Jak się nazywasz?
Michał Bobrowski
Czy wiesz, gdzie i kiedy się urodziłeś?
Wiem gdzie, ale nie znam daty. Urodziłem się w Wilnie.
Czy Michał Bobrowski to nazwisko, które miałeś przy urodzeniu?
Nie.
Czy znasz swoje rodowe imię i nazwisko?
Dokładnie nie pamiętam, domyślam się tylko, że nazywali mnie albo Mojsie albo Mojsze.
To właściwie to samo. Czyli Mojżesz po polsku.
To pamiętam. Co do nazwiska, to przed wojną je znałem. Później kazano mi zapomnieć. Wydaje mi się, że Kaufman, Kajfman, Kofman, Hofman…
Co do daty urodzenia masz jakieś przypuszczenia?
Mogę tylko to powiedzieć, że w 1939 roku, gdy Rosjanie weszli do Wilna, mogłem mieć cztery czy pięć lat, bo młodsze dziecko by tego nie zapamiętało. Pani Bobrowska, która mnie przechowywała, twierdziła, że według wzrostu mogłem mieć w przybliżeniu właśnie tyle lat.
To znaczy, że urodziłeś się w 1934-1935 rok. Czyli, gdy skończyła się wojna, miałeś osiem albo dziewięć lat?
Tak.
Powiedz mi, czy Ty jesteś Żydem?
Oczywiście.
Skąd to wiesz? Mówisz z taką pewnością…
W 1941 roku rozpoczęła się wojna i pamiętam, jak Niemcy wjechali na nasze podwórze i trzy mieszkające tam żydowskie rodziny zaczęły się pakować. Pozostali mieszkańcy nie. Pamiętam, że ojciec i matka wzięli tylko to, co mieściło się na wózku. Do getta było jakieś 800 metrów, może trochę bliżej. Szliśmy w dół, dalej przez ulicę, która nazywała się chyba Zawalna. Potem dowiedziałem się od ludzi, że ulica, gdzie nas zakwaterowali w getcie, nazywała się Szpitalna, od muru dzieliło nas 50 metrów. Dlatego wiem, że jestem pochodzenia żydowskiego, innych w gettach nie zamykali.
Jesteś obrzezany?
Oczywiście.
Czy po wojnie zdawałeś sobie sprawę z tego, że obrzezanie świadczy o tym, że jesteś Żydem?
W ogóle nie zdawałem sobie sprawy, że tylko Żydzi są obrzezani. Nie miałem w ogóle pojęcia, że różnię się od innych chłopaków. Nikt mnie tego nie nauczył – nie było takiej sposobności, żeby dowiedzieć się, że to dotyczy Żydów.
Wiesz, że jesteś Żydem, bo pamiętałeś o getcie czy ktoś Ci o tym powiedział?
Pamiętałem getto, a na aryjskiej stronie miałem nieprzyjemności – wołali za mną, że jestem Żydem. Miałem kręcone czarne włosy i mój wygląd rzucał się w oczy.
Jakie są twoje pierwsze wspomnienia?
Pamiętam, że w Wilnie mieszkałem niedaleko takiego dużego okrągłego budynku, później dowiedziałem się, że to prawdopodobnie była synagoga. Po prawej stronie ulicy stały niskie domy, na górze był jeden duży budynek, wchodziło się przez bramę na prostokątne podwórze. Potem kolejna brama prowadziła na następne podwórze. Mieszkałem po lewej stronie, do mieszkania wchodziło się po kilku stopniach prosto do kuchni, a stamtąd do dwóch pokoi. Okna naszego mieszkania wychodziły na podwórze, na którym stała długa szopa z dachem krytym papą.
Sąsiedzi koło nas mieli patefon z tubą i puszczali piosenkę „Umówiłem się z nią na dziewiątą”. Nie rozumiałem polskich słów, ale melodię pamiętam do dzisiaj. Przy końcu uliczki przed wojną była fabryczka szkolnej kredy. Może i ołówki robili, ale nie jestem pewny.
Szliśmy do getta w dół brukowaną ulicą. Po drugiej stronie były sady, płot, drzewa owocowe. Minęliśmy synagogę, trawnik i byliśmy na miejscu.
Czy pamiętasz, kto wtedy szedł razem z wami?
Szedłem z matką i ojcem i jeszcze dwie czy trzy inne rodziny.
Zapamiętałeś, jak wyglądali twoi rodzice?
Ojca pamiętam dosyć dobrze – był bardzo podobny do mnie, szczupły z kręconymi włosami, miał wtedy dwadzieścia lat. Matka była niska, sięgała mu do ramion, też była ciemna. Kiedyś niechcący ukląkłem na kolana i matka mnie zbiła. Nie mogłem zrozumieć dlaczego, później dowiedziałem się, że to miało związek z katolicyzmem.
Jak mamusia mówiła do Ciebie, po polsku?
Nie. Rozmawialiśmy tylko po żydowsku. Nie miałem styczności z Polakami, byłem za mały. Nie wiem nawet, czy ojciec znał język polski.
A czy dzisiaj rozumiesz, jak się mówi po żydowsku?
Nie.
Kompletnie ani słowa?
Ani słowa. Później opowiem, dlaczego tak się stało. Teraz przypomniałem sobie, gdy przed wojną byłem z rodzicami na pogrzebie dziadka (nie wiem, czy ze strony matki, czy ojca) Zapamiętam czarny karawan, ludzie wynieśli trumnę z sutereny, w której mieszkali dziadkowie, wsunęli ją do karawanu, zamknęli i ruszyli na cmentarz. Tam już nie byłem.
Wracając do Twojej mamy, czy pamiętasz jej oczy, twarz, głos?
Wiem, że miała ciemne włosy i była bardzo wierząca. Ojciec nie był specjalnie religijny, ale pamięta, że chodziliśmy razem do łaźni.
Do mykwy?
Ja to nazywam łaźnią. Były tam wysokie, blaszane miednice, w których się myliśmy, a potem chodzili gdzieś się opłukać. Wszyscy tam chodzili goli – oczywiście sami mężczyźni.
Mykwa – żydowski zbiornik z naturalną, bieżącą wodą (deszczową lub źródlaną) przeznaczony do rytualnego oczyszczenia. Religijne kobiety obmywają się w mykwie po po menstruacji/połogu, mężczyźni przed szabatem i świętami. Kąpiel polega na całkowitym zanurzeniu całego ciała. Często mykwy były łączone z łaźniami.
Raz w tygodniu było lepsze jedzenie, to widocznie był szabas, ale wtedy tego nie wiedziałem. Pamiętam, że matka szykowała potrawę w żelaznym garnku i wkładała go do piekarnika. Co tam było, nie wiem dokładnie, w każdym razie smakowało mi.
Matka szykowała potrawę – chodzi o czulent, tradycyjne, wolno gotowane danie kuchni żydowskiej. To rodzaj gulaszu z koszernego mięsa (np. wołowiny), fasoli, kaszy ziemniaków i cebuli, często z jajkami na twardo, przygotowywane przed szabatem i duszone w niskiej temperaturze przez wiele godzin, a nawet całą noc, w piecu, podawane na sobotni obiad.
A pamiętasz głos Twojej mamy?
