Stanisław Steiner, urodzony w 1927 r.

Uciekałem, żeby żyć 

Stasiu, mam prośbę, żebyś podał swoje nazwisko.

Nazywam się  Steiner. Mam dwa imiona: Stanisław i Szmul, które mi dodano w Izraelu.

Podaj swoją datę urodzenia 

Urodziłem się 24 czerwca 1927 roku w Cieszynie, w Polsce.

Ile masz teraz lat? 

Sześćdziesiąt dziewięć. 

Jakie są twoje najwcześniejsze wspomnienia z dzieciństwa?

To są wspomnienia z przedszkola.Takie może trochę pikantne, że lubiłem przez dziurki od klucza zaglądać, jak dziewczynki siusiają. Przedszkole mieściło się w szkole, do której chodziłem później. 

Czy to było żydowskie przedszkole? 

Nie. Nie wiem, czy były w nim żydowskie dzieci, ale pamiętam,  że w pierwszej klasie już były. 

Czy przypominasz sobie jakieś  związane z tym problemy?

U nas w Cieszynie nie. Były dzieci polskie, były dzieci żydowskie, Na około 40 dzieci było dwóch chłopców Żydów i jedna dziewczynka Żydówka. To wszystko. 

Czy wśród nauczycieli Żydzi

Nie.

Poza polskimi i żydowskimi nie było dzieci innych narodowości? 

Były oczywiście w Cieszynie, ale ja ich nie znałem. 

 Bawiłeś się z polskimi dziećmi na podwórku czy to nie wchodziło w grę? 

Jak można było inaczej? Bawiłem się, oczywiście.W Cieszynie, będąc dzieckiem, nigdy nie czułem antysemityzmu.

Jaki był twój dom, co robił ojciec, co robiła mama?

Moi rodzice nie byli bogatymi ludźmi – pamiętam, że w pierwszym mieszkaniu, przy ulicy Górnej,  które  składało się z jednego pokoju i kuchni,  mieszkaliśmy we czworo: mama, tata, siostrzyczka i ja. Gdy urodził się braciszek, zmieniliśmy mieszkanie na dwupokojowe przy ulicy  Bolesława Chrobrego. 

Czy, z dzisiejszego punktu widzenia, mógłbyś powiedzieć, że była bieda w domu?

Nie, biedy nie było. Ojciec był komiwojażerem – Cieszynie była fabryka nart i tata je sprzedawał. Jako przedstawiciel firmy Bocka  jeździł  za granicę i  rzadko bywał w domu.

Cieszyn był podzielony na czeski i polski. Po jednej stronie Olzy był polski Cieszyn, a po drugiej – czeski.  Mieliśmy całoroczne przepustki i chodziliśmy na czeską stronę na czeską stronę, kupować banany i pomarańcze, bo tam były tańsze niż w Polsce.

Czeski i polski — pierwszy podział Cieszyna nastąpił po I wojnie światowej, w 1920 r., decyzją państw Ententy (Wielka Brytania, Francja, Niemcy) na konferencji w SPA. Granica przebiegała wzdłuż rzeki Olzy. Część zachodnia (z przemysłem i koleją) przypadła Czechosłowacji, wschodnia pozostała w Polsce. W październiku 1938 Polska przejęła Český Těšín i miasto zostało ponownie zjednoczone w granicach Polski. Po agresji Niemiec 1 września 1939 r. sytuacja znów się zmieniła. Po II wojnie światowej przywrócono granicę sprzed 1938 r., czyli ponowny podział na: polski Cieszyn  i Český Těšín.

Mama pracowała zawodowo?

Nie.

Czy wasz dom  był religijny?

Kuchnia była koszerna. Myślę, że religijność była zachowana  raczej z powodów towarzyskich. Pamiętam, że  gdy mama chciała dać mi bułkę z szynką, to kupowała ją na ulicy. W domu szynki nie było.

Stasiu, bywałeś w synagodze? 

Raz do roku na pewno – w Jom Kipur – z tatą i  mamą. 

Mieliście w Cieszynie rodzinę? 

Nie, w Cieszynie nie. Kuzynowie,  ze strony ojca mieszkali niedaleko,  w Bielsku. Siostra mojego ojca, zapomniałem, jak się nazywała,  mieszkała w Skoczowie. 

Twoja siostrzyczka była dużo młodsza? 

O trzy lata. Poszła do szkoły, gdy byłem w trzeciej klasie.Chodziliśmy do tej samej szkoły. 

Stasiu, czy pamiętasz  atmosferę związaną z wybuchem wojny?

Wojna wisiała  w powietrzu już od dłuższego czasu. Wierzyliśmy, że polska armia zwycięży, poza tym mój ojciec nie bał się  Niemców, bo z nimi handlował. Jeździł często do Niemiec, uważał, że to kulturalny naród i nie ma się czego bać.

Pamiętam dokładnie 1 września 1939 r. – w drodze do szkoły widziałem, jak Niemcy wkraczają do Cieszyna, od byłej  czeskiej strony, przez most na Olzie, Na ulicy Legionów  witali ich  cieszyniacy Ślązacy. Miałem wtedy skończone  12 la, czytałem „Mein Kampf” Hitlera, ale nic z tego  nie zrozumiałem. Zapamiętałem natomiast książkę „Miasto bez Żydów”, która należała do mojego ojca. To była literacka wizja, co nastąpi, gdy Żydzi zostaną wygnani. 

„Miasto bez Żydów” – głośna powieść satyryczna  austriackiego pisarza Hugo Bettauer, wydana w 1922 roku. Przedstawia fikcyjną sytuację, w której Żydzi zostają wypędzeni z Wiednia. Początkowo społeczeństwo cieszy się z tej decyzji, jednak szybko okazuje się, że miasto traci rozwój gospodarczy, kulturę i stabilność. Władze są zmuszone do ich powrotu. Utwór jest ostrą krytyką antysemityzmu i pokazuje negatywne skutki wykluczania całych grup społecznych. Jego autor został zamordowany przez fanatycznego zwolennika nazistów w 1925 roku. 

Stasiu, czy to znaczy, że potrafiłeś czytać po niemiecku? 

Nie. Byłem przyzwyczajony do niemieckiego, bo ojciec doskonale mówił  w tym języku i w otoczeniu też go słyszałem. Nauczyłem się później. 

Chciałam zapytać, czy w domu mówiono w jidysz? 

Nie. Nawet mój dziadek  nie mówił po żydowsku, tylko po polsku. A był religijny. 

Pamiętasz, jak wyglądało wasze życie po wkroczeniu Niemców?

Przez kilka pierwszych tygodni życie  toczyło się zupełnie normalnie, ale  do szkoły już nie chodziliśmy. Niemcy kazali zarejestrować się Żydom płci męskiej  powyżej 13. roku życia i wysłali ich gdzieś z Cieszyna. Potem dowiedzieliśmy się, że na granicę rosyjską do Niska i  zmuszono do przekroczenia granicy. Dzięki temu mój ojciec ocalał. I prawie wszyscy mężczyźni z Cieszyna. Ojciec najpierw był we Lwowie, potem daleko, na wschodzie.

