiecień). Najważniejszym elementem święta jest uroczysta kolacja – seder, podczas której czyta się Hagadę i spożywa symboliczne potrawy, m.in. macę (przaśny chleb), gorzkie zioła i charoset (tarte jabłko z orzechami i miodem). Podczas Pesach nie wolno spożywać ani posiadać chleba i innych produktów kwaszonych (chamec). Święto symbolizuje wolność i wyzwolenie. 
Dania mleczne i mięsne – w koszernej kuchni używa się osobnych zestawów garnków, patelni, sztućców, talerzy i przyborów kuchennych do potraw mięsnych oraz osobnych do mlecznych.

Pod nami mieszkała  służąca Bronisława, która miała w beczce kiszoną kapustę. Częstowała mnie nią mnie czasem i Tata pozwał mi  ją wziąć i zjeść. A tak to nic u nikogo nie wolno było jeść.

A dlaczego?

Bo jedzenie u  Polaków nie było koszerne.

Koszerność (kaszrut) – w judaizmie oznacza żywność zgodną z religijnymi przepisami dotyczącymi jedzenia, zapisanymi w Torze.  Religijni Żydzi nie jedzą niekoszernych potraw, nie dlatego, że są „gorsze” czy niezdrowe, tylko dlatego, że ich religia tego zabrania i nadaje temu głębokie znaczenie duchowe. Dlatego przestrzeganie koszerności pomaga „uświęcać” codzienne życie.

W szkole uczyłam się hebrajskiego i żydowskiego, więc modliłam się na książce hebrajskiej. A gdy dostałam dwójkę z czytania po hebrajsku, to musiałam codziennie, przez jakiś czas, godzinę czytać, a ojciec słuchał. Później dostałam czwórkę.

Rozumiała siostra, co czyta?

Nie rozumiałam hebrajskiego. Pięć oddziałów to za  mało, żeby nauczyć  się języka hebrajskiego.

Czyli nie rozumiała, ale czytała?

Musiałam się modlić po hebrajsku.

Rozumiała siostra treść tej modlitwy?

Nie. Modliłam się przed każdym jedzeniem – przed chlebem, przed owocami, przed wszystkim, co jadłam, to był taki chasydzki zwyczaj w domu.

Siostra była pobożnym, wierzącym dzieckiem?

Tak, tak.

Jak to możliwe, że w takim domu dwie dziewczyny zostały komunistkami?

One były starsze, uciekały. Kiedy miałam siedem, to ona miała już 20. To były dorosłe kobiety. Jedna była 16 lat starsza, druga 13. Ja byłam pobożna. Jeśli chodzi o Wielkanoc to bardzo przestrzegałam. Nawet zabawki miałyśmy wtedy inne. Pamiętam, że miałam porcelanową kuchenkę, garnki tam były, naczynia, talerzyki. Bardzo się cieszyłam, że już jest Wielkanoc i można się tym bawić.

Wielkanoc i Pesach to dwa ważne święta religijne obchodzone w podobnym czasie wiosną. Siostra Ancilla, Maria Teresa Zielińska w dzieciństwie, w rodzinnym domu, obchodziła żydowskie święto Pesach, natomiast po wojnie, gdy została katoliczką, świętowała Wielkanoc. W rozmowie myli nazwy świąt.

A seder siostra pamięta?

Zaczynał się wieczorem. Wszystkie święta zaczynają się wieczorem, a kończą się na drugi dzień wieczorem.

Chanukowe święto siostra pamięta?

Chanukę pamiętam, zawsze  zapalałam świeczki i pilnowałam, żeby  codziennie jedną dodać. I tak cały tydzień.

Prezenty jakieś na  Chanukę były? Pieniążek dzieci dostawały czasem?

Nie stać nas było. Cukierków to myśmy bardzo mało miały. Mleka łaknęłyśmy, masło, jajka – to było na wagę złota. Ja się wychowałam w bardzo ciężkich warunkach. Tatuś urządzał nam  uroczystość w Święto Owoców – przynosił figi, daktyle, pomarańcze. A szczególnie figi i daktyle, bo to są owoce z Izraela.

Święto Owoców – chodzi o święto Tu BiSzwat, nazywane „Nowym Rokiem Drzew”. Podczas tego święta tradycyjnie spożywa się owoce, szczególnie wymienione w Biblii jako symbole Ziemi Izraela – m.in. figi i daktyle, a także oliwki, granaty, winogrona i pszenicę.Święto ma charakter radosny i symboliczny – podkreśla związek człowieka z naturą i wdzięczność za plony.

Czy siostra przed wojną,  jako mała dziewczynka, spotkała się z objawami antysemityzmu?