Nie ani ojca, ani matki. Pamiętam, że kilka miesięcy przed wojną ojciec zaprowadził mnie do sklepu i kupił mi skórzany płaszczyk. Byłem bardzo dumny, bo żadne znajome dziecko takiego nie miało. I, że rodzice dawali mi pięć groszy, żebym kupił sobie cukierki w pobliskim sklepiku. Sprzedawca owijał landrynki w papier, a ja przechodziłem przez ulicę i szedłem do domu, albo do dziadków. Tyle udało mi się zapamiętać.
Wiem, że mieszkali w suterynie i dziadek miał maszynę do szycia, która ciągle była w ruchu. W mieszkaniu było ciemno i wilgotno, okienko było małe, okratowane. Dziadek był krawcem i widocznie nie powodziło im się za dobrze
Pamiętasz, jak dziadek wyglądał?
Był średniego wzrostu, miał okrągłą twarz i siwe włosy. Babcia miała ciemne włosy, też była dosyć pulchna na buzi. Mieszkała tam jeszcze jakaś kobieta, może ich córka? Tego nie pamiętam.
Czy dziadek nosił brodę?
Nosił, ale raczej krótką. Później się dowiedziałem, że Żydzi nosili długie brody.
A tatuś?
Tatuś nie. Był młody, nie nosił pejsów ani brody. Zwyczajnie wyglądał, miał kręcone czarne włosy.
Wiesz, co robił i gdzie pracował twój ojciec?
Nie.
A mamusia ?
Mamusia była cały dzień w domu, ze mną. Gdy ojciec przychodził po pracy do domu, to zawsze był.
Co lubiłeś jeść, gdy byłeś mały?
Pamiętam chleb z masłem. Wynika z tego, że moi rodzice bogaci raczej nie byli – młode małżeństwo, na dorobku. Ojciec utrzymywał rodzinę i głodu przed wojną nie pamiętam.
A pamiętasz, że jadłeś kiedyś lody?
Przed wojną? Nie. Nie wiedziałem nawet, że istnieją.
Tylko te landrynki pamiętasz?
Tylko landrynki – pięć groszy dostawałem, gdy było jakieś święto albo tatuś dostał wypłatę. Jeszcze watę cukrową ze dwa-trzy razy jadłem, więcej się nie zdarzało.
A widziałeś może jak dziadek albo tatuś się modlił?
W domu u nas nie, ale dziadkowie się modlili. Dziwiło mnie, że dziadek dziwnie się ubierał, kiwał i coś mruczał. Nie wiedziałem, co to jest, nikt mi nie wytłumaczył. Gdy byłem starszy, dowiedziałem się, że to właśnie była modlitwa.
Była u was dziewczyna do pomocy w domu?
Nie ani u nas, ani u dziadków. Musieliby być bogaci, żeby kogoś trzymać.
Masz może jakieś dobre wspomnienie z okresu, zanim weszli Rosjanie ?
Wtedy nigdy nie byłem głodny. Luksusów nie jadłem, ale nigdy nie chodziłem głodny. Źle ubrany też nie byłem, wyglądałem jak inni żydowscy chłopcy. Przed wojną żaden człowiek mi nie dokuczył, nie powiedział do mnie: „Uciekaj, Żydzie”.
Pamiętasz, jak do Wilna weszli Rosjanie?
Wyszedłem na ulicę koło ulicy Zawalnej. Widziałem, sznur wojskowych samochodów, jeden za drugim. Byłem zadowolony, że coś się dzieje. Myślałem, że to Polacy, ale okazało się, że to Rosjanie.
Tatuś cieszył się albo martwił wtedy?
Ojciec pracował nadal tam, gdzie pracował. Nie odczuliśmy żadnej zmiany.
A gdy wybuchła wojna z Niemcami?
Nie wiem dokładnie, kiedy to było, ale pamiętam, kiedy przyjechali na nasze podwórze motocyklami z przyczepą, zaczęli pukać i dzwonić do mieszkań. Ogłosili, że Żydzi, zostaną przesiedleni.
Kiedy to było – Niemcy wkroczyli do Wilna 24 czerwca 1941 r. podczas ataku III Rzeszy na ZSRR. Natomiast pierwsze masowe akcje przesiedleńcze Żydów do getta miały miejsce 21-23 sierpnia 1941 roku. Do połowy września przesiedlenia zakończono, a getto zostało zamknięte.
Bałeś się wtedy?
Nie. Czego się miałem bać? Skąd mogłem wiedzieć, co mnie czeka?
A rodzice?
Też nie płakali, bo nikt nie wiedział, co nas czeka. Nie powiedziano nam – idziecie do getta, tam będzie bieda, tam będziecie umierać. Ludzie myśleli, że po prostu będą mieszkać w innym miejscu. To nie było tak, że Niemcy przyszli i zgarnęli wszystkich od razu. Ludzie zgłaszali się dobrowolnie w wyznaczonych punktach. My też tak zrobiliśmy.
Pamiętasz mieszkanie w getcie?
Oczywiście. Mieściło się jakieś 50 metrów granicy getta (płotu czy muru – jeden mówił, że tam był płot, drugi, że mur) chyba przy ulicy Szpitalnej.
Ulica Szpitalna znajdowała się głęboko wewnątrz obszaru Getta I, w centrum dawnej dzielnicy żydowskiej, z dala od linii granicznych oddzielających getto od „aryjskiej "części” miasta.
Dostaliśmy mieszkanie na pierwszym piętrze, składało się z dużego pokoju i małej kuchenki. Po jakimś czasie dokwaterowano jeszcze jedną rodzinę i ojciec z tym drugim panem przegrodzili pokój przepierzeniem z desek.
Pamiętasz, kto z wami mieszkał?
To było młode małżeństwo z małą dziewczynką, młodszą ode mnie jakieś dwa lata. Garnęła się do mnie i chciała stale się bawić. Rodziców często nie było, zostawaliśmy sami i bawiliśmy się w naszej albo ich części pokoju.
Czy pamiętasz, jak miała na imię?
Nie, nie zwracaliśmy się do sobie po imieniu.
Czy ktoś z rodziny był razem z wami w getcie?
Nie. Sami poszliśmy do getta.
Co stamtąd pamiętasz?
Miałem już tyle lat, że powinienem pójść z do szkoły. Nie pamiętam, kto mnie tam zaprowadził – ojciec czy matka. Szkoła mieściła się w domu modlitwy, a nauczycielem był starszy pan z długą brodą. Dostałem tabliczkę i codziennie rysowałem na niej znaki, nie wiedziałem nawet, że to litery. Dziwiłem się, że pisze się je od prawej do lewej, że mężczyźni, którzy przychodzą na modlitwy, przywiązują sobie do czoła czarne pudełka, obwiązują rękę rzemieniem, mamroczą coś i się kiwają.
Czarne pudełka – Filakterie (tefilin), dwa małe, czarne, skórzane pudełeczka z rzemieniami, zawierające pergaminy z fragmentami Tory. Zakładane podczas porannej modlitwy w dni powszednie: jedno na ramię, drugie na głowę. Mają przypominać o przykazaniach i duchowej więzi z Bogiem. Skórzane, czarne rzemienie (retzuot) stanowią część filakterii.
Dziewczynki też się uczyły?
Nie, sami chłopcy. Było nas chyba piętnastu.
Lubiłeś swojego nauczyciela, tego pana z brodą?