Pod koniec 1939 roku, musieliśmy opuścić Cieszyn. Moja matka nie była urodzoną Ślązaczką, a gdy Śląsk włączono do Reichu,  zostaliśmy zmuszeni do opuszczenia Cieszyna. Spakowaliśmy nasz dobytek do walizek i  pojechaliśmy do ciotek – sióstr mojej matki, które mieszkały w Krakowie. Ciotki nie miały dużych mieszkań, więc ja zamieszkałem u jednej na Rynku Dębnickim, a mama z siostrzyczką i braciszkiem u drugiej siostry, przy ulicy Barskiej.

Z czego wtedy żyliście?

Wtedy tego nie wiedziałem – myślę, że ciotki nam pomagały. Potem, z tego samego powodu, zmuszono nas do opuszczenia Krakowa.Pojechaliśmy do Zabierzowa, wsi pod Krakowem, do dziadków ze strony ojca. Spędziliśmy tam jedną zimę i lato. Dat nie pamiętam, tylko pory roku.

Mama powoli sprzedawała rzeczy ojca: palto, futro, to czego nie zabrał z domu. Pieniądze w banku przepadły, gotówki nie było, więc  mama musiała  sprzedawać. Głodni i brudni nie byliśmy, bo mama bardzo o nas dbała.

Co się działo dalej?

 Zmuszono nas do opuszczenia Zabierzowa, przenieśliśmy się do Nowego Brzeska. Odwiedziłem te miejscowości w maju tego roku (1996 roku). W Zabierzowie patrzyłem w okno domu, w którym mieszkaliśmy,  ale nie byłem w stanie wejść do środka. W Nowym Brzesku też domek jest, nikt w nim nie mieszka, okna i drzwi są zamurowane. To był żydowski dom. 

Opuszczenie Zabierzowa – w 1940 roku niemieckie władze okupacyjne zaczęły usuwać Żydów z mniejszych miejscowości i wsi, zmuszając ich do przenosin do większych miast. „Oczyszczanie” wsi z ludności żydowskiej nasiliło się na początku 1941 roku. Żydów z Zabierzowa kierowano głównie do Krakowa.

Czy w Nowym Brzesku  mieszkała wasza rodzina, do kogo tam pojechaliście?

Tak, tam zgromadziła cała rodzina ze strony matki. Ciotki z Krakowa też  tam były. Nie mogę powiedzieć jak się żyło, co się jadło.Pamiętam tylko, że, że od tego czasu moja matka, która miała wtedy 39 lat, mówiła: „Ty musisz przeżyć wojnę”. To musiał być 1941 rok, bo jeszcze przychodziły od ojca listy z Rosji. Czyli przed wybuchem wojny niemiecko-radzieckiej. Matka powtarzała: „Musisz przeżyć wojnę i opowiedzieć ojcu, jak myśmy żyli i jak ja go kochałam”.

Zdawałeś sobie sprawę z zagrożenia?

Skończyłem 14 lat i Nie miałem w sobie żadnego lęku, kolejne wydarzenia przyjmowałem prawie normalnie, nie rozumiejąc, że grozi nam zagłada. Widocznie matce udało się ukryć to przed nami.

Byłem najstarszy z rodzeństwa, mój braciszek miał wtedy dwa albo trzy lata. Bardzo go kochałem, był bardzo mądry. Starałem się zastąpić mu ojca, brałem go na kolana, opowiadałem bajki, mówiłem o tatusiu. Jego śmierć strasznie mnie zabolała, to było małe dziecko.

Matka troszczyła się o nas i nasze bezpieczeństwo. Dopiero teraz rozumiem, jaką była bohaterką. Obawiała się, że Niemcy zamordują nas na miejscu. Pewnej nocy wpakowała nas na chłopski  wóz i pojechaliśmy w kierunki Bochni. Nagle słyszę głośne: „Halt!” Mama mówi: „Skacz!” Wyskoczyłem z wozu i ukryłem w kapuście. Po chwili zawołała mnie  z powrotem – okazało się, że to był łapownik, szantażysta. Nie dojechaliśmy do Bochni,  wróciliśmy do Brzeska.

Mama powycinała z rodzinnych fotografii twarze i zaszyła mi  je w spodniach. Zapytałem, dlaczego to robi?  Odpowiedziała: „Żebyś nie zapomniał swojej rodziny”. Dała mi też srebrną papierośnicę ojca, z wygrawerowanym imieniem i nazwiskiem,  którą kupiła mu  w ślubnym prezencie. 

Któregoś dnia  mama powiedziała, że ja z siostrzyczką, ciotki i dorosłe kuzynostwo mamy pójść nad Wisłę i schować się w wiklinie. Ona z małym braciszkiem zostanie w kopcu na kartofle. 

Nie pytałeś, dlaczego tak zdecydowała? 

Może nie potrafię tego pamiętać, może wtedy więcej wiedziałem, niż wiem dzisiaj. Była jesień, padał deszcz i było  bardzo zimno. Nie wiem, jak długo  siedzieliśmy w ukryciu – dni czy godziny, gdy usłyszeliśmy strzały z  karabinów maszynowych. Doskonale pamiętam tę chwilę – mam ten obraz w głowie –  leżę z siostrzyczką w trawie, na wale ochronnym, słyszę strzały i mówię: „Jesteśmy sierotami, nie mamy już mamy”.  Zapamiętałem, z której strony dobiegały strzały, z cmentarza w  Zabierzowie. Wróciłem tam  w 1946 roku. 

Nad Wisłą ukrywały się z tobą siostry matki…

Ciocia Rózia (ta z Krakowa), kazała mi odejść. Powiedziała: „Idź na przystań i dowiedz się, kiedy odchodzi statek do Krakowa” i zawiesiła mi na szyi biały woreczek. W środku była jedna złota korona i jej ślubny pierścionek. Pomyślałem – jakie statki, jaka przystań? Przecież tam nie ma żadnej przystani.  Nie znalazłem przystani i postanowiłem wrócić. Idąc dołem wału, zobaczyłem, jak Niemcy prowadzą grupę Żydów – moje ciotki, wujka, kuzynki i moją siostrzyczkę, która jeszcze skinęła mi głową. Potem dowiedziałem  się, że zastrzelono ich wszystkich w Miechowie. 

Zostałem zupełnie sam, przemoczony, głodny, bez niczego. Szedłem wzdłuż Wisły, w stronę Krakowa, noc była zimna i zimno i czułem, że  dłużej wytrzymam. Zostanę w polu i zamarznę. Nagle zobaczyłem światełko w oknie. Zapukałem do drzwi, otworzył mi wysoki młody człowiek, nie pamiętam jego twarzy, tylko sylwetkę w drzwiach. Bałem się mu przyznać, że jestem Żydem. Powiedziałem, że Niemcy złapali mnie na roboty, wyskoczyłem z ciężarówki i idę do Krakowa do rodziny. Mówiłem dobrze po polsku, miałem dobry wygląd, ale nie miałem  żadnych dokumentów. 

Byłeś obrzezany, Stasiu? 