Nie, osobiście się nie spotkałam. Pisali tylko: „Nie kupuj u Żyda”, „Parszywy Żyd”. W naszej kamienicy były tylko trzy rodziny żydowskie na 20. Stosunek tych ludzi do nas był przyjemny. Zżyliśmy się. Przyjaźniłam się  z Ninką – Janiną Przybysz. W 1934r.  jej rodzina wprowadziła się do sutereny naszego domu. Zapytałam jej matki czy ma dzieci, odpowiedziała, że ma córeczkę. Pomyślałam, że będzie się z kim bawić. Ninka miała lalkę, z zamykanymi oczami, która spała w wózeczku. (Ja nie miałam żadnej lalki). Dobrze się razem bawiłyśmy i Ninka została moją przyjaciółką. Zaprzyjaźniłam się z nią po śmierci mojej mamy. Ona mi trochę zapełniała pustkę po mamie. Wiele rzeczy się od niej dowiedziałam, nauczyłam. Byłam jej wdzięczna i  bardzo do niej przywiązana. Tatuś mi na tę znajomość pozwalał, bo wiedział, że jestem sama. Później, gdy przyszła macocha, to Ninka też była mi milsza od niej.

Byłyście w podobnym wieku?

Była ode mnie cztery czy pięć lat starsza.Właśnie z nią wyszłam z getta. I u niej w domu mieszkałam.

Wszyscy Polacy wyprowadzili się z domu w okresie getta?

Musieli się wyprowadzić. Ninka też przeniosła się na stronę aryjską i mieszkała przy Zielnej z mamą, bo tatuś jej umarł wcześniej.

Mieszkania były zagęszczane. Do waszego sprowadzili się jacyś ludzie? 

Ojciec odstąpił pokój, bo nie stać nas było na komorne, a dla nas został drugi i kuchnia. Zamieszkał z nami  psychicznie chory mężczyzna i mi dokuczał. Ojciec go kiedyś zbił –  uderzył go, a tamten oddał i przeciął ojcu żyłę na czole. Poleciałam wtedy po pomoc  na drugą stronę, do pogotowia. Musiałam zdjąć opaskę z gwiazdą.

Getto w Warszawie utworzono 2 października 1940 roku, natomiast  jego bramy zamknięto 16 listopada 1940 r. Tego samego dnia Niemcy rozpoczęli akcję wyłapywania Żydów, którzy pozostali po aryjskiej stronie. W jej wyniku trafiło do getta przeszło 11 tysięcy osób. 

Czy siostra pamięta moment włożenia  opaski z gwiazdą? 

Już w 1940 roku musiałam nosić gwiazdę. I wtedy właśnie zostaliśmy odcięci od miasta. Ja jeszcze tego dobrze nie rozumiałam, dopiero później zrozumiałam, gdy już zupełnie nas zamknęli.

Opaski z gwiazdą – w Warszawie oznaczanie Żydów było jednym z pierwszych kroków okupacyjnych władz niemieckich. 23 listopada 1939 roku generalny gubernator Hans Frank wydał rozporządzenie, które nakazywało Żydom powyżej 10. roku życia, zamieszkującym w Generalnym Gubernatorstwie, aby od 1 grudnia nosili na prawym ramieniu białą opaskę o szerokości co najmniej 10 cm z gwiazdą Dawida w kolorze. niebieskim. Obowiązek ten obejmował również Żydów zasymilowanych i konwertytów oraz dzieci od 10 roku życia. Po utworzeniu getta w 1940 r. opaski nadal były obowiązkowe również wewnątrz getta

Siostra nie pytała ojca o getto?

Nie mówiło się u nas na ten temat. Ojciec kochał nas i nie chciał nam robić przykrości. Był bardzo wierzący, więc uważał, że nic się nie dzieje bez woli bożej.

W jaki sposób  siostra opuściła getto?

W 1941 r., pod koniec października, wyszłam z getta, mówię, że wyszłam, bo nie planowałam ucieczki. Szłam z Janiną Przybysz, rozmawiałyśmy ze sobą i przeszłyśmy koło wartowników niemieckich, którzy na nas nie zwrócili uwagi.Dopiero gdy byłyśmy po drugiej stronie muru,  zaczęłyśmy się zastanawiać, co ze mną robić. Nie mam żadnego dokumentu, gdzie pójść, kto mnie przygarnie?

Czy po wyjściu z getta miała siostra jakieś wiadomości od swojej rodziny?

Gdy wyszłam z Janką, to  już się w ogóle nikogo nie mogłam zapytać,  co się dzieje w getcie? Tam został ojciec, brat i macocha z dzieckiem. Nie mogłam zapytać, bo jak ja bym zapytała, to bym siebie zdradziła, że jestem Żydówką i odprowadziliby mnie do getta,  miałam taki wypadek.