Zawsze byłem bojaźliwy i bardzo grzeczny. Gdy inni chłopcy rozmawiali za głośno, to on krzyczał i wtedy się go bałem. Wolałem być grzeczny, więc żadnej krzywdy nie miałem. Z przyjemnością chodziłem do szkoły, wolałem się uczyć niż siedzieć w domu z tą dziewczynką.
Ojciec pracował na mieście w jakichś zakładach, matka była w ciąży, nie opiekowała się mną za bardzo i rzadko ją widywałem. W domu często bywałem sam. Na tyle byłem mądrym chłopakiem, że gdy ojciec wracał z pracy, to czekałem na niego przy bramie do getta. Zawsze myślałem, że przyniesie coś do jedzenia i czasem tak było.Przy bramie stali policjanci żydowscy, Niemcy albo Ukraińcy i kontrolowali wchodzących.
W bramie było pomieszczenie z pryczą i gdy u kogoś coś znaleźli, wlekli go tam i tłukli kijami. Nigdy nie mogłem zrozumieć, dlaczego jednych biją a drugich nie. Zazwyczaj znajdowali i wyrzucali ludziom z kieszeni warzywa: kartofle, buraki, marchew, może kawałek chleba, ale tego nie widziałem.
My, dzieciaki, stale byliśmy głodni, więc podbiegaliśmy tam, licząc, że uda nam się coś złapać. Odganiali nas, kopali, ale byliśmy tak głodni, że ciągle próbowaliśmy. Z pobytu w getcie zapamiętałem, że ciągle miałem pusty żołądek.
Wspominałeś, że matka była w ciąży…
Poszła rodzić, naprzeciwko naszego domu był szpital czy przychodnia, zostałem w domu z dziewczynką i jej matką. Matka wróciła po dwóch dniach z dzieckiem. Byłem na nią zły i na tego dzieciaka, że zabiera mi miłość matki, czułem się zaniedbywany i zazdrosny. Nie mogłem zrozumieć, dlaczego nie zajmuje się mną tak jak przedtem.
To był chłopiec czy dziewczynka?
Tego to nie wiem. Nie mieliśmy co jeść, matka karmiła piersią, widocznie miała mało pokarmu, bo dziecko stale płakało, dzień i noc, dzień i noc. Na główce miało wrzody. W końcu matka, nie mogąc słuchać płaczu niemowlęcia, poszła razem z nim do przychodni czy szpitala. Wróciła po kilku dniach, już bez dziecka. Byłem zadowolony, że matka znowu mną się zajmuje.
U nas w rodzinie to ojciec więcej mnie kochał, brał na kolana. Matka była raczej surową osobą. Nie lubiła przytulać, tylko przykazywała i uczyła – to wolno, tamtego nie wolno. A ja i tak nie rozumiałem, bo byłem za mały.
Widziałeś Niemców w getcie?
Niemców pamiętam, mieli czarne i stalowe mundury.Byli jeszcze żołnierze w brązowawych mundurach. Mówiono, że to Ukraińcy. Policja była litewska.
Policja była litewska – strażnikami w wileńskim getcie byli przede wszystkim Litwini z policji pomocniczej, pod niemieckim nadzorem. Nosili głównie ciemnogranatowe mundury policyjne, czasem z dodatkowymi opaskami oraz czapki z daszkiem i litewskimi oznaczeniami.Niemcy (Gestapo) kierowali akcjami i represjami, ale nie pełnili stałej służby wartowniczej. Ukraińcy nie stanowili stałej formacji strzegącej getta.
Czy, oprócz obserwowania rewizji w bramie getta, miałeś do czynienia z żydowską policją?
Nie. Dopóki nie zaczęły się transporty, wywózka ludności z getta wileńskiego.
Jak się odbywała taka wywózka?
Było głoszenie, że ludzie mają się stawić przy bramie takiej i takiej, że będą gdzieś przesiedleni.Pamiętam naszą pierwszą ucieczkę – zbliżał się wieczór, robiło się ciemno, ojciec, matka, ja i jeszcze jeden pan (może znajomy ojca), poszliśmy na dół do mieszkania przy samym murze. W nocy, przez otwór w ścianie wydostaliśmy się na drugą stronę. Wyszliśmy z miasta i po przeszło kilometrowym marszu polem znaleźliśmy stodołę i położyliśmy się spać.
Kiedy to się działo?
Nie wiem, ale musiała być późna jesień, bo w nocy był przymrozek i strasznie zmarzłem.
Prawdopodobnie chodzi o akcje „deportacyjne” podczas likwidacji małego getta i wywózki do Ponar (miejsca masowych egzekucji), które miały miejsce we wrześniu i październiku 1941 roku.
Co było dalej?
Rano przyszedł właściciel stodoły i kazał nam się wynosić. Nie mieliśmy gdzie uciec, więc gdy pracujący w Wilnie Żydzi wracali do getta, wmieszaliśmy się w tłum i wróciliśmy do domu. Na miejscu okazało się, że z mieszkańców naszego podwórka zniknęła połowa.
A dziewczynka i jej rodzice z którymi dzieliliście mieszkanie?
Dziewczynka też. Oni sami zgodzili się jechać, pamiętam to dokładnie. Nie wiem, co im obiecano, ale się zgodzili. Zostaliśmy sami. Niemcy coraz częściej kontrolowali mieszkania, szukając ludzi do wywózki. Ojciec postanowił zbudować dla nas kryjówkę – przesunął ścianę przegradzającą pokój o pół metra, tworząc malutki pokoik.
Po prostu przesunął ścianę o 50 cm, nie wiem, nawet kiedy to zrobił. Tam, gdzie przedtem mieszkało drugie małżeństwo, pokój był teraz trochę dłuższy, a nasz stał się krótszy. Pamiętam, że drzwi do schowka były w narożniku. Na ścianie wisiał bardzo duży obraz i nie było widać, że tam coś jest. Po prostu zwykła ściana.
Ojciec stał przy oknie, z którego widać było bramę. Na widok wchodzących do getta Niemców czy litewskich policjantów dawał nam znak i wchodziliśmy do kryjówki. Pamiętam, że rodzice zakrywali mi buzię ręką, żebym głośno nie oddychał. Często ze strachu aż powietrza nie mogłem złapać. Zastanawiałem się, dlaczego ojciec nie mógł zrobić schodów, które wyprowadziłyby nas na „drugą stronę”, gdzie moglibyśmy żyć spokojnie.
Czy mamusia była wtedy z Wami?
Tak. Mamusia była, ja i ojciec. Czasem ojcem wychodził w nocy i przynosił jakieś jedzenie – trochę kaszy, zgniłe kartofle. Byliśmy głodni, ale jakoś się trzymaliśmy. Tak to się ciągnęło, z czasem ludzi było coraz mniej. Szukając żywności, ojciec chodził po pustych mieszkaniach, w których po mieszkańcach zostały już tylko meble i nic do jedzenia.Pewnego dnia dowiedział się, że na poddaszu schowało się kilkanaścioro Żydów. Dołączyliśmy do nich.
W tym samym domu, w którym mieszkaliście?