Oczywiście. Młody człowiek popatrzył na mnie i powiedział: „Jak jesteś Polakiem, to odejdź, jak jesteś Żydem, to wejdź”. Zawahałem się, ale odpowiedziałem: „Jestem Żydem”. Dostałem miskę mamałygi (kaszy z kukurydzy), gospodarz  przyniósł mi miskę z ciepłą wodą, pomógł mi się umyć, osuszył ubranie i przygotował spanie na sianie z puchową pierzyną i wielką poduchą. Nie wiem, skąd miał dla mnie  tyle ciepła i sympatii. Byłem tam kilka dni, mężczyzna  zaproponował,  żebym został u niego, bo wojna wkrótce się skończy. Nie zgodziłem się, powiedziałem, że muszę  iść do Krakowa szukać rodziny. Nie zdawałem sprawy, że w Krakowie jest getto.  Na drogę dostałem kanapki i adres jego siostry, którego nauczyłem się na pamięć. Wszedłem do mojego ukochanego Krakowa i spotkałem grupę Żydów z opaskami, którzy wracali z pracy. Dołączyłem do nich i wszedłem do getta.

Może ten człowiek był Żydem, który się ukrywał? 

On chyba był rybakiem, mówił  dobrze po polsku, to nie był chłopski język. Miał siostrę w Krakowie, wieczorami przychodzili do niego młodzi ludzie, może to byli partyzanci? Może miał do mnie większe zaufanie, bo wiedział, że go nie wydam? Może był w konspiracji? To wszystko są domysły. Faktem jest, że uratował mi życie

Pierwszy raz wylądowałem w Polsce w 1986 roku, ktoś zawiózł  mnie do Nowego Brzeska, przeszedłem tę samą drogę, licząc, że znajdę ślady tej chałupy.Niczego nie znalazłem, nawet  wikliny już nie było. 

Znalazłeś się w getcie…

Odnalazłem  tam żonę mojego ukochanego kuzyna, który uciekł z Krakowa w 1940 roku na radziecką stronę. Ona się mną trochę zaopiekowała.  Szukając rodziny ciotek, dowiedziałem się, że w Bochni żyje siostra mojego ojca – Sala Winer.

Pewnego dnia wyszedłem z grupą pracujących z getta, odłączyłem się po drodze  i poszedłem na stację kolejową.Czekałem na pociąg do Bochni, gdy do w poczekalni wszedł niemiecki żandarm z polskim policjantem i zaczęli kontrolować dokumenty. Siedziałem na końcu ławki, gdy doszli do mnie,  wstałem i zapytałem polskiego policjanta, która jest godzina. Spojrzał na zegarek, ja podziękowałem mu i odszedłem.  Udało mi się ich zmylić i to mnie uratowało.

Wsiadłem do pociągu, dojechałem do Bochni, tam było getto „półzamknięte”  i znalazłem moją ciotkę.

Co to znaczy półzamknięte? 

Getto było ogrodzone i zamknięte, ale można było  i wejść i wyjść. Nie było pilnowane jak w Krakowie czy Warszawie, więc wszedłem bez problemu i zamieszkałem u ciotki. Rozeszła się wiadomość, że  Niemcy tworzą getto A  dla pracujących – młodych i zdrowych oraz getto B – dla niepracujących – kobiet, małych dzieci i chorych. 

Dowiedziałem się,  że jakiś węgierski  Żyd organizuje warsztaty stolarskie. Żeby tam się dostać, trzeba było mieć pieniądze na łapówkę. Padłem przed nim na kolana na ulicy i prosiłem, żeby mnie wziął do stolarni.Trochę wstyd mi się do tego przyznać, ale walczyłem o życie. I on się zgodził. Nauczyłem się stolarki, w warsztacie naprawialiśmy meble, które Niemcy zrabowali w krakowskim getcie. 

W getcie B mieszkałem z innymi młodymi ludźmi – byliśmy skoszarowani w mieszkaniach, spaliśmy na pryczach, było strasznie głodno i strasznie chłodno. Ciotka, chociaż sama była biedna i miała na utrzymaniu córeczkę rok młodszą ode mnie,  starała się mi pomagać – prała bieliznę i prześcieradło,  od czasu do czasu dawała bochenek chleba, który sama piekła. To byli bardzo ubodzy ludzie. 

Ile czasu tam pracowałeś, pamiętasz Stasiu? 

Do likwidacji getta bocheńskiego. Zrobiono selekcję: jedni na prawo, drudzy na lewo. Nas wsadzono do pociągu i posłano do małego obozu w Szebnie, pozostałych rozstrzelano gdzieś w okolicy. 

25 sierpnia 1942 r. Niemcy przeprowadzili pierwszą wielką deportację Żydów z bocheńskiego  getta. Kilka tysięcy osób wywieziono do obozu zagłady w Bełżcu, a część ludzi rozstrzelano na miejscu. W Listopadzie odbyła się kolejna akcja deportacyjna i egzekucje. Przy życiu pozostały  głównie osoby zdolne do pracy. Ostateczna likwidacja getta nastąpiła we wrześniu 1943 r. Większość pozostałych mieszkańców wywieziono do obozu koncentracyjnego KL Płaszów koło Krakowa, a następnie część trafiła do Auschwitz-Birkenau.

W Szebnie dostaliśmy baraki po radzieckich jeńcach. To był najstraszniejszy obóz, jaki przeszedłem, może dlatego, że był pierwszy. Pamiętam potworny brud i potworny głód.

Tam też pracowałem w stolarni, bo szukali ludzi z zawodem. Stolarnia była na środku obozu, dzięki temu byłem pod dachem i nie było zimno.

Obóz w Szebnie był niemieckim obozem pracy i obozem przejściowym działającym w latach 1940–1943. Początkowo przetrzymywano tam radzieckich jeńców wojennych, a od 1943 roku  także Polaków, Żydów i Romów.W obozie panowały bardzo ciężkie warunki — głód, choroby i brutalne traktowanie więźniów. Wielu więźniów zginęło z wycieńczenia lub zostało zamordowanych. W 1943 roku Niemcy zlikwidowali obóz, a część więźniów wywieźli do Auschwitz-Birkenau i KL Płaszów. W 1944 roku Niemcy ponownie umieścili w Szebnie jeńców radzieckich. 

Nie mieliśmy pasiaków, chodziliśmy w ubraniach, w których przyjechaliśmy, z namalowanymi pasami na plecach. Wtedy pierwszy raz zobaczyłem wszy. W moim sweterku-bezrękawniku wszy tkwiły w oczkach wełny, Było ich tak dużo, że wyglądały jak dywan. Jeszcze dziś pamiętam to potworne uczucie, ten przestrach. Chcąc pozbyć się wszy, zamoczyłem sweter w  garnku z gorącą wodą, w której gotował się klej stolarski  i sweter się rozpadł.

Czy praca w stolarni była ciężka?

W stolarni nie. Najgorszy był głód i codziennie poranne  selekcje. Byłem jeszcze  dzieckiem i nie byłem wysoki. Nigdy nie stawałem w pierwszym rzędzie, tylko w drugim, trzecim i wspinałem się na palce. Chciałem uniknąć  niemieckiego: „Wyjdź, wyjdź! Raus, raus!”