Mieszkała  siostra z Ninką  i jej mamą na ulicy Zielnej?

Tak, ale bardzo krótko. Gdy nie miałam gdzie się podziać,  to do nich wracałam.Kilka miesięcy, do Bożego Narodzenia, mieszkałam u państwa Jaźwińskich przy ulicy Mokotowskiej 23. Potem wróciłam do Janiny na Zielną. Chodziłyśmy razem po zakonach i domach dziecka, byłyśmy: u szarytek, rodziny Marii, w zakładzie niewidomych i pytałyśmy, czy bym nie mogła  u nich zostać. Wszyscy odmawiali. Tylko matka Alojza Malanowska, która pracowała w zakładzie poprawczym dla dziewcząt przy ulicy Żytniej 7/9, powiedziała, że jeżeli nigdzie mnie  nie przyjmą, to mogę do niej wrócić.

Co mówiłyście, szukając dla siostry schronienia?

Mówiłam, że jestem Żydówką i pytałam, czy mogą mnie przechować?  Matka Alojza Malanowska wstawiła się za mną do swojej  przełożonej – Matki Generalnej zgromadzenia sióstr Matki Bożej Miłosierdzia  Michaeli Moraczewskiej  i zostałam przyjęta do domu poprawczego jako wychowanka. Dostałam imię Gienia i tam się ukrywałam.

Miała siostra jakiś dokument?

Nic nie miałam. Siostry załatwiły mi  kenkartę – zapytały, jakie chcę nazwisko? Wybrałam  „Zielińska” na  pamiątkę księdza z kościoła  Św. Ducha, który był dobry dla mnie, gdy błąkałam się po mieście. Figurowałam pod tym nazwiskiem do 1949 roku. W maju 1941 r. zachorowałam na jaglicę i w przychodni, u okulisty, rozpoznała mnie pielęgniarka Helena Wiśniewska. Musiałam natychmiast zmienić miejsce pobytu.

Skąd pielęgniarka znała  siostrę ?

Z gabinetu okulisty – przed wojną też miałam problem z oczami. Ona ucieszyła się, że mnie widzi, ale dla mnie to spotkanie mogło być niebezpieczne. Przeniosłam się na Grochów,  na Hetmańską 44, gdzie siostry też miały poprawczak. Dostałam imię Urszula, uczyłam się ogrodnictwa, pracując w ogrodzie i cieplarni. Nie mówiłam nic o sobie, nie pytałam, co się dzieje w getcie. Spędziłam tam blisko rok. Bałam się, że życie w poprawczaku popsuje mi  charakter, myślałam, że już nic mi nie grozi i  znowu wróciłam do Ninki na Zielną.

Jak długo siostra tam przebywała?

Na początku czerwca 1943 r. szłam z nią Krakowskim Przedmieściem i na rogu ulicy Miodowej spotkałyśmy panią Pączkowską – sąsiadkę z ul. Żelaznej 79. Złapała mnie z kołnierz palta i prowadziła, mówiąc: „Dora, uciekłaś z getta, a twój ojciec dał Jance pieniądze, żeby cię ukrywała. Zaraz zaprowadzę cię tam z powrotem”. Odpowiedziałam: „Sama uciekłam i sama wrócę. Nie musi mnie pani odprowadzać”.

Na Miodowej, na jezdni wyrwałam się jej i pobiegłam uliczkami Starego Miasta. Stamtąd wróciłam na Zielną.Nie mogłam tam zostać, bo w każdej chwili mogli przyjść Niemcy zawiadomieni przez Pączkowską. Kamienica sześciopiętrowa, pełno ludzi, wszyscy mogą zginąć przeze mnie.

Poszłyśmy do matki Alojzy Malanowskiej na Żytnią, dostałyśmy list polecający do sióstr z jej zgromadzenia w Częstochowie. W podróży towarzyszyła mi starsza pani, znajoma matki Alojzy. Miałam już kenkartę z polskim nazwiskiem. 13 czerwca 1943 roku zostałam, kolejny raz, przyjęta do poprawczaka i otrzymałam imię Mirka. Nauczyłam się szyć na maszynie – szyłyśmy dla Niemców robocze spodnie i bluzy.

Siostry przyjęły mnie do klasy przeznaczonej dla lepszych dziewcząt, gdzie obowiązywał łagodniejszy regulamin.Przebywałam tam do końca wojny.Nikt nie wiedział, kim jestem. Nigdy nic o sobie nie mówiłam

Siostra Alojza wiedziała.