Tak, w jego bocznym skrzydle. W mieszkaniu na drugim piętrze był duży piec do pieczenia chleba. Nad nim był otwór z klapą, przez który wchodziło się na strych. Siedzieliśmy tam razem – mężczyźni, kobiety, szesnasto-siedemnastoletnie dziewczyny, ja byłem najmłodszy. Wszyscy musieliśmy załatwiać się na strychu, w kącie. W nocy mężczyźni wychodzili i szukali jakiegoś jedzenia. Przez kilka dni nic nie jedliśmy i ja strasznie płakałem z głodu. Matka mnie przytulała do siebie, nic więcej nie mogła zrobić. Nie wiem, jak długo to trwało, tydzień czy półtora, w każdym razie za długo.
Pewnego wieczoru znaleźli nas żołnierze, a może to byli policjanci. Weszło dwóch z automatami i kazali nam zejść na dół. Pytali o pieniądze i złoto. Potem weszli jeszcze na strych i szukali w tobołach i śmieciach wartościowych rzeczy.
Zeszliśmy na parter i stanęliśmy przed stromymi schodami, którymi wchodziło się do bramy, w tym czasie mundurowi podpalili dom. Na widok ognia ludzie zaczęli uciekać, tłum zepchnął mnie na schody, zacząłem wołać tatę, którego straciłem z oczu na strychu. I stał się cud – ojciec był przy mnie. Złapał mnie za rękę i wyszliśmy na ulicę. Mamy z nami nie było.Chciałem na nią zaczekać, ale Ojciec uspokoił mnie: „Nie bój się, mama przyjdzie”. Posłuchałem – poszedłem z ojcem, a mama tam została. Tego dnia widziałem ją ostatni raz. Nie wiem ,jak było na prawdę, ale całe życie jestem przekonany, że ojciec opuścił matkę.
Minęliśmy plac, na którym stała synagoga, weszliśmy w podwórze, a stamtąd do mieszkania. Z getta słychać było strzały, może wyłapywano niedobitków. Nad ranem w mieszkaniu było już nas dziewięcioro. O świcie ludzie zaczęli stopniowo wychodzić. Po drugiej stronie był zrujnowany budynek, trzeba było przeskakiwać przez belki i gruz. Zebrało się tam kilka osób, rozmowę usłyszał Niemiec i strzelił w naszą stronę, na szczęśnie nikogo nie trafił. Kobieta, która stała z nami rozpruła klapę płaszcza i wyjęła stamtąd monetę czy pierścionek. Do grupy dołączyli starsi Żydzi i zaczęli gadać z żołnierzem, potem zrobili między sobą zbiórkę, Niemiec wziął łapówkę, zarzucił karabin na plecy i poszedł.
Skąd wiesz, że to był Niemiec, a nie Litwin?
Nie wiem. W każdym razie to był wojskowy. Nie potrafiłem odróżnić, kto jest Litwinem, a kto Niemcem. W pobliżu stał niewielki kościół. Dwoje ludzi poszło do księdza zapytać, czy możemy tam się schronić – pozwolił. Dla bezpieczeństwa wchodziliśmy do kościoła dwójkami albo pojedynczo. Tam czekaliśmy na osoby, które miały nas zabrać i ukryć. zapewnić Ojciec poszedł z jakimś panem, mnie zabrała kobieta, która mówiła po żydowsku. Wzięła mnie za rękę i wyszliśmy na ulicę. Ulicą Kolejową doszliśmy do stacji Wilno Główne, bardzo długo to trwało. Za nami szedł ojciec ze swoim towarzyszem. Kawałek przed stacją stała budka wartownicza ze strażnikiem. Opiekunka powiedziałam, że gdy będziemy przechodzić koło wartownika, mam powiedzieć po polsku: tak, tak, tak. Mijając budkę, zaczęła mówić coś po polsku, odpowiedziałem: tak, tak i …przeszliśmy.
Odwróciłem, żeby sprawdzić, czy też się udało. Okazało się, że jakieś dziesięć metrów przed budką skręcili na dół, przeszli przez szyny i poszli dalej.
Co było dalej?
Kobieta kazała mi czekać i poszła szukać mojego ojca. Stałem w miejscu jakiś czas, mijali mnie ludzie wchodzący i wychodzący ze stacji. Wydawało mi się, że zaczynają mi się przyglądać, więc zacząłem chodzić – w tę i z powrotem. Zabolały mnie nogi, więc usiadłem na trawniku. Miałem szczęście, że nie spotkałem nikogo w mundurze. Czekałem tak około trzech godzin, byłem głodny i zmarznięty. Uratowała mnie pracująca na stacji kobieta, pani Bobrowska. W drodze do domu zobaczyła mnie, brudnego, obszarpanego, podobnego do Żyda chłopca, wzięła za rękę i zabrała do siebie.
To była Polka?
Tak, myślałem, że przysłała ją kobieta, która wyprowadziła mnie z kościoła.
Zeszliśmy na dół, weszła do Ostrej Bramy, pomodliła się. Kazała mi uklęknąć, robiłem, co kazała. Nie rozumiałem po polsku, więc mi pokazywała na migi. Zaprowadziła mnie do swojego mieszkania, które znajdowało się niedaleko kościoła św. Jana, w bocznej ulicy, na poddaszu. Składało się z jednego i pół pokoju, można powiedzieć. Dach był spadzisty, okna były w połowie dachu. Umyła mnie i dała mi jeść, pierwszą noc spałem na podłodze.
W mieszkaniu, we wnęce stała trzydrzwiowa szefa. Pani Bobrowska z 18-letnią córką, odsunęły szafę na jakieś pół metra i tam była moja kryjówka. Siedziałem tam w dzień i słuchałem, jak rozmawiają z gośćmi, bo musiałem nauczyć się mówić po polsku. Bardzo szybko nauczyłem się porozumiewać łamaną polszczyzną.
Przez cały czas siedziałeś za szafą?
Nie, miałem swoje miejsce na strychu. Na poddaszu, które stanowiło część mieszkania, było wejście na strych, tam się chowałem. Pomieszczenie miało jakieś 8 na 2,5 metra. Spałem w kupię trocin, opiekunka przykrywała mnie szmatami, wychodziła i zasłaniała wejście fotelem. Zimą przeważnie tam nocowałem. Jak był duży mróz, to mnie brała do pokoju, spałem na podłodze pod starym kożuchem, na którym było więcej wszy niż futra.
Stale przebywałeś w mieszkaniu pani Bobrowskiej?
Nauczyłem się trochę mówić po polsku i stopniowo opiekunka zaczęła mnie prowadzić do miasta. Na dole mieszkały Litwinki, matka z córką. Wyżej – starsze małżeństwo, którego w ogóle nie widywałem. Pani Bobrowska powiedziała sąsiadom, że jestem jej kuzynem, przywiozła mnie z wioski i przez jakiś czas będę u niej mieszkał.