Z głodu sprzedałem pierścionek i złotą koronkę, które dostałem od ciotki  – poszły za porcję chleba. Długo nie chciałem pozbyć się papierośnicy, którą traktowałem jak talizman. Jednak pewnego dnia wymieniłem ją na dwie porcje chleba. Chleb schowałem do siennika, bo szkoda mi było zjeść od razu.

Co to znaczy dwie porcje chleba? 

Przypuśćmy, że dwie porcje chleba ważyły  200 gramów.  Nie wiem, ile naprawdę ważył, dla nas był na wagę złota. Chleb został w sienniku, a ja poszedłem do stolarni. Praca trwała od świtu do nocy. Wieczorem przyszedł Niemiec i powiedział, że   potrzebuje dziesięciu ochotników do pracy poza obozem. Zgłosiłem się razem z przyjacielem, którego poznałem w getcie w Bochni. Na imię  miał Stanisław tak, jak ja. 

Wyszliśmy całą grupą. Trzymając się zasady, żeby nie iść pierwszy, szedłem ostatni z naszej dziesiątki. Tuż przed bramą wyjściową z obozu pomyślałem: „Na miłość boską, przecież nie dostałem jeszcze dzisiejszej porcji chleba i jeszcze dwie czekają na mnie w sienniku”.  I oni wyszli w dziewięciu, a ja zostałem w obozie.

Nie chciałeś stracić porcji chleba…

Tak, wróciłem do baraku, zjadłem jedną porcję chleba, dwie  znowu odłożyłem na następny dzień. Następnego dnia w stolarni nie zastałem mojego kolegi Stanisława. Okazało się, że ochotników wzięto do palenia trupów z porannej egzekucji, a potem zastrzelono ich wszystkich, całą dziewiątkę. Ja zostałem przy życiu. Moja nieżyjąca matka uratowała mi życie – gdyby nie zapas chleba, na który wymieniłem otrzymaną od niej papierośnicę, byłbym już martwy. 

Czy tylko  Żydzi byli w tym obozie?

Obóz był podzielony na dwie części: obóz Szebnie żydowski i był obóz Szebnie polski. Dowiedziałem się o tym przed kilkoma laty z książki, która, która opisuje losy głównie polskiego obozu. Dałem ją panu Zocharowi z Jointu, który uciekł z kolegą z tego obozu. , W odwecie za ucieczkę Niemcy zrobiono Lagerspare  (zakaz opuszczania baraków). Wybrano  pięć najpiękniejszych kobiet i pięciu najprzystojniejszych mężczyzn, kazano im rozebrać się na środku obozu i położyć na ziemi. Potem zastrzelono ich  na naszych oczach.

Z książki – „Szebnie. Dzieje obozów hitlerowskich”, Stanisław Zabierowski, Krajowa Agencja Wydawnicza, 1985 r. Autor książki, Stanisław Zabierowski (1910-1986), był prawnikiem, działaczem Okręgowej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Rzeszowie, specjalistą w zakresie zagadnień okupacji hitlerowskiej w południowo-wschodniej części Polski.  

Stasiu, nie wiedziałeś wtedy, że obóz składa się z dwóch części?  

Nie wiedziałem, izolacja była zupełna. Może inni wiedzieli, ja nie.  Uważałem, że to jest obóz tylko dla Żydów. Mogę jeszcze jeden obraz z obozu opisać –  stoję, w stolarni, przy moim stole i widzę przez okno człowieka, który kopie ziemię. Przechodzi komendant obozu i widz opartego  o łopatę więźnia. Woła: do niego: „Komm!”, każe mu się odwrócić, lewą ręką popycha go na ziemię, a prawą strzela mu w kark. Widocznie strzał był niecelny, bo więzień zaczął się bronić i byłby  wyrwał  komendantowi broń, ale rzucili się na niego przechodzący strażnicy (odbywała się  właśnie zmiana warty na wieżyczce) i dotkliwie go pobili. 

Ogłoszono apel – staliśmy w czworoboku – na środku placu wbito pal i powieszono tego człowieka za związane z tyłu ręce, że nie mógł dosięgnąć stopami ziemi. Staliśmy tak kilka godzin, gdy nieszczęśnik mdlał, oblewano do zimną wodą. Krzyczał po żydowsku: „Żydzi, bracia, ratujcie!” Co można było zrobić?  W końcu on przyszedł komendant  i powiedział: „Ich kann nicht mehr sehen wie der Jude leidet” (Nie mogę dłużej  wytrzymać, jak ten Żyd cierpi). Kazał go zdjąć z pala i strzelił mu w głowę. 

Co jeszcze zapamiętałeś?

To była długa jesień. Pewnego dnia kazano nam zebrać się na placu i Niemiec, który nosił polskie nazwisko Grzymek, ogłosił „Tutaj są złe warunki, nie ma pracy, tu nie ma co jeść, nie ma czym ogrzewać baraków. Pojedziecie do innego obozu, gdzie są  dobre warunki”. I wszyscy w to uwierzyliśmy.

Niemcy pognali nas w stronę stacji kolejowej, na miejscu kazano nam się rozebrać – zdjąć buty i wierzchnią odzież, zostaliśmy tylko w koszulach i portkach. Wchodziliśmy pojedynczo, po sto osób, do wagonu, upchani jeden koło drugiego. Jechaliśmy, w zaplombowanym wagonie, ze trzy doby, bez jedzenia i wody. Żydzi z Krakowa, Tarnowa znali okolice i domyślili się, że pociąg jedzie do Oświęcimia. Jedni popełniali samobójstwo, drudzy modlili się do Boga.

Pociąg zatrzymał się w Płaszowie, Niemcy otworzyli wagony, żeby wyrzuć trupy, bo ludzie marli z głodu i zimn.  W drodze umówiłem się  z trzema młodymi ludźmi, że musimy uciec. Stałem koło drzwi wagonu i zauważyłem, Niemiec je zamknął, ale nie zaplombował. Miałem przy sobie kawałek blachy, który znalazłem w wagonie. Posługując się nim, udało mi się zdjąć ze skobla  hak zamykający drzwi. Pociąg ruszył, odsunęliśmy drzwi i w trójkę  wyskoczyliśmy na oślep z wagonu.  

Umówiliśmy się, że każdy idzie osobno, bo tak będzie bezpieczniej. Dowiedziałem się potem, że dwóch kolegów  Niemcy złapali i zastrzelili. 

Pamiętam, o czym myślałem,  otwierając drzwi wagonu – mam ojca w Rosji i muszę dla niego przeżyć wojnę. I, że jeszcze nigdy nie byłem zakochany.

Prawie goły i bosy spędziłem noc w stogu siana. O świcie próbowałem pukać do jakichś drzwi – nikt nie otwierał, tylko psy szczekały. Wyskoczyłem z pociągu w nocy z soboty na niedzielę,  rano widziałem ludzi idących do kościoła od strony Krakowa. Ja szedłem pod prąd, nikt nie zwracał na mnie uwagi, widocznie woleli mnie nie widzieć. Wyobrażasz sobie, jak musiałem wyglądać. 