Tylko ona jedna i dalej nic nie mówiła. Traktowano mnie jak inne wychowanki. Przyjmując mnie do domu poprawczego na Grochowie, matka powiedziała: „A może ty jesteś w ciąży?” Bo takie dziewczyny tam przychodziły. Nie wiedziałam, co powiedzieć i strasznie to przeżyłam.

Lepiej było uchodzić za dziewczyną w ciąży niż Żydówką?

Na pewno bezpieczniej.Później się wydało, że nie byłam w ciąży, bo minęły miesiące, a ja nie  urodziłam.

W zakładzie dziewczyny rodziły dzieci?

Tak i potem były wysyłane do Walendowa, do domu upadłych dziewcząt dom.

Siostro, proszę mi opowiedzieć siostry koleżankach z poprawczaka. Co to były za dziewczęta? I jak siostrze z nimi było? 

Było mi z nimi bardzo dobrze, to były bardzo dobre dziewczynki. W zakładzie wychowywały się i uczyły. Uczyły się pracować, uczyły się wiary, w ogóle uczyły się  żyć. Często przyprowadzała je policja. Na wstępie nasza wychowawczyni (matka) mówiła: „Od dziś dostajesz takie i takie imię i nie wolno ci mówić o sobie.

To siostrze to było na rękę, siostra o nich nic nie wiedziała, a one o siostrze.

Byłyśmy bardzo dla siebie dobre. Ja byłam jedna z najmłodszych, ale  żyłyśmy zgodnie.b

Czy jakieś dziewczyny były odwiedzane przez rodzinę?

Nie. A przynajmniej ja nie wiem, bo wszystkiego  się nie mówiło. Mogła matka zawołać którąś do rozmównicy i mogły tam spotkać się  z rodziną, ale myśmy nie wiedziały, bo nie wolno nam było mówić o sobie.

Jak siostra myśli, czy mogły tam być  jeszcze inne Żydówki przechowywane?

Przypuszczam, że tak.

Domyśla się siostra, które to mogły być?

Nie, w zakładzie mogły także przebywać dziewczęta, które ukrywały się przed Niemcami czy wywiezieniem na roboty. To były dobre dziewczyny, pracowite, ofiarne.

Czyli nie wszystkie miały kolizję z prawem?

Nie, wszystkie, nie.

W jakim wieku  były dziewczyny?

Od trzynastu lat. I mogły tam zostać nawet do śmierci, nikt ich nie wypraszał. Pracowały, haftowały, szyły, robiły, co  która się nauczyła. I mogły być, jak długo chciały.

A nie musiały zostać zakonnicami?

Nie. Która chciała, to  poszła, a która chciała, to mogła zostać.

Jak wyglądało wychowanie religijne?

Z wyjścia do kościoła  żadna z nas nie chciała się wyłamywać, bo chciała być tą lepszą, więc wszystkie szły. Chciała iść do spowiedzi, to szła, nie chciała, to nie chodziła. Nikt nas nie zmuszał. Lekcje religii były obowiązkowe, żeby się nauczyć, że Pan Bóg istnieje i znać przykazania boskie – to chodziły wszystkie. Na ogół wszystkie też szły do spowiedzi, bo chciały się ze swoim „bagażem” rozstać. Przychodzili spowiednicy z miasta, żeby nas nie krępować.

Kościół był blisko?

Nie, chodziłyśmy do  kaplicy w zakładzie, a księża przychodzili z miasta.

A szkoły były przy tych domach?Chodziłyście do szkoły?

Nie.

Jedyną lekcją była religia?

Tak, ale czasem  siostry organizowały jeszcze  jakiś kurs, żeby nas nauczyć polskiego czy rachunków. Same uczyły tylko pracy, haftów.

Ile było dziewcząt w zakładzie na Żytniej?

Dużo. Dwieście albo trzysta. Trzy klasy były. Pierwsza, druga i trzecia. Trzecia grupa była przeznaczona dla „najgorszych”  dziewcząt. Siostry wyznaczały je do prania, żeby „wyładowały” podczas pracy złe emocje tragiczne przeżycia. Wychowawczynie były dla nich bardzo serdeczne, ludzkie. Każda mogła pójść do swojej wychowawczyni porozmawiać.

Podobnie wyglądały relacje sióstr i wychowanek  w domach, w których byłam.

Wychowanki musiały przestrzegać regulaminu.

Musiałyśmy trzymać się ram – o tej godzinie  się wstaje, o tej idzie na obiad, o tej się pracuje. To nie było trudne, bo siostry były dla nas serdeczne.

Co działo się z siostrą, gdy wojna się skończyła?