Stopniowo coraz częściej wychodziliśmy z domu, a po jakimś czasie zacząłem wychodzić sam. Najpierw 50 metrów, potem 100, 150, coraz dalej. Nie zdawałem sobie sprawy, że ktoś może mnie rozpoznać jako Żyda. Pewnego dnia na ulicy Wielkiej podeszła do mnie grupa dzieci w moim wieku, zaczęli coś mówić, odpowiedziałem im łamaną polszczyzną. Od razu poznali, że jestem Żydkiem i zaczęły wołać: Żydek, Żydek, Żydek…
Rzuciłem się do ucieczki, wpadłem w jakąś bramę i schowałem pod schodami. Oni pobiegli za mną i mnie znaleźli. Znowu uciekłem, do domu miałem niedaleko, jakieś 300 metrów. W ostatniej chwili dopadłem klatki schodowej, otworzyłem patykiem drzwi, które zamykały się na zapadkę i wbiegłem na górę. Pani Bobrowska prędko ukryła mnie w trocinach na strychu, na wierzchu położyła szmaty, że to niby jest śmietnik. Później mi opowiadała, że te dzieciaki stały na dole i krzyczały, że tu Żydek wpadł. Jakiś wojskowy zawiadomił Niemców. Przyszli, jeden z psem wilczurem, weszli po drabinie na strych, wszędzie szukali, ale mnie nie znaleźli. Jeszcze następnego dnia na dole stał tajniak i patrzył, kto wchodzi i wychodzi.
Od tego czasu rzadko wychodziłem przeważnie, gdy było ciemno i tylko dlatego, żeby trochę powietrza złapać. Pani Bobrowska nie chciała ryzykować.
Czy rozmawiałeś panią Bobrowską o swoim ojcu, jak się rozstaliście?
Jej to nie interesowało, wiem tylko, że do niej przyszło jakieś młode żydowskie małżeństwo i wysłała ich gdzieś na wioskę. Nie powiedziała im, że u niej mieszkam – bała się, że gdyby zostali złapani, mogli powiedzieć, kogo u niej widzieli. Taka była ostrożna.
Niedaleko był front i radzieckie samoloty latały wieczorami bardzo nisko nad blokami, zapalały duże reflektory i zrzucały bomby. Gdy syrena ogłaszała alarm, wszyscy mieszkańcy uciekali do piwnic, ja zostawałem, bo pani Bobrowska bała się młodej Litwinki z parteru, która bardzo mną się interesowała.
Patrzyłem w okno i gdy samolot leciał nad dachem i świecił mi w oczy, byłem przekonany, że zaraz spuści bombę. Biegłem więc szybko po schodach na dół. Potem znowu biegłem na górę. I tak tam i z powrotem. Samoloty pojawiały się coraz częściej, więc pani Bobrowska wieczorem prowadziła mnie dwie ulice dalej, do stolarni. Zakopywałem się w trocinach, na wierzchu szmata, zostawał tylko mały otwór do oddychania. Całymi dniami tam siedziałem, a wieczorem opiekunka przynosiła mi coś do jedzenia, mogłem załatwić się, pochodzić po podwórzu. Już na ulicę nie wychodziłem. Były takie trzy albo cztery doby.
Pamiętasz, kiedy te wydarzenia mały miejsce?
Latem 1944 roku, Niemcy zaczęli się wycofywać, uciekając, podpalali domy. Ten, w którym mieszkaliśmy, też spłonął. Schroniliśmy się w piwnicach pobliskiego kościoła, była tam już nas setka ludzi.
Pobliskiego kościoła – chodzi o kościół św. Jana Apostoła i Ewangelisty przy ulicy Św. Jana, w Wilnie.
Podczas powstania wpadali Rosjanie, zabierali kilka osób i rozstrzeliwali przy murze kościoła. Po godzinie dwóch wpadali Niemcy, znowu zabierali ludzi i zabijali. Raz byli Niemcy, raz Rosjanie. Z opowiadań ludzi wiem, że powstanie w Wilnie trwało około tygodnia.
Podczas powstania – w lipcu 1944 r., podczas wycofywania się wojsk niemieckich, w Wilnie doszło do zbrojnego wystąpienia oddziałów Armii Krajowej przeciwko Niemcom. Akcja ta, znana jako operacja „Ostra Brama”, była częścią planu „Akcja Burza” i miała na celu samodzielne wyzwolenie miasta przed nadejściem Armii Czerwonej. Walki trwały od 7 do 13 lipca 1944 r. i miały charakter regularnych starć wojskowych, a nie powstania ludności cywilnej. Po zdobyciu Wilna Rosjanie rozbroili i aresztowali wielu żołnierzy AK.
W kościele pani Bobrowska, żeby nie zdradzić mojego żydowskiego pochodzenia, zawiązała mi, jak dziewczynce, chustkę na głowie, tak żeby włosów nie było widać i nakryła płaszczem. Gdy ktoś podchodził i pytał, co mi jest, mówiła, że jestem przeziębiony, bardzo chory i był spokój. Widziałem, jak Rosjanie zabijali Litwinów, którzy służyli Niemcom, a Niemcy ci zabijali schwytanych Żydów. Jeden drugiego zdradzał.
Nasz dom był spalony, pani Bobrowska zajęła mieszkanie, z drugiej strony miasta. Powiedziała: „Kochany, mamy taki głód, że chyba będziesz miał lepiej w domu dziecka niż u mnie”. I zaprowadziła mnie do kościoła św. Jakuba.
Kościół Świętych Apostołów Jakuba (Jakuba i Filipa), mieści się w rejonie Łukaszek, w pobliżu Starego Miasta, w Wilnie.
Umiałeś się modlić po katolicku?
Nie, nikt mnie nie uczył. Dała mi na imię Michał i swoje nazwisko. I ksiądz mnie ochrzcił.
Dostałeś metrykę?
Nie, nic nie dostałem. Może wzięła ją pani Bobrowska? Stamtąd zaprowadziła mnie do domu dziecka. Było nas tam ze dwieście dzieci.
Masz doskonałą pamięć, wiesz dokładnie, gdzie co stało, jak się wchodziło, z której strony, a nie pamiętasz żadnego nazwiska, nie pamiętasz mamy i ojca.?
Pani Bobrowska, jak już się trochę nauczyłem po polsku, powiedziała: „Zapomnij, że jesteś Żydem, zapomnij, że miałeś ojca i matkę. Jeśli komuś powiesz, to zabiją i Ciebie, i mnie. I moją córkę”. Zakodowała mi, że jeżeli chcę żyć, to muszę zapomnieć. Jakiś czas pamiętałem, bo nie można dziecku raptownie wymazać pamięci. Poza tym byłem zły na ojca i matkę, że mnie opuścili i zrobili mi krzywdę. Wiele lat tak myślałem, dopóki nie spotkałem się z wami. Pani Zosia mi wytłumaczyła, że rodzice nie zrobili źle tylko dobrze. A całe życie miałem do nich pretensję.
Michał Bobrowski miał na myśli spotkania z członkami Stowarzyszenia „Dzieci Holokaustu” w Polsce i rozmowę z panią Zofią Zaks, która przeprowadziła z nm wywiad.
Chcieli Cię uratować.
Dziecko o tym nie wie. Nie wiedziałem, że można w ten sposób dziecko uratować. Ze złości szybciej przychodzi zapomnienie. A jak z pamięci coś wyrzucisz, to później nie możesz sobie przypomnieć.
I tak się u Ciebie stało?
I tak się stało. Może Gdyby pani Bobrowska powiedziała, żebym pamiętał, bo może wojnie spotkam rodziców, to bym jej posłuchał. Była moją zbawicielką. Nie wiedziałem, że ludzie tępią Żydów, nie wiedziałem za co.
Nie wiedziałeś, że Niemcy zabijali Żydów?