Wracałeś do Krakowa…

Wszedłem do miasta od strony Podgórza i Dębnik. Chodziłem po ulicach mojego ukochanego Krakowa, pukałem do wielu drzwi,  prosząc o kawałek chleba. Nikt mi nie otworzył. Wałęsałem się po mieście i nie wiedziałem, co mam ze sobą zrobić. Trafiłem na drut kolczasty  otaczający resztki krakowskiego getta. Tam jeszcze byli żydowscy policjanci. Podszedłem do jednego z nich i powiedziałem, że jestem Żydem, wyskoczyłem z transportu do Oświęcimia i chcę oddać się  w ręce Niemców. Powiedział mi: „Tutaj jest tylko więzienie i siedzą tam Żydzi złapani na aryjskich papierach. Pójdziesz pod ścianę. Odejdź stąd”. Po kilku godzinach wróciłem znowu  i powiedziałem to samo innemu policjantowi. Poradził mi: „Jak musisz oddać się  w ręce Niemców, to nie mów, że wyskoczyłeś z pociągu do Oświęcimia”. 

Tak zrobiłem, zaprowadzono mnie  do SS-mana Kundego. Byłem na tyle sprytny, że mówiłem przez tłumacza. Powiedziałem, że ukrywałem się u chłopów w pobliżu Zabierzowa, Niepołomic w okolicach, które znałem, więc nie mógł mnie złapać na kłamstwie. Nauczyłem się stolarki i chcę pracować dla III Rzeszy jako stolarz. Nie wiem, co on powiedział potem żydowskim policjantom, ale gdy zostaliśmy sami,  zaczęli mnie ściskać i całować. Pochwalili mnie: „Mądrze mówiłeś. Uratowałeś sobie życie, mówiąc, że chcesz pracować dla III Rzeszy”.

Wilhelm Kunde – niemiecki funkcjonariusz Gestapo i SS, związany z likwidacją krakowskiego getta. Był referentem do spraw żydowskich w Gestapo w dystrykcie krakowskim Generalnego Gubernatorstwa. W dokumentach występuje jako SS-Hauptsturmführer (kapitan SS). Kunde brał udział w akcjach przeciwko Żydom w Krakowie, w tym w likwidacji getta w marcu 1943 r. Według źródeł wydawał także polecenia dotyczące eliminowania świadków niemieckich zbrodni. Po wojnie mieszkał w RFN. W latach 70. stanął przed sądem w Niemczech Zachodnich za działalność w okupowanym Krakowie, zmarł przed zakończeniem procesu. 

Wiezienie mieściło się w dużym prywatnym domu.Tylko w drzwiach i oknach były kraty.Tam mnie  ubrali, nakarmili, zrobili ze mnie na nowo człowieka. 

Pewnego dnia wołają mnie: „Jude Steiner!”  Zobaczyłem Kundego i  jeszcze jednego. SS-mana, który  jak potem okazało, przyjechał dorożką z obozu w Bieżanowie koło Płaszowa.  Kunde mówi do niego: „Das ist der Jude Steiner, was hat so schon gemeldet. – To jest ten Żyd Steiner, który się tak pięknie ochotniczo się zgłosił. Weź go ze sobą”. SS-man nie chciał jechać razem ze mną dorożką – wsadził mnie do ciężarówki, która jechała do Bieżanowa i tak znalazłem się w kolejnym obozie. 

Obóz w Bieżanowie był jednym z kilku niemieckich obozów pracy przymusowej dla Żydów, nosił nazwę Julag III (Judenlager III) i działał w latach 1942–1943 na terenie dzisiejszego krakowskiego Bieżanowa, w rejonie obecnych ulic Złocieniowej i Sucharskiego. Do obozu trafiali głównie Żydzi z Krakowa i okolic, także po akcjach likwidacyjnych w gettach. Więźniowie byli wykorzystywani do ciężkich robót, przede wszystkim przy budowie nasypów i torów kolejowych w kierunku Bochni.Obóz został zlikwidowany 14 listopada 1943 r. Większość więźniów przewieziono do obozu Kraków-Płaszów, gdzie wielu z nich zamordowano.

Po krótkim czasie obóz zlikwidowano i przesłano nas do KL Płaszów, na ulicę Jerozolimską. Nie byłem tam długo, bo z liczną grupą więźniów  trafiłem do fabryki amunicji w Skarżysku Kamiennej. Tam najpierw posłali  mnie na Werk C, gdzie pracowało się  przy pikrynie. Potem na Werk B, który był lepszy, a następnie, razem dziesięcioma mężczyznami, na Werk A. 

W Skarżysku-Kamiennej, na terenie przejętej przez Niemców przedwojennej fabryki amunicji, mieściły się  zakłady zbrojeniowe koncernu Hugo Schneider AG (HASAG)  – ogromny kompleks pracy przymusowej dla Żydów, podzielony na części nazywane Werk A, Werk B i Werk C. Trafiali  tam więźniowie z KL Płaszów oraz innych obozów i gett. Poszczególne „Werki” były oddzielnymi fabrykami lub wydziałami produkcyjnymi: Werk A – produkcja amunicji i karabinów, Werk B – baraki, Werk C – zakład produkujący materiały wybuchowe. 

Więźniowie pracowali przy niezwykle niebezpiecznych substancjach chemicznych, zwłaszcza przy trotylu i pikrynie. Często dochodziło do zatruć, poparzeń i ciężkich uszkodzeń ciała. Warunki w obozach HASAG należały do najcięższych w okupowanej Polsce: głód, bicie, egzekucje i wyniszczająca praca powodowały ogromną śmiertelność. Obóz został zlikwidowany latem 1944 r.Przebywający w nim robotnicy zostali wysłani do obozu Hasan w Częstochowie i do obozu koncentracyjnego w Buchenwaldzie.

Zauważyłem na fabryce szyld z napisem „Tutaj naprawia się meble dla Niemców i dla volksdeutschów” i zrozumiałem, że to jest stolarnia. Kierujący nią Niemiec zapytał majstra Polaka czy są między nami stolarze. Od razu się zgłosiłem. W stolarni nauczyłem się wycinać trepy, które składały się z drewnianego spodu i szmaty na wierzchu i szybko się niszczyły. Parę drewnianych spodów, można było w obozie wymienić na porcję zupy. Było mi strasznie źle – głód, zimno i samotność. Byłem wód tylu ludzi, ale byłem sam. Nie wiem, jak długo byłem w Skarżysku. Był 1944 rok, obóz zlikwidowano i posłano nas do Buchenwaldu. 

Zdawałeś sobie sprawę, co to za obóz?

Na początku kazano nam się rozebrać. Widocznie wiedziałem już  o Oświęcimiu i w jaki sposób  morduje się tam ludzi, bo pamiętam, że gdy poszliśmy pod prysznic, bałem, że z sitek poleci gaz. Straciłem wtedy zdjęcia rodzinne, które były ze mną przez cały czas. Potem dano nam pasiaki i posłano do podobozu Buchenwaldu w Schlieben. Tam pracowałem w fabryce panzerfaustów. Tam było lepiej niż w Skarżysku czy w Szebnie. Były nawet bardziej ludzkie warunki.