Ninka w tym czasie skończyła szkołę wychowawczyń przedszkola, została kierowniczka przedszkola Bliżynie (10 km od Skarżyska) i ściągnęła mnie do siebie. Zostałam woźna w jej przedszkolu. Jej mama była ciężko chora. Miała ataki epileptyczne, spałam z nią w jednym łóżku i czuwałam nad nią. Warunki były bardzo ciężkie. Nosiłam ze szkoły obiady w dwóch wiadrach ponad kilometr. Nie czułam ich ciężaru, bo wreszcie byłam wolna, nikt mnie nie prześladował. Ludzie mówili: „Jaka ona jest oddana wychowawczyni”. Nie przyznałam się, kim jestem, więc nie wiedzieli, że wiąże  mnie dług wdzięczności.

A Ninka panią kochała tak samo, jak przed wojną?

Tak, ale kontakt się zerwał.

Ona żyje?

Żyje, mieszka w Częstochowie.

Coś się wydarzyło?

Ojciec jej był antysemitą. Przyczyniła się  też do tego pani Szykulanka, która ją buntowała: „Co będziesz się nią zajmować ? Niech idzie do Lasek. Tam jest dużo Żydówek”. Napisała mi list polecający do siostry Katarzyny i poszłam stamtąd. Kontakt z Ninką się rozluźnił i zerwał w 1947 roku.

Pojechałam do Lasek. Przyjechałam wieczorem 25 stycznia 1947 roku i poprosiłam o spotkanie z siostrą Katarzyną. Zaproszono mnie do gościnnego pokoju, dostałam miskę z wodą, żebym mogła się umyć. Zakonnica przyniosła wazę z zupą, mogłam zjeść, ile chciałam. Po kolacji powiedziała: „Teraz się połóż, jesteś zmęczona z drogi, jutro zobaczysz się z siostrą Katarzyną i  porozmawiacie”. W pokoju była prycza z czyściutko powleczoną pościelą. Uklękłam koło niej i  się rozpłakałam – zostałam potraktowana jak człowiek. Do końca życia tego nie zapomnę.

Rano przyszła siostra Katarzyna (lekarz medycyny) i zaproponowała, żebym odpoczęła, a potem podjęła się opieki nad  chorą panią Szewczyk, mamusią siostry Róży. Przełożona zgromadzenia  Matka Czacka zgodziła się,  bym została i pielęgnowała staruszkę.

Matka Czacka – Elżbieta Róża Czacka (1876–1961) zakonnica i działaczka społeczna, po utracie wzroku poświęciła życie pomocy osobom niewidomym. Założyła ośrodek w Laskach oraz Towarzystwo Opieki nad Ociemniałymi. Była także założycielką Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża. W 2021 roku została ogłoszona błogosławioną.

Warunki miałam wspaniałe, po prostu odżyłam, przestałam być popychadłem. Siostra Katarzyna dbała o mnie: „Teraz ona musi godzinę po lesie polatać. Musi mieć powietrze, nie może być ciągle zajęta przy chorej”. W maju 1947 roku  przebywałam w Sobieszewie nad morzem,  gdzie odbywały się rekolekcje.

Co działo się potem?

Koniecznie chciałam pójść do szkoły, żeby skończyć przynajmniej siedem klas. Nie miałam żadnych dokumentów, potwierdzających tożsamość. Dzięki Matce Alojzie otrzymałam zaświadczenie o chrzcie, podpisane przez  księdza Kurdziela. Dzięki temu zostałam wpisana do ksiąg metrykalnych.

Siostra Katarzyna załatwiła mi mieszkanie u sióstr rodziny Marii przy ulicy Hożej 53. Tam mieszkałam cały rok i chodziłam do szkoły. Miałam bardzo dużo sprzątania, prania, musiałam   płacić za utrzymanie. Popołudniami od godziny piątej do ósmej byłam codziennie w szkole i  w ciągu roku zrobiłam piątą, szóstą i siódmą klasę.

Pewnego dnia spotkałam na Hożej  moją siostrę Lidkę Ewę. Podeszłam do niej i zapytałam: „Przepraszam panią czy pani nie jest Ewa? Ona na to: „Ja pani nie znam”.Odpowiedziałam” „Jak to pani mnie nie zna?  jestem Dobusia”. Jaka to była radość i szczęście.  Wypytałam ją  o rodzinę, Zosię, szwagra Mietka. Nie chciałam jej powiedzieć, że jestem u sióstr, bo wiedziałam, że ona jest komunistką i że będzie chciała mnie wpakować do partii.

Odprowadziła mnie kawałeczek, ale jej nie podałam ani nazwiska, ani gdzie mieszkam, tylko poleciałam do szkoły. Mąż ją  potem strasznie objechał, że pozwoliła mi odejść i siostra zaczęła mnie szukać. Tak długo mnie szukała, aż znalazła i zaprowadziła do swojego domu.