Wiedziałem, ale myślałem, że nie tylko Żydów się zabija, tylko jak ktoś coś złego zrobi, obojętnie jakiego jest pochodzenia. Jest wojna, ludzie giną. Nikt mi nie wytłumaczył. Dopiero ona mi wytłumaczyła, że to tak jest. Poźniej, gdy mnie oddała do domu dziecka, to tym bardziej musiałem zapomnieć. Między tymi łobuzami miałbym same nieprzyjemności. Byłem obrzezany, od razu by poznali. Miałem zakodowane od dziecko, że Żyd to jest człowiek drugiej kategorii, że nie ma prawa do życia.
Po wojnie, w domu dziecka, nikomu nie powiedziałeś, że jesteś Żydem?
Broń Boże! Pani Bobrowska powiedziała kierowniczce domu dziecka, że znalazła mnie na ulicy i jestem pochodzenia żydowskiego. Żadnych papierów nie dała.
W domu dziecka zacząłem chodzić do szkoły, nie było co jeść – chodziliśmy nad Wilejkę, piliśmy wodę, zbieraliśmy szczaw i lebiodę. Przy bramie domu dziecka rósł durny mak, myśleliśmy, że nadaje się do jedzenia. Potem poszliśmy do łazienki i każdy głową walił w ścianę.Uratowała nas pielęgniarka, która dała nam lekarstwo na wymioty.
Lekarstwo na wymioty – roślina, którą na Wileńszczyźnie nazywano „durny mak”, to lulek czarny (Hyoscyamus niger). Zawiera alkaloidy tropanowe (m.in. hioscyjaminę, atropinę i skopolaminę), które mają działanie halucynogenne i silnie trujące. Powoduje m.in. omamy, majaczenie, pobudzenie, a w większych dawkach zatrucia zagrażające życiu.
Czy pani Bobrowska odwiedzała cię w domu dziecka?
Gdy byłem w domu dziecka, do jej córki zaczęli przychodzić wojskowi Rosjanie i przynosili jej chleb, słoninę itp. Raz w tygodniu, w sobotę lub niedzielę zapraszała mnie na obiad. Najadałem się u niej do syta. Zbierała też dla mnie skórki od chleba – odkrawała je, bo nie miała zębów. Uszyła mi woreczek i odkładała tam dla mnie, co mogła.
Kiedy wróciliście do Polski?
Dokładnie nie wiem, wróciliśmy, gdy wojna się skończyła. Do domu dziecka przyjechała starsza pani z Warszawy, żeby zabrać polskie dzieci. Wśród nas byli Rosjanie, Litwini, Polacy, Żydów chyba niewielu. Kłóciła z kierownikiem, chyba Rosjaninem, żeby pozwolił jej zabrać do Polski przynajmniej dzieci polskiego pochodzenia, te urodzone na Wileńszczyźnie miały zostać. Zrobiła listę – kolega z pokoju mówił, że ten jedzie, tamten jedzie, to postanowiłem też pojechać. Miałem już przecież polskie nazwisko. Nadszedł dzień wyjazdu – czekały na nas bydlęce wagony. W jednym z nich zobaczyłem panią Bobrowską z córką. Podeszła do mnie i rozmawialiśmy.
Gdy wojna się skończyła – repatriacja polskich dzieci z domów dziecka z Wilna odbywała się głównie w latach 1945–1946. Pierwsze transporty ruszyły latem 1945 r. Najintensywniejsza faza miała miejsce w 1945 r., część wyjazdów trwała jeszcze w 1946 r.
Czy w Polsce miałeś kontakt z panią Bobrowską?
Nie. Pani Bobrowska była w trzecim wagonie za mną. Wróciła do niego, bo wkrótce pociąg miał ruszyć. Zobaczyłem, że nadjechał samochód z trzema wojskowymi, w czapkach z niebieskim otokiem. Wyprosili ją z córką z wagonu i powiedzieli, że przywiozą z powrotem. Pociąg odjechał, a ja widziałem je wtedy ostatni raz.
Z niebieskim otokiem – czapki z niebieskim otokiem nosili funkcjonariusze radzieckich służb wewnętrznych/bezpieczeństwa (NKWD, później MWD/KGB).
Nie próbowałeś nawiązać z nimi kontaktu?
Nie było takiej możliwości
To prawda, ale później już po 1989. roku?
Pani Bobrowska wtedy już dawno nie żyła, w 1945 r. miała już około 70 lat. Córka też mogła wyjść za mąż i zmienić nazwisko. W 1982 r., w stanie wojennym, chciałem dostać się do Wilna. Pojechałem specjalnie do Gdańska, do konsulatu. Chciałem pojechać tylko po to, żeby zobaczyć czy może tam rodzina została, może ojciec jeszcze żyje, może matka jakoś się wydostała z getta. Nie udało się, granice były zamknięte i koniec.
Czy po wojnie, już w Polsce, dziecka, pamiętałeś, że jesteś Żydem, czy też wymiotłeś to z pamięci tak jak nazwisko?
Człowiek nigdy nie zapomni, że jest Żydem. Mam taką naturę, że wszystko, co dobre, biorę lekko, ale zło będę pamiętał aż do śmierci. Myślę, że zło, siedzi głębiej niż dobro.
Co dla ciebie znaczyło bycie Żydem?
Że jestem niepotrzebny, że nie powinienem żyć, w ogóle istnieć. I, broń Boże, nie przyznawać się. Gdy się przyznasz, to nieprzyjemności będą miały też twoje dzieci, wnuki, prawnuki. Bo może znowu wybuchnąć wojna… Zawsze uważałem i uważam, że Żyd to jest najgorszy gatunek ludzkości. Tak mi wpajano, tak ja to odczuwałem. Nic dobrego z życia nie miałem.
A jak Twoje życie ułożyło się po wojnie?
Zawieźli nas do domu dziecka w Lidzbarku. Stamtąd małżeństwo rybackie wzięło mnie do pomocy i żeby lepiej się odżywiał. Musiałem na to zapracować – drzewo rąbać, wodę na piętro nosić, łódką pływać, wiosłować, krowę zaprowadzić na pastwisko półtora kilometra. Na noc wracałem do domu dziecka. Pracowałem już jako jedenasto- dwunastoletni chłopak. Na początku 1947 roku dom dziecka zlikwidowano.
Co się stało z wychowankami?
Przeniesiono nas w różne miejsca, jedni trafili koło Solca Kujawskiego, inni gdzieś indziej. Rozdzielali według wieku – mnie zawieźli aż za Jelenią Górę, do jakiejś wioski. Małżeństwo, któremu pomagałem w gospodarstwie, widocznie mnie pokochało, przyzwyczaili się do mnie, albo byłem im potrzebny, wysłali po mnie swojego syna, który był jakieś sześć-siedem lat ode mnie starszy. (Starszy urodzony w 1926 roku, był w wojsku i został w Anglii). Znali mój adres, bo pisałem do nich listy. Kazali synowi mnie przywieźć – wykraść albo przekupić opiekunów.
Chłopak pojechał z kolegą, wzięli kupę pieniędzy, ponad 30 tysięcy niemieckich marek i zamiast pojechać do Jeleniej Góry, przekroczyli granicę i dostali się do Niemiec.
Rodzice czekali, a syn nie wracał. Jechał w tamtym kierunku nauczyciel ze szkoły podstawowej z Lidzbarka. Poprosili go, żeby pojechał do mojego domu dziecka i przysłał mnie do nich. Odnalazł mnie, dał pieniądze na bilet i pojechał dalej.