Schlieben – podobóz Buchenwaldu w nosił nazwę Schlieben-Berga i znajdował się w Brandenburgii, około 80 km na północny zachód od Lipska. Był związany z zakładami zbrojeniowymi firmy HASAG produkującymi m.in. panzerfausty i amunicję.Większość więźniów stanowili Żydzi deportowani wcześniej do obozów pracy HASAG w okupowanej Polsce, m.in. ze Skarżysko-Kamienna. W Schlieben więźniowie pracowali przy niezwykle niebezpiecznej produkcji materiałów wybuchowych i granatników przeciwpancernych.

Pamiętam, że przyjechaliśmy do obozu Schlieben nocą. Przebywający tam więźniowie Holendrzy, zobaczyli nas takich wymordowanych, wygłodzonych, podzieli się jedzeniem, które dostawali w paczkach. Każdy z nas dostał miskę pokruszonych pierników holenderskich. Tak łapczywie jadłem, że rano, na apelu od razu zemdlałem, Obudziłem się w szpitalu w Schlieben. Nade mną pochylał się anioł – szwedzki albo holenderski lekarz, który też był jeńcem. Tam już były względnie ludzkie warunki  jak na obóz. Pamiętam, że trzeba było oddawać rzeczy do odwszenia i długo czekać na zimnie bez ubrania. Nie ma pojęcia, jak udawało się nie przeziębić i nie chorować. Potem ze Schlieben posłano nas do obozu Flossenbürg. Tam pracowałem przy budowie torów kolejowych – nosiłem szyny. Trochę też pracowałem jako murarz razem z włoskim jeńcami. 

Obóz koncentracyjny we Flossenbürgu utworzono w 1938 r. w Bawarii, niedaleko granicy z ówczesną Czechosłowacją. Początkowo więziono tam osoby uznane przez nazistów za „aspołeczne” i kryminalistów, później także więźniów politycznych, Żydów, jeńców radzieckich i ludzi z okupowanych krajów Europy, w tym bardzo wielu Polaków. Początkowo więźniowie pracowali w kamieniołomach, potem wykorzystywano ich  do produkcji zbrojeniowej. Flossenbürg miał  prawie 100 podobozów. Przeszło przez nie około 90–100 tysięcy więźniów, zginęło około 30 tysięcy osób. W kwietniu 1945 r. Niemcy ewakuowali wielu więźniów w tzw. marszach śmierci. Obóz wyzwoliły wojska amerykańskie 23 kwietnia 1945 r.

Był początek 1945 roku – pewnego dnia wpakowano nas znowu do wagonów. Z daleka słychać było huk armat, a na niebie widzieliśmy amerykańskie samoloty. niebie. Czuło się, że zbliża się koniec.  Jedziemy i nie wiemy, dokąd nas wiozą. Jest bardzo ciasno i bardzo źle. Obóz we Flossenfurgu był wielonarodowościowy, nie afiszowałem się, że jestem Żydem. Umówiłem się z trzema więźniami: Polakiem, Jugosłowianinem i niemieckim komunistą, że razem uciekniemy. Nocami pociąg, gdy stawał , strażnicy wypuszczali nas na zewnątrz. Pamiętam, że jadłem wtedy trawę, bo zupa, którą dostaliśmy na drogę, była zepsuta. 

W Czechosłowacji strażnicy posłali mnie po chleb, gdy mnie piekarz zobaczył, to wsunął  mi  za koszulę bochenek chleba. Ten chleb chyba też uratował  mi  życie.

Po dziesięciu dniach jazdy byliśmy dopiero  w Czechosłowacji. Postanowiliśmy, że  uciekamy – dłutem i młotkiem, które zabrałem ze stolarni, zrobiłem otwór w drzwiach, żeby wysunąć rękę i odkręcić plombę. To okazało się niewykonalne, bo w dzień, podczas jazdy, Niemcy siedzieli budkach na końcach wagonu, w nocy też nas pilnowali. Postanowiliśmy więc uciec przez dziurę w podłodze – gdy pociąg jedzie powoli, trzeba spuścić się na tory i leżeć płasko.

Zaczęliśmy wybijać dwie deski w dnie wagonu. Na postoju Niemcy zauważyli spadające na tory drzazgi  i weszli do wagonu. Zepchnęli wszystkich więźniów  na tył  wagonu – było nas mniej, bo część umarła po drodze.  Jeden strażnik był Niemcem, a drugi Słowakiem. Niemiec miał gumową  pałkę, Słowak – pałkę z drewna. 

Więźniowie musieli przejść koło nich – gumą dostawało się w twarz, a gdy człowiek prostował się po uderzeniu, dostawał drewnianą pałką w głowę. I padał zemdlony na ziemię. Wspominałem już, że starałem się  nie być pierwszy, tylko zawsze ostatni.Gdy przyszła moja kolej  Niemiec oszczędził mi uderzenia gumą w twarz. Podchodząc do Słowaka,  zasłoniłem głowę ręką  – dostałem uderzenie  pałką i  zemdlałem. Nie wiedziałem wtedy, że złamał mi rękę. Pociąg ruszył, gdy leżałem nieprzytomny na podłodze wagonu. 

Wszyscy więźniowie zostali pobici?

Nie wiem. Koledzy,  z którymi miałem uciec byli przytomni. Pomogli mi urwać z koca kawał materiał, żeby owinąć mi rękę. Było ciemno i pociąg – pierwszy raz, po dziesięciu dniach podróży, jechał nocą. Nie zastanawiając się długo, zdjąłem blaszkę zasłaniającą otwór w drzwiach,  zdjąłem hak i z kolegami otworzyliśmy drzwi. Ustaliliśmy, że jeden wyskakuje po drugim i potem idziemy w odwrotnym kierunku, żeby się spotkać 

Pamiętam wrażenie,  gdy wyskakiwałem – ziemia-niebo, niebo-ziemia. Nic mi się nie stało, nawet nie byłem draśnięty. Pomyślałem: „Nie ma Boga, ale może jednak jest Bóg”. Udało się uciec całej naszej czwórce, spotkaliśmy się, ale nie wiedzieliśmy,  gdzie  jesteśmy. Poszliśmy w stronę gór.

Wiedziałeś, którędy jechał  wasz pociąg? 

Pociąg stawał na stacjach i Czesi usiłowali przynieść nam wodę. Natomiast nie mieliśmy pojęcia, gdzie wyskoczyliśmy. Uciekało się, żeby żyć. Jak człowiek ucieka to dużo nie myśli. Tylko że nie chce umierać.

Zrzuciliśmy pasiaki, pod którymi mieliśmy zwyczajne ubrania. Szliśmy kilka godzin i zobaczyliśmy domek – światło w oknie – okrągły stół, na nim duży bochenek chleba, przy stole rodzina: ojciec, matka i chłopiec. 