Pamięta siostra adres?

Puławska 26, ten wedlowski dom. Tam mieszkali sami Żydzi, wysokiej rangi komuniści. Mój szwagier Lolek – Leon Kasman – był redaktorem naczelnym Trybuny Ludu.

Wedlowski dom – przed II wojną kamienica przy ul. Puławskiej 16 należała do  rodziny Wedlów, znanych warszawskich cukierników, twórców firmy E.Wedel. 
Leon Kasman (1905–1984) – działacz komunistyczny i publicysta. Członek Komunistycznej Partia Polski, po wojnie działacz Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Redaktor naczelny Trybuny Ludu, współtwórca propagandy w PRL. Zasiadał w najwyższych władzach partyjnych – był członkiem Biura Politycznego KC PZPR.

Chodziłam po mieszkaniu siostry, ciuchów mi nawybierała, położyła pieniądze, a ja to wszystko zostawiłam i poszłam. Zgodziłam się tylko, by szofer mnie odwiózł. Wysiadłam z auta przy kościele Zbawiciela, żeby spotkać koleżanki wracające ze szkoły.

Gdzie mieściła się szkoła?

Przy Marszałkowskiej 99, róg Nowogrodzkiej, na szóstym piętrze. Poszłam do matki Getter* i powiedziałam, że odnalazłam siostrę. Poleciła mi, żebym przyprowadziła do niej Lidkę:„Powiem jej, że jesteś zdolna i możesz pójść Nazaretanek”. Pomyślałam: „Ani siostry nie przyprowadzę, ani do Nazaretanek nie pójdę ”.

Dlaczego?

Bo moja siostra by mnie do Nazaretanek nie puściła. Ja bym poszła, ale przecież komunistka nie wyśle siostry do zakonu. Powiedziałam siostrze: „Słuchaj Lidka, tyle lat byłam sama, nie pomyślałyście o mnie i  uciekłyście do Rosji, to teraz dajcie mi spokój. Niech ja własnych sił dalej popróbuję. Co będzie, to będzie. Odezwę się, jak będę potrzebowała”. I na tym się skończyło.Szkołę skończyłam eksternistycznie. Matka Getter zwolniła mnie na dwa miesiące ze sprzątania  domu, żebym mgła przygotować się do egzaminów  i zdałam.

Matka Getter – Matylda Getter (znana jako siostra Getter z Rodziny Marii). Jako przełożona Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi w czasie II wojny światowej organizowała pomoc dla Żydów, zwłaszcza dzieci, ukrywając je w prowadzonych przez zgromadzenie sierocińcach i domach opieki. Szacuje się, że dzięki jej działaniom uratowano kilkaset osób. Za swoją postawę została uhonorowana tytułem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata.Zasłynęła zdaniem: „Każde dziecko należy przyjąć”, które stało się zasadą działania sióstr w czasie okupacji.

U sióstr mieszkała wtedy pani Janina Kotarbińska, która była dyrektorką kursów katechetycznych dla Warszawy i województwa. Bardzo mnie polubiła, uważała, że jestem zdolna i powinnam dalej się uczyć w gimnazjum.

Janina Kotarbińska (1875–1954), katechetka i działaczka oświatowa, była ciotką znanego filozofa Tadeusza Kotarbińskiego.Działała przede wszystkim w dziedzinie nauczania religii (katechezy), zwłaszcza w okresie przedwojennym i w pierwszych latach po II wojnie światowej. Była związana z organizacją kursów katechetycznych i przygotowaniem nauczycieli religii.

Zapisałam się do wieczorowego gimnazjum dla dorosłych, przy ulicy Marszałkowskiej 25. W szkole nie przyznałam się, że jestem Żydówką. Siostra Katarzyna postarała się dla mnie o mieszkanie w bursie Caritas przy ulicy Zamoyskiego 51, gdy ją  zlikwidowano, znów nie miałam gdzie się podziać. Zaczęłam chorować, a będąc uczennicą, mogłam korzystać z poradni międzyszkolnej. Pracujący tam doktor Werko wykrył, że mam bardzo powiększoną wątrobę, a doktor Górska – ginekolog, stwierdziła problemy z przydatkami. Oboje troskliwie  się mną zajęli.

Kamienica przy ulicy Marszałkowskiej 25 została doszczętnie zniszczona w 1944 roku. Po 1945 roku w ocalałych kamienicach przy Marszałkowskiej (np. pod nr 95) lokowano różne placówki, które często prowadziły kursy wieczorowe. Nie znaleziono źródeł potwierdzających, że przy ulicy Zamoyskiego 51 mieściła się bursa Caritasu. Być może była prowadzona przez inne zgromadzenie konne lub instytucję. 

Skończyłam „małą maturę” i miałam poprawkę z fizyki. Byłam zrozpaczona, że przez to nie dostanę się do szkoły pielęgniarskiej. Wtedy, płacząc, powiedziałam dyrektorowi, że jestem Żydówką. On na to: „Dzieciaku,  jesteś Żydówką! dlaczego mi tego nie powiedziałaś wcześniej?” Poprawkę zdałam.

„Małą maturą”  nazywano egzamin kończący 4-letnie gimnazjum. Po jego zdaniu otrzymywało się świadectwo ukończenia szkoły średniej pierwszego stopnia, co otwierało drogę do 2-letniego liceum (kończącego się „dużą maturą”) lub do pracy zawodowej. „Mała matura” funkcjonowała do reformy w 1948 roku, kiedy to wprowadzono jednolitą 11-letnią szkołę (7 lat podstawówki + 4 lata liceum), eliminując stopień gimnazjalny.

Poszłam do szkoły pielęgniarskiej i znów nie przyznałam się, że jestem Żydówką.

Do jakiej  szkoły pielęgniarskiej siostra chodziła?

Na ulicy Wilanowskiej 4. Tam był internat, więc już nie potrzebowałam mieszkania. Miałam 23 lata i ciągle nie miałam dowodu tożsamości. Poszłam do doktora  Werko i zapytałam się co mam zrobić. Poradził, żebym zwróciła się do sądu i poświadczył, że moi rodzice byli obywatelami polskimi. Świadkami zostali moi rodzice chrzestni i  pani Stępień, sąsiadka z parteru, która znała mnie od dziecka. W sądzie poprosiłam, żebym została przy okupacyjnym nazwisku „Zielińska. Imion rodziców nie pozwolono mi zmienić.

Jak zapisano w dokumentach?

Maria Teresa Zielińska, ojciec Herszek, matka Chaja Zederbau.

Kim byli siostry chrzestni rodzice?

Halina  i Tadeusz Kubalscy byli dobrodziejami klasztoru Magdalenek, w którym  się ukrywałam. Pomagali budować dom poprawczy na Grochowie. To byli ludzie bardzo dobrze sytuowani. Pani Halina zaczęła się mną opiekować, płaciła za mój internat i jeszcze jednej dziewczyny.  Na wszystkie święta zapraszali mnie do domu  i serdecznie się  mną opiekowali. Traktowali jak członka rodziny. Czułam się u nich tak dobrze, jak w zakładzie w Laskach.

Skończyłam szkołę pielęgniarską  i zawiadomiłam o tym moją siostrę Lidkę. Namawiała mnie na studia medyczne, ale odmówiłam. Chciałam próbować swoich własnych sił. Poszłam do Sanepidu, pracowałam jako pielęgniarka szkolna, później jako pielęgniarka epidemiologiczna. To wszystko.

Sanepid – Państwowa Inspekcja Sanitarno-Epidemiologiczna. 

Jak to stało, że siostra została zakonnicą?

Ja zawsze chciałam. Ja chciałam być Żydówką i zakonnicą. Jak  jeszcze byłam Żydówką, to już chciałam być zakonnicą. Nie chciałam wyjść za mąż, bo uważałam, że Pan Bóg mnie tak kocha, że ja powinnam być cała jego.

Od dziecka tak siostra uważała?

Tak. Od dziesiątego roku życia. Później doszłam do tego, że to jest niemożliwe, gdy będę tylko te garnki kuchenne myć. Zrozumiałam, że muszę zostać  chrześcijanką.

Nie można być w klasztorze i  zachować  tradycji judaistycznej, bo w judaizmie nie ma klasztorów?

Tak. Właśnie dlatego zostałam chrześcijanką i zakonnicą. Od  1952 roku próbowałam, ale Nigdzie mnie nie chcieli przyjąć, bo byłam Żydówką.

Jak to było? Proszę opowiedzieć choć trochę

Chciałam iść do Karmelu. Do któregokolwiek się zgłaszałam, to mówili, że Żydówki nie przyjmą.

Mówiła siostra, że jest Żydówką?

Musiałam powiedzieć. We Wrocławiu były autochtonki – usłyszałam, że „Nie będziesz miała życia, bo tu są Niemki”. Byłam we wszystkich Karmelach, prosiłam o przyjęcie i w żadnym mnie nie chcieli.  Zawsze  były jakieś preteksty, że nie mogą mnie przyjąć, że ja się do ich  sióstr nie nadaję.

Z Karmelu nic nie wyszło i co potem?

Poszłam do klasztoru w Ząbkowicach, w którym była Żydówka. Tam taka była  straszna nagonka na mnie, że Matka powiedziała: „Dziecko, nie wytrzymam”. Widocznie nie mogłyśmy być dwie w jednym domu. W Laskach mogło być pięć i sześć, i nie było za dużo.

W Ząbkowicach Śląskich jest klasztor Zgromadzenia Mniszek Klarysek od Wieczystej Adoracji.

Jaki zakon jest w Laskach?

Franciszkanki. Matka Czacka powiedziała: „Dobrze, niech ona zostanie”. Wszystkie święta i wolne dni spędzałam w Laskach i pomagałam przy chorych. Mieli mnie za swojego człowieka. Wtedy nie  byłam jeszcze zakonnicą, bo ja chciałam być klauzurową.

Zakonnica klauzurowa żyje w klauzurze, czyli w ścisłym odosobnieniu od świata zewnętrznego. Jej życie jest skupione przede wszystkim na modlitwie, medytacji i pracy w obrębie klasztoru, a kontakt z osobami spoza wspólnoty jest mocno ograniczony. Zakonnice klauzurowe często należą do zakonów kontemplacyjnych, takich jak: benedyktynki, karmelitanki czy klaryski.

Przeszłam jeszcze bardzo dużo. Byłam w trzech zakonach, a ten jest czwarty. Jestem tu już 27 lat. Od 1971 roku.

Czy siostra myślała kiedykolwiek o emigracji do Izraela?

Nie, dlatego, że ja tam nikogo nie mam. Ojciec Damian mnie namawiał, ale ja nie miałam siły na to, żeby samej od nowa życie zaczynać. Bez nikogo, bez oparcia, bez rodziny. On pojechał do Izraela  w 1959 roku. Siostra Stella, dziesięć lat po nim też tam wyjechała, a siostra Paula (rok ode mnie starsza) jest benedyktynką  na Górze Oliwnej.

Ojciec Damian – Daniel Rufeisen, urodzony w 1922 r. katolicki zakonnik żydowskiego pochodzenia, karmelita, misjonarz, tłumacz. Założył w Hajfie wspólnote Żydów-katolików. 
Wspomnienie Siostry Stelli w jest dostępne w naszym archiwum: https://zapispamieci.pl/stella-zylbersztajn-tzur/

Czy często myśli siostra o wojnie?

Nie, bo bym zwariowała.

A o tym, że, że tyle ludzi zginęło, a siostra się uratowała?

Myślę o tym. Jestem bardzo Panu Bogu za to wdzięczna. Już na nic nie mogę narzekać. Dlatego takie ciężkie życie umiałam znieść, bo sobie myślałam, że coś Pan Bóg ode mnie chce, skoro mnie zostawił  przy życiu. Miał jakiś cel.

Siostra Katarzyna proponowała mi, żebym została pielęgniarką domową. Odpowiedziałam, że chce żyć w zamknięciu, wszystko oddać Panu. A zawsze byłam bardzo ruchliwa i czynna.

Czy siostra uważa, że słusznie wybrała taką drogę w życiu?

Myślę, że tak, że dzięki temu mogłam wszystko z siebie dać. Ostatecznie wszędzie trzeba pracować. Gdybym miała męża i dzieci to też bym musiała pracować. Zrozumiałam, że jestem bramą między judaizmem a chrześcijaństwem. I przeze mnie może wszystko przepływać. Czuję ogniwem w łańcuchu, który wiąże jedno z drugim.

Dziękuję bardzo.

Wywiad przeprowadzony dla VHA USC Shoah Foundation, opracowała Anna Kołacińska-Gałązka

Poznaj inne wspomnienia

Hanna Mesz

Moja Mama Klara Ratner-Meszowa była doktorem medycyny, ginekologiem. Ojciec mój Henryk Mesz był urzęd­nikiem. W 1939 r.ukończyłam pierwszą klasę gimnazjum „Współpraca”. To prywatne żeńskie gimnazjum

Dowiedz się więcej

Janina Pietrasiak

Wspomnienie czyta Alina Świdowska Filmowe wspomnienie Janiny Pietrasiak jest dostępne na stronie USC Shoah Foundation, kliknij żeby zobaczyć. Jest to historia jednego istnienia ludzkiego wśród

Dowiedz się więcej

Henryk Hajwentreger (2)

[Publikujemy dwa wspomnienia Henryka Hajwentregera. Drugie można przeczytać wybierając „Henryk Hajwentreger (1)” w zakładce „wyszukaj WSPOMNIENIA SPISANE”] Wspomnienie czyta Sławomir Holland Jak pan przeżył wojnę?

Dowiedz się więcej