I wróciłeś do nich?
Wróciłem. Gdy wszyscy poszli spać, wziąłem manatki, poszedłem do Jeleniej Góry na stację, wykupiłem bilet i pojechałem. Siedem kilometrów w nocy szedłem.
Jak długo byłeś u tej rodziny?
U nich byłem tak długo, aż wszystko upaństwowiono. Cały czas ciężko pracowałem. W czasie okupacji nauczyłem się, żeby nigdy nie dojadać do syta. Jedzenie mieli dobre, ale wstydziłem się brać tyle jedzenia, żeby się najeść. Zawsze musiałem mieć w kieszeni coś do jedzenia. Dojadałem przeważnie owocami, jadłem śliwki, zielone jabłka, żeby gospodarze nie powiedzieli, że za dużo jem i mnie odesłali. W takim byłem stanie.
Wszystko upaństwowiono – po II wojnie światowej upaństwowienie w Polsce objęło przede wszystkim duże i średnie przedsiębiorstwa (1945–1946), natomiast drobna przedsiębiorczość formalnie mogła funkcjonować dłużej. Rzemieślnicy, małe warsztaty i sklepy prywatne istniały jeszcze w drugiej połowie lat 40., lecz były systematycznie ograniczane.
Państwo wprowadzało wysokie podatki, obowiązkowe dostawy, reglamentację surowców oraz kontrole administracyjne, co czyniło prywatną działalność coraz mniej opłacalną. Przełom nastąpił w latach 1948–1950, wraz z zaostrzeniem polityki gospodarczej i walką z tzw. prywatną inicjatywą. W efekcie wiele drobnych firm zostało zlikwidowanych lub zmuszonych do przejścia do spółdzielni.
Dopiero po 1956 r. nastąpiła częściowa liberalizacja, która pozwoliła na ograniczony powrót rzemiosła i małych usług, choć pod stałą kontrolą państwa.
Miałem już prawie 16 lat i zacząłem pracować w melioracji. Gospodarze sprzedali krowę, łódkę upaństwowiono i przestałem im być potrzebny. Gospodyni zawiozła mnie do Torunia do domu opiekuńczego. Wkrótce zaczęła chorować na raka gardła i umarła.
Zostałeś sam.
Pojechałem do Włocławka, uczyłem się kowalstwa, nie wiem jak długo, bo czas tak szybko leciał. Całe życie marzyłem, żeby się wyuczyć na mechanika samochodowego, ale w domu dziecka nie było to możliwe. Zdecydowałem rozpocząć samodzielne życie w 1949-50 razem z pięcioma kolegami z domu dziecka pojechaliśmy do Bydgoszczy. Tam zapisaliśmy się do ZMS-u i trafiliśmy do hufców pracy.
Mnie i jeszcze kilku wysłano do Stoczni Gdańskiej. Mieszkaliśmy w Nowym Porcie w koszarach jak w wojsku. 12 miesięcy tam pracowałem, wyuczyłem się na spawacza. Pracowałem na statkach, budowałem „Sołdka”, „Nową Hutę” – pierwsze polskie statki. Praca mi się podobała, ale o dzieci z domu dziecka nikt nie dbał. Gdy skończyliśmy szkołę, czekał na nas Stocznia Gdańska Hotel. A tam kierownik musiał nas zameldować.
Nie miałeś papierów?
Z domu dziecka było nas kilku i żaden nie miał. Nam nikt nie dawał żadnych dokumentów, tylko same karty meldunkowe. Miałem legitymację ZMS-u, ale kierownik powiedział, że jest nieaktualna. Przetrzymał nas miesiąc, dwa, trzy, ale bał się, bo milicja sprawdzała, kto jest zameldowany, kto jest zameldowany. Nocowaliśmy u kolegów, którzy mieszkali legalnie i otwierali nam okna na parterze. Jednak jak długo tak można.
Nie mieliśmy pojęcia jak załatwić dokumenty, więc we trzech pojechaliśmy do Nowej Huty. Weszliśmy do baraku, zapytaliśmy o pracę dla spawaczy i ślusarzy. Powiedzieli, że, owszem, potrzebują.
Zatrudnili Cię w Nowej Hucie?
Tak, powiedzieli, macie karteczki, idźcie do hotelu spać. A gdzie ten hotel? A blok nr 3. A to było gdzieś w polu, półtora kilometra błota. Nie trafiliśmy do tego hotelu. Poszliśmy na przystanek i wróciliśmy do Krakowa tramwajem. Przenocowaliśmy na stacji i rano pojechaliśmy tam znowu, ale bloku nr.3, nie znaleźliśmy. Trzeciego dnia byliśmy już bardzo głodni i poszliśmy do ZMS-u. Poradzono nam, żeby pojechać do szkoły górniczej, będziemy mieli gdzie mieszkać, dostaniemy jedzenie, za książki też nie będziemy płacić.
I pojechaliście?
Tak, do Bytomia. Prawie udało mi się skończyć szkołę, ale zakolegowałem się z chłopakiem, który nie chciał pracować w kopalni i namówił mnie, żeby stamtąd uciec. Zajechaliśmy do Stoczni Szczecińskiej – byłem spawaczem, przyjęli mnie, pracowałem tam chyba z pięć miesięcy. Mieszkaliśmy w dużej sali, razem ze złodziejami, ktoś kogoś nożem zabił. Przeląkłem się i powiedziałem kolegom – bo było nas trzech – jedźmy stąd, dopóki jeszcze żyjemy.
Dokąd wyjechaliście?
Do miejscowości niedaleko Bydgoszczy, tam poznałem żonę. Znaleźliśmy pracę w powstającym PGR. Po drugiej stronie Brdy było gospodarstwo zabrane kułakom. Tam we trzech zamieszkaliśmy i tam pracowałem.
Kułak – określenie używane głównie w ZSRR i krajach bloku wschodniego na zamożnego chłopa, posiadającego większe gospodarstwo rolne i zatrudniającego innych do pracy; w propagandzie komunistycznej przedstawiany jako wróg władzy ludowej, co uzasadniało represje, wywłaszczenia i przymusową kolektywizację.
Kiedy z żoną się pobraliście?
W 1954. roku. Żona tam dojeżdżała do pracy przez rzekę. Mieszkała w innej wiosce i tam ją poznałem.
Czy to było szczęśliwe małżeństwo?
Żona była dla mnie i dziewczyną i matką i żoną. Nie miałem nikogo bliskiego, całą miłość ulokowałem w niej. Była moim wszystkim.Gdy nastał Gomułka, musieliśmy opuścić gospodarstwo, bo właściciel chciał je odzyskać. Sądownie to załatwił. Rodzina żony miała wujka w Kieleckiem, w Niekłaniu, koło Skarżyska–Kamiennej. Wujek pracował w kopalni, napisałem do niego, a on odpowiedział, że jeżeli się nie boję, to żebym przyjechał. Obiecał, że załatwi mi pracę i a za jakiś czas będę miał mieszkanie… Pojechałem, żona została, była już w ciąży – to było w 1954. roku. Zacząłem tam pracować, byłem dobrym pracownikiem i po trzech miesiącach dostałem duże, bardzo ładne, dwupokojowe mieszkanie. Napisałem do żony, że może przyjechać. Przyjechała razem ze swoją matką i ojczymem.
Byli na twoim utrzymaniu?
Sam pracowałem i musiałem utrzymywać cztery osoby. Ojczym żony miał załatwić sobie pracę w kopalni, ale bał się zjechać pod ziemię. Żona urodziła i jej rodzina zdecydowała, że pojedziemy na ziemie odzyskane koło Słupska. Najpierw pracowaliśmy na wsi w spółdzielni produkcyjnej, potem przenieśliśmy się do Słupska.
W 1960 roku pracowałem w fabryce mebli. Wtedy miałem pierwszy wypadek – bardzo poważnie złamałem sobie rękę, miałem ją dziewięć miesięcy w gipsie. Mogłem już iść na rentę, bo ręka nie była sprawa, ale nie zgodziłem się i wróciłem do pracy.
Część naszego zakładu usytuowana była po jednej stronie bocznicy kolejowej, część po drugiej. 22 listopada 1961 roku, o siódmej rano było ciemno. Na bocznicy stały puste wagony, przechodziłem między nimi, gdy uderzyły w nie wagony z ładunkiem. Zderzak uderzył mnie w głowę, przewróciłem się na tory i obcięło mi obie nogi.
Miałem wstrząs mózgu, pęknięcie podstawy czaszki i amputację obu kończyn dolnych.
Ile miałeś wtedy lat?
Można obliczyć – 26. Leżałem dziewięć miesięcy w szpitalu, po jakimś czasie dostałem mieszkanie w nowym budownictwie na parterze, w klinice w Poznaniu pierwsze protezy i nauczyłem się chodzić. Później kolejne protezy i wózek inwalidzki. W 1964 roku zapisałem się do spółdzielni inwalidzkiej i pracowałem jako chałupnik.
Co robiłeś?
Wszystko – napinacze do pończoch dla kobiet, gumki przycinałem, zawiasy do mebli, sprężyny do namiotów. Przepracowałem tak 27 lat aż do likwidacji spółdzielni w 1990 roku. Żona pracowała w fabryce mebli ponad 20 lat. Później przeszła na rentę, wciągnąłem ją do spółdzielni i pracowaliśmy razem w domu.
Żona już nie żyje, tak?
Chorowała na nadciśnienie, Dostała udaru mózgu w 1990 roku i umarła. I od tego czasu jestem sam, sam koło siebie wszystko robię. I to całe moje życie.
Długo nie myślałeś o tym, że jesteś Żydem. Jak to się stało, że trafiłeś do środowiska żydowskiego?
Gdy człowiek jest młody, to o tym nie myśli, im jest starszy, tym bardziej ciągnie go do korzeni. Jeździłem na obozy rehabilitacyjne do Konstancina. Był rok 1989 albo 1990. Przeczytałem w gazecie, że w Warszawie jest jakiś związek Żydów, że jest Teatr Żydowski, dyrektora nawet kiedyś widziałem w telewizji.
Związek Żydów – chodzi o powstałe w 1950 roku Towarzystwo Społeczno-Kulturalne Żydów w Polsce, którego zarząd miał wtedy siedzibę przy Placu Grzybowskim, w Warszawie.
Pomyślałem, że pojadę do Warszawy i porozmawiam z nim, zapyta , czy nie znają jakichś Żydów w Wilnie. Bardzo chciałem tam pojechać, obejść stare kąty, sprawdzić, czy może ojciec jeszcze żyje, znaleźć kogoś z rodziny. Dowiedziałem się też, że jest wydawana po polsku żydowska gazeta. Poszedłem na Plac Grzybowski.
Żydowska gazeta – „Tygodnik” (wydawany po polsku i jidysz), który w 1992 roku zmienił nazwę na „Słowo Żydowskie”.
Redaktor naskoczył na mnie z buzią: „Pan dopiero teraz się do Żydów przyznaje. Dużo jest takich, każdy myśli, że pieniądze dostanie”. Zrobiłem się czerwony na twarzy, ale co mu miałem tłumaczyć. Dostałem dwa adresy do jakiegoś profesora, Napisałem do niego, ale żadna informacja z Wilna nie przyszła. Później pytano, czy chcę zapisać się do nich, bo chyba Stowarzyszenia Dzieci Holokaustu jeszcze nie było*
Redaktor – prawdopodobnie autor wspomnienia miał na myśli redaktora „Fołks Sztyme”, tygodnika wydawanego przez TSKŻ, którego redakcja mieściła się do 1991 r. przy ulicy Świętojerskiej 5/7 w Warszawie.
Stowarzyszenie „Dzieci Holokaustu” w Polsce zostało oficjalnie zarejestrowane przez Sąd Wojewódzki w Warszawie 25 września 1991 roku. Natomiast zebranie założycielskie miało miejsce 27 czerwca 1991 r., w siedzibie Żydowskiego Instytutu Historycznego.
Skierowano mnie do Żydowskiego Instytutu Historycznego – bardzo przyjemnie mnie tam przyjęto. Zapytano, czy mam świadków na to, że jestem Żydem? Odpowiedziałem, że znaleźliby się, ale tylko Polacy.
W końcu trafiłeś do Stowarzyszenia Dzieci Holokaustu. Jak Cię przyjęliśmy?
Gdy jestem z wami, to jest całkiem inaczej. Dlatego jadę tu taki kawał i chociaż jestem zmęczony, to bardzo się z tego spotkania cieszę.Przedtem myślałem – nie gadaj nikomu, bo jesteś jedyny… Nie wiedziałem, że oprócz mnie ktoś się uratował. Myślałem, że wszyscy nie żyją, że tylko ja jestem takim odludkiem i nie powinienem żyć na tym świecie.Przyjechałem i usłyszałem, że jeszcze 500 osób żyje.
Co teraz o sobie myślisz, zastanawiasz się, kim jesteś ?
Teraz wiem, że po prostu jestem uratowanym dzieckiem wojny, że byłem prześladowany. Nie wiem, czy gdybym był polskim dzieckiem, to też groziłaby mi śmierć? Dzieci polskie też były w Oświęcimiu też ginęły, uważam, że nie było żadnej różnicy między nimi.
Nie mogę powiedzieć, że jestem albo Żydem albo Polakiem. Jestem rozdwojony – jak powiem tak, to będzie niedobrze, a jak powiem tak, to też będzie niedobrze. Więcej życia przeżyłem jako Polak a mniej jako Żyd. Mogę powiedzieć, że w serca byłem Żydem. Tak to odczuwam. Czy mam kłamać, że czuję się jak Żydem?
Czy masz jakieś przesłanie dla młodych ludzi? Chciałbyś jednym zdaniem im coś powiedzieć?
Żeby szanowali swoich rodziców, żeby Broń Boże nie dopuścili do wojny, obojętnie jakiej. Uważam, że ludzie powinni tak długo żyć, dopóty sami nie umrą. Żeby nigdy nie było tak, że ktoś komuś życie odbiera.I żeby szanowali tych, którzy przeżyli wojnę. Postarali się zrozumieć, co znaczy głód i co robi z człowiekiem.
PS.Pan Michał Bobrowski, dzięki pomocy Żyda z Frankfurtu, inżyniera architekta Ignacego Jacob,i ma już nowe, lekkie protezy.
Wywiad przeprowadzony przez Zofię Zaks 20 września 1996 roku w Słupsku, dla VHA USC Shoah Foundation, opracowała Anna Kołacińska-Gałązka