Koledzy kazali mi zapukać „Wejdź ty, jesteś  z nas najmłodszy, a twój język jest najbliższy czeskiemu”. Wszedłem do środka, gdy gospodarze mnie zobaczyli, o nic nie pytali, tylko od razu zaczęli kroić chleb. Powiedziałem, że nie jestem sam, mam jeszcze trzech kolegów”. Zaprosili nas do domu, nakarmili, napoili i zrobili legowisko w stodole. Spędziliśmy tam ze trzy miesiące, aż  do końca wojny. Ludzie ze wsi pomagali naszym gospodarzom nas karmić. Gospodyni była dla mnie taka dobra – dawała mi szklankę mleka, a w tym mleku ukryte było jajko na twardo. Nie starczało jajek dla nas wszystkich – byłem najmłodszy i kobieta chciała, żebym zjadł  coś pożywnego.   

Pamiętasz jak nazywała się ta wieś? 

Wieś Pocinowice koło Domažlic, niedaleko granicy niemieckiej. Przyszła wiosna, mogliśmy wychodzić na zewnątrz i chodzić po trawie. Odrosły mi włosy, byłem ubrany jak człowiek, ale nie myślałem, że wkrótce będziemy wolni. Cały czas bolała mnie złamana ręka.  

Pewnego dnia usłyszałem, że we wsi gra kapela, to mnie zaciekawiło. Zszedłem niżej, wieś była w dolinie,  i zobaczyłem wojskowe auta, w jednym z nich siedział czarnoskóry  żołnierz. Już wiedziałem, że to są Amerykanie i że to koniec wojny. Pobiegłem na górę  zawiadomić kolegów. Powiedzieli mi: „Zwariowałeś, pokręciło ci się w głowie”.

Koniec wojny – 18 kwietnia 1945 roku wojska amerykańskie  przekroczyły granicę  Czechosłowacji. Do początku maja zajęli znaczną część zachodnich Czech, m.in. okolice Chebu, Domažlic i Karlowych Warów.

Po pewnym czasie usłyszeliśmy jadące pod górę auto i uciekliśmy do lasu. Gospodarze wołali, żebyśmy wrócili. Okazało się, że gdy do wsi wkroczyła amerykańska jednostka, nasi Czesi poprosili o pomoc lekarską dla mnie. Przyjechał lekarz  jak z amerykańskiego filmu: wysoki, w mundurze polowym, z opaską  z czerwonym krzyżem na ręce. Zobaczył mnie, pogłaska po głowie i obdarował cukierkami, gumą do żucia i czekoladą.  Potem zbadał mi rękę, założył  ł drewniane łupki, obandażował i dał pastylki na uspokojenie bólu. Na koniec powiedział, że nic nie może zrobić, trzeba pójść do szpitala.

Trafiłem tam, gdy Amerykanie wkroczyli do pierwszego miasta, gdzie był szpital – tam prześwietlono mnie i zoperowano złamaną rękę. W szpitalu przebywałem do  8 maja 1945 r. 

Nie powiedziałem naszym gospodarzom, że jestem Żydem. Czeszka, która miała syna w moim wieku, kochała mnie – nie jak rodzonego syna, ale czułem od niej prawdziwe ciepło. Pewnego dnia  rozpłakałem się, a miałem już prawie 18 lat, i powiedziałem jej: „Nie mam czystego sumienia, przez cały czas was okłamuję, chcę powiedzieć, że jestem Żydem”. Ona się rozpłakała i powiedziała: „Szkoda, że mi tego wcześniej nie powiedziałeś, kochałabym cię podwójnie. Moja siostra ma męża Żyda i dwóch synów, cudem się  uratowali”. 

Co zrobiłeś potem?

Pojechałem pociągiem do Pragi, z Pragi do Morawskiej Ostrawy, a stamtąd do Cieszyna. Znowu był polski i czeski Cieszyn. Przyszedłem do mojego domu,  przy ul. Bolesława Chrobrego 7, usiadłem przed drzwiami naszego  mieszkania, na których była obca wizytówka  i się rozpłakałem. Nagle otworzyły się sąsiednie drzwi  i wyszła z nich piękna młoda dziewczyna – kolegowałem się z nią, gdy mieliśmy 11 – 12 lat. Poznała mnie, zaprosiła do mieszkania – mieszkały z matką w  jednym pokoju, dla mnie dostawiły  łóżko w kuchni.

Potem pojechałem do Krakowa poszukać rodziny, myślałem, że może ktoś ocalał. Dowiedziałem się, że brat mojego ojca wrócił z Rosji i mieszka w Chorzowie. Wujek wziął mnie do siebie, ale brakowało mi rówieśników, czułem, że potrzebuję kontaktu z młodymi ludźmi  i w pierwszej połowie czerwca 1945 roku postanowiłem zamieszkać w domu dziecka. Wujek mnie rozumiał, poza tym mieszkał blisko i mogliśmy się widywać. Było tam trochę moich rówieśników, byli też młodsi i całkiem małe dzieci. Zaczęliśmy chodzić do szkoły. 

Podczas pobytu w  Cieszynie zostawiłem na milicji wiadomość dla ojca, że jestem w Chorzowie. Pewnego dnia dowiedziałem się, że ojciec wrócił i został po czeskiej stronie Cieszyna. 

A to dlaczego? 

Ojciec znalazł się w Iziumie w Związku Radzieckim, wstąpił do organizującej się armii czeskiej  i dostał obywatelstwo czeskie.

Armia czeska – w Iziumie, na Ukrainie (w ówczesnym ZSRR), w maju 1943 r. z dotychczasowego 1. Samodzielnego Czechosłowackiego Batalionu Polowego utworzono 1. Samodzielną Czechosłowacką Brygadę w ZSRR, której dowódcą został Ludvík Svoboda. W 1942–1943 do batalionu, a następnie brygady Svobody napływali Żydzi pochodzący z przedwojennej Czechosłowacji, zwłaszcza z Rusi Zakarpackiej. Wielu z nich przeżyło deportacje, obozy pracy lub ucieczkę na terytorium ZSRR .Szacuje się, że w niektórych okresach żołnierze żydowskiego pochodzenia stanowili nawet około jednej trzeciej stanu osobowego czechosłowackich oddziałów formowanych w ZSRR. 

Jednostka walczyła następnie m.in. pod Sokołowem, uczestniczyła w wyzwalaniu Kijowa oraz w walkach na Ukrainie i w Karpatach. Wśród żołnierzy pochodzenia żydowskiego byli późniejsi działacze syjonistyczni i oficerowie, którzy po wojnie pomagali w organizowaniu pomocy wojskowej dla powstającego państwa Izrael. Część weteranów czechosłowackiej brygady wyjechała następnie do Izraela i brała udział w wojnie o niepodległość w 1948 r.

Po wyzwoleniu ojciec został po czeskiej stronie. Nie będę na ten temat dużo mówił. Ja Czechów nie lubiłem, zostałem polskim patriotą – wyobrażałem sobie, że Rydz-Śmigły i Mościcki i wrócą, że to wszystko będzie po staremu. Nie rozumiałem procesu historii, który nastąpił. Spotkaliśmy się kilkakrotnie z ojcem, ale nie  potrafiliśmy się dogadać. 

Edward Rydz-Śmigły (1886–1941) – marszałek Polski, Naczelny Wódz Wojska Polskiego przed wybuchem II wojny światowej. Ignacy Mościcki (1867–1946) – prezydent Rzeczypospolitej Polskiej w latach 1926–1939.

Na początku grudnia 1945 roku opuściłem dom dziecka z osobistych powodów. Nie miało to nic wspólnego z pogromami ani z antysemityzmem w Polsce. Wyjechałem  Braunschweigu, w Niemczech. Tam spotkałem znajomych i zaprzyjaźniłem się z młodą parą, która przedstawiła mnie rabinowi, polskiego pochodzenia, który służył w armii brytyjskiej – nazywał się Goldfinger. Powiedział mi: „Po co masz siedzieć w Niemczech?” Przewiózł mnie z Niemiec do Paryża i ulokował we wspieranym przez Joint,  Domu Młodzieży Żydowskiej. 

Abraham Goldfinger – polski rabin, działacz żydowskich dipisów w brytyjskiej strefie okupacyjnej Niemiec. Po wyzwoleniu obozu Bergen-Belsen pracował wśród ocalałych, następnie działał w Braunschweigu (Brunszwiku)

Trzeba się było zdobyć jakiś zawód, więc  zapisałem się do szkoły techniczno-dentystycznej. Dostawałem pomoc na skromne utrzymanie. Ojciec z Cieszyna posyłał  mi paczki i pieniądze, pomagał ile mógł.

W Paryżu byłem normalnym młodym człowiekiem, na pewno nie wyglądałem jak Żyd. Nie byłem brudny, nie byłem obdarty. Szedłem kiedyś ulicą wcześnie rano i  przechodzący koło mnie Francuz nazwał mnie „sal Juif” – „brudny Żyd”. Znałem już trochę francuski i przeżyłem straszny szok. Wyobrażałem sobie, że gdy wojna skończy, zdejmę z siebie żydostwo, nie będę więcej Żydem, nie ożenię się z Żydówką i moje dzieci nie będą Żydami. Obelga Francuza sprawiła, że  zrozumiałem, że tego nie można z siebie zdjąć, że już muszę zostać Żydem. 

Zbliżyłem się do organizacji syjonistycznej i dowiedziałem się, że jest kraj, który nazywa się Palestyna. 15 maja 1948 r. przeczytałem w gazecie, że Arabowie zaatakowali nowo powstałe państwo Izrael i razem z kolegą, francuskim Żydem, zgłosiliśmy się do biura werbunkowego. Dwa tygodnie później byłem już na froncie na pustyni  Negew.  Później brałem udział w zdobyciu i oswobodzeniu Beer Szewy. Dostałem nawet odznaczenie za waleczność. 

Wojna o niepodległość Izraela (pierwsza wojna arabsko-izraelska) rozpoczęła się 14 maja 1948 r., po ogłoszeniu niepodległości przez Izrael. Następnego dnia, 15 maja 1948 r., armie kilku państw arabskich wkroczyły na terytorium nowo powstałego państwa, rozpoczynając pełnoskalową wojnę. Za datę wybuchu wojny najczęściej przyjmuje się 15 maja 1948 r., choć jej wcześniejsza faza walk między społecznościami żydowską i arabską w Mandacie Palestyny trwała już od końca listopada 1947 r. po uchwaleniu przez ONZ planu podziału Palestyny. Beer Szewa – miasto na pustyni Negew w południowym Izraelu, zdobyte przez wojska izraelskie 21 października 1948 r. podczas Operacji Joaw.

Jesteś w Izraelu, w wojsku, poznajesz swoją żonę…

W 1949 roku pod koniec wojny wyzwoleńczej, podczas urlopu z wojska byłem w Tel Awiwie. Zebrała tam się mała grupa wychowanków domu dziecka w Chorzowie. Spotkałem tam moją żonę i  zakochałem  się „od pierwszego wejrzenia”. Bardzo prędko oświadczyłem się  i zostałem przyjęty – 28 sierpnia w 1949 roku wzięliśmy ślub. Nie było pieniędzy, nie było nawet gdzie spędzić nocy poślubnej, ale jakoś się wszystko udało.

Szukałem pracy jako technik dentystyczny. W Paryżu uczyłem się dwa i pół roku, jednak zabrakło mi kilku miesięcy,  by otrzymać świadectwo. Nie mogłem w tym zawodzie dostać pracy, a ponieważ z obozu znałem stolarkę, znalazłem po znajomości, pracę w fabryce autobusów w Tel Awiwie. Pracowałem tam aż do emerytury,  z początku jako stolarz, a potem powoli awansowałem. I to wszystko.

Stasiu, powiedz mi jeszcze, bardzo chciałeś mieć dzieci?

Chciałem mieć dużo dzieci i chciałem mieć tylko synów. Mam tylko dwóch, bo nie było  na więcej  warunków. Chciałem dużo dzieci, żeby wypełnić lukę po tych, których nie ma. 

Stasiu, czy uważasz, że w Polsce jest większy antysemityzm niż gdzie indziej?

Antysemityzm jest wszędzie, tylko w Polsce jest najbardziej wulgarny i  widoczny. Austriacy, Niemcy, Włosi, Anglicy, Francuzi nie kochają nas bardziej niż Polacy, ale takiego wulgarnego antysemityzmu, jak w Polsce tam nie ma. W Warszawie widziałem narysowane na murze gwiazdy Dawida na szubienicy i napis: „Żydzi do gazu” na pomniku Umschlagplatzu. Mimo tego będę nadal przyjeżdżał, bo tutaj doskonale się czuję. Tutaj się urodziłem, to jest mój język ojczysty, moja kultura, mój klimat, mój zapach, mój widok z okna. Jednak na stałe nie potrafiłbym być w Polsce. Żyje przeszłością i teraźniejszością, więc mieszkam trochę tu, trochę w Izraelu.

Poznaj inne wspomnienia

  • Maria Kamińska

    Maria Kamińska, urodzona w 1935 r. Ukradziono mi imię i… życie Urodziłam się i mieszkałam przed wojną we Lwowie. Nazywałam się Ruta…

    DOWIEDZ SIĘ WIĘCEJ

  • Maria Kosowicz-Bartnik

    Maria Kosowicz-Bartnik, urodzona w 1939 r. Dla bezpieczeństwa nie uczono mnie żydowskiego Urodziłam się w Połańcu (woj. tarnobrzeskie) w rodzinie żydowskiej. Rodzice…

    DOWIEDZ SIĘ WIĘCEJ

  • Stella Zylbersztajn-Tzur

    Stella Zylbersztajn-Tzur

    Stella Zylbersztajn-Tzur, urodzona w 1925 r. Wszędzie można znaleźć człowieka FILM ANNA KOŁACIŃSKA-GAŁĄZKA: Mieszkająca w Izraelu Pani Stella Zylbersztajn-Tzur, podczas pobytu wPolsce,…

    DOWIEDZ SIĘ WIĘCEJ