Kiedy wybuchła wojna we wrześniu 1939 r. miałam dziesięć lat. Przebywałam wraz z matką w naszym mieszkaniu w Wołominie.
W 1940 r. hitlerowcy wygnali żydowską ludność Wołomina do getta w Glinkach. W 1942 r. oderwana przemocą od matki przez hitlerowców zostałam włączona do transportu Żydów wywożonych do Treblinki.
Zagnano nas do wagonów bydlęcych, oddzielnie starców, kobiety, mężczyzn, młodzież i dzieci. Wagony były tak przeładowane ludźmi, że leżeli jedni na drugich. Podróż trwała z postojami około dziesięciu dni i nocy bez picia i jedzenia. Od cza su do czasu rzucano nam do wagonu bochen suchego chleba. Można było mieć przy sobie tylko węzełek, lecz ja nie zdążyłam nic zabrać z domu.
W Treblince wypędzono nas przed baraki i przy gęstej strzelaninie kazano nam zdjąć ubranie, ułożyć je w stosach, oddzielnie obuwie, bieliznę i inne. Zapowiedziano nam, że idziemy do kąpieli. W pewnym momencie jakaś grupa starszych dzieci wymknęła się i zaczęła uciekać.
Przyłączyłam się do nich prawie naga i ze zranionym od postrzału ramieniem. Biegłam przed siebie i po pewnym czasie znalazłam się w Małkini, gdzie zaopiekowała się mną jakaś kobieta i ukryła w szafie, potem w piwnicy.
Następnie, już pod innym nazwiskiem, wędrowałam po lasach Wyszkowa. W końcu 1942 r. przybyłam do Zambrowa do szpitala w getcie. Kiedy hitlerowcy otoczyli szpital, znów udało mi się uciec. Ukrywałam się na cmentarzu żydowskim parę dni, po czym zmarznięta i głodna dotarłam do domu państwa Krajewskich, gdzie znalazłam serdeczną pomoc.
Z relacji pani Janiny Krajewskiej:
„… Oświadczam, ze znam osobiście [Surę Bursztyn]. W listopadzie 1942 r. jako dwunastoletnia wówczas dziewczynka przybyła ona do naszego domu [na wsi], skrajnie wycieńczona. Stan jej zdrowia był bardzo ciężki. Na ciele i na głowie miała liczne ropiejące rany oraz rozległe sińce, wybite zęby. Domyśliliśmy się z mężem od razu, że jest to dziecko żydowskie (…), lecz ona do tego się nie przyznawała, twierdząc (…), że poszukuje zagubionej matki.
Współczując tej nieszczęśliwej dziewczynce zatrzymaliśmy ją u siebie, choć rozumieliśmy, jak wielkie niebezpieczeństwo nam groziło ze strony Niemców. Długo leczyłam i opatrywałam jej rany. W 1943 r. nasz proboszcz (…), nieżyjący już ksiądz Eugeniusz Grodzki, kiedy chodził po kolędzie, zainteresował się losem dziewczynki i na jej prośbę przygotował ją do przyjęcia wiary katolickiej. W dniu 18 czerwca 1946 r. odbył się w kościele parafialnym (…) chrzest [Sury Bursztyn], w którym uczestniczyłam jako matka chrzestna a mój mąż, nieżyjący już dzisiaj, Jakub Krajewski, był jej ojcem chrzestnym(…).”